Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

To lubię

http://www.youtube.com/watch?v=sBmncyfKuEw

Misia Ff laureatką Nagrody Ciechowskiego. „Mój mózg działa dwutorowo” [ROZMOWA]

Olga Szymkowiak, yes, 13.11.2013
Misia Furtak na czele Tres.B na tegorocznym Coke Live Music Festivalu w KrakowieMisia Furtak na czele Tres.B na tegorocznym Coke Live Music Festivalu w Krakowie (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Tegoroczną laureatką Nagrody Artystycznej Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego została Misia Furtak, wokalistka i basistka zespołu Tres.b. Grupa zawiesiła niedawno działalność, a Furtak – jako Misia Ff – zadebiutowała właśnie solowo „Epką”. O niej właśnie rozmawiamy z artystką
Olga Szymkowiak: „Epka” to twój oficjalny debiut, ale już dziesięć lat temu, jako Misia is mju nagrałaś EP „40 Winks” i wrzuciłaś do sieci. Czy Misia Ff to kontynuacja tamtej działalności czy coś zupełnie nowego?Misia Furtak: Dziesięć lat temu internet wyglądał zupełnie inaczej. Nie było portali takich jak Facebook, MySpace czy Soundcloud. Nagrywało się bardziej dla siebie i wąskiej grupy znajomych, a gotowy materiał wkładało nie do sieci, a do szuflady. „40 Winks” to pierwsza rzecz, jaką nagrałam samodzielnie, „po domowemu”. W internecie znalazła się dopiero kilka lat później.Mentalną kontynuacją tej epki była dla mnie płyta „40 Winks of Courage” Tres.b, dlatego, że po raz pierwszy w kontekście zespołu pojawiły się moje kompozycje, czułam się bardzo mocno odpowiedzialna za teksty i kształt całości.To, że po tej płycie Tres.b wychodzi moja solowa epka, to zabawny zbieg okoliczności. Z brzmieniowego punktu widzenia „Epka” jest kompletną odwrotnością „40 Winks” – jest całkowicie studyjna, wyprodukowana. W pewnym sensie jest to jednak kontynuacja projektu Misia is mju, bo jest to moja samodzielna praca przed komputerem. Można więc powiedzieć, że Misia Ff jest skrzyżowaniem mju i ostatniej płyty Tres.b.Na stronie, z której można pobrać „40 Winks” napisałaś, że tylko trzy z siedmiu piosenek są o miłości, co uważasz za duże osiągnięcie. Jak jest w przypadku „Epki”? Tu utworów o miłości nie ma prawie wcale.- Poczekaj, muszę spojrzeć na listę utworów (śmiech). No tak, żaden nie jest o miłości.

To duże osiągnięcie?

- Bardzo, ale wynika ono zapewne z tego, że czterech z sześciu tekstów na „Epce” nie napisałam ja. I tu znów pojawia się nawiązanie do mojej wcześniejszej solowej twórczości, bo w warstwie tekstowej „Epka” przypomina mi projekt Misia is mju. Te piosenki są o ogólnym zagubieniu, szukaniu czegoś, zawodzie innymi, a nie o historii miłosnej.

Jaka jest w takim razie geneza singlowej piosenki „Mózg”? Jesteś bałaganiarą?

- Trochę tak, tu nie wypowiada się niestety podmiot liryczny (śmiech). Refren tej piosenki jest dużo starszy od zwrotek. Całość ułożyła się w jedną historię i pięknie pasowała nam do utworu, który dostałam na warsztat od Rykardy Parasol. Tekst napisany po polsku w połączeniu z oryginalnymi akordami sprawił, że trzeba było zmienić m.in. aranżację bębnów, a co za tym poszło – także całej reszty. Można powiedzieć, że polski tekst nadał kształt tej piosence.

Nagroda im. Ciechowskiego

Przyznawana jest od 2002 r. młodym artystom za dokonania w minionym sezonie artystycznym. Wśród dotychczasowych laureatów są Piotr Rogucki, Julia Marcell, Mela Koteluk oraz zespoły Lao Che, Pustki i Paristetris.

Nagroda zostanie wręczona 14 grudnia w toruńskiej Od Nowie podczas corocznego koncertu poświęconego pamięci Grzegorza Ciechowskiego.

„Epka” jest zbiorem utworów, które powstały podczas pracy z Tres.b. Dlaczego postanowiłaś je wydać?

- Lubię te piosenki i chciałam, żeby „świat” je usłyszał. Kiedy na pierwszym planie był zespół, nie mogły zaistnieć. „Mózg” i „Kartonem” to polskie teksty, a w Tres.b nie śpiewaliśmy po polsku, bo chłopaki chcieli nasze piosenki rozumieć i móc się odnieść do tego, o czym są [gitarzysta i wokalista Olivier Heim jest Holendrem o amerykańskich korzeniach, perkusista Thomas Pettit ma pochodzenie duńsko-angielskie]. Z kolei piosenki takie jak np. „Porcelain” czy „Tales of Las Negras”, nad którymi pracowałam z innymi artystami, lądowały na ich płytach. Zapytałam ich, czy mogę je przearanżować i czy nie zaśpiewaliby chórków, tak jak ja wcześniej śpiewałam im. Oczywiście, nie są to jedyne piosenki, które napisałam w tym czasie, ale podczas pracy nad „Epką” akurat te jako pierwsze przyszły mi do głowy.

Nie myślałaś o tym żeby wydać zupełnie nowy materiał?- Myślę o tym cały czas. „Kartonem” jest piosenką, której aranżację w całości został zrobiony z myślą o „Epce”. Mam więcej takich rozgrzebanych szkiców i myślę, że zmierzam w kierunku wydania całej płyty. Nie będzie to już wtedy epka z duetami i piosenkami innych artystów, chcę żeby to było bardzo moje.Na „Epce” znalazły się dwie piosenki po polsku. Na czym polega różnica pomiędzy pisaniem piosenek po polsku i po angielsku?- Bardzo lubię język polski, uważam że jest bardzo wdzięczny. Kiedy piszę po angielsku, piszę bardziej prozą, w formie historii przyczynowo-skutkowej. Z kolei kiedy piszę po polsku, bawię się samą materią języka – rymami, sylabami. Wydaje mi się też, że śpiewając po polsku mam inną barwę, coś nowego się w moim głosie uruchamia. Wiele osób po usłyszeniu „Mózgu”, mówiło mi, że śpiewam kompletnie inaczej. Myślę, że moja twórczość zawsze będzie polsko-angielską kombinacją, bo mój – a propos – mózg działa dwutorowo. Pewne rzeczy przychodzą mi do głowy już po angielsku, a nie chciałabym zmuszać się do tego, żeby tłumaczyć je na polski, bo to byłoby sztuczne. Chcę utrzymać balans między tymi dwoma torami.Każda piosenka na „Epce” jest utrzymana w innym klimacie. Która z tych estetyk jest tobie najbliższa?- Trudno mi odpowiedzieć, bo każda ma inną historię i każdą lubię z różnych powodów. Bardzo lubię „Pie in the sky”, bo mam zamiłowanie do potężnego, rockowego brzmienia, np. w wykonaniu Queens of the Stone Age. Z drugiej strony, lubię też tę subtelną wersję „Lust for Life” Iggy’ego Popa i Davida Bowiego. Nagrywałam ten kawałek w Abbey Road i mam świetnie wspomnienia z tym związane. Przepadam za akustyczną muzyką, ale bez zamulania i roztkliwiana się. Jeśli ktoś potrafi dobrze zaśpiewać, to piosenka może zadziałać na prostych akordach i samym głosie, to jest ogromna sztuka. Myślę, że wszystkie piosenki powinno dać się rozebrać do kompletnego minimum tak, żeby brzmiały równie pięknie jak te, bogato zaaranżowane w studiu.Dlaczego wybrałaś akurat „Lust for Life”?- To zbieg okoliczności. Nagrałam tę piosenkę „na setkę” w Abbey Road, kiedy byłam w Londynie z okazji nowego roku. Napisałam wtedy do zaprzyjaźnionego producenta, który tam pracuje i umówiliśmy się na kawę w studiu. Dosłownie po paru minutach powiedział, że zamiast pić kawę powinniśmy coś nagrać – i nagraliśmy. Najpierw chcieliśmy coś napisać, ale później on wpadł na pomysł żebym eterycznie i po swojemu zaśpiewała cover jakiejś głośnej, wrzeszczącej piosenki. I wybraliśmy „Lust for Life”.Postanowiłaś z kolegami z Tres.b zrobić sobie rok przerwy. Co zamierzasz robić w tym czasie?- Tak, rok przerwy, ale od przyszłego roku. Do końca tego, oprócz koncertów jako Misia Ff, będę jeszcze grać z zespołem. Na razie skupiam się na promocji „Epki”. Jeszcze w grudniu ma pojawić się drugi singiel, będziemy też kręcić do niego teledysk.Wspomniałaś, że lubisz Queens of the Stone Age. Z którym artystą czy zespołem chciałabyś razem popracować?- Za duecik z Joshem Hommem na pewno bym się nie obraziła. Mam ukochane zespoły, ale chyba bałabym się stanąć z nimi twarzą w twarz. Byłabym wzruszona, gdybym mogła zrobić coś razem z muzykami The National, Leslie Feist czy Gonzalesem. Spotkałam ich już kiedyś, więc z jednej strony powinnam niby umieć to sobie wyobrazić, ale z drugiej strony, tym bardziej, że ich poznałam, nie umiałabym na nich napierać. To musiałoby wyniknąć z ich inicjatywy, dlatego tak się śmieję sama do siebie, bo wiem, że oni nigdy takiej inicjatywy nie wykażą, a ja nigdy ich o to nie zapytam.

Wyborcza.pl

Niezwykłe zdjęcie: władca pierścieni i siedem miliardów ludzi w kadrze

Piotr Cieśliński, 13.11.2013
Saturn - mozaika ze zdjęć sondy Cassini, wykonanych 19 lipca 2013 r.Saturn – mozaika ze zdjęć sondy Cassini, wykonanych 19 lipca 2013 r. (Fot. NASA)
Ta fotografia przeszła do historii, zanim jeszcze została zrobiona. A teraz już można ją podziwiać w pełnej krasie. Niezwykły portret Saturna, szóstej planety Układu Słonecznego, w pobliżu której można się także dopatrzyć – choć łatwo przegapić – naszą nikłą błękitną kropeczkę, dom siedmiu miliardów ludzi.
Okazja do wykonania naszego zbiorowego portretu z odległości ponad miliarda kilometrów nadarzyła się cztery miesiące temu – 19 lipca tego roku. Sonda Cassini, która okrąża Saturna od 2005 roku, w tym dniu na kilka godzin zanurkowała w głębokim cieniu planety. Gdy potężny Saturn zasłonił statek przed oślepiający blaskiem gwiazdy, kamera Cassini mogła sfotografować planetę i jej wspaniałe pierścienie wprost „pod Słońce”. Wykonała ponad 300 szerokokątnych ujęć. Ze 141 z nich NASA złożyła przepiękną mozaikę planety i jej otoczenia. W naturalnych kolorach. Ten widok zapiera dech w piersiach – składające się z drobinek lodu pierścienie Saturna są rozświetlone niczym przedwczesna bożonarodzeniowa dekoracja, a światło załamane w atmosferze planety obrysowuje jej kształt wąziutką jasną aureolą. Najbardziej zewnętrzny pierścień E mieni się delikatną niebieską poświatą. Nie bez powodu ta planeta – druga co do wielkości w naszym układzie – zwana jest „władcą pierścieni”.Ponieważ oślepiające Słońce jest zasłonięte przez Saturna, widać to, co inaczej by znikło w jego blasku. W otoczeniu planety uważny obserwator dostrzeże więc kilka nikłych kropeczek – większość z nich to księżyca Saturna, m.in. po lewej stronie widać kropeczkę Enceladusa. Jego powierzchnię pokrywa lodowa skorupa, pod którą, jak sądzą naukowcy, przelewa się ocean słonej wody. Czy coś w nim żyje? To jedno z najważniejszych pytań, które nurtują dziś astrobiologów. Inne kropeczki na tym zdjęciu to księżyce Mimas, Tetyda, Prometeusz, Pandora…Ale najważniejszą dla nas kropeczką widoczną na tej mozaice – błękitną – jest Ziemia. Oddalona od obiektywu o 1 mld 433 mln 827 tys. kilometrów. Znajduje się w prawym dolnym rogu, pomiędzy niebieskim pierścieniem E oraz bardziej wewnętrznym jasnym pierścieniem G:
Zdjęcie Ziemi – błękitnej kropki – wykonane przez sondę CassiniZanim to zdjęcie zostało wykonane, NASA poprosiła wszystkich ludzi na Ziemi, żeby 19 lipca dokładnie w tym czasie, kiedy kamera Cassini skieruje się ku Ziemi, uśmiechnęli się i pomachali w kierunku Saturna. W Polsce do akcji zapraszało między innymi planetarium Niebo Kopernika przy Centrum Nauki „Kopernik”. Gdyby więc można było powiększyć wielokrotnie tę fotografię, aby dostrzec jeszcze mniejsze szczegóły, pewnie zobaczylibyśmy rzesze ludzi na Ziemi z zadartymi głowami uśmiechających się do obiektywu Cassini.Na stronie NASA znajdziesz zdjęcia Saturna wykonane przez Cassini w pełnej rozdzielczości.Podobne zdjęcie bardzo odległej Ziemi – słabo widocznej błękitnej kropki – wykonała w 1990 r. sonda Voyager-1, tyle że wtedy nikt o tym nie wiedział poza niewielkim gronem wtajemniczonych osób w NASA. Voyager-1 znajdował się w rekordowej wówczas odległości – 6,4 mld km – oraz mknął z prędkością 60 tys. km/godz. ku granicom Układu Słonecznego. Astronom i popularyzator nauki Carl Sagan namówił NASA, by kazała maszynie odwrócić się i po raz ostatni spojrzeć w kierunku oddalającej się Ziemi.
Zdjęcie Ziemi – błękitnej kropki – wykonane przez Voyagera-1W książce „Błękitna kropka” Sagan tak skomentował tę unikalną fotografię naszej planety, a jego komentarz pasuje jak ulał także do obecnego zdjęcia sondy Cassini:”Spójrz raz jeszcze na tę kropkę. To tutaj, to jest nasz dom, to jesteśmy my. Na niej każdy kogo kochasz, każdy kogo znasz, każdy o kim kiedykolwiek słyszałeś, każde ludzkie istnienie które kiedykolwiek było, toczyło swój byt. Całe nasze szczęście i całe cierpienie, tysiące zbyt pewnych siebie religii i ideologii, doktryn politycznych, każdy łowca i każdy zbieracz, każdy bohater i każdy tchórz, każdy twórca i niszczyciel cywilizacji, każdy król i każdy chłop, każda młoda zakochana para, każda matka i każdy ojciec, każde dziecko, każdy wynalazca i każdy odkrywca, każdy nauczyciel moralności i każdy skorumpowany polityk, każda ‚gwiazda, każdy ‚najwyższy przywódca’, każdy święty i każdy grzesznik i historii naszego gatunku żył tutaj, na źdźble kurzu zawieszonym na słonecznym promieniu. Ziemia jest bardzo małą sceną w przeogromnej arenie kosmosu. Pomyśl o rzekach krwi przelanych przez generałów i cesarzy po to, by w glorii i chwale mogli na chwilę stać się panami ułamka tej kropki. Pomyśl o niekończących się okrucieństwach które mieszkańcy jednego krańca tego piksla są gotowi uczynić ledwie odróżnialnym mieszkańcom innego krańca, jak częste są ich zatargi i nieporozumienia, jak chętnie zabijają się nawzajem, jak płomienna jest ich nienawiść. Nasze pozy, nasza wyimaginowana ważność, złudzenie specjalnej i uprzywilejowanej pozycji we Wszechświecie, są kwestionowane przez ten punkt bladego światełka. Nasza planeta jest samotną drobinką w ogromnej, oszałamiającej ciemności kosmosu. W tym mroku, w tej pustce, nic nie wskazuje żeby pomoc mogła nadejść skądkolwiek, aby uratować nas przed nami samymi. Czy Ci się to podoba, czy nie, na razie Ziemia jest wszystkim co mamy. Dla mnie to zdjęcie tylko podkreśla naszą odpowiedzialność aby traktować się nawzajem z większą uprzejmością, a także aby zachowywać i troszczyć się o bladą niebieską kropkę, jedyny dom jaki kiedykolwiek znaliśmy.”

Wyborcza.pl

Bardzo lubię Kingę Dunin (jak ten kawałek) – CAŁY NARÓD RUJNUJE SWOJĄ STOLICĘ

Prawicowa bandyterka dostała już dość miejsca w mediach. Dostanie się też trochę organizatorom, wciąż niestety legalnym. Władzy i policji. W dużej mierze poza zasięgiem wzroku pozostaną ci, którzy szczują i kibicują. Prawicowe media. Nazihipsterka, co to przy piwie cieszyła się z podpalenia tęczy i kochała tę dzielną Polskę homofobicznych wandali. Rączek jednak sama nie ubrudzi. Rafał Ziemkiewicz, który żałuje, że nie sfajczono też palmy na rondzie de Gaulle’a. Cóż, za bojówkami zawsze ciągną zafascynowane przemocą mięczaki. Chcesz, żeby się paliło, może zrób to sam? Weź kanister z benzyną i podpal, zamiast szczuć. A zdjęcie, jak podpalasz, wrzuć sobie na fejsa, tchórzu.

 

Kto dalej? Chłopak i dziewczyna, normalna rodzina, z biało-czerwoną flagą. Widziałam ileś takich par spokojnie wycofujących się z demonstracji, kiedy rozkręcała się zadyma. Całkiem niegroźni, a nawet sympatyczni, ale to dzięki nim agresorzy mieli gdzie się schronić.

 

Czy to już koniec? Całkiem bez związku z tym, co działo się później, w innym miejscu, odbyła się słuszna demonstracja dumy i radości z odzyskanej niepodległości?

 

Pan Prezydent, żołnierzyki, baloniki. I to pochwalamy, bo jest to nacjonalizm cywilizowany i dekoracyjny. I w niczym nam przecież nie szkodzi.

 

Prezydent coś tam mówi, czego nikt z uwagą nie słucha: Polska, niepodległość, naród, narodowe święto, niepodległość, Polacy, naród… Zaraz potem odzywa się chór i „…bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi”. A w głowach utrwala się, że państwo polskie odrodziło się, a właściwie powstało – przedtem była to Rzeczpospolita Obojga Narodów – dla Polaków, ordynansów Chrystusa i sług Maryi. Przecież nie dla Żydów, Litwinów, Ukraińców, Białorusinów. Nie dla wyznawców innych religii czy ateistów. Dziś nie dla lesbijek, gejów.

 

A przecież Polska powstała jako państwo wielonarodowe. Z nowoczesnym, postępowym i demokratycznym ustrojem. Co dalej się z tym stało, to już inna sprawa. Ale powinno to chyba być święto bardziej obywatelstwa niż narodu rozumianego metafizycznie i etnicznie; tym mogłyby się te dwa wydarzenia różnić. Pod egidą władz państwowych przypominano by, że poza narodem prawdziwych Polaków istnieje naród obywateli polskich, do którego należą nawet ordynansi Wielkiego Potwora Spaghetti.

 

Profesor Modzelewski przestrzega lewicę przed lekceważeniem społecznych bytów, jakim są narody. Nie zaklinajcie rzeczywistości – mówi. Tak się jednak składa, że społeczna rzeczywistość powstaje dzięki powolnemu, zgoda, bardzo powolnemu, i zbiorowemu zaklinaniu. Jak głosi najważniejszy teoremat współczesnej socjologii: to, co ludzie uznają za realne, ma realne konsekwencje. Naród istnieje, bo język, terytorium, tradycje itp., oraz dlatego, że wierzymy w jego istnienie.

 

Realność narodowa, w którą wierzą Komorowski i Bosak, jest w gruncie rzeczy taka sama. A realnymi konsekwencjami tej wiary jest kolejna demolka nasączona nienawiścią do wszystkiego, co obce prawdziwej polskości.

 

Dobrze byłoby powoli zacząć wierzyć w inny naród – przynajmniej tyle. W naród bardziej obywatelski, otwarty, świadomy swoich związków ze światem. A propagowanie takiej wiary to zadanie dla władzy, a przede wszystkim dla edukacji.
- – - Krytyka Polityczna

Bardzo lubię Alberta Camusa, o którym pisze Tony JUDT: CAMUS – MORALISTA MIMO WOLI

I Wisławę Szymborską

Dziś mija setna rocznica urodzin Alberta Camusa. Z tej okazji publikujemy fragment książki Tony’ego Judta, której Camus jest jednym z bohaterów.

W okresie poprzedzającym śmierć, którą Camus poniósł 4 stycznia roku 1960 w wypadku samochodowym, jego notowania były bardzo niskie, pomimo Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, którą został uhonorowany zaledwie trzy lata wcześniej. W momencie przyznawania nagrody krytycy na wyścigi obwieszczali stypę po laureacie: na prawicy Jacques Laurent ogłosił, że przyznając nagrodę Camusowi „Komitet Noblowski zwieńczył dzieło już zamknięte”, z kolei w lewicującej „France-Observateur” sugerowano, iż członkowie Akademii Szwedzkiej mogli wierzyć, że wyróżniają młodego pisarza (w chwili śmieci Camus miał lat czterdzieści sześć), jednak w rzeczywistości przypieczętowali jedynie „przedwczesną sklerozę”. Swoje najlepsze lata, jak powszechnie wierzono, ma Camus już dawno za sobą; wiele wszak lat już minęło, odkąd wydał coś godnego uwagi.

 

Za taką obniżkę notowań u krytyków sam Camus ponosił przynajmniej częściową odpowiedzialność. Wychodząc naprzeciw panującej modzie, wdał się w filozoficzne spekulacje z rodzaju tych, do których kiepsko się nadawał i do których miał nader umiarkowane uzdolnienia – Mit Syzyfa (1942) nie przeszedł próby czasu mimo wszystkich zamieszczonych tam efektownych aforyzmów. W Człowieku zbuntowanym (1951) Camus zawarł pewne istotne obserwacje dotyczące niebezpieczeństw, jakie rodzą romantyczne złudzenia rewolucyjne; jednak Raymond Aron powiedział z grubsza to samo w sposób nieporównanie bardziej porażający wOpium intelektualistów, podczas gdy filozoficzna naiwność Camusa naraziła go na okrutną i bolesną ripostę Sartre’a, która poważnie nadszarpnęła autorytet, jaki miał Camus w kręgach intelektualnej lewicy, trwale podkopując zaufanie, którym darzyła go opinia publiczna.

 

I jeśli nawet jego pisarska reputacja autora Obcego (1942) i Dżumy (1947) niesłusznie ucierpiała wskutek wypadów Camusa na obszar debaty filozoficznej, to na jego wizerunku w ostatniej dekadzie życia najbardziej zaważyła odgrywana przezeń w życiu publicznym Francji rola czołowego intelektualisty i moralnego głosu epoki. Jego eseje zamieszczane w powojennym piśmie „Combat” były dlań źródłem, jak się wyraził Raymond Aron, szczególnego prestiżu; to właśnie konkluzje, do których doszedł Camus, były tym, co nadawało moralny ton pokoleniu zaangażowanemu w ruch oporu, stającemu w obliczu dylematów i rozczarowań Czwartej Republiki – to właśnie liczni czytelnicy Camusa „nabrali nawyku czerpania zeń swoich codziennych myśli”.

 

Pod koniec lat 50. spoczywające na Camusie brzemię zaczęło mu nieznośnie ciążyć, zaś towarzyszące mu poczucie wewnętrznej niezgody wobec własnego publicznego alter ego stało się źródłem nieustannego dyskomfortu znajdującego wyraz w jego tekstach i mowach.

 

 

Znacznie wcześniej, w czerwcu 1947, Camus przekazał Claude Bourdetowi prowadzenie gazety „Combat”, którą redagował od czasów ruchu oporu. Jak sugerują jego notatniki i eseje, mając lat trzydzieści cztery, czuł się wyczerpany pod brzemieniem oczekiwań związanych z jego osobą: „Każdy chce, żeby człowiek, który jeszcze szuka, już doszedł do swoich wniosków”. O ile jednak w latach wcześniejszych Camus nie wypierał się odpowiedzialności – „Należy ją przyjąć”, jak napisał w roku 1950 – to w jego ostatnim wywiadzie, udzielonym w grudniu 1959, w słowach Camusa pobrzmiewa nuta resentymentu: „Nie mówię w niczyim imieniu: dosyć się natrudziłem, przemawiając we własnym. Nie wiem – albo też jedynie niejasno przeczuwam – dokąd zmierzam”.

 

W latach, jakie nastąpiły bezpośrednio po jego śmierci, notowania Camusa nie przestawały spadać. Większość ludzi żyjących w metropolii, jaką jest Francja, już nie podzielała jego troski o losy Algierii wraz z zamieszkującymi ją wspólnotami. Co się tyczy intelektualistów, to ich zainteresowania z lat 60. i 70. były tak odległe od zainteresowań Camusa, że mieli dla niego jedynie pogardę i lekceważenie, a w końcu zupełnie o nim zapomnieli. Należne mu miejsce zajęły: radykalna i coraz bardziej nietolerancyjna polityzacja dokonywana przez młodsze pokolenie, samoudręki ideologii tier-mondisme późnego Sartre’a i jego akolitów, „antyhumanistyczna” moda wśród uczonych, nowe trendy w literaturze, przede wszystkim zaś radykalne obniżenie się statusu pisarza. Cofając się we własną przeszłość, w lata 60., kiedy był założycielem i pierwszym redaktorem „Nouvel observateur”, Jean Daniel wspominał: „szybko odkryliśmy, że to wśród nauk o człowieku – takich jak historia, socjologia, etnologia, filozofia – należy poszukiwać ekwiwalentu littérateurs, którzy w mojej młodości pełnili rolę maîtres à penser”. W świecie Barthesa, Robbe-Grilleta, Lévi-Straussa i Foucaulta Camus był dépassé.

 

Nie żeby go nie czytano: ObcyDżuma i Kaligula miały zapewnione miejsce wśród lektur licealnych i uniwersyteckich, trafiły one również (i to się nie zmieniło) na listy lektur milionów studentów poza granicami Francji. Albert Camus stał się jeszcze za życia czy też wkrótce po śmierci „klasykiem” na skalę światową. Lecz nawet i to miano mu za złe.

 

W połowie lat 70., gdy umierała Hannah Arendt, pisarstwo Alberta Camusa tak dalece wykraczało poza krąg zainteresowań i stylów, kształtujących podówczas kulturę Paryża, że wydawało się niemal pisarstwem cudzoziemca. A nawet i dzisiaj, gdy z wolna i częściowo odzyskuje Camus pośmiertną reputację, dość luźne wydają się więzy łączące go z intelektualnym światem jego współczesnych. Camus ma w sobie coś obcego duchowi jego czasu, a nawet francuskości. Jest to dość osobliwe, zważywszy na łatwość, z jaką zdawał się przemawiać w imieniu Francji – będąc wręcz jej ucieleśnieniem – w epoce, jaka nastała po wyzwoleniu. Jak więc mogło do tego dojść?

 

Szybkie osiągnięcie przez Camusa znaczącej pozycji w czasie okupacji i po jej zakończeniu było po części konsekwencją jego zakazanej pracy dziennikarskiej, która po wojnie otwarła Camusowi dostęp do redakcji gazet, umożliwiając mu wywieranie wpływu jako autorowi wstępniaków zamieszczanych w „Combat”. Jednak jego pozycja była również rezultatem sukcesów literackich Camusa: dzięki Obcemu iMitowi Syzyfa – obie książki opublikowano w roku 1942 – już na stałe przylepiono mu etykietkę „egzystencjalisty”; wraz z Sartre’em i Simone de Beauvoir należał odtąd Camus do nieformalnego klubu „zaangażowanych” pisarzy filozoficznych, którzy zdominowali kulturowe i polityczne mody epoki powojennej. Niezależnie od tego, co owa etykietka znaczyła dla Sartre’a, Camus zawsze uważał, że w jego przypadku jest ona błędna. W lutym 1952 pisał: „Nie jestem filozofem i nigdy nie aspirowałem, by nim zostać”.

 

Słowa te nie są do końca szczere. Z pewnością Camus nie posiadał formalnego wykształcenia filozoficznego – Raymondowi Aronowi jego filozoficzne wywody zawarte w Człowieku zbuntowanym wydadzą się potem „dziecinnymi”. Jednak „egzystencjalizm” lat 40. był czymś mniej i zarazem czymś więcej niż filozofią, zaś jego wariant francuski zapewne łączyły tylko znikome związki z pismami Niemców: Husserla i Heideggera, z których wyraźnie czerpał.

 

Tym, co w oczach współczesnych Camusa czyniło zeń „egzystencjalistę”, był wydźwięk jego najsłynniejszej powieści oraz  argumentacji, a przynajmniej aforyzmów, zawartych w eseju dotyczącym mitu Syzyfa.

 

Meurseault, protagonista Obcego, doświadczał czegoś, co jego twórca postanowił ukazać jako „absurdalność” ludzkiej kondycji: absurd, twierdził Camus, rodzi się „z tej konfrontacji: ludzkie wołanie i bezsensowne milczenie świata”.

 

Obecnie, po opublikowaniu rozmaitych carnets Camusa oraz po niedawnym wydaniu jego ostatniej powieści zatytułowanej Pierwszy człowiek, potrafimy już lepiej uchwycić, co chciał on osiągnąć, posługując się pojęciem absurdu. Słowo to nasycił wielością własnych doświadczeń, bardzo konkretnych i głęboko osobistych – zwłaszcza tych, które dotyczyły szczególnie trudnych relacji łączących go z matka, analfabetką, której milcząca obecność wypełniła jego ubogie spędzone w Algierii dzieciństwo – przede wszystkim starając się wyrazić doniosłość, jaką miały dlań doświadczenia związane z konkretnym miejscem oraz doznania fizyczne w kontraście z pozorną pustką świata duchowego.

 

I tak w Micie Syzyfa natrafiamy na fragment, w którym Camus pisze: (…) w świecie pozbawionym nagle złudzeń i świateł człowiek czuje się obcy. Wygnanie jest nieodwołalne, skoro braknie wspomnienia utraconej ojczyzny, albo nadziei na ziemię obiecaną. Ta niezgodność pomiędzy człowiekiem a jego życiem, pomiędzy aktorem a dekoracją, jest właśnie poczuciem absurdu”.
Wiadomo, że Camus miał poczucie, iż komentatorom umykało znaczenie faktu, że akcja Dżumy oraz Obcego rozgrywa się algierskiej scenerii; w podobny sposób i jego krytycy, i wielbiciele częstokroć zarówno dokonywali nadinterpretacji, jak i nie rozumieli nieliterackich tekstów Camusa. W każdym razie jego czytelnicy z lat 40. dość powierzchownie rozumieli pustawo brzmiące konstatacje zawarte w Syzyfie: Człowiek jest „jedynym stworzeniem, który nie godzi się być tym, czym jest” i który zarówno „przyjmuje” swoją kondycję, jak i usiłuje ją przezwyciężyć; „egzystencjalna rewolucja” jest nadzieją wybuchającą w bezcelowym świecie i tak dalej.

 

Camus, złapany w sidła powyższych i jeszcze innych mglistych refleksji dotyczących człowieczych dylematów, niechętnie „uległ” Paryżowi i w drugiej połowie lat czterdziestych był publicznie rozpoznawalnym rzecznikiem egzystencjalnej, „absurdalnej” wizji kondycji współczesności. Nigdy jednak nie udawał, że wie, co znaczy być egzystencjalistą; w rzeczy samej, w stopniu, w jakim pojęcie to miałoby implikować jakieś konkretne stanowisko w metafizycznych czy politycznych debatach, Camus odżegnywał się odeń od samego początku: „Niezbyt gustuję w nadmiernie już celebrowanej filozofii egzystencjalistycznej, i prawdę mówiąc, uważam jej konkluzje za fałszywe; ale przynajmniej stanowi ona wielką przygodę intelektualną [une grande aventure de la pensee]”.

 

W rezultacie Camus-pisarz zmuszony był dostroić się do istotnej zmiany gustów we francuskim życiu intelektualnym: centralne miejsce, jakie przez znaczną część minionego wieku w życiu kulturalnym Paryża przypadało literaturze i literatom, pod koniec lat 30. zajęła moda na publiczne dysputy filozoficzne. Na długo przed przybyciem do Paryża, już wówczas, gdy pisywał do gazety w rodzimej Algierii, Camus z niepokojem reagował na nową modę. Jego komentarze na temat MdłościSartre’a, pochodzące z roku 1938 – obaj autorzy spotkają się znacznie później – dobrze ilustrują ten niepokój: „Błąd tkwiący w uprawianiu pewnego rodzaju pisarstwa polega na przekonaniu, że ponieważ życie jest podłe, jest ono również tragiczne (…). Obwieszczanie absurdalności istnienia nie może być celem, a jedynie punktem wyjścia”.

 

przeł. Michał Filipczuk

 

Fragment książki Tony’ego Judta Brzemię odpowiedzialności. Blum, Camus, Aron i Francja w XX wieku, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Pominięto przypisy.

Krytyka Polityczna

No i Ingmara Bergmana, który porusza wszystko do trzewi.

Takie dyskusje na temat – o istocie, a nie pieprzenie w bambus.

Fajnie też pisze Ignacy Karpowicz:

Z DYŃKI

Grzechy ciężkie to kradzież, świętokradztwo, zabójstwo, oszustwo, cudzołóstwo, apostazja, magia, wróżenie, okultyzm i spirytyzm, bałwochwalstwo, bluźnierstwo. Tak przynajmniej podaje Wikipedia, a źródłem jest, przypuszczam, Duch Święty.

 

Duch Święty to trzecia osoba Trójcy. Został on wyposażony w takie dary, jak mądrość, rozum, radę, męstwo, umiejętność, pobożność, bojaźń Bożą. Tak podaje Wikipedia, choć tym razem nie wiem, czy źródłem tej wiedzy również jest Duch Święty. Koniec końców to ciut niezręcznie takie rzeczy wygadywać o sobie samym, jeśli chce się mieć jakichś normalnych znajomych.

 

Grzechem ciężkim jest też dynia, najcięższa z niewyegzorcyzmowanych ważyła ponad 800 kilogramów. Bardzo prawdopodobne, że w katolickim piekle jest oddział warzywny, coś jak zieleniak, a tam siedzą ofiary dyni i innych roślin jadalnych.

 

Dynia przyjaźni się z Hello Kitty.

 

Dynia rozmnaża się w sposób niejasny, wszakże uporczywy. Dynia nigdy nie została przyłapana in flagranti.

 

Dlaczego dynia stanowi śmiertelne zagrożenie dla duszy katolickiej? Otóż dynia sama w sobie nie jest aż tak groźna, lecz charakteryzuje się jedną potworną cechą: pozwala się wydrążyć. Stąd szkodliwość dyni jest dużo wyższa niż ogórka, trudnego w drążeniu.

 

Czy to oznacza, że katolik nie może jeść dyni? Ależ skąd! Może, pod jednym wszak warunkiem: jak się ją już wydrąży, nie wolno spuścić z niej oka ani odejść nawet na sekundę, tylko trzeba ją natychmiast ciąć, ciąć, ciąć, ciąć na drobne kosteczki. W formie kosteczek dynia nie zagraża zbawieniu.

 

Co zrobić, gdy sok z dyni tryśnie na nas i dostanie się do oka? Przemyć wodą, odmówić minimum 20 zdrowasiek, przypieczętować setką wódki.

 

Czy wolno używać oleju z pestek dyni? Stanowczo się odradza. Podgrzany olej z dyni wchodzi w zatruwający duszę, niezgodny z katechizmem związek z panierką.

 

Skąd w dyni tyle zła? Ano z dziury.

 

Dynia po wyrzuceniu pestek i miąższu zyskuje w sobie sporo wolnego miejsca. Wolne miejsce przyciąga złe. W dyni lęgną się szatany i inne diabelstwo.

 

Skąd popularność dyni wśród diabłów? Otóż mieszkają one, w przeludnieniu i ścisku niczym w slumsach, na główce od szpilki. Dynia, przyzna to każdy, oferuje znacznie wyższy komfort życia, od razu się awansuje do klasy średniej.

 

Czy dynia groźna jest wszędzie, czy tylko w pomieszczeniach zamkniętych? Otóż najbezpieczniejsza jest na grządce. Mimo to udokumentowano przypadki ataku dyni na człowieka w ogródku.

 

Czy nasze dzieci są bezpieczne? Nie. Na wszelki wypadek nie należy zostawiać dzieci sam na sam z dynią, nawet taką uwiązaną do rośliny. Dynie są podstępne i okrągłe. Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć, a dynie – trzeba o tym pamiętać – szczególnie sobie upodobały nieletnich.

 

Czy dynia zagraża katolikowi przez cały rok, czy tylko okresowo? Do zarażenia dynią dochodzić może przez cały rok, jednak dynia najzjadliwsza jest między ostatnim tygodniem października a pierwszym listopada. Trochę nieuwagi, a na jej ohydnym licu wykwitają usta i oczy, ze środka zaś płonie płomień piekielny.

 

Co robić, gdy mamy w domu zarażoną dynię?

 

Wezwać księdza-egzorcystę. Koszt usługi zależny od rozmiaru dyni. Ze względu na epidemię dyń w Polsce, ta specjalizacja została niedawno otwarta, a dostęp do specjalistów stał się łatwiejszy. W ciągu ostatnich piętnastu lat liczba koncesjonowanych egzorcystów wzrosła z czterech do 120.

 

Czy dynia będzie nam zagrażać do końca czasu?

 

Jest szansa, że jednak nie. Obecnie w watykańskich lochach trwają niebezpieczne eksperymenty nad drążeniem dyni tak, żeby w niej robić miejsce wyłącznie dla Jezusa.

 

Jeśli się powiodą, to będzie z dyńki.

Krytyka Polityczna

A ten kawałek to czysta ironia. Disco polo, ale nie disco polo, kiedyś próbował Grzegorz Ciechowski, ale ten kawałek wyszedł lepiej, niż można było oczekiwać. Należy wysłuchać kilkakrotnie, aby docenić jego przewrotność.

Podziel się wrażeniami. Skomentuj -

Te kawałki na spokój. I nie tylko -

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>