Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 48984
  • Dzisiaj wizyt: 9
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Hm

 

Migalski ujawnia przed wyborami: jak posłowie wyciągają pieniądze z Parlamentu Europejskiego? [10 SPOSOBÓW]

Piotr Mieśnik, 04.04.2014
Europoseł Marek MigalskiEuroposeł Marek Migalski (Fot. Wojciech Olkunik / Agencja Gazeta)

W europarlamencie kwitnie system „legalnej korupcji”: najbardziej cwani politycy na samych dojazdach mogli zarobić przez 5 lat nawet 1,5 mln zł. Tak swoich kolegów z PE „demaskuje” w nowej książce Marek Migalski. „Parlament ANTYeuropejski” to krytyka unijnej administracji i apel o ograniczenie rozdętego – wg europosła – systemu brukselskich przywilejów. No, ale przecież polityk nie troszczy się bezinteresownie. Wybory wszak za pasem, a Migalski od 5 lat korzysta z dobrodziejstw sprawowania euromandatu i zamierza ubiegać się o niego ponownie.
Różne są sposoby walki o reelekcję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Europoseł Marek Migalski, startujący z list Polski Razem Jarosława Gowina, postanowił najwidoczniej zdobyć rozgłos wydając właśnie książkę „Parlament ANTYeuropejski”. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich krytyków machiny urzędniczej Unii Europejskiej, eurosceptyków i oczywiście przyszłych europosłów.

Dlaczego również dla tych ostatnich? Wszystko przez to, że książka Migalskiego to świetna ściąga dla tych eurodeputowanych, którzy chcieliby jeszcze dorobić do – i tak niemałej przecież – brukselskiej pensji. Przykład: „Gdyby (…) całą kadencję spędzić na jeżdżeniu autem „tam i nazad” (…), to można by w ciągu pięciu lat zarobić – na samych dojazdach! – około półtora miliona złotych”. A wszystko to – jak twierdzi Migalski – „za cichą pochwałą władz Parlamentu Europejskiego”.

Dlaczego tak twierdzi? Odkrył bowiem, że brukselscy biurokraci „wiedzą najlepiej, jak wszystko powinno działać”, a eurodeputowani im w tym „trochę przeszkadzają”. Jak pisze polityk, „szereg przywilejów i sposobów zarabiania” ma zatem odwracać uwagę posłów PE od „wtrącania się do procesów politycznych”.

A oto i 10 najpopularniejszych trików, które według Migalskiego europosłowie stosowali, by wyrwać z Parlamentu Europejskiego dodatkowe pieniądze.

1. Wyłudzanie eurodiet i podwojenie dochodu

Dochody posłów w Brukseli to nie tylko pensja (7,6 tys. euro). Są jeszcze diety za obecność w europarlamencie. Ponad 300 euro za dzień. Ale co, jeśli komuś nie chce się siedzieć na nudnych spotkaniach od rana do wieczora? Wystarczy złożyć podpis na liście obecności między godzinami 7 a 22. Migalski opisuje mechanizm: poseł w poniedziałek dociera do Brukseli przed 22, żeby zdążyć z podpisem, w kolejnych dniach zagląda do europarlamentu tylko po to, żeby złożyć autograf, a w piątek po podpisaniu listy z samego rana – może już urwać się z powrotem do Polski. Zysk? Ponad 1500 euro tygodniowo.

„Jeśli skrupulatnie się policzy, to za dwadzieścia kilka dni pracy można miesięcznie dostać właściwie drugą pensję (i to już bez opodatkowania). Skoro więc ktoś mówi o zarobkach europosłów, to winien raczej operować liczbą około 12 tysięcy euro miesięcznego czystego przychodu” – przekonuje Migalski.

2. Oszukiwanie przy wynajmie mieszkań

Diety poselskie powinny być przeznaczane przez europosłów na jedzenie i wynajem mieszkań bądź hoteli w Brukseli. Polacy według Migalskiego wiodą jednak prym w oszczędnościach w tej kwestii. Nie jest niestety tak, że oszczędzają, aby mniej pieniędzy podatników szło na ich wydatki. Zależy im na tym, aby więcej środków zostało w ich portfelach. Dlatego wynajmują jedno mieszkanie w kilka osób, choć są – jak twierdzi polityk – i tacy, którzy wbrew przepisom obowiązujących w Parlamencie Europejskim, sypiają w swoich biurach.

„Biura w Brukseli składają się z dwóch pokojów – jeden jest przeznaczony dla asystentów i stażystów, a drugi dla MEP-a (Members of European Parliament – przyp. red.). Ten drugi wyposażony jest w cały niezbędny sprzęt biurowy, ale także w łazienkę z prysznicem i kozetkę, na której spokojnie można się wyspać. To właściwie małe mieszkanie, więc rozumiem, że niektórych mogło kusić, by się tam od czasu do czasu przespać” – opisuje Migalski.

3. Przekręty na „kilometrówkach” i tzw. brejk

Jednym z najlepszych dodatkowych źródeł dochodów parlamentarzystów z Brukseli były wszelkiego rodzaju rozliczenia kosztów ich przejazdów. Za każdy przejechany prywatnym samochodem kilometr europosłom zwracano 49 eurocentów. Według Migalskiego nawet po odliczeniu faktycznych kosztów (benzyna) na jednym kursie można było zarobić nawet kilka tysięcy złotych. Jeśli zaś dojeżdżało się tak do Brukseli co tydzień, przez całą pięcioletnią kadencję – można by uzbierać od 700 do 800 tys. zł.

Choć to nie są jeszcze rekordowe kwoty, jakie można było odłożyć na boku. Europosłowie w tygodniu pracy mogą bowiem zrobić sobie tzw. brejk. Jadą do Belgii w poniedziałek, we wtorek wracają do Polski, w środę znowu wyruszają w podróż do Brukseli, a w czwartek albo piątek wracają do kraju. Za wszystkie te podróże tam i z powrotem płacił oczywiście PE (49 eurocentów za kilometr). Najbardziej zdeterminowani i wytrwali mogliby przez kadencję zarobić w ten sposób ok. 1,5 mln zł.

Ten strumień dodatkowych pieniędzy został jednak nieco przykręcony 2,5 roku temu, gdy przewodnictwo w PE po Jerzym Buzku objął socjalista Martin Schulz. Jego decyzją system „zastąpiono” ryczałtem uzależnionym od odległości kraju europosła od Brukseli. Nadal są to jednak bardzo atrakcyjne stawki.

4. Gimnastyka przy rozliczaniu faktur za benzynę

W jaki sposób europosłowie udowadniają, że w ogóle podróżowali własnym autem? Początkowo w PE wymagano jedynie rachunku z jakiejkolwiek stacji benzynowej (za zakup paliwa bądź posiłku) znajdującej się na trasie podróży. Według Migalskiego jego koledzy wyjeżdżali 100 km poza Brukselę, aby zdobyć paragon ze stacji benzynowej, a po powrocie deklarowali, że odbyli podróż na trasie Bruksela-Warszawa-Bruksela. W międzyczasie przepisy zostały zaostrzone i urzędnicy zaczęli wymagać przedstawienia rachunku ze stacji benzynowej z początku i końca trasy. Ale i z tym pomysłowi politycy uporali się.

- Sposobem na obejście tego wymogu było zatrudnienie asystenta, który w kraju pochodzenia MEP-a musiał wyjeżdżać jakieś trzysta kilometrów w kierunku Belgii i tam kupować paliwo lub posiłek na stacji benzynowej – pisze Migalski.

5. Podróżowanie jednym samochodem – rozliczanie kilku

Kolejny sposób to wyjazdy eurodeputowanych do Brukseli jednym samochodem. Co w tym złego? Nic, tyle że potem każdy z nich rozlicza podróż tak, jakby podróżował własnym autem. Wystarczy, że jeden z nich ma rachunek za benzynę z danej stacji, a inni kupili na niej tylko posiłki. Wszystkie te paragony są podstawą do oddzielnego rozliczania przejazdu.

6. Noclegi w hotelach, których nie było

150 euro na hotel dostawali europosłowie do połowy kadencji – jeśli ich podróż do Brukseli miała ponad tysiąc kilometrów. Proceder polegał na tym, że wybierali najtańszy zajazd lub motel przy trasie, w którym nocleg często kosztował w granicach 30 zł. Płacili, brali fakturę, ale tak naprawdę nie nocowali w nim. Przedstawiali potem skromny rachunek, a różnicę zatrzymywali dla siebie.

Niedawno jednak przepisy zmieniono i dopłaty do hoteli przysługują już tylko zaawansowanym wiekowo i schorowanym eurodeputowanym. „Ze zmiany przepisów niezadowoleni byli nie tylko eurodeputowani, ale także – a może nawet przede wszystkim – hotelarze. Wszak stracili idealnych klientów – płacących i nawet niewchodzących do pokoju” – ironizuje Migalski.

7. Walka o „hona”

Według Migalskiego udział w programie Miles & More to jedna z tych rzeczy, która najczęściej zajmuje uwagę europosłów. Wszystko dlatego, że latający za pieniądze europarlamentu, dzięki programowi lojalnościowemu, mogą zdobyć przywileje nieosiągalne dla zwykłych pasażerów. Jeśli uzbiera się wystarczającą liczbę punktów, można liczyć nawet na to, że specjalna limuzyna będzie ich wozić aż pod samo wejście do samolotu. Do tego dochodzi salonik VIP na lotnisku z alkoholem i wykwintną kuchnią. Kiedyś, gdy PE dawał posłom określoną kwotę na przeloty – posłowie albo latali tanimi liniami, albo decydowali się na podróże samochodem tak, by zaoszczędzić jak najwięcej. Teraz, gdy ryczałty zostały zlikwidowane, zdarza się, że poseł wybiera mniej dogodne połączenie tylko po to, by lecieć linią lotniczą, która uczestniczy w programie Miles & More.

„Pytanie najważniejsze – czy masz już hona? Co to jest hon? Najwyższa klasa w systemie Miles & More, czyli coś, co upoważnia do korzystania z salonu VIP i wszystkich udogodnień wynikających z podróżowania już nie tylko klasą biznes, ale first klasą” – wyjaśnia Migalski.

8. Pieniądze nie tylko za zagraniczne podróże

24 tys. kilometrów rocznie – to limit podróży po własnym kraju, za który posłowie również dostają zwrot 49 eurocentów za kilometr. „Trzeba się namęczyć, by wykorzystać go w całości” – przekonuje Migalski.

9. Wizyta na Wiejskiej, a pieniądze z Brukseli

Czasem 300 euro deputowany do Parlamentu Europejskiego może zdobyć, nawet nie wybierając się do Brukseli. Wystarczy, że odwiedzi polski Sejm, gdy obraduje w nim komisja ds. Unii Europejskiej i złoży swój podpis na liście obecności.

10. Potężne środki na asystentów

Aż 20 tys. euro miesięcznie każdy z europosłów dostaje na zatrudnienie asystentów. Do tego dochodzi ponad 4,5 tys. euro na biura. Według Migalskiego stałą praktyką jest zatrudnianie w ich miejsce pracowników własnej partii. Dzięki temu rozwiązaniu lojalny polityk utrzymuje administrację własnej organizacji, gdyż taki „asystent” tak naprawdę nie pracuje dla niego, ale właśnie dla partii, która wysłała go do Brukseli.

Migalski zwraca uwagę, że miesięcznie poseł ma do rozdysponowania w ten sposób blisko 100 tysięcy złotych. „To ogromna suma i – jeśli się ją dobrze zagospodaruje – można być szefem małego think tanku lub fabryczki. Ja na przykład mam dziesięciu asystentów. Choć są i tacy polscy europosłowie, którzy mają ich dwa razy więcej (czasami aż tylu, że nie znają dokładnej liczby)” – przyznaje w swojej książce.

Polski kwestor: „Radzimy sobie z nadużyciami”

O opisywane przez Migalskiego nadużycia zapytaliśmy europosła Bogusława Liberadzkiego, który jest również kwestorem w PE. Zajmuje się wszelkimi kwestiami finansowymi i administracyjnymi dotyczącymi posłów. – Książki Migalskiego nie czytałem i nie zamierzam czytać. On nie wpisał się merytorycznie w prace europarlamentu, ale lubi plotkować – komentuje Liberadzki. – Oczywiście były przypadki nadużyć, ale walczymy z nimi. Kontrolujemy posłów i przestrzegamy ich przed niewłaściwym zachowaniem. Były też takie przypadki, gdy po prostu żądaliśmy zwrotu niesłusznie pobranych pieniędzy – zapewnia polski kwestor.

Europoseł Migalski mandat do tak krytykowanego przez siebie Parlamentu Europejskiego zdobył w wyborach w 2009 r., startując z list Prawa i Sprawiedliwości. Potem zaangażował się w tworzenie partii Polska Jest Najważniejsza, a obecnie o reelekcję ubiega się już z list Polski Razem Jarosława Gowina. Dzięki europarlamentowi, na którym w swojej książce nie zostawia suchej nitki, tylko w latach 2009-2012 odłożył ponad 1,3 mln zł (dane wg najnowszych dostępnych oświadczeń majątkowych).

Kania po artykułach „GW” węszy spisek. „Chcą przykryć nimi nowy film Anity Gargas”

Piotr Markiewicz, 04.04.2014
Dorota KaniaDorota Kania ([Fot. Filip Klimaszewski / AG])
„Wydaje się, że termin pojawienia się cyklu artykułów w ‚GW’ był nieprzypadkowy – mają one przykryć film, który odsłania kolejne, niewygodne dla oficjalnej wersji fakty dotyczące smoleńskiej tragedii” – pisze w serwisie Niezalezna.pl Dorota Kania, prawicowa publicystka.
Kania, oprócz tego, że próbuje tradycyjnie zdyskredytować autorów „Gazety Wyborczej”, odpowiada na serię tekstów dziennika pt. „Posmoleńskie dzieci. Media”, opisujących strukturę funkcjonowania prawicowych mediów po katastrofie smoleńskiej. Sam cykl „GW” nawiązuje do książki „Resortowe dzieci. Media”, której Dorota Kania jest współautorką, a która jest pełna insynuacji na temat tych dziennikarzy nie będących kolegami Kani.Jednak autorka „Gazety Polskiej” w tekstach „Wyborczej” doszukuje się drugiego dna. Otóż jej zdaniem, cykl ma… przykryć nowy film Anity Gargas „Anatomia upadku 2”. „Pierwsza część publikacji ukazała się w dniu premiery kinowej filmu. Wydaje się, że termin pojawienia się cyklu artykułów w »GW « był nieprzypadkowy – mają one przykryć film, który odsłania kolejne, niewygodne dla oficjalnej wersji fakty dotyczące smoleńskiej tragedii” – przekonuje Kania.

„Nierzetelna książka”

Książkę Doroty Kani zdążyło skrytykować wielu publicystów, m.in. przez nią opisanych oraz część jej środowiska, ale też historycy. „ »Resortowe dzieci « to produkt dziennikarzy sfrustrowanych, którzy nie wzięli udziału w podziale medialnego tortu na początku lat 90., nienagradzanych, z trzeciego szeregu. »Gorszych dzieci «, którym kariery zablokowali rzekomo ci z komunistycznego chowu” – pisał w „Tygodniku Powszechnym” dr Marcin Zaremba, historyk z UW.

Naukowiec zarzuca autorom książki nierzetelność i tworzenie atmosfery przypominającej antysemicką nagonkę z 1968 r.

 

TOK FM

 

„Anatomia upadku 2” Anity Gargas łagodniejsza niż pierwsza część. Mało Macierewicza, bez Biniendy i Cieszewskiego

Na kilka dni przed czwartą rocznicą katastrofy Anita Gargas prezentuje drugą część swojego filmu „Anatomia upadku”. Ale na pewno nie dorówna on rozgłosem i kontrowersjami oryginałowi. Po części dlatego, że reżyserka zdaje się prezentować znacznie łagodniejsze podejście. Znacznie ograniczyła obecność na ekranie Antoniego Macierewicza, właściwie nie wspomina o wybuchu i ściętej brzozie.

"Anatomia upadku 2" nie wzbudzi już takich kontrowersji jak pierwsza część.
„Anatomia upadku 2″ nie wzbudzi już takich kontrowersji jak pierwsza część. • Fot. Screen z youtu.be/Hd0k2WUarWE

Pierwsza część „Anatomii upadku” Anity Gargas wywołała gigantyczne emocje i podgrzała dyskusję o katastrofie smoleńskiej. W filmie postawiono ostre tezy, a niechęć TVP do wyemitowania produkcji uznano tylko za ich potwierdzenie. „Anatomia upadku 2” raczej tak głośnia nie będzie. Bo i sama Gargas stała się mniej stanowcza, przynajmniej w kwestii zamachu.

Obejrzałem film w internecie, Gargas skupia się na pokazaniu tła wizyty. Opisuje też remont Tupolewa w zakładach w Samarze, narzekając, że nie był on osłaniany przez polskie służby – mówi o tym m.in. Antoni Macierewicz.

Film opowiada też o przygotowaniach do wizyt Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego. Swoją narracją sięga aż do rozmowy Putin-Tusk w Sopocie, podczas wizyty rosyjskiego prezydenta na obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej. Wydaje się, że ustalenia zespołu Antoniego Macierewicza tym razem nie były główną podstawą scenariusza.

Jeszcze bardziej stanowczo film Gargas interpretuje Wojciech Czuchnowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”.

WOJCIECH CZUCHNOWSKI
dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Mimo jednak końcowych deklaracji, że „polskie władze w sprawie smoleńskiej nie kiwnęły palcem i jeszcze zacierały ślady” (Maria Szonert-Binienda), jest wyraźnym krokiem wstecz w stosunku do skrajnych tez części pierwszej. Robi wrażenie, jakby autorka przestała wierzyć w zamach. CZYTAJ WIĘCEJ

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

Ale na pewno, podobnie jak pierwsza część, film okaże się sporym sukcesem komercyjnym. Bo teza o wybuchach może upadła, ale nadal tworzy się wrażenie, że za wszystko odpowiada Donald Tusk, jego współpracownicy i Władimir Putin.

naTemat.pl  

Dlaczego Kaczyński pomaga Platformie

Wojciech Szacki, 3.04.2014

 

Co jest lepsze dla Platformy od wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego? Dwa wystąpienia Kaczyńskiego. Tę banalną prawdę sztabowcy PO znają od lat, prezes PiS tchnął życie w niejedną już kampanię partii Donalda Tuska.

Zabawna jest przy tym zamiana ról. Co przytomniejsi politycy PiS robią bowiem co mogą, by słowa swojego lidera zbagatelizować, wyciszyć, osadzić w kontekście, krótko mówiąc – temat chcą zabić; co przytomniejsi zaś politycy Platformy wypowiedź przeciwnika chcą maksymalnie nagłośnić, wstawić do spotu, no a już największym marzeniem jest ujrzenie jej w Faktach czy innych Wiadomościach.

 

Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

 

Obecna kampania toczy się tymi samymi koleinami. Kaczyński w ramach podróży po Polsce odwiedził Bogatynię i podzielił się z jej mieszkańcami teorią o wypychaniu Polski z Zachodu,  o czym świadczyć mają mapy pogodowe w jednej z francuskich telewizji. Prezes, błądząc wieczorem po kanałach, odkrył bowiem, że Francuzi prognozują pogodę nawet w Reykyaviku – a polskiej nie. Jest to teoria nieobalalna. Reykyavik tak, Warszawa nie, dyskryminacja niezaprzeczalna i podana na widelcu.

Niektórzy mogą jednak spytać, czy ktoś, kto analizuje sytuację geopolityczną Polski na podstawie map meteo, to najlepszy kandydat na premiera. Dla takich sceptyków już powstał spot – oficjalnie Platforma nie ma z nim nic wspólnego – który opiera się na cytacie pogodowym prezesa.

Kaczyński nie czekał długo z kolejnym prezentem dla Tuska. Oznajmił, że nie życzy sobie w Polsce stacjonowania żołnierzy niemieckich w ramach NATO, że zgadza się łaskawie na Amerykanów, a co do Niemców, to owszem, ale dopiero za siedem pokoleń. Wzorowa postawa w stosunku do naszych sąsiadów i sojuszników, którzy zresztą – jak szybko napisał Radosław Sikorski – już w Polsce stacjonują. Kaczyński znów użył karty niemieckiej, którą zagrał – i przegrał – w 2011 r., gdy publicznie roztrząsał „nieprzypadkowy” wybór Angeli Merkel na kanclerz Niemiec.

Panika w sztabie PiS musiała być nielicha, skoro następnego dnia na konferencji Kaczyńskiego na Śląsku dziennikarze dostali zakaz stawiania pytań innych niż o Śląsk. Przywieźliśmy wam naszego prezesa, ale trochę się boimy, co powie, więc sami rozumiecie, prosimy, zadawajcie łatwe pytania.

Powstało kilka hipotez, dlaczego tak się dzieje, skąd ta skłonność Kaczyńskiego do tez, które zaczynają żyć własnym życiem i pomagają konkurencji.

Spiskowa – że prezes zna jakość swoich kadr i nie chce, by rządziły one sporym krajem w środku Europy, więc sprytnie torpeduje wszelkie próby wygrania wyborów i osiąga na tym polu liczne sukcesy, a w opozycji żyje mu się całkiem znośnie.

Psychologiczna – że prezes jest politykiem z innej epoki, z czasów wieców, gdy celem było rozgrzanie kilku-kilkunastu tysięcy ludzi i nie potrafi przystosować się do współczesności.

Medialna – że prezes jest tak znienawidzony przez mainstream, że nie ma żadnego znaczenia, co powie, bo i tak dostanie po uszach.

Strategiczna – że to wszystko jest elementem wielkiego planu, że chodzi o mobilizację własnych wyborców i słowa prezesa, a nawet drwiny ze słów prezesa, w istocie prezesowi służą i w końcu dadzą mu władzę.

Już niedługo czwarta rocznica katastrofy smoleńskiej. Nikt nie będzie słuchał Kaczyńskiego uważniej niż kilkunastu sztabowców PO marzących o materiale na kolejną reklamówkę.


http://szacki.blog.polityka.pl/2014/04/03/dlaczego-kaczynski-pomaga-platformie/?bo=1

Trzy tys. zwolenników PiS jedzie pięcioma pociągami na kanonizację Jana Pawła II. Posłowie w sypialniach za 1500 zł

Podobnie jak 2011 roku politycy Prawa i Sprawiedliwości wybierają się do Rzymu. Wtedy na beatyfikację Jana Pawła II pojechali specjalnie wynajętymi pociągami. Tak będzie i w przypadku zaplanowanej na 27 kwietnia kanonizacji – dowiaduje się naTemat. Około 3 tys. członków i sympatyków, w tym 60 parlamentarzystów, pojedzie pięcioma pociągami z Bydgoszczy, Warszawy i Krakowa.

 

Politycy PiS pojadą na kanonizację Jana Pawła II pociągami.
Politycy PiS pojadą na kanonizację Jana Pawła II pociągami. • Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta

O 4 nad ranem wyjeżdżali z Dworca Centralnego politycy PiS na beatyfikację Jana Pawła II. Podobnie będzie i tym razem, bo ten sam środek transportu wybrano do podróży na kanonizację papieża. Poza sześćdziesięcioma parlamentarzystami do Rzymu pojedzie ok. trzy tys. członków i sympatyków partii – dowiedział się naTemat.

Pielgrzymi będą mieli do dyspozycji pięć pociągów – jeden wyjedzie z Bydgoszczy, dwa z Warszawy i dwa z Krakowa. – Prezes Kaczyński i część parlamentarzystów dotrze samolotem – precyzuje senator Stanisław Kogut, który odpowiada za przygotowanie wyprawy. Pomaga mu w tym jedno z krakowskich biur podróży, które zajęło się wynajęciem od PKP składów.

Podróż w jedną stronę potrwa ok. 22 godziny, dlatego wszyscy jadą w kuszetkach (koszt 800 zł) albo w sypialniach (1500 zł). – Sypialnie są super-wygodne. Pojadą w nich głównie parlamentarzyści – mówi senator Kogut. – Do tego w każdym pociągu będzie wagon restauracyjny, obiad kosztuje tylko 15 złotych – zachwala. Większość uczestników pielgrzymki stanowią sympatycy Radia Maryja.

Do Rzymu leci też państwowa delegacja na czele z Bronisławem Komorowskim. Nic nie wiadomo o wspólnym wyjeździe posłów PO – usłyszeliśmy w biurze prasowym. Zapewne przedstawiciele wszystkich (lub prawie wszystkich) partii znajdą się jednak w składzie grupy kierowanej przez prezydenta.

naTemat.pl

 

Ludzie oszaleli na punkcie sierściuchów, czyli jak zostałem kotem na Facebooku

O tym, że koty potrafią podbić nasze serca (zwłaszcza w internecie) wiemy nie od dziś. Furorę robił swego czasu Grumpy Cat. W Polsce natomiast powstał cały kult „Paczaizmu” od kota z „Co ja pacze”. Jednak w życiu nie zdawałbym sobie sprawy z tego, że ludzie sami mogą wcielać się w role kotów. Nie sądziłem również, że internauci będą próbować rozmawiać z kotami. A robią tak. Skąd wiem? Bo założyłem fanpage’a dla kota na Facebooku, a świat kociarzy mnie przeraził.

 

Zibi, kot do którego piszą ludzie
Zibi, kot do którego piszą ludzie • Fot: Facebook.com/ZibiTheGrunt

Parę miesięcy temu wraz z narzeczoną szukaliśmy towarzystwa dla naszej kotki Nusi małego kocurka. Akurat nasz przyjaciel miał do oddania małe persy, więc zgłosiliśmy się po jednego z nich. Rudowłosy Zibi (na cześć Zbigniewa Bońka) od razu podbił nasze serca. I nie tylko nasze. Wystarczy spojrzeć na jego twarz. Jest brzydki, ale zarazem uroczy.

Wiele osób powtarzało nam, że jest zabawny, więc od czasu do czasu wrzucaliśmy jakieś śmieszne zdjęcie. W końcu ile jest kotów, które śpią w dziwnych miejscach, bądź kąpią się w wannie? Tyle, że za dużo było zabawnych sytuacji, by co chwilę wrzucać jego zdjęcia na nasze prywatne profile. Dlatego skusiliśmy się na pewien eksperyment i zobaczyć, czy nasz kot stanie się równie sławny co chociażby kotek „Co ja pacze”

Założyliśmy mu fanpage i chcieliśmy z ciekawości zobaczyć, czy a nuż stanie się nowym „Grumpy Catem”. Dlatego, że miał minę jakby chciał stękać (a na dodatek ciągle mruczy) skorzystaliśmy z dwojakiego sposobu używania angielskiej nazwy „Grunt” i nazwaliśmy jego fanpage „Zibi the Grunt”. Wszystko robiliśmy z przymrużeniem oka. Tyle że, wówczas nie wiedzieliśmy, że otworzyliśmy puszkę Pandory pełnej kociej karmy.

Zibi śpi z butelką...
Zibi śpi z butelką…•Fot; Facebook

Przez pierwsze tygodnie Zibi zebrał zaledwie osiem polubień. Wynikało to z tego, że nie mieliśmy zamiaru promować strony na naszych profilach. O istnieniu fanpage’a poinformowaliśmy „największych” fanów rudej kulki kłaków. Sporadycznie wrzucaliśmy zdjęcia naszego kota i na tym się kończyło. Aż do momentu, kiedy tydzień temu odezwał się do nas Pierre, kotek identyczny do Zibiego, tyle że bez jednego oka. Nie wiem jak nas znalazł, ale napisał do Zibiego, że jest do niego podobny i chce mu pomóc się wypromować. Kładliśmy się spać z ośmioma polubieniami, obudziliśmy się z prawie 300. W ciągu tygodnia zebraliśmy ponad tysiąc. Dlaczego?

Pierre, jednooki "przyjaciel" Zibiego
Pierre, jednooki „przyjaciel” Zibiego•Facebook.com/Pierrekitty

W mgnieniu oka zostaliśmy wchłonięci w świat kociarzy. To, co miało być jedynie zabawą, nagle stało się zupełnie innym światem, w którym ludzie myślą, że są kotami. Bo jak się okazuje Zibi i Pierre nie są jedynymi kotami, które są obecne na Facebooku. Na ich profilach nie dyskutuje się na temat kotów, a z kotami. Wszyscy piszą do Zibiego i traktują go jak człowieka. Czasami zwracają się do niego jako inne koty, a czasem jako realne osoby. Nie wiadomo tylko, czy śmiać się, czy płakać, że w taki sposób ludzie podchodzą do kota.

Prawda jest taka, że liczba piszących listy do kota osób na tyle się zwiększyła, że nie mamy czasu odpisywać. Słownictwo jakie używają też jest zabawne, bo zamiast zwykłych słów używają „kociego” języka. A wiadomości pochodzą z każdego miejsca na świecie. Są i ze Stanów, oraz krajów arabskich. Czasami inne koty ich tu przysłały (fanpage), czasami są to osoby prywatne. Więc wiadomości bywają dziwne.

Czasami ktoś po prostu prosi o udostępnienie profilu ich zwierzaka. Nie robimy z tym problemów, bo co nam szkodzi wrzucić jakieś zdjęcie. Sami tego nie robimy, bo to dziwne pisać do kogoś obcego „Hej, jestem rudym kotem, który ma krzywy ryjek i szukam lajków. Czy mnie może polubisz?”.

Jest jedna pani, która dzień w dzień zagaduje Zibiego. Nie wiem nawet skąd jest i czym się zajmuje. Dzień w dzień pisze i pyta się, co u niego słychać, co porabia, czy kogoś przypadkiem nie podrapał. Z grzeczności jej odpowiadaliśmy, mówiliśmy że na coś tam czekamy, czy że piliśmy mleko. Ale robimy to z politowania, bo zżyła się z postacią, którą stworzyliśmy w jej wyobraźni. Choć przyznam, że po tygodniu staje się to męczące.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że to tylko kotek. Dzięki niemu się śmiejemy, bo jest zabawny, ale nie sądzę, bym miał czas pisać listy do innych kotów. Czasami przez ten fanpage odnoszę wrażenie, że Zibi został psychologiem, spowiednikiem. Jest „osobą”, która musi wysłuchać mnóstwo porad życiowych, lub wspomnień osobistych.

Zibi pije ze szklanki
Zibi pije ze szklanki•Fot: Facebook.com

LIST „CZYTELNICZKI”

Zibi,
wiele lat temu, kiedy sama miałam mojego rudego maluszka nie pił nic, co nie było podane w wysokiej szklance. I wiele lat wcześniej, mój malutki pers nie pił nic innego niż woda z fioletowej miseczki. CZYTAJ WIĘCEJ

Inna pani napisała kotu, by na wszelki wypadek zostawił trochę futra w wodzie. Po to, by ostrzec nas, że pił z naszej szklanki. Zabawne, aczkolwiek skoro nagraliśmy ten filmik to chyba oczywiste, że wiemy, co robi. Czy ludziom aż tak bardzo się nudzi, czy może jest coś innego co powoduje, że zachowują się, jakby zwierzak naprawdę prowadził stronę Facebookową. Może nasza kotka Nusia aka Foka kręci filmiki z nim w roli głównej. Nie wiedziałem, że film dziecięcy o psach i kotach może naprawdę spowodować, ze ludzie mogliby myśleć inaczej.

Listy do kota
Komentarze pod zdjęciami to oczywiście pół biedy. Gorzej, kiedy ogląda się korespondencję. Czasami ludzie piszą takie wiadomości, jak wspomniana pani, która pyta się o to, jak dzień mija. Zdarza się też tak, że ktoś się podaje za mamusię kotów. Wtedy zaczyna się cała litania na rzecz tego, jakie koty są urocze i o tym, że nasz kot (zwracają się bezpośrednio do niego) jest cudowny, że ma śmieszne włosy wystające z uszu. Szkoda tylko, że ta ruda kulka tego nie rozumie. Jedyne co mu w głowie siedzi to atakowanie moich stóp w nocy.

Szczerze, to po tygodniu popularności kota, mam już dosyć. Ok, tysiąc lajków nie robi wielkiego wrażenia, ale to jednak sporo. Ma więcej polubień niż mój klub rugby, który na rynku fanpage’owym jest od prawie roku. Na dodatek co chwilę ktoś pisze do Zibiego i grono stale się powiększa.

Sądziłem, że fanpage kota będzie miejscem do wrzucania zabawnych zdjęć. Prędzej sądziłem, ze kot trafi do demotywatorów, aniżeli stanie się „osobą”, która musi odpowiadać na różne idiotyczne listy. Bym zrozumiał, gdyby to pisały do niego dzieci. Jednak wiadomości pochodzą od dorosłych. Albo są nadinfantylni, albo jest z nimi coś nie tak. Jedno wiem, zepsuli mi zabawę. Mam tylko nadzieję, że przez kociarzy i ich listy, sam nie stracę kontaktu z rzeczywistością i nie stanę się człowiekiem-kotem. Jednak wchodząc między koty, zaczynamy miauczeć tak jak one.

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>