Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 51483
  • Dzisiaj wizyt: 4
  • Wszystkich komentarzy: 138

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Nimfomanka

Ani pornografia, ani skandal. „Nimfomanka. Część I” już w kinach

Paweł T. Felis, 10.01.2014
Nimfomanka. Część INimfomanka. Część I (mat. Gutek Film)

Lars von Trier zrobił przekorny, ostry, świadomie beznamiętny i zaskakująco zabawny film o pułapce, jaką jest sytuacja, kiedy wolno wszystko. Paweł T. Felis daje aż pięć gwiazdek.
„Jestem zła” – mówi Joe (po raz kolejny współpracująca z von Trierem Charlotte Gainsbourg), gdy leżącą na ulicy, pobitą znajduje ją w pierwszej scenie Saligman (Skarsgard). Ale czy naprawdę tak myśli, czy może powtarza słowa tych, którzy prawie zatłukli ją na śmierć? Wszystko to, co za chwilę wydarzy się w mieszkaniu Seligmana, jest przecież spektaklem. Widowiskiem reżyserowanym przez kobietę, która chce wyspowiadać się ze swojego życia, z niezliczonych kochanków i orgazmów. Ale też złapać jeszcze jednego mężczyznę w sidła, przyszpilić go w sytuacji, w której wydaje mu się, że ma nad nią patriarchalną władzę.

Joe leży bowiem w „Nimfomance” u Seligmana na łóżku, wspomina dzieciństwo, młodość, z detalami relacjonowane seksualne przygody. Sama ma być chaosem, nieporządkiem, instynktem i naturą, które potrzebują jego. Dojrzałego, niemal XIX-wiecznego spowiednika, mężczyzny mędrca, który objaśni jej świat, poskłada nieposkładane, wytłumaczy niewytłumaczalne. Ona mówi o seksie, on o wędkowaniu, muzyce Bacha, matematycznych wzorach Fibonacciego. Niby nie ocenia, niby nawet próbuje ją przed nią samą bronić („Lubisz się przedstawiać jako osobę gorszą od innych”), ale z perspektywy protekcjonalnego teoretyka, który nie dotknął ziemi ni razu. Z tego rzekomego zderzenia kultury i natury, męskiego i kobiecego nie wynika przecież nic poza tym, w jak karykaturalnie podzielony na role i kostiumy świat próbujemy wierzyć.

Film porażająco smutny

Seligman okazuje się więc tylko widzem: Joe rozprawia się z sobą samą i przed sobą samą. Wspomina moment, kiedy jako dwulatka odkryła intymną część ciała między nogami. Pierwszego chłopaka (odgrywająca tu ważną rolę postać Jerome’a granego przez Shię LaBeoufa), którego obcesowo poprosiła, by ją rozdziewiczył. Pierwsze zawody z koleżanką o to, która w pociągu zdobędzie więcej facetów i zdobędzie worek cukierków. O co w tej pogoni za seksualnym spełnieniem chodzi, co ją tak gna?

„Walczyłyśmy ze społeczeństwem opętanym ideą miłości” – mówi o swoistym „zakonie puszczalskich”, który założyła jako nastolatka (wtedy Joe gra Stacy Martin) z najlepszą przyjaciółką. Wbrew pozorom coś w tym jest: Joe prawie nigdy nie sprawia wrażenia, że jest szczęśliwa, jakby napędzał ją wewnętrzny nakaz, podskórny przymus buntu. Buntu wobec świata, który wyjątkowo aktywnych facetów hołubi, a podobnie zachowujące się kobiety wywozi na taczkach (casus Jagny z „Chłopów”) albo tłucze. Wobec wymogu bycia w seksie i w życiu pasywną. Wobec wszystkiego właściwie, co według odgórnie przyjętych norm można, a czego nie wolno.

Ale „Nimfomanka” – nawet jeśli znamy na razie tylko pierwszą jej część (druga wejdzie do kin za dwa tygodnie, reżyserska, pięcioipółgodzinna wersja pojawi się na festiwalu w Berlinie) – to przecież film porażająco smutny. Ponoć aktorzy uprawiali seks przed kamerą naprawdę, erotycznych – choć wciąż dalekich od pornografii – obrazków i grymasów twarzy w trakcie orgazmu jest tu całe mnóstwo. Ale von Trier zrobił film fascynująco wyprany z emocji, namiętności, ognia. Monotonny jak seks Joe, który niby daje spełnienie („7-8 kochanków w ciągu nocy, 10 orgazmów w ciągu dnia”), z plejady panów o różnych temperamentach i umiejętnościach daje iluzję jednego, polifonicznego kochanka wirtualnego, ale jest tylko mechaniczną kompulsją. Film o braku?

O pułapce wolności

Można spojrzeć na Joe jak na kolejną – choćby po „Antychryście” – bohaterkę, która wadzi się z odwiecznym porządkiem, wystawia język patriarchalnym kalkom i kleszczom. Ale von Trier jest zbyt przekorny, by robić film o kobiecie, która swobodnie realizuje swoją seksualność. Ta kobieta jest przecież już wyzwolona, spuszczona z kulturowych i religijnych smyczy, zgodnie z prawem – jak dotąd mężczyźni – może wszystko. Bo „Nimfomanka” – mam wrażenie – to również brawurowy, ostry jak brzytwa, przewrotny film o pułapce wolności. O cenie, jaką trzeba zapłacić za to, że można więcej (jak wyznaje Joe, jej jedynym grzechem było to, że „oczekiwała od zachodu słońca więcej niż inni”). I o tym, że czasem mniej znaczy więcej. Tylko na to zdobyć się najtrudniej. Czy nie tak było we „Wstydzie”?

Pierwsza część kończy się zresztą w momencie, w którym wszystko jest jeszcze możliwe. Skoro von Trier ubiera film w posiadające oddzielne tytuły rozdziały, a z ekranu padają stwierdzenia: „O tym później, jak to się pisze w książkach”, może cała opowieść Joe jest tylko zmyśleniem? Skądinąd zadziwiająco często von Trier okazuje się zabawny i puszcza do widza oko – jak w błyskotliwej, ironicznej scenie z Umą Thurman. Seks seksem, ciało ciałem, brak brakiem. Ale do niczego nie warto podchodzić śmiertelnie poważnie.

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>