Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Krasnals

 

 

ŚRODA, 9 KWIECIEŃ 2014 19:07

PO wyraźnie rośnie w najnowszym sondażu dla Faktów TVN, Korwin ma 6%, lepsza pozycja PSL i Palikota

9ce1f6ec-c007-11e3-a2f0-0025b511229e

W najnowszym badaniu Millward Brown dla Faktów TVN Platforma powraca na pierwsze miejsce.: PO 31% (+4), PiS 29 (-2), SLD 8 (-1), Twój Ruch 7 (+2), PSL 7 (+1), Nowa Prawica JKM 6 (+1), SolPol 2 (-1), Polska Razem 1%.

photo

W tym samym badaniu 37% ankietowanych zdecydowanie w teorię o zamachu w Smoleńsku nie wierzy. 24%. uważa, że raczej nie niego nie doszło. Zdaniem 10% ankietowanych cztery lata temu w Smoleńsku zdecydowanie doszło do zamachu, a 15% uważa, że katastrofa raczej była wynikiem zamachu. 14% badanych odpowiedziało na pytanie: „nie wiem”.

74% nie przekonują ustalenia zespołu Macierewicza, 53% nie przekonują ustalenia prokuratury wykluczające wybuch, 36% przekonują.

Sondaż zrealizowany został przez Millward Brown SA 8 kwietnia 2014 na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 1012 dorosłych Polaków.

źródło.

300polityka.pl

 

Antyrządowa i antyrosyjska manifestacja w Warszawie

09.04.2014

W przed­dzień rocz­ni­cy ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej człon­ko­wie klu­bów „Ga­ze­ty Pol­skiej” przy­szli pro­te­sto­wać przed ro­syj­ską am­ba­sa­dę. Do­ma­ga­ją się ujaw­nie­nia praw­dy do­ty­czą­cej przy­czyn tra­ge­dii sprzed czte­rech lat, a także uka­ra­nia win­nych.

Wsród wy­krzy­ki­wa­nych haseł po­ja­wia­ją się: „Pol­ska to nie buda ruska ani ran­czo Tuska” czy „Bro­nek, przyj­dzie­my po cie­bie”.

Uczest­ni­cy prze­mar­szu za­po­wia­da­ją, że wezmą też udział w za­pla­no­wa­nym na 10 kwiet­nia, wie­czor­nym Mar­szu Pa­mię­ci, który około go­dzi­ny 20:00 ruszy sprzed Ba­zy­li­ki Ar­chi­ka­te­dral­nej w kie­run­ku Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go.

Onet.pl 

Gender zapachu

Dla niej, dla niego czy dla nich obojga? Kobiece, męskie, androgyniczne. Na pewno wszyscy zgodzą się, że perfumy niezależnie od płci, podobnie jak ubrania są rodzajem komunikacji międzyludzkiej. Ale czy dziś, kiedy możesz pachnieć sianem, klejem czy marchewką, płeć perfum ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Zapytałam eksperta.

 

Wybór perfum powinien opierać się o indywidualne upodobania. Tak jest w Mood Scent Bar
Wybór perfum powinien opierać się o indywidualne upodobania. Tak jest w Mood Scent Bar • Fot. Michał Janica

CK One podkradałam ojczymowi. Czego zresztą miał świadomość, bo codziennie ubywało mu kilka mililitrów wody toaletowej, a kiedy wychodziłam z łazienki unosiła się za mną chmura One. Ale ja łudziłam się wówczas, że o niczym nie wie. Do momentu, kiedy oznajmił przy śniadaniu: – Muszę dziś kupić perfumy, bo mi i Marii się kończą… Przyznaję, że wtedy mnie zatkało, spaliłam się ze wstydu, ale poczułam dużą ulgę, że wie i że akceptuje.

Zresztą, ten zapach, to był wtedy szał! Wszyscy chcieliśmy go mieć! Być jak Kate i reszta modelek i modeli z kampanii reklamowej Calvina Kleina. Mieć ten luz i móc nosić te same perfumy i ciuchy, bez względu na płeć.

Najbardziej kultowy zapach uniseks: CK One
Najbardziej kultowy zapach uniseks: CK One•Fot. Materiały Prasowe

Faza na One szybko mi minęła, kiedy odkryłam, że pojawiło się mnóstwo pachnących nowości i że mogę w nich przebierać jak w ulęgałkach. I tak było do czasu, kiedy trafiłam do pierwszej niszowej perfumerii w Polsce. Quality założona przez Stanisławę Missalę z rodziną, była miejscem niezwykłym i od razu kultowym. Tu nie mówiło się o podziale na męskie czy damskie perfumy, ale na rodziny zapachowe i tak jest do dziś. To klient decyduje, czym chce pachnieć, a nie panie i panowie z marketingu. Perfumy kwiatowe kupują też faceci. A perfumy drzewno-kadzidlane – bardzo świadome ich oryginalności – kobiety.

Perfumeria Quality w CH Klif

Po Quality w Warszawie i całej Polsce powstało jeszcze wiele perfumerii, które mają inną politykę niż sieciówki. GaliluMon Credo czy najnowszy w Warszawie Mood Scent Bar, to miejsca gdzie przychodzisz nie po sam produkt, ale i emocje. Poszukując perfum zanurzasz się w nich niczym somellier w bukiecie najwyższej jakości win. To oczywiście droga impreza, za to w gratisie dostajesz oryginalność i indywidualność tego, czym pachniesz i w jaki sposób odczytają ciebie inni. Odwiedziłam więc najnowszą perfumerię niszową w stolicy, Mood Scent Bar i zapytałam jej właściciela Victora Kochetova, jak on widzi gender we współczesnych zapachach?

Mood Scent Bar – nowa niszowa perfumneria w Warszawie•Fot. Michał Janica

Dziś większość kobiet nie ma problemu z tym by nosić spodnie i wyglądać przy tym kobieco, a niejeden facet zapuszcza włosy i jawi się jako supermęski. Granica pomiędzy tym, co kobiece czy męskie wydaje się być bardzo płynna. Dlaczego i do czego więc potrzebne są te perfumowe podziały na pour femme czy pour homme?

- Podział na zapachy męskie i damskie istnieje, ale nie w każdej marce. W niszowej Comme des Garcons nawet konwalia jest proponowana dla facetów. Dawniej nie było podziałów. Perfumy były mało dostępnym i bardzo luksusowymproduktem. Trochę jak portrety malowane indywidualne na zamówienie majętnych ludzi. Ciekawostką może być fakt, że róża była popularnym zapachem wśród mężczyzn, ponieważ olejek różany łagodzi skórę po goleniu. Teraz ten kwiat kojarzy się z zapachami dla kobiet. Podobnie było z innymi kwiatami. Goździki, gardenie i jaśmin były używane do butonierek, więc dobrze urodzeni mężczyźni pachnieli bardzo kwiatowo – mówi Victor Kochetov z perfumerii Mood Scent Bar.

Zaskakujące! To wbrew dzisiejszym stereotypom, gdzie supersamiec podnosi sztangę i pachnie ciężkimi jak stal perfumami, a kobieta w reklamie perfum zawsze otoczona jest kwiatami i słodkimi owocami. Czy to znaczy, że CK One był godnym naśladowcą przedwojennych kompozycji i że kiedyś i kobiety i mężczyźni mogli pachnieć tak samo i tym samym?

Fragranza Suprema Vespri Aromatico•Fot. Mon Credo

Perfumy dla niej i dla niego

- W latach 20. wraz z pojawieniem się syntetycznych składników, perfumy zaczęli kupować ludzie z klasy średniej. Fenomen Chanel 5 też tkwi w tym, że zawiera pierwsze syntetyczne składniki, które można było produkować w ogromnych ilościach – aldehydy. I tu ważną rolę zaczął odgrywać społecznie kojarzony składnik z cechami typowo męskimi lub żeńskimi. Pojawiła się moda na konkretne zapachowe kompozycje. Moda na orient: mocne i bardzo sensualne zapachy. Następnie kobiety używały kompozycji bardzo kwiatowych, jak tuberoza czy ylang ylang. Mężczyzna za to pachniał wówczas aromatami drzewnymi i zielonymi. Zapachy cytrusowe, jak wody kolońskie były dla dwojga – mówi Victor Kochetov.

Kiedy w takim razie powstał podział na kobiece i męskie perfumy, jaki znamy do dziś?

- Pod koniec lat 50. pojawił się napis Pour Homme. Za ten historyczny moment odpowiedzialny jest dom perfumiarski Guerlain, a napis pojawił się na ich słynnej kompozycji Vetiver. I to był początek, od kiedy niektóre nuty zapachowe zaczęły się kojarzyć bardziej z zapachami męskimi. Teraz wydaje mi się, że to był chwyt marketingowy lub reakcja na mężczyzn, którzy zaczęli bardziej zwracać na siebie uwagę i o siebie dbać. Co nie zmienia faktu, że Vetiver również był ulubionym zapachem Edith Piaf i Marleny Dietrich! Ale to Hermes był pierwszą firmą która bardzo głośno zaczęła komunikować podział na męskie i damskie perfumy.

Vetiver Guerlain, w najnowszej odsłonie flakonu, 2014


Czy pana zdaniem są nuty zapachowe przeznaczone wyłącznie dla kobiet lub tylko dla mężczyzn?

- Kwiaty, owoce i słodkości mimo wszystko kojarzymy z kobiecymi perfumami, a cytrusy, nuty morskie i drzewne – z męskimi. Wytrawne zapachy z mężczyznami, a słodkie – z kobietami. Fascynujące jest to, że prawie każda kobieta na spotkaniu ze mną twierdzi, że nienawidzi słodkich zapachów, po czym w rezultacie wybiera… słodkie. Na szczęście są różne słodycze, nie tylko te, które kojarzymy z zapachami infantylnymi i tandetnymi.

New York Oud od Bond No.9
New York Oud od Bond No.9•Fot. Mon Credo

No właściwie zastanawiam się czy jest coś, czego jeszcze nie da się znaleźć we flakonikach? Skoro dziś możemy pachnieć już dosłownie wszystkim: spermą, krwią, kurzem z monitora czy absyntem. Jak i czym pachną najbardziej zaskakujące perfumy?

- Najbardziej zaskakujący dla mnie jest zapach Blask od Humiecki and Graef (zapach otwartości) – pachnie emocjami i naprawdę zaskakuje. Myślę, że dla wielu niespodzianką i odkryciem są nadal zapachy „kościoła katolickiego” takie, jak Avignon od Comme des Garcons. To bardzo indywidualna sprawa.

Blask Humiecki and Graef, czyli zapach otwartości
Blask Humiecki and Graef, czyli zapach otwartości

Ja i mój mąż kochamy zapachy Serge’a Lutensa i na przykład 7 Loewe. Często zdarza się nam, że tego samego dnia pachniemy tym samym, ale zupełnie inaczej.Czy to prawda, że na każdej skórze zapach ma zupełnie inny charakter?

- Tak! To zależy to od pH skóry, ciśnienia, zapachu skóry, diety, itp.  Zapachy kobiece czasem na facetach pachną maksymalnie męsko. Plus, mamy efekt zaskoczenia. Kiedy kobiety przychodzą do Mood Scent Bar, dzielą się ze mną tym, że uwielbiają kiedy ich chłopak używa ich perfum. Że to je bardzo rozpala, hmmm… do działania :) Ale nie zachęcam do tego typów eksperymentów w większym gronie odbiorców, bo skutek i odbiór może być różny.

Xerjoff More Than Words
Xerjoff More Than Words•Fot. Perfumeria Quality

Skoro to nie płeć ma znaczenie, tylko charakter nasz i charakter zapachu, czym powinniśmy się sugerować szukając dobrych perfum?

- Warto poszukiwać emocji, a nie odnosić się do perfum wyłącznie stereotypowo. Bardzo istotna jest seksualność i to, żeby perfumy poruszały wyobraźnię. Ale odczuwamy wiele emocji, nie tylko pożądanie. Czasem chcemy być niezauważeni, innym razem tylko sami ze sobą i swoim zapachem. Najlepiej poszukiwać siebie.To nie jest z mojej strony namawianie na spróbowanie nowości, tylko zachęta do powrotu do tych czasów, kiedy perfumy były podkreśleniem indywidualności i charakteru. Po to stworzyliśmy bar zapachowy, żeby ludzie przychodzili i próbowali, wąchali i odkrywali nowy świat zapachów. Bardzo mnie cieszy, że coraz więcej facetów bardziej interesuje się, czym pachnie, a nie czeka aż dostanie zapach od dziewczyny czy żony w prezencie.

naTemat.pl

Polski Kościół Latającego Potwora Spaghetti bliżej rejestracji. Wyrok WSA daje nadzieje pastafarianom

To wielki dzień dla polskich pastafarian. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie we wtorek uznał, że Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji ponownie powinno rozpoznać ich wniosek o zarejestrowanie Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti.

Wyrok WSA w sprawie rejestracji Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti daje nadzieję pastafarianom.
Wyrok WSA w sprawie rejestracji Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti daje nadzieję pastafarianom. • Fot. YouTube.com/PiotrP13

O oficjalne uznanie swojej religii pastafarianie walczą od ponad roku. W marcu 2013 roku Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji uznało jednak, iż ich zbyt luźny kanon wierzeń kwalifikuje Polski Kościół Latającego Potwora Spaghetti raczej jako żart niż prawdziwy związek wyznaniowy, który zasługuje na ochronę i wsparcie ze strony państwa.

Wyznawcy makaronu i miłości szybko zapowiedzieli jednak, że nie złożą broni w walce o prawo do takiego światopoglądu. Najpierw złożyli więc wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy przed MAiC, ale resort i tym razem nie zmienił zdania. Wtedy otwarta została ścieżka sądowa. Po zaskarżeniu rozstrzygnięcia ministerstwa pastafarianie 8 kwietnia doczekali się wreszcie kolejnej szansy na oficjalną rejestrację ich Kościoła.

Dyrektywa retencyjna upadła przed Trybunałem Sprawiedliwości. Latający Potwór Spaghetti wygrał przed WSA.

Chyba zaczynamy powoli żyć w innych nieco czasach.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie we wtorek orzekł bowiem, iż MAiC powinno jeszcze raz rozpatrzyć wniosek o wpisanie Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti na listę związków wyznaniowych funkcjonujących w Polsce.

W CO WIERZĄ PASTAFARIANIE?
Krótki film przedstawia kulisy tej religii.
•YouTube.com/PiotrP13

Pastafarianie od dawna zakładali jednak, że na tym etapie ich walka może się jeszcze nie zakończyć. Jeżeli resort administracji kolejny raz znajdzie sposób na to, by odmówić obcięcia ochroną państwa ich wierzeń na temat Świętej Sosowatej Mądrości, jego wyznawcy zapowiadają walkę przez Naczelnym Sądem Administracyjnym, a nawet Europejski, Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.

Zobacz obraz na Twitterze

Czeski pastafarianin Lukáš Nový ma takie oto zdjęcie w dowodzie osobistym.

naTemat.pl

 

Kino klasy B. TVN24 i tabloidy narysowały strzelaninę z udziałem byłego wiceministra

Strzelanina na wielkopolskiej drodze z udziałem byłego wiceministra w rządzie PiS i doradcy Jerzego Buzka stała się polem rywalizacji tabloidów i TVN24 na grafiki przedstawiające to wydarzenie. Postanowiliśmy porównać wersje trzech redakcji. I dorzuciliśmy swoją.

 

Media prześcigają się w wizjach strzelaniny na drodze z udziałem Zbigniewa R. byłego wiceministra w rządzie PiS i doradcy Jerzego Buzka.
Media prześcigają się w wizjach strzelaniny na drodze z udziałem Zbigniewa R. byłego wiceministra w rządzie PiS i doradcy Jerzego Buzka. • TVN24.pl

Zbigniew R. w niedzielę pod Nowym Tomyślem zajechał drogę rodzinie, która podróżowała autem z ośmioletnim dzieckiem. Były wiceminister – miał 1,6 promila alkoholu we krwi - na oczach przerażonych ludzi zaczął strzelać w powietrze. Prokurator postawił mu zarzuty prowadzenia auta pod wpływem alkoholu oraz kierowania gróźb karalnych z użyciem broni palnej. Tyle fakty. Ale tabloidy i TVN24 postanowiły narysować swoje wersje tego zdarzenia.

Według wizji grafika „Faktu”, R. oddawał strzały tyłem do swoich „ofiar”, ale za to patrząc prosto w oczy autorowi grafiki.

W tej wersji Zbigniew R. patrzy prosto w oczy grafika
W tej wersji Zbigniew R. patrzy prosto w oczy grafika•Fakt.pl

W „Super Expressie”, który postawił na fotorealistyczne podejście do tematu, były polityk – dziś wykładowca z doktoratem – strzelał jednocześnie próbując się ubierać. Stąd być może wyraz zadumy na jego twarzy.

Co autor miał na myśli? R. według "Super Expressu" strzelał w głębokiej zadumie
Co autor miał na myśli? R. według „Super Expressu” strzelał w głębokiej zadumie•se.pl

TVN24 – jak to telewizja – stworzyło krótki filmik animowany. Na kadrze poniżej mimo ciemności zwracają uwagę pomarańczowe bambosze R. oraz zamiana pojawiającego się w relacji policji volkswagena na samochód innej marki. Co ciekawe, w wersji dla „Faktów” napastnik miał spodnie od pidżamy w innym fasonie.

Wersja TVN24 może być najbardziej podkoloryzowana. Stacja zmieniła markę samochodu ofiar napaści R.
Wersja TVN24 może być najbardziej podkoloryzowana. Stacja zmieniła markę samochodu ofiar napaści R.•tvn24.pl

Z tak przedstawionym przebiegiem wypadków nie zgadza się nasz redakcyjny kolega Antoni Bohdanowicz, który stworzył na ekranie komputera swoją wizję. Naszym zdaniem – mimo artystycznej chropowatości – wnosi do sprawy dokładnie tyle samo, co prace bardziej uzdolnionych artystów.

A może nawet trochę więcej.

•Rys. Antoni Bohdanowicz

naTemat.pl

Japońskie święto kwitnącej wiśni Hanami

Japończycy wybrali sobie bardzo piękny symbol. Gałązka kwitnącej na różowo wiśni ma przypominać o tym, jakie życie jest ulotne. Delikatne kwiaty pozostają na drzewach tylko około tygodnia i zapowiadają nadejście wiosny. W dniu pełni rozkwitu, Japończycy masowo wybierają się na pikniki i chociaż najczęściej będą musieli jeszcze ubrać się w miarę ciepło, spędzają cały dzień ucztując na świeżym powietrzu.

W okresie przedwiosennym oprócz codziennej, zwyczajnej prognozy pogody w mediach nadawane są również prognozy kwitnienia dla różnych regionów. Dzięki temu można sobie dość dokładnie zaplanować te kilka dni i spędzić jak najwięcej czasu ciesząc oczy pięknem ulotnych kwiatów. Nawet największe i najbardziej poważne firmy w dniu święta Hanami wychodzą ze swoich biurowców. Pracownicy spędzają czas na wspólnych zabawach w cieniu ukwieconych drzew.

Prognoza kwitnienia na 2014
Prognoza kwitnienia na 2014•http://www.jnto.go.jp/

Japonia to kraj naprawdę bardzo egzotyczny, czasem abstrakcyjnie niezrozumiały dla przeciętnego Europejczyka. Łatwo stwierdzić, że to bardziej „stan umysłu”, niż położenie geograficzne, ponieważ zupełnie normalne dla większości Japończyków zwyczaje, dla nas uchodzą za dziwactwa (i odwrotnie). Obecnie pod kwiatami wiśni nie spotkamy raczej medytujących w ciszy i zadumie mędrców, prędzej polowy konkurs karaoke.

Dokładnie w tej chwili mamy Hanami w pełni. Japończycy organizują firmowe pikniki, wzbogacone różnymi atrakcjami i cały dzień pełni rozkwitu spędzają na zewnątrz. Pozornie to święto już niewiele ma wspólnego z kontemplacją przyrody, jednak z łatwością da się odczuć wszechobecną radość z nadchodzącej wiosny, którą zapowiadają ukwiecone drzewa.

[url=]http://shutr.bz/Oay8Ha] W parku Shukugawa w Hyogo [/url] rośnie około 1660 drzew wiśniowych.
http://shutr.bz/Oay8Ha] W parku Shukugawa w Hyogo rośnie około 1660 drzew wiśniowych.•Shutterstock

Każde miasto ma swój ranking najpiękniej kwitnących drzew i najbardziej dogodnych miejsc spotkań. Niektóre są słynne na cały kraj i ściągają do nich turyści z odległych miasta. Przykładem są Tokijski Park Ueno lub Park Yoshino w Narze. Dla turystów dostępne są przewodniki po najpiękniejszych parkach, także wiele biur podróży organizuje specjalne wyjazdy, w których gwoździem programu są właśnie obchody Hanami.

Piknik pod wiśniami wiąże się także z ucztowaniem. W kolorowych bentoboxach znajdziemy tradycyjne dango, czyli ryżowe kulki. W okolicach parków pojawiają się także stanowiska z ulicznym jedzeniem i alkoholem (jeśli jest to w danym miejscu dozwolone). Tradycyjnie na pikniku pije się sake i japońskie piwo. Młodzi ludzie coraz częściej decydują się także na bardziej zachodnie podejście i… zamawiają pizze. Wiele świecówek chętnie dostarcza jedzenie pod tak niecodzienny adres, jak „trzecia wiśnia na prawo od wejścia”. W końcu biznes, to biznes. Te radosne celebracje cieszą się ogromną popularnością, dlatego często zdarza się, że najlepsze miejsca są pozajmowane już dzień wcześniej.

Starsi Japończycy ulubili sobie nieco spokojniejszy dzień zakwitania japońskiej moreli ume, która czasem nazywana jest także śliwą japońską. To bardziej starożytna forma hanami. Źródeł tego zwyczaju można doszukać się w organizowanych w czasach dynastii Tang „ucztach kwiatowych” hana no en, które były organizowane pod drzewami moreli od około 710 roku.

Niewątpliwie dzień, w którym całe aleje pokrywają się delikatnymi kwiatami to doskonały powód do świętowania. Nie miałabym nic przeciwko, gdybyśmy zdecydowali się masowo świętować np. dzień pełni rozkwitu magnolii lub jabłoni. Warto wtedy na cały dzień wyrwać się z biura i po prostu posiedzieć pod drzewem.

W dość starym już artykule z ”Focusa” znalazłam wypowiedź Japończyka, który pięknie uzasadnia narodową miłość do Hanami i kwiatów wiśni:

„My Japończycy kochamy sakurę z dwóch powodów. Po pierwsze, wszystkie drzewa zakwitają jednocześnie, w czym przypominają samych Japończyków, którzy lubią działać wspólnie. Po drugie, kwiaty szybko przekwitają i opadają, więc czasu, aby cieszyć się ich pięknem, jest niewiele. Jednak czas ten, dobrze wykorzystany, pozostawia na zawsze piękne wspomnienia.”

naTemat.pl 

Faszyzm o feministycznym obliczu

NOWY JORK – Zachodni feminizm popełnił w swej teorii kilka wartych zapamiętania błędów. Największym z nich jest dość powszechne założenie, że jeśli w społeczeństwie władzę dającą moc podejmowania decyzji obejmują kobiety, będą „milsze i łagodniejsze” (określenie wymyślone dla George’a Busha w 1988 roku z myślą o dotarciu do kobiecego elektoratu). Rzeczywiście, teoria feminizmu tzw. drugiej fali obfituje w stwierdzenia, że wojna, rasizm, umiłowanie hierarchii i szerzej rozumiana postawa represyjna łączą się z patriarchatem; natomiast przywództwo sprawowane przez kobiety będzie w naturalny sposób tworzyło świat bardziej jednoczący i wspólny.

Problem w tym, że nigdy się to nie sprawdziło, o czym powinien przypominać nam awans kobiet na przywódcze stanowiska w skrajnie prawicowych partiach Europy Zachodniej. Postacie takie jak stojąca na czele francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen, Pia Kjaersgaard z Duńskiej Partii Ludowej czy Siv Jensen z norweskiej Partii Postępu świadczą o nieprzemijającej atrakcyjności ruchów neofaszystowskich dla wielu współczesnych kobiet żyjących w egalitarnych, otwartych demokracjach liberalnych.Przeszłość jest prologiem: niedawno wydana książka Wendy Lower Hitler’s Furies: German Women in the Nazi Killing Fields (Furie Hitlera. Niemki w nazistowskich miejscach kaźni) powiększa długi rejestr kobiet angażujących się w agresywne ruchy prawicowe. A rozwój europejskich ruchów skrajnie prawicowych, którym często przewodzą kobiety, uświadamia nam, że spadkobiercy faszyzmu z lat 30. XX wieku mają pewną siłę przyciągania związaną z płcią.Jedną z przyczyn sukcesu kobiet takich jak Le Pen, Kjaersgaard i Jensen jest ich wartość marketingowa i wizerunkowa dla partii. Tak jak Bush zamierzał zmienić „markę” kojarzonej z zimnym elitaryzmem i wrogością wobec kobiet Partii Republikańskiej, tak i dziś skrajnie prawicowe partie europejskie, chcąc przyciągnąć obywateli, nie mogą uchodzić za groźną ekstremę i margines. Czyż ruch, który reprezentują kobiety, może być groźny? Partie takie postrzega się chętniej jako element głównego nurtu, a ich atrakcyjność dla tradycyjnie trudniejszych do pozyskania środowisk kobiecych znacznie wzrasta.Jak pokazuje Lower, Niemcy mieli specjalne programy – od organizacji dla gospodyń domowych po kolonizowanie podbitych terytoriów wschodnich – dające kobietom z klasy robotniczej to, czego pragnęły: poczucie przynależności do czegoś większego (od zawsze atrakcyjny punkt faszyzmu) poparte rozbudowaną oficjalną ikonografią, która przyznawała tradycyjnie niedocenianej roli żony i matki kluczowe miejsce w narodowym dramacie. Młode, niezamężne kobiety wysyłane do pracy w neokolonialnej administracji w podbitej Polsce i na innych obszarach przeżywały przygodę, zdobywały doświadczenie zawodowe i nowe możliwości.W przypadku tych kobiet, tak jak każdej podrzędnej grupy, faszyzm odwoływał się do tego, co nauki społeczne nazywają „awersją do ostatniego miejsca” – pragnienia przewyższenia innych grup. Dodajmy na koniec atrakcyjność postaci o silnym autorytecie oraz sztywną hierarchię, pociągające w równym stopniu, choć na różne sposoby z punktu widzenia psychodynamiki, dla niektórych kobiet i mężczyzn. Tak jak napisała w wierszu „Tata” Sylvia Plath, córka Niemca: „Każda kobieta uwielbia faszystę/ kopnięcie w twarz, brutala/ bezrozumne serce brutala takiego jak ty”.Wiele tych samych wątków skrajnie prawicowej ideologii zyskuje poparcie kobiet i w dzisiejszej Europie. Nie zapominajmy też, że ruchy prawicowe wykorzystują ograniczenia społeczeństwa postfeministycznego, mającego za sobą rewolucję seksualną – a także duchową i emocjonalną pustkę wywołaną przez świecki materializm.Słabo zarabiające kobiety w Europie Zachodniej, często samotne matki pracujące w sfeminizowanych zawodach („różowe kołnierzyki”), umęczone i pozbawione szans na karierę zawodową mają dziś sporo powodów, by zatęsknić za dawnymi wartościami i poczuciem pewności. Dla nich wyidealizowany obraz dawnych lat, kiedy role społeczne były utrwalone, a tradycyjny wkład kobiet ponoć ceniony, może być wysoce atrakcyjny.Oczywiście, partie, które taką wizję promują, obiecują kobietom – także tym przyzwyczajonym do podrzędnego statusu w miejscu pracy i do nawału roboty w domu – że nie będą tylko anonimowymi atomami w postmodernistycznej masie. To właśnie ty, urzędniczko biurowa, jesteś prawdziwą Dunką, Norweżką czy Francuzką. To ty, spadkobierczyni szlachetnego dziedzictwa, jesteś nie tylko lepsza od tłumu imigrantów, ale też stanowisz część czegoś większego i ważniejszego niż narzucająca ci status trybiku machina oferowana przez multirasowe świeckie społeczeństwo.Atrakcyjność prawicowych partii z punktu widzenia kobiet należy przeanalizować, nie tylko potępiać. Jeśli społeczeństwo nie proponuje jednostkom życia we wspólnocie i szans rozwoju, jeśli ceni wyłącznie produkcję, wyniki i otwiera się na imigrantów, nie podkreślając oraz nie pielęgnując tego, co szczególne i cenne w kulturze duńskiej, norweskiej czy francuskiej, samo aż się prosi o kłopoty. Kultywowanie spuścizny oświecenia i postępowych idei społecznych nie ma związku z rasizmem ani negatywną oceną innych kultur, ale politycznie poprawne programy nauczania już nawet takich prób nie podejmują.Jak długo będziemy uważać, że pluralizm kulturowy jest niekompatybilny z obroną wartości uniwersalnych, ruchy faszystowskie będą przyciągać – niezależnie od płci – tych, którzy szukają oferowanej przez nie fałszywej nadziei i poczucia własnej wartości.

Naomi Wolf – jedna z czołowych przedstawicielek ruchu zwanego „trzecią falą feminizmu” i orędowniczek „feminizmu władzy”, który zakłada, że kobiety muszą silnie zaznaczać swój autorytet, pozycję, by osiągać określone cele. Była konsultantką podczas kampanii prezydenckiej Billa Clintona i Ala Gore’a. Autorka takich książek, jak The Beauty Myth, The End of America czy wydanej ostatnio Vagina: A New Biography.

naTemat.pl 

My, czytelnicy, wiemy więcej niż Szczygieł. Reporter, który nie uważa się za pisarza

Przestałem się napinać, jeśli chodzi o życie. Zrozumiałem, że krytyka mojego tekstu nie oznacza krytyki mnie – człowieka – mówi Mariusz Szczygieł. Reporter, którego „Gottland” sprzedał się w prawie stu tysiącach egzemplarzy, ale który wciąż wstydzi się przekazania części archiwów do Biblioteki Narodowej. – Bo notatki to nieuprana bielizna reportera – mówi.

Mariusz Szczygieł
Mariusz Szczygieł • Fot. Krzysztof Dubiel/Instytut Książki

Podobno szykuje Pan nowe wydanie „Gottlandu”?

Mariusz Szczygieł:Ukaże się na początku 2015 roku. Jestem typem, który jest niezadowolony ze swoich książek. Jedyna, z której jestem zadowolony, to ostatnia antologia, czyli „100/XX”.

Da się poprawić „Gottland”?!

Da się. To jest tak beznadziejnie napisana książka, że trzeba poprawić co trzecie zdanie. Nie mogę się od tej obsesji uwolnić. Jak czytam na spotkaniach autorskich fragmenty, to co trzecie, czwarte zdanie źle mi brzmi.

Każdy tekst musi odleżeć swoje?

Tak, dopiero po czasie widzi się niedociągnięcia. Albo lepiej teraz piszę, albo książka musiała swoje odleżeć. W „Niedziela, która zdarzyła się w środę”, nic bym nie poprawił. W związku z nowym wydaniem wydawnictwo Czarne ogłasza konkurs na zdjęcia czytelników, którymi książka zostanie zilustrowana. Do końca czerwca czekamy na zdjęcia. Mogą być reporterskie, artystyczne czy symboliczne, bo nie musimy „Gottlandu” czytać wyłącznie jako książki o Czechach. Można ją czytać jako książkę o systemie, który jest źródłem cierpień. Jako książkę o XX- wiecznym mieszkańcu Europy środkowo-wschodniej, który znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Jako książkę o tym, że ktoś lub coś zamienia nas w robaki, na co reagujemy w różny sposób – od ucieczki, poprzez samobójstwo, aż do totalnego przystosowania się.

A nie boi się Pan, że przekombinuje?

Trzeba ryzykować. Nie mówię, że poprawię całą książkę, ale jedną trzecią – tak. Myślę, że to będzie fajna zabawa dla mnie i dla czytelników „Gottlandu”, których jest chyba więcej niż ponad 80 tys. Zakładając, że część czytelników książki pożycza. W każdym razie 80 tys. egzemplarzy się dotąd sprzedało. Chciałbym, żeby ta zmiana to była przyjemność dla czytelników, fotografów i dla mnie.

Wydanie antologii reportażu XX wieku „100/XX” też było ryzykiem, szybko jednak okazało się, że nie było się czego obawiać. Książka – a raczej dwie księgi- cieszą się popularnością. Ostatnio twórcy strony na FB „Nie wrzuciłem Antologii Szczygła na walla, choć to ważna książka”, napisali, że dwa tomy ważą trzy kg, ale metrów bieżących tekstu jeszcze nie obliczyli.

Mnie najbardziej podobał się wpis o tym, że każdemu „od momentu niewstawienia zdjęcia „Antologii” na walla”, zacznie się pasmo nieszczęść – łącznie z tym, że drzwi od szafy będą mu się same otwierać. Nie boję się ryzyka – i porażkę, i sukces chcę traktować jak przygodę. Nie przejmuję się swoimi błędami, a kiedy ktoś wyciąga mój błąd czy potknięcie – cieszę się. Wówczas albo przyjmuję krytykę i zmieniam coś w tekście, albo wchodzę w polemikę. Przestałem się napinać, jeśli chodzi o życie.

Tak po prostu?

Bardzo pomogła mi terapia, która skończyłem w 2007 roku w świetnej klinice. Jeszcze nie wszystko jest w porządku, ale ostatnie lata przyniosły dużą zmianę. Może w nienapinaniu pomogło mi to dlatego, że poczułem się dowartościowany przez sukces moich książek. Nie odbieram krytyki tego, co piszę jako krytyki mnie-człowieka. Tak też tłumaczymy z Wojtkiem Tochmanem naszym studentom: jak mówimy, że tekst jest słaby i trzeba go poprawić, to nie znaczy, że uważamy, że ty jesteś słaby. Krytyka tekstu nie oznacza krytyki osoby. Z napinania się nic pozytywnego nie miałem, a zauważyłem, że czy się napinam, czy nie, na skutek różnych zdarzeń, wynik i tak jest taki sam. Co najmniej dobry.

Był Pan znerwicowanym, przybitym twórcą, którego zjadały własne demony?

Tak. Który w dodatku uważa, że wszystko musi wyjść jak najlepiej. A wcale nie musi.

Zdarza się Panu pisać złe teksty?

Zdarza mi się napisać zły felieton do DF. Niektóre słabsze drukuję, ale mam cztery takie, które są żenujące, leżą więc w komputerze. W pierwszym momencie po napisaniu wydawały mi się bardzo dobre. Podczas ich pisania odczuwałem podniecenie porównywalne wyłącznie z tym seksualnym. Tak mam w czasie pisania w ogóle. Nie znaczy to, że to podniecenie widać w spodniach, ale wewnętrznie to jest podobny rodzaj euforii, a przedtem – napięcia. Pisanie daje mi taką samą euforię, co seks. I po tych felietonach – tych złych – właśnie tak się czułem.

Ktoś je czytał?

O nie, wstydzę się.

Bo Hanna Krall i Małgorzata Szejnert by krzyczały?

Zdarza mi się czasem wysłać przed drukiem felieton Hannie Krall, Małgosi nie, bo pracuje teraz nad własnymi książkami, więc nie chcę jej zawracać głowy. Czasami pokazuję te felietony mojemu przyjacielowi, który wprawdzie jest finansistą, ale przeczytał więcej książek niż ja i ma nieprawdopodobną kulturę literacką. Jeśli on mówi, że felieton ma się odleżeć, to wiem, że nie jest dobry. Z tekstami jest tak, jak ze wszystkim innym – tak jak zdarza mi się słabszy felieton, zdarza mi się czasem gorszy dzień. Wtedy nie wychodzę z domu, bo uznaję, że jeśli danego dnia nie jestem entuzjastą życia, to lepiej nie wychodzić, tylko poczytać czeskie gazety, pić drinki albo parzyć kawę po wietnamsku.

To się wiąże z niechęcią do odsłaniania się przed światem? Ze strachem?

Nie, broń Boże, ja ze światem wchodzę w łatwy kontakt. Po prostu wiem, że w takie dni będę męczył i siebie, i innych, bo komunikowanie się będzie wymagało ode mnie trzy razy więcej wysiłku. To wiąże się z formą, która jest dla mnie w tekście bardzo ważna. To samo dotyczy życia – uważam, że jeśli jesteśmy w gorszej formie, mamy na sobie pidżamę i nie umyliśmy zębów, to nie ma sensu otwierać ludziom drzwi. Chyba że trzeba, bo dom się wali. Jeśli nie trzeba pokazywać się bez formy, to lepiej tego nie robić. A więc – jeśli tylko mamy taką możliwość – nie napinać się i nie wychodzić w domu, aby zadowolić świat.

Esteta.

Bo życie jest jedno. W przeciwieństwie do większości Polaków nie mam drugiego życia pozagrobowego.

Jak to?

Bo – nie wierzę w nie. Wolę wszystko tu, w tym życiu, robić w odpowiedniej formie, bo mam świadomość, jak łatwo mogę je stracić. Zawsze tak żyję, żeby każdy dzień był fajny.

Wspomniał Pan o czytaniu czeskich gazet. Mówi się, że kiedy ktoś poznaje nowy język, to tak, jakby zyskiwał drugą duszę. A reporter to takich dusz, poprzez dostęp do wielu żyć i zawartych w nich historii, ma chyba kilka?

Chyba z tego powodu Hanna Krall uznała, że nie będzie mówiła o swoim życiu. Po tym, co napisała, po życiach, które wchłonęła i opisała, prawdopodobnie uznała, że to nie jest już tak nieistotne. Bohaterowie jej reportaży są tak dla Krall tak ważni, że stali się ważniejsi od niej samej. Ze mną jako reporterem jest trochę inaczej. Ja nie mam wielu żyć, mam jedno, ale nieprawdopodobnie wzbogacone przez życiorysy cudze. Kiedyś złapałem się na tym, że na konkretny temat decyduję się dlatego, że osobiście mi coś załatwiał. I tak „Gottland” nie jest tylko książką o Czechach, ale o mnie. Pozałatwiałem sobie nią różne swoje problemy.

Słitfocia z Hanną Krall, kiedy byliśmy na wspólnym spotkaniu autorskim w Aix-en-Provance. Listopad 2008.<br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br />
Fot. M. Szczygieł
Słitfocia z Hanną Krall, kiedy byliśmy na wspólnym spotkaniu autorskim w Aix-en-Provance. Listopad 2008.
Fot. M. Szczygieł

Pisanie było formą terapii?

Pytam reporterów: ale dlaczego chcesz pisać akurat o tym? – Bo to ciekawy temat – pada odpowiedź.. Tak, ale to tylko z wierzchu. Jeśli zajrzymy głębiej, okazuje się, że wybieramy te tematy, które nam w czymś osobiście pomagają. Dostałem taki piękny prezent od losu, że mam możliwość rozszerzenia swojego życia, nałożenia tego życia na życia cudze, a poprzez te cudze – wpływania na siebie. To sprzężenie zwrotne.
Na przykład moja książka „Zrób sobie raj” bardzo mi pomogła w moim życiu. Nie wszedłem w cudze życia, ale cudze życia zaanektowałem z pożytkiem dla siebie. Jestem teraz bogatszy o spokój, który daje mi niewiara w Boga. Otóż ja bardzo się bałem przestać wierzyć. Złapałem się na tym, że ja trochę wierzyłem w Boga ze strachu.

Częsty powód.

Tak! Obawiałem się, że jak przestanę wierzyć, to już nic nie będę miał i zostanę z jakąś straszną pustką, z jakąś płaskością życia. Myślałem, że to będzie straszne. I ci mądrzy bohaterowie moich reportaży czeskich udowodnili mi swoim życiem i tym, co mi opowiedzieli, że nie ma się czego bać. Że można być szczęśliwym bez Boga. Że życie ateisty może być pełne. Dlatego „Zrób sobie raj” jest dla mnie ważniejszą książką niż „Gottland”. Może nie jestem 100 proc. ateistą, bo jestem pełen pokory wobec jakiejś siły wyższej, wiem jednak na pewno, że ta katolicka, chrześcijańska wersja, nazywana przez moich czeskich znajomych często „baśnią”, mi nie pasuje.

Bo jest boleściwa i pełna strachu?

Tak, naiwności połączonej z okrucieństwem, czyli bajka plus lęki nieuprzedmiotowione.

Czyli pisanie pomaga reporterom pomóc sobie?

Reporterzy niechętnie mówią o sobie, wolą opisywać swoich bohaterów, o nich mówić. Jakiś czas temu odkryłem jednak, że moje pisanie nie pojawiło się bez przyczyny i ma swoje skutki. Jak byłem młody, to pisałem po to, żeby zobaczyć swoje nazwisko w druku. Żeby mówili, że Szczygieł, ten ze Złotoryi, to nie jest taki głupi chłopak. Z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że czytelnik, choć bardzo ważny, bo to dla niego myślę o formie tekstu, nie jest jeszcze tym najważniejszym powodem pisania. To, że robię coś dla siebie, jest tym najbliższym mi powodem. Zmniejszam swoje lęki, dowiaduję się, jak ludzie sobie z nimi radzą, jak z nimi żyją. Kiedy w 2002 roku sekretarka Tomasza Baty napisała mi, że mogę zadać mu jedno tylko pytanie, bo jest zajęty, i poprosiła, żeby pytanie było ważne, długo nad tym myślałem. O co tu zapytać? Jak doprowadził do rozwoju firmy? Jakie cechy w swoim ojcu cenił? Czy może o to, jak widzi przyszłość firmy Bata w sytuacji ekspansji obuwia chińskiego? Potem pomyślałem: Jezu, co ja w ogóle wymyślam! Mogłem mu zadać tylko jedno pytanie. A więc: Panie Bato, jak żyć? To był dla mnie przełom, wtedy sobie uświadomiłem, że w tym reportażu nie powinno chodzić o „ciekawe wydarzenia”, „przybliżanie ciekawych krajów”, „prezentację złożonych osobowości”, tylko o to, żeby się dowiedzieć od mądrzejszych ode mnie ludzi, jak żyć.

Przypomni pan co odpowiedział?

Pan Bata odpowiedział tak: Trzeba porządnie się uczyć, spoglądać wokół siebie otwartymi oczyma. Błędów nie powtarzać i wyciągać z nich wnioski. Uczciwie pracować i widzieć nie tylko swój własny zysk. Nie jest to chyba takie trudne?

Niemiecki reporter Andreas Altmann też wychodzi z założenia, że skoro już pisze, to niech coś z tego ma. W autobiograficznym reportażu „Zasrane życie mojej matki, zasrane życie mojego ojca i moja zasrana młodość” stanął przed czytelnikami nagi, a dodatkowo jeszcze się prześwietlił. Jak daleko może pójść reporter w obnażaniu siebie przed czytelnikami?

Czuję, że będę miał taką potrzebę w przyszłości. Dziś tą odsłoną mógłbym sprawić przykrość najbliższym. Zrobię to, kiedy będę stary, a moich rodziców już nie będzie na świecie. To będzie bardziej w porządku. Natomiast moi bohaterowie często mają ochotę się odsłonić, mimo że ich najbliżsi żyją. Zdarza się, że musimy ich chronić przed nimi samymi. Kiedy dochodzi do opowiadania bardzo intymnych historii, to czasem proponuję, że ukradnę tej osobie część jej opowieści i dam ją komuś innemu, kogo specjalnie do tego celu stworzę. Czasami trzeba bardzo zakamuflować bohatera, ale w dzisiejszym świecie internetu może się to nie udać. Tak, jak nie udało mi się z bohaterką tekstu „Śliczny i posłuszny”.

Miał Pan wyrzuty sumienia?

Mam je do dzisiaj. Podstawowym jest ten, że nie udało mi się jej zakamuflować, a byłem przekonany, że zrobiłem to świetnie. Nie doceniłem jednak internetu i jego możliwości. Nawet cytując w tym reportażu dokumenty, które można znaleźć w internecie, zmieniałem w nich wszystkie słowa. Ważna była prawda, nieważne, jaki słowami wyrażona. Sądząc, że tę bohaterkę schowałem tak, że nie da się jej znaleźć, pozwoliłem sobie na ujawnienie bardzo intymnych szczegółów z jej życia. Nie padło jej nazwisko, ale ludzie ją rozpoznali. To była opowieść o tym, że przemoc się nigdy nie kończy, że przechodzi z pokolenia na pokolenie – jeśli ktoś był sam katowany w dzieciństwie, to może się zdarzyć, że nie będzie umiał inaczej postępować. Znalazłem intymne szczegóły dotyczące życia tej bohaterki z ojcem dziecka. Ona była młodą nauczycielką, on młodym inżynierem. Ci ludzie zakazali sobie na kilka lat współżycia, co, jak rozumiem, tym bardziej budowało ich frustrację i agresję, która wyładowywała się na dziecku. Oboje je katowali. Kiedyś jeden z moich bohaterów, fotograf Jan Saudek powiedział mi, że według niego dla tych rodziców, którzy katują swoje dzieci, to zastępczy seks. Bicie to erzac. Ujawniłem te szczegóły z życia tej nauczycielki, bo uważałem, że są bardzo ważne dla zrozumienia osobowości autorytarnej. Ale wierzyłem, że nie da się jej znaleźć. Niestety została odnaleziona. Strasznie źle się z tym czuję.

Miała do Pana żal?

Nie rozmawiałem z nią, już wcześniej dwa razy odmówiła rozmowy, a listu od niej żadnego nie dostałem. Ale straciła dwie prace, w szkole i MEN, więc trudno, żeby nie miała żalu. Do końca twierdziła, że to nie o nią chodzi. Że nie zabiła żadnego dziecka.

Wyczerpał Pana ten tekst?

Od tamtej pory nie napisałem nic podobnego. Wstrzymuję się, bo za dużo zdrowia kosztował mnie tamten tekst. Nie chcę przeżywać podobnych emocji. Przez całe życie zawodowe byłem jak chirurg. Rutyna wypierała emocje. Pisząc tekst wiedziałem zawsze, że umiem i wiem, kiedy będzie się emocjonował czytelnik. Że umiem stworzyć moment do śmiechu i do płaczu, ale mnie za cholerę samego to ani nie śmieszy, ani nie wzrusza. Oczywiście teoretycznie.

To manipulacja?

Nie – to stworzenie dla siebie komfortowych warunków do pracy, bo pisząc, nie przejmowałem się aż tak bardzo tym, co piszę. W przypadku tego reportażu wszystko się zmieniło. Strasznie mi się go pisało, nie mogłem się zmierzyć z tym materiałem. I potem reakcje na ten tekst, od euforii i czterech nagród, po deklaracje rodziców, że już nigdy nie będą bić swoich dzieci, aż po niechęć do mnie i oskarżenia, że to ja jestem oprawcą tej kobiety. Dla mnie była to taka mieszanka emocji, że na razie nie zmierzę się z podobnym tematem, chociaż szykuje się moja nowa książka o życiu ze stratą. Ale jeszcze się wstrzymuję. „Antologia” była dobrym przerywnikiem, choć emocjonalnie traktuję ją jak swoje dziecko. Autorów też, ich teksty są bardzo mi bliskie.

Na wakacjach po przygotowaniu antologii. Autor właśnie ma zejść z łodzi na Morzu Południowochińskim. Fot. Julianna Jonek
Na wakacjach po przygotowaniu antologii. Autor właśnie ma zejść z łodzi na Morzu Południowochińskim. Fot. Julianna Jonek

Powiedział Pan, że internet wiele zmienił. Czy przez to zmieni się sam reportaż, bo trzeba będzie bardziej kombinować?

Być może zmieni się forma.

Na więcej można będzie sobie pozwolić, bo reguły nie będą tak surowe?

Jedyną surową regułą jest to, że nie zmyślamy. Dopuszczalne jest kłamstwo formy – jeśli rozmawiam z jednym bohaterem kilka razy w różnych miejscach, a ostatecznie robię z tego jedną rozmowę, która toczy się w jednym miejscu, to wciąż jest to prawda. Teresa Torańska też tak robiła w swoich wywiadach. Spotykała się z bohaterem po pięć razy w różnych miejscach, ale rozmowa w druku wyglądała na całość. Historia, słowa, wyznania i wypowiedzi są prawdziwe, ale taki zabieg formalny ułatwia czytelnikowi czytanie.

Czy w języku można się przejrzeć? Co te reportaże z całego XX wieku, które znalazły się w „100/XX”, mówią o ich twórcach i ich bohaterach?

Pisanie czegoś do kogoś było kiedyś czynnością specjalną. Wymagało specjalnie dobranych słów – kiedyś. Autor, w tym przypadku reporter, miał świadomość, że to, co mówi, jest ważne i będzie poważnie analizowane. Że ma wpływ na czytelników, bo od tego, co on napisze, będzie zależało to, co oni myślą.

Duża odpowiedzialność.

Ogromna. Pisanie było świętem. Podobnie czytanie. To było coś! Reporter początku XX wieku opisywał świat, często jednocześnie go interpretując. Mógł być tam, gdzie czytelnik nie mógł wejść. Dlatego i ten świat- świat przedtelewizyjny – autor musiał opisać z didaskaliami, bo czytelnik tego wszystkiego nie widział. Kuncewiczowa, jak jechała do Warszawy opisać dla „Wiadomości Literackich” zoo, to opisywała swoją podróż na Pragę już od przejażdżki tramwajem ze Śródmieścia. Jaki reporter tak dzisiaj pisze?

Brytyjczycy tak piszą: „Jestem umówiona na wywiad z wielkim pisarzem, którego dostrzegam, pochylonego nad gazetą, w najdalszym kącie kawiarni. Ma na sobie szarą marynarkę….” i tak dalej.

Czesi też tak piszą, ale ona opisywała ten tramwaj bardziej szczegółowo, bo wielu czytelników nigdy tramwajem nie jechało. My dzisiaj jesteśmy mądrzy, a nawet przemądrzali. My, czytelnicy naTemat, wiemy wszystko i zaraz się będziemy mądrzyć pod tym wywiadem ze Szczygłem, bo my, czytelnicy, wiemy więcej niż Szczygieł. Dzisiaj reporter nie musi podpowiadać rozwiązań i interpretacji. Nie musi tak szczegółowo opowiadać świata, bo ten świat wszyscy znamy. Dziś każdy może napisać wszystko a wtedy ten, kto pisał, miał poczucie, że jest wybrany. Wie pani jaka jest różnica? „Każdy może napisać o wszystkim” – to dzisiaj. „Nie każdy może pisać o ważnym” – to dawniej.
Ale niech sobie wszyscy dzisiaj piszą, a i tak zawsze się wyróżnią jakieś osoby i style.

W „antologii” są reportaże tych reporterów, którzy się wyróżniali. Miał Pan frajdę z wybierania i czytania?

Tak, nawet złych tekstów. Jest tam niedobry tekst Kazimierza Laskowskiego o powodzi. Nie przeszkadza mi jednak, że on jest zły – to jest taki rodzaj emocji, jaki towarzyszy słuchaniu utworów przedwojennej pieśniarki. Dziś już nikt nie śpiewa jak Ordonka, ale posłuchać można. Najlepiej dwie piosenki, nie więcej, bo jej maniera drażni dzisiejsze ucho. U Laskowskiego kataklizm musi być „straszliwy”, a każda informacja owinięta w poetyzującą panierkę. „Jechałem tymi dolinami łez we trzy dni po największym napięciu kataklizmu, kiedy opadły nurty i odsłoniły w całej nagości pierś nieszczęścia” – mnie się to odkleja od mózgu. Z dzisiejszego punktu widzenia ten tekst nie jest dobry, ale jest ciekawy, bo pokazuje sposób obrazowania, kiedy nie było telewizji, a nawet zdjęć w prasie. Z kolei w bardzo współcześnie napisanym reportażu Korczaka z 1901 r. jest takie zdanie, które wiele mówi: „Odprowadził mnie do pierwszej latarni”, a rzecz dotyczy rzezimieszka w zakazanej części miasta, który go odprowadzał.

Dzisiaj inaczej się pisze. Twardo, krócej.

Po żołniersku, ale za chwilę pojawi się jakiś dobry stylista, który będzie umiał korzystać ze słów. Ostatnia książka Wojciecha Tochmana „Eli, Eli” to jest już piękna praca z językiem. I ucieczka od żołnierskości.

Że polski reportaż jest znakomity – wiadomo. Sukces „100/XX” pokazuje, że ludziom chce się czytać takie teksty, nawet są ich spragnieni. Ta tęsknota za szczegółem bierze się ze znudzenia powierzchownością tego, co można w większości znaleźć w gazetach i internecie?

Tak, bo szczegół jest na miarę człowieka, jak kiedyś to ładnie powiedziała Małgorzata Szejnert. Szczegóły tworzą człowieka, one decydują o tym, czy kogoś lubimy, czy nie. Kiedy ktoś się z kimś koleguje (albo koleżankuje, bo ja się ze swoimi koleżankami koleżankuję właśnie) i opowiada komuś innemu, dlaczego, to mówi na przykład tak: „Słuchaj, wiesz, jak to jest fajna osoba? Ja jej w ogóle nie znałam, bo dopiero przyszłam do tej pracy, i złamał mi się obcas. A ona, wyobraź sobie, miała w biurku zapasową parę, i dała mi te buty. Zapytała tylko, jaki mam rozmiar. Ja mam 36, ona 37 wprawdzie, ale pasowały. I ona obcej osobie dała te swoje buty! Tak żeśmy się zaprzyjaźniły.” Zawsze w ten sposób opowiada się o ludziach. Szczegół jest nie tylko tym, co buduje reportaż, ale też spoiwem międzyludzkim. Ja jestem odporny na publicystykę, jeśli publicysta widzi wszystko ogólnie. Zawsze mi przeszkadzało w wywiadach Kapuścińskiego, że jak on opowiadał o świecie, to mówił ogólnie. Globalnie. W swoich reportażach miał mnóstwo genialnych szczegółów, a w wywiadach – nigdy. Na spotkaniach autorskich też mówił ogólnie. Może dlatego, że był wstydliwy? Oj, zdradzę pani pewną tajemnicę. Znam przypadek, kiedy Kapuściński przyszedł na spotkanie autorskie pewnego reportera i chciał publicznie powiedzieć, że ta książka jest wybitna, ale ponieważ był tam inny znany reporter, którego ostatniej książki nie zdążył skomplementować, wstrzymał się. Nie chciał, żeby temu drugiemu reporterowi nie zrobiło się przykro.

Przekazał Pan część swoich prywatnych archiwów do Biblioteki Narodowej. Kiedy zapytałam o to w jednym z e-maili, powiedział Pan, że temat Pana żenuje. Dlaczego?

Bo za wcześnie. Dałem im notatki z „Gottlandu”, gdzie były numery telefonów, czeskie słowa, których nie rozumiałem. Poza tym oddałem – dyplomy, wydrukowane e-maile od niektórych znanych osób, ale jestem trochę zażenowany, bo notatki reportera to nieuprana bielizna. Wstydziłem się. Może w przyszłości oddam więcej, ale najpierw muszę napisać kilka dobrych książek. Oni chcą mieć prawo do opublikowania tego w internecie, a ja nie bardzo chciałbym się na to zgodzić, bo nie powinien tam zaglądać każdy, tylko ktoś, kto w przyszłości będzie się interesował moją twórczością. Ale przede wszystkim mnie to żenuje, bo ja nie uważam siebie za jakiegoś twórcę przez duże „T”. W życiu nie powiedziałem o sobie, że jestem pisarzem. To innym zdarza się tak o mnie powiedzieć. Uważam się za autora, który jest w tej chwili modny, może jeszcze przez chwilę będzie. Przez trzy lata Andrzej Brycht, autor „Dansingu w kwaterze Hitlera”, był tak modny, że przez trzy lata codziennie jeździł na spotkania autorskie. Dziś nikt go nie pamięta. Dlatego cieszę się, że wyszła „antologia”, bo ona po mnie zostanie. A co będzie z moimi książeczkami, zobaczymy. Nie tworzę sobie żadnych iluzji.

Zbyt wielu pisarzy i same gwiazdy ekranu?

Słowa straciły na znaczeniu, więc o każdym, kto wyda książkę, mówi się „pisarz”, a o tych, którzy pisują recenzję – „krytyk”. A krytyk to ktoś więcej niż recenzent. To ktoś, kto nie tylko jest naczytany, naoglądany i sprawnie pisze, ale kto może się równać z pisarzem czy reżyserem, kto ma renesansowy umysł. Jak Tadeusz Sobolewski. 24-letni autor nie może być krytykiem. To się zmieniło. Ja jestem za pokorą. Pewne słowa się zdewaluowały.

Czym się różnią polskie reportaże od tych, które pisali Terzani czy Chatwin? Skąd bierze się poczucie, że Polacy są niejako predestynowani do pisania reportaży?

Terzaniemu, który pięknie widział świat, brakowało jednak formy. Mam wrażenie, że pisał wszystko, co wiedział na dany temat. Zawsze mówię dziennikarzom i reporterom, kiedy redaguję, że nie można zadowalać się pierwszymi bohaterami, których poznasz, ani pierwszymi odpowiedziami, które usłyszysz. A on, mam wrażenie, przy całym swoim talencie i biegłości, zadowalał się tym. W polskim reportażu jest więcej potu. Pieczołowitości. Tu jest zagęszczanie i destylowanie, jak u Tochmana i u Krall. Tochman to destylator, a Krall – wirówka. Szejnert z kolei w swoich ostatnich książkach nie boi się długiej, nieco staromodnej frazy.

A Szczygieł?

Ja i Tochman jesteśmy bardziej hip hopy, a Małgorzata Szejnert to bardziej śpiewaczka operowa. W polskim non fiction mamy starannie dobierane słowa i uważność na metafory, podczas gdy bardzo wielu autorów zachodnich pisze po prostu to, co widziało tak, jak widziało. Jednak wielu z nich ma genialną dokumentację, jak Erik Larson, autor ” W Ogrodzie Bestii”. Oni mają czas i środki na to, żeby dokumentować. Ja, pracując w redakcji, dobierałem bezpłatnego urlopu, żeby dozbierać materiał.

Zaczynamy teraz w naTemat cykl, w którym pytamy rozmówców o jedną radę dla innych. Jak brzmiałaby Pańska?

Bardzo często dostaję propozycje wypowiadania się na tematy, na których się nie znam. A jestem przeciwko fałszywym autorytetom medialnym. Może, gdybym był głupszy, to bym w to szedł. Kiedy zapraszają mnie np. na Forum Ekonomiczne w Krynicy, zawsze odmawiam, cytując Witkiewicza: Sztuką jest pozostać w swoich proporcjach. I ja zawsze chcę pozostać w swoich proporcjach. Powinienem robić to, na czym się znam, ponieważ na większości rzeczy się nie znam. Inaczej nazwałbym to tak: Nigdy nie przekraczam granic, jeśli nie mam walizki.

naTemat.pl 

Jan Paweł II ssie pierś ojca Rydzyka. Jest doniesienie do prokuratury na kontrowersyjny obraz, który zawisł w Poznaniu

Świnia, której sutek ssie papież Jan Paweł II – tak ojciec Tadeusz Rydzyk został przedstawiony na obrazie „Bitwa pod Grunwaldem/Statek głupców” grupy The Krasnals. Dzieło można oglądać na ścianie przeszklonego biurowca w Poznaniu. Jak twierdzi Ryszard Nowak z Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą, artyści znieważyli toruńskiego redemptorystę i papieża. Właśnie złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

 

Grupa artystyczna The Krasnals znieważyła papieża i ojca Rydzyka?
Grupa artystyczna The Krasnals znieważyła papieża i ojca Rydzyka? • Fot. http://the-krasnals.blogspot.com/

„Bitwa pod Grunwaldem/Statek głupców” to współczesna wersja dzieła Jana Matejki. Na obrazie w ironiczny i karykaturalny sposób przedstawiono wiele znanych osób, m.in. ze świata sportu, polityki i sztuki, ale także duchownych. „Wykorzystując znane każdemu Polakowi dzieło, relacjonujemy pierwszą dekadę XXI w. Obraz jest komentarzem do otaczającego nas świata, w którym możemy zaobserwować permanentną walkę o władzę, nihilizm oraz upadek wszelkich wartości, w klimacie rodem z obrazów Hieronima Boscha” – napisali członkowie grupy The Krasnals.

Ich praca prezentowana jest w Poznaniu z okazji przyznania artystom corocznej Nagrody „Aretonu” – miesięcznika o sztuce. Wielki obraz o wymiarach 990 x 430 cm wisi na jednej ze ścian przeszklonego biurowca Skalar Office Centre.

Emocje wzbudza głównie ze względu na sposób, w jaki zobrazowano na nim papieża Jana Pawła II i ojca Rydzyka. Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą już dzień po wernisażu, na którym zaprezentowano dzieło, złożył w poznańskiej prokuraturze okręgowej zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Zapowiedział także, że zwróci się do prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego z apelem o usunięcie obrazu.

„Według anonimowych źródeł zrobiono, to celowo przed kanonizacją błogosławionego Jana Pawła II, która odbędzie się w dniu 27.04.2014 r.” – pisze w zawiadomieniu do prokuratury Nowak.

Fot. http://the-krasnals.blogspot.com/

The Krasnals to grupa artystyczna działająca od 2008 roku. Jej członkowie pozostają anonimowi.


Źródło: Dziennik.pl

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>