Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 51483
  • Dzisiaj wizyt: 4
  • Wszystkich komentarzy: 138

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Ach, ach

 

Od „House of Cards” do „Pamiętników z wakacji”. „Nie jest tak, że w Polsce kręci się tylko badziewne seriale”

Czy powinniśmy wstydzić się za polskie seriale? Dlaczego ludzie oglądają “Pamiętniki z wakacji”? Po czym poznać serial TVN-u? Ile zarabia scenarzysta? Kto się wstydzi telewizji? Na te i inne pytania odpowiada Agnieszka Kruk – scenarzystka telewizyjna, współautorka ponad tysiąca wyemitowanych odcinków seriali.

 

Ze scenarzystką Agnieszką Kruk rozmawiamy o serialach.
Ze scenarzystką Agnieszką Kruk rozmawiamy o serialach. • Fot. archiwum Agnieszki Kruk

Agnieszka Kruk ukończyła scenariopisarstwo w Warszawskiej Szkole Filmowej oraz PWSFTViT w Łodzi, jest współautorką ponad tysiąca wyemitowanych odcinków seriali. Pisała m.in. „Na Wspólnej”, „Pierwszą miłość”, „Wszystko przed nami”, „Barwy szczęścia”. Jest dyrektorką kreatywną festiwalu Script Fiesta. W rozmowie z naTemat opowiada o świecie polskich I zagranicznych seriali, a także pracy scenarzysty.

Jeśli wsłuchać się w obiegowe opinie o współczesnych polskich serialach, często natknąć się można na głosy w stylu “Kiedyś to były seriale” albo “Na Zachodzie umieją, a u nas produkuje się tylko chłam”. Zgadzasz się z taką diagnozą obecnego stanu rzeczy?

Jeśli mówimy o “złotych czasach polskich seriali”, musimy sobie zdać sprawę z zupełnie innych realiów, z jakimi mieliśmy wówczas do czynienia. W czasach PRL widzowie mieli do wyboru program 1 TVP, program 2 i telewizję lokalną. Mniej ludzi pisało scenariusze, inaczej przebiegał proces decyzyjny dotyczący tego, jakie produkcje będą powstawać. O wszystkim decydowała Telewizja Polska. Scenariusze rozpisywali literaci, w związku z czym miały one inną jakość. Teraz stacji jest bardzo dużo, tak więc więcej też produkuje się seriali. A jak wiadomo, ilość rzadko kiedy idzie w parze z jakością.

A do tego jeszcze powtarzany jak mantra slogan, że “jest kryzys”.

Tak. Producenci od paru lat mówią, że jest kryzys i trzeba produkować tanio. W efekcie, jeśli w czasie antenowym jest do wypełnienia blok półgodzinny albo godzinny, a można wybierać spośród produkcji, z których jedna kosztuje 30 tys. zł, a druga 150 tys. zł, to czemu nie wybrać tańszej, skoro obie mają wysoką oglądalność? I stąd się bierze zalew tego, co wśród naszych bardziej ambitnych, mających wyższe oczekiwania widzów, nazywane jest chłamem, czyli formatów typu scripted-docu: jak choćby “Dlaczego ja”, “Pamiętniki z wakacji”. To się po prostu ogląda.

I jest tanie.

Bardzo tanie. Produkcja odcinka takiego formatu jest kilkukrotnie tańsza niż w przypadku typowego serialu.

I dla przeciętnego polskiego widza naprawdę nie ma znaczenia, że wraz z kosztami takich produkcji na łeb na szyję leci też “jakość” oferowanej mu rozrywki? Polacy nie oczekują czegoś więcej niż takich mało wyrafinowanych formatów?

To nie jest tak jednoznaczne. Na zajęciach ze studentami czasem biorę na warsztat odcinek “Dlaczego ja”. I oczywiście lekcja zaczyna się od tego, że wszyscy narzekają: “O nie, taki szajs, po co?” Ale oglądamy to i co się okazuje? Że jak się obedrze ten projekt z tego, jak to jest zrealizowane, jak to jest zagrane, jaki tam jest dźwięk, to tak naprawdę konstrukcja scenariusza bywa bardzo solidna.

Co to znaczy?

Są bardzo wyraźnie zarysowane postacie, bardzo wyrazisty konflikt, duża liczba punktów zwrotnych. Gdyby nasi filmowcy mieli większe budżety, gdyby znali zasady rzemiosła, to te produkcje mogłyby wyglądać znacznie lepiej. Ale nawet jeśli realizacja jest słaba, ale scenariusz mocny, to i tak uda się przyciągnąć widza. Masowa, mniej wyrobiona publiczność patrzy i od razu wie, o co chodzi. Przedstawione konflikty nie utrzymują się w jakiejś próżni domysłów, niedomówień i subtelności. Tam jest jasno, kawa na ławę: “Ja chcę tego, on mnie nie lubi, teściowa chce, żebym pracowała” – wiadomo o co chodzi, historia się rozwija, są zwroty akcji – czego chcieć więcej?

Choćby dobrych dialogów. Jak się obejrzy na przykład serial “07 zgłoś się”, to co by o nim nie mówić, dialogi są tam świetne. I biją takiego “Komisarza Alexa” na głowę.

Nie zgodzę się z tym, że nie mamy dziś dobrych dialogów. Często piszą je dialogiści, wspierani przez wiodących scenarzystów, redaktorów z telewizji. Taka współpraca daje dobre efekty. Mamy bardzo dużo dobrych dialogów, także w serialach codziennych.

Coś konkretniej?

Będzie mi trudno, bo jednocześnie w tych samych serialach jest też dużo złych dialogów (śmiech). Ale nie można generalizować. I nie zgodzę się też z tezą, że “na Zachodzie robi się świetne seriale, a u nas badziewne”. Zwróć uwagę na taką sprawę: te seriale, które u nas podaje się za przykład dobrych amerykańskich produkcji, jak np. “Dexter”, “Dr House”, “Californication”, “Chirurdzy” – tak naprawdę są w Ameryce niszą. One odnotowują po kilka milionów widzów w kraju, w którym jest ponad 300 milionów obywateli. Amerykanów stać po prostu na to, żeby zrobić serial niszowy, za takie pieniądze, jakich my tutaj nie mamy nawet na film kinowy.

Czyli nie jest tak, że “House of Cards” i inne seriale, którymi się zachwycamy, są typowymi produkcjami z USA?

Oczywiście. Tam też produkuje się dużo słabych seriali. Są takie, które nie doczekały nawet końca pierwszego sezonu. A to, co do nas dociera i czym się zachwycamy, to są seriale niszowe. Nie powinno się ich porównywać z naszymi produkcjami dla masowego widza. Natomiast problemem jest to, że w Polsce nikt takich ambitnych seriali nie wyprodukuje, bo u nas trzeba robić formaty właśnie dla szerokiej publiczności. Wyjątkiem jest HBO, które zrobiło np. “Bez tajemnic” i “Gorejący krzew” Agnieszki Holland. Był Canal Plus, który jednak nie robi już produkcji fabularnych.

Jak było z oglądalnością tych seriali?

No właśnie chodzi o to, że HBO nie zależy na oglądalności. Dla nich ważne jest, że to jest prestiżowy produkt. Tak więc super, powstały dwa fajne seriale i krytycy zachwycali się nimi, ale to nie był projekty dla szerokiej publiczności.

Coś jeszcze warto twoim zdaniem wyróżnić z naszego własnego podwórka?

Był choćby fajny projekt, który zrobił Endemol: “Krew z krwi”. Pierwszy sezon powstał dla Canalu Plus, później kontynuowano produkcję w TVP. Bardzo fajny projekt, kryminalny, ale opowiedziany zupełnie inaczej niż zwykle: to historia, która rozwija się przez cały sezon i opowiada o kobiecie wchodzącej w świat mafii. Na marginesie dodam, że to jest zresztą format holenderski. Wyróżnia się też “Głęboka woda” Telewizji Publicznej – to oryginalny pomysł Magdy Łazarkiewicz, którym wszyscy się w środowisku dziennikarskim zachwycali. Ten serial był inny – ciemny, mroczny. Więc to nie jest tak, że my nie robimy ambitnych seriali, które wyrastają ponad przeciętność. Robimy, ale na nich nie zawsze da się zarobić, więc nie powstaje ich dużo.

Wspominałaś o formatach zagranicznych. Czy to jest ważna część naszej produkcji telewizyjnej. I dlaczego w ogóle się z nich korzysta?

Wyobraź sobie, że jako nadawca masz określoną kwotę do wydania. Przychodzi do ciebie scenarzysta ze słowami “Mam świetny pomysł, zrealizujmy go razem. Jestem pewien, że pan na tym zarobi”. Ale jaką masz gwarancję, że rzeczywiście tak będzie? A jak ktoś przyniesie ci projekt, który ktoś zrealizował już wcześniej na Zachodzie, który miał wysoką oglądalność, w którym wszystko jest gotowe: postaci ustawione, historia zaplanowana, sposób filmowania określony? Masz pewność, minimalizujesz ryzyko porażki. Poza tym pamiętaj, że jak się zaczyna tworzyć nowy serial od zera, to jest to sprawa wymagająca dyskusji, powodująca stres, tarcia. Ludzie pracujący twórczo łatwo się konfliktują (śmiech). A przy serialu pracuje przynajmniej kilkadziesiąt osób. Kiedy kupujemy gotowy format, bardzo wiele z tych rzeczy odpada.

Polska produkcja opiera się na takim właśnie imporcie?

W dużym stopniu tak, ale od kilku lat obserwuję, że trochę się to zmienia: powoli przebijają się także nasze, oryginalne projekty. Na przykład “Przepis na życie” Agnieszki Pilaszewskiej, “Czas honoru”, “Misja Afganistan”. Mniej jest szablonów ściągniętych z Zachodu.

Powiedz trochę o tym, jak pisze się scenariusz dla typowego serialu codziennego, który ma kilkaset, czy nawet kilka tysięcy odcinków. Czy z góry zakłada się, jak potoczą się wszystkie wątki?

Przynajmniej na pierwszy sezon są one dość dokładnie zarysowane: kiedy zgłasza się do mnie producent, ja mu przedstawiam świat, w którym rozgrywa się akcja, od 15 do 20 głównych postaci, które “niosą” serial, a także dokładny zarys pierwszych 5 odcinków. Ale zanim weźmiemy się do roboty, to mam też gotowy zarys fabularny na 200 odcinków. Z góry wiemy, dokąd mniej więcej zmierza historia.

A ja wygląda codzienna praca scenarzysty? Myślę, że jest to dość dalekie od klasycznego siedzenia w biurze od 9 do 17?

Organizacja pracy zależy w dużej mierze od producenta. W przypadku każdej produkcji wygląda to nieco inaczej. Najlepiej pracuje się w zespołach, gdzie wszystko jest dokładnie rozplanowane. Ale nie zawsze ma się ten komfort (śmiech) Często życie scenarzysty to jest jedna wielka niewiadoma. Bardzo dużo stresu. Piszemy, poprawiamy, poprawiamy, poprawiamy.

Czyli choć z góry rozpisujecie wiele odcinków, później na bieżąco też jest przy nich dużo roboty?

Jeśli mówimy o 5 dniach emisji w tygodniu, to co tydzień trzeba składać kolejne 5 odcinków. Ale jeśli nie zostaną one zaakceptowane, to trzeba je poprawiać. A poprawiając pierwsze pięć, muszę jednocześnie pisać kolejne pięć… To potrafi być bardzo stresujące zajęcie. W pracy od 9 do 17 idzie się do biura, a później wychodzi i ma spokój. Tutaj nie. Poza tym w “typowej pracy” spotyka się z ludźmi. Tutaj człowiek siedzi sam przed komputerem, ma w głowie 50 postaci albo i więcej i to jest całe jego towarzystwo.

A czy pracując przy serialu można sobie twórczo “poszaleć”? Zrealizować się, zrobić coś niesztampowego?

Tak, choć w dużej mierze zależy to od organizacji pracy przy danym projekcie. Ja miałam to szczęście, że pracowałam przy wielu serialach, przy których scenarzyści mieli naprawdę dużą wolność. Tu będzie mała dygresja: jak zaczęłam pracować przy “Na Wspólnej”, producentem był Wayne Henry, Brytyjczyk. Henry w swojej karierze produkował m.in. “Coronation street”, serial, który w Anglii jest na antenie od 1963 roku. I on, kiedy przejął go na rok, podniósł mu wyniki oglądalności! Zapytałam go, jak to zrobił. Powiedział jedną fajną rzecz: “Dałem wolność scenarzystom”. I to jest to (śmiech). Wtedy możemy być najbardziej kreatywni. Kiedy stres przeważa nad poczuciem wolności, kreatywność spada. A swoboda pozostawiona scenarzystom procentuje – rzutuje także na wyniki oglądalności.

A jak jest z zarobkami w tym zawodzie. Pytam o to a propos niedawnej wypowiedzi pisarki Kai Malanowskiej, która zwróciła uwagę na problem dochodów pisarzy.

Ci scenarzyści, którzy orientują się na ambitniejsze produkcje, nie utrzymają się tylko z pisania. Muszą szukać innych źródeł dochodu. Pisząc fabuły można też starać się o dotacje i stypendia scenariuszowe. Natomiast najlepiej zarabia się w serialach codziennych, bo to jest tak naprawdę stała praca. Stawki nie są kiepskie, dostaje się jeszcze tantiemy – w przypadku dialogistów i storylinerów może to dawać nawet 20 tysięcy miesięcznie, a główni scenarzyści zarabiają jeszcze lepiej. A jeśli zespół jest dobrze zorganizowany, to jeszcze ma się czas na robienie ambitnych rzeczy. Albo życie rodzinne (śmiech).

Od ładnych paru lat dużo mówi się o swoistym światowym serialowym boomie: że serial w końcu stał się prawdziwą sztuką, że seriale przewyższają często filmy kinowe, itd.

Na pewno świat się zmienił. Weźmy choćby rok 2005, kiedy wszedł serial “Lost”. To był przełom. Kilkanaście milionów dolarów za pilota serialu? Z udziałem gwiazd kina? Ale producenci podjęli ryzyko, wydali te pieniądze i okazało się, że prowadzony w zupełnie nietypowej narracji serial “załapał” publiczność. I świetnie się sprzedał, dobrze zarobił. Podobnie “House of Cards”. To też kolejny przełomowy krok: serial z budżetem 100 mln na pierwszy sezon. Dla porównania – u nas niejednokrotnie fabuły mają budżety rzędu 2-3 mln złotych. I taki serial nie idzie do żadnej telewizji, tylko do internetu. I co więcej, okazuje się, że na siebie zarabia. Całe środowisko poczuło, że tu się dokonał pewien zwrot.

Skoro mówimy już o “House of Cards” – co sądzisz o tym, że Netflix przygotowuje ten serial w oparciu o dane dotyczące tego, kiedy widzowie pauzują, kiedy przewijają, itd. Czy tak daleko idące odpowiadanie na gusta widzów nie jest w pewnym sensie przerażające ?

To jest super! (śmiech) Choć rzeczywiście dla osób, które mają tendencje paranoiczne może to być straszne. Ale mi się podoba.

Ale co z wolnością twórczą scenarzysty? Przecież tutaj mamy już do czynienia prawie z dyktatem widza – tworzy się serial skrojony na miarę.

No ale w jaki sposób to ogranicza twoim zdaniem wolność twórczą? Chyba tak samo, jak samochód ogranicza twoją wolność poruszania się: bo nie dojedziesz wszędzie tam, gdzie dotrzesz piechotą. Ale zawsze możesz z niego wysiąść, kiedy przestaje ci pomagać. Mówię o tym dlatego, że kiedy scenarzysta dostaje jasne wytyczne, to bardzo fajnie mu się pracuje. Zbyt duża dowolność i wysoki poziom ogólności nie pomagają. Jeśli wiem, że producent zleca mi powiedzmy napisanie historii miłosnej z katastrofą w tle, to jest mi łatwiej. W każdym kreatywnym zawodzie tego typu impuls pozwala łatwiej tworzyć. Zresztą z tego co wiem “House of Cards” w znacznej mierze opiera się właśnie na różnorodnych badaniach marketingowych. Okazało się zwyczajnie, żę ludzie lubią Davida Finchera, Kevina Spaceya, że lubią tematykę taką i taką, że chcieliby zobaczyć dobry serial polityczny. I taki produkt im przygotowano. Ale tego typu konkretne zamówienia sprawiają, że lepiej się pisze.

Mówimy o USA. A czy w Polsce także zmienia się jakoś status serialu jako gatunku filmowego?

Pracuję w telewizji od 1996 roku, a piszę seriale od 2002 roku, kiedy zaczęliśmy pracę przy “Na Wspólnej”. I zdecydowanie także u nas widzę zmianę. Dobrzy aktorzy przeszli do telewizji, granie w serialach już nie jest obciachem. Podobnie scenarzyści czy reżyserzy nie obrażają się już na seriale – weźmy choćby Wojciecha Smarzowskiego. Wiele osób, które odnoszą sukcesy zajmując się “ambitniejszym” repertuarem, pracuje też przy serialach.

Ale czy to dobrze świadczy o serialach, czy źle o rynku? Czy to nie oznacza po prostu, że dziś filmowcy łapią się czegokolwiek, byle tylko coś zarobić?

Trudno mi powiedzieć. Są osoby, jak Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze, które miały wiele serialowych propozycji, ale powiedziały “nie”. Chcą zostać przy tym, co umieją robić i co lubią. Ale już wspomniany Wojciech Smarzowski się nie wstydzi, a poza serialami robi inne rzeczy, w których pełniej się wyraża jako artysta.

Co z punktu widzenia scenarzysty jest największym mankamentem polskich seriali?

Mam wrażenie, że organizacja pracy zespołu scenariuszowego, która czasami bardzo kuleje. Czasem brakuje na przykład czasu na porządny research. Pozytywnym przykładem mogą tu być “Lekarze”. Scenarzyści, którzy pisali ten serial, spędzili wiele godzin na sali operacyjnej. Andrzej Staszczyk, z którym rozmawiałam, był obecny przy prawdziwych operacjach stojąc obok chirurgów. Miał szansę poczuć, jak to jest. Nie zawsze scenarzyści mają szansę na taki research, nie zawsze też mają chęć i takie dziennikarskie zacięcie. A pisać trzeba. I dlatego powstaje dużo rzeczy, które publiczność odbiera jako bzdury.

No właśnie. Nie uważasz, że wiele rzeczy w polskich serialach naprawdę może widza irytować? Jak choćby szklano-plastikowy, idealny świat z seriali TVN?

To, co według niektórych jest słabością seriali TVN, ta “cukierkowość”, o której mówisz, można też odbierać jako ich siłę. Te produkcje są ładne, pokazują świat, w którym chciałoby się mieszkać, pokazują ludzi, którzy zawsze są dla siebie mili. Serial TVN-u bez trudu rozpoznasz wśród wielu innych. To jest ich sznyt. Wątki muszą być pozytywne, fajne i przyjemne, bo ludzie siadają przed telewizorem po to, żeby odpocząć. Co nie znaczy, że w przyszłości TVN zrobi bardziej odważnych historii, jak np. zrobili “Usta usta”.

Czy potrafisz się jeszcze zachwycić jakimś serialem? Oglądać go “naiwnie”? Czy może jesteś już skazana na patrzenie na takie produkcje tylko przez pryzmat swojej pracy?

Bardzo się wciągnęłam w serial “Forbrydelsen”, czyli duński pierwowzór “The Killing”. Przyjemnie mi się oglądało w HBO “Iluminację” z Laurą Dern. Serial miał wspaniałą, niespieszną, gęstą narrację. Ale lubię też śmieszne seriale: “30 rock”, który pisze Tina Fey albo “Pohamuj entuzjazm” – fantastycznie poprowadzony serial o o scenarzyście. Pisze go Larry David, autor m.in. “Seinfelda”. W tej produkcji gra też samego siebie.

Czy myślisz, że kiedyś uda się w naszym kraju zasypać podział na serialową Polskę A i Polskę B? Chodzi mi o to, czy zaczną powstawać dobre, ambitne seriale, które jednocześnie będą miały dużą widownię?

Myślę, że tak. Widać już dzisiaj wyraźnie, że seriale mogą na siebie zarabiać i to nie tylko w telewizji. Poza tym mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że jest coraz więcej naprawdę dobrych scenariuszy. Stykam się z nimi na przykład przy okazji organizowanego przez Warszawską Szkołę Filmową festiwalu Script Fiesta. Jego kolejna edycja już wkrótce – odbywa się już trzeci raz. Do tej pory przeczytaliśmy ok. 700 pomysłów i mam wrażenie, że nasi scenarzyści składają bardzo dużo fajnych projektów. Choć wciąż brakuje im warsztatu.

To znaczy?

Są dobre pomysły, ale scenarzystom brakuje znajomości tematu, umiejętności konstrukcji całego sezonu. Ale myślę, że to uda się nadrobić. Zmienia się też nastawienie producentów. Realizuje się produkcje, które nie powstałyby choćby 5 lat temu. Niektórzy w Polsce są już gotowi nie produkować dla telewizji, tylko sprzedawać serial w internecie. Te produkcje już powstają. Ale coraz bardziej śmiałe są też same scenariusze.

Masz coś konkretnego na myśli?

W zeszłym roku na Script Fiesta pierwsze miejsce zajął projekt, który był o zombie. I na każdej edycji festiwalu widzimy, że jest widownia, która powoli dorasta i ma wielką potrzebę oglądania tego typu opowieści. Już niedługo to oni tworzyć będą grupę komercyjną, która ma decydujący głos. Jeszcze na jedną rzecz chciałabym zwrócić uwagę: teraz nie trzeba wiele, by tworzyć filmy. W zwykłym smartfonie jest lepszy obiektyw, niż 20 lat temu był w kamerze. Każdy z nas może dosyć małym nakładem sił i środków zrobić film i dystrybuować go w internecie. Dlatego liczę, że wkrótce pojawi się coś, co naprawdę zachwyci, co będzie miało nie tylko świetny pomysł, ale i będzie osadzone w naszych realiach, korzeniach, w naszym nadwiślańskim światku.

naTemat.pl

 

„NYT” słusznie zachwyca się polskimi kryminałami? Głowacki: Nie czytam ich. Kofta: Jeden przeczytałam… do połowy

O entuzjastycznej recenzji na łamach „New York Times” marzy chyba każdy pisarz. Kilka dni temu spełnienia tych marzeń doczekali się polscy twórcy kryminałów. „Zapomnijcie o Skandynawii. Nadchodzą polscy tajni detektywi” – krzyczał tytuł obszernego artykuły w nowojorskim piśmie. Kim zatem są polskie gwiazdy kryminału i dzięki czemu zyskały taką popularność?

 

Kuśmińscy, Krajewski, Witkowski, a nawet Bator i Tokarczuk - oto nowe gwiazdy światowego kryminały według "New York Times".
Kuśmińscy, Krajewski, Witkowski, a nawet Bator i Tokarczuk – oto nowe gwiazdy światowego kryminały według „New York Times”.

„Choć Polska ma obecnie jeden z najniższych współczynników przestępczości w UE, ten kraj zdaje się być opanowany przez obsesję zbrodni” - pisze Ginanne Brownell na łamach „New York Times”. Amerykański dziennik nie waha się sugerować, że historie o detektywach znad Wisły wkrótce zdetronizują bijące rekordy popularności opowieści pisane ręką Stiega Larssona, Henninga Mankella, Jo Nesbø czy „księżniczki kryminału” Camilli Läckberg.

„Trudna historia i narodowe traumy”. Kim są polskie gwiazdy?
A współautor bestsellerowego „Sekretu Kroke” Michał Kuźmiński przekonuje Ginanne Brownell, że gdy siłą skandynawskiego kryminału była zagadkowa motywacja do zbrodni w wysoko rozwiniętym społeczeństwie, do polskich autorów musi przekonywać tajemnica kryjąca się w naszej trudnej historii, narodowych traumach i przemianach jakie przeszliśmy.

Taką kanwę ma nie tylko „Sekret Kroke”, który Kuźmiński stworzył ze swoją żoną Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską, a którą to powieść osadzili oni w przedwojennym Krakowie, gdzie giną żydowscy antykwariusze, a po ulicach grasuje nazistowski szpieg i nożownik ze stolicy. Po ten schemat sięga przecież też inny bohater artykułu „NYT”, czyli Marek Krajewski. Najpierw rozprawił się ze zbrodnią w wojennym Breslau, a teraz wraz z Mariuszem Czubajem tropią zagadki kryminalne współczesnego Trójmiasta. Okazuje się, że one też nie są bez związku z trudną przeszłością.

Bator, Tokarczuk, Witkowski, czyli… każdy chce pisać kryminały
Nowojorczycy zachwycają się też Irkiem Grinem. Jego powieści wciągają w świat szpiegowskich intryg, które mają miejsce właściwie tu i teraz, ale przecież jego postacie przybywają wprost ze szkoły izraelskiego wywiadu oraz targanych ciągłymi problemami polskich organów ścigania. On od początku XXI wieku wydaje praktycznie co roku, ale na łamach amerykańskiego dziennika przypomina, że jeszcze przed dekadą w Polsce ukazywały się rocznie cztery nowe kryminały. W ubiegłym na półki trafiło… 112 nowych pozycji.

Nic dziwnego, skoro nagle śladem legendarnej Joanny Chmielewskiej postanowili pójść także twórcy, którzy dotąd nie byli związani z kryminałem. Joanna Bator dała nam „Ciemno, prawie noc” i przeniosła na ulice Wałbrzycha – jednego z najsmutniejszych polskich miast, gdzie mieszkańcy wciąż płacą wysoką cenę za przemiany, dzięki którym rodziła się III RP. Wcześniej Olga Tokarczuk kilkaset kilometrów dalej osadziła fabułę „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Po latach siania zgorszenia Michał witkowski stworzył „Drwala”, który w nietypowy sposób splata wszystkie schematy, o których „NYT” mówił Kuźmiński.

Kto to czyta?
Tak genialna – choćby zbiorowa – recenzja na łamach największego dziennika na świecie to przejście do zupełnie innej ligi, w której dotąd grała zaledwie garstka z polskich powieściopisarzy. Od lat należy do niej Janusz Głowacki. Autor „Antygony w Nowym Jorku”, czy „Czwartej siostry” przyznaje jednak, że jest dość zdziwiony zafascynowaniem nowojorczyków polskimi kryminałami. – Autorzy artykułu mogą mieć rację, że są one wspaniałe. Niestety ja tego nie mogę potwierdzić, bo ich po prostu… nie czytam – stwierdza prozaik.

Podobny problem z oceną tego, czy „New York Times” słusznie zachwycił się nie tylko Chmielewską, Krajewskim, ale także młodymi, jak Zygmunt Miłoszewski, którego druga już powieść jest właśnie ekranizowana, ma też Jacek Dehnel. Szczególnie na swoim blogu w naTemat autor sporo uwagi poświęca swojej pasji związanej ze śledzeniem zagadek kryminalnych II Rzeczpospolitej, ale kryminał jest mu dość obcy. Pytany, czy Polacy rzeczywiście zasługują na takie uznanie i są lepsi od autorów ze Skandynawii odpowiada wprost: – Nie wiem, prawdę mówiąc. Po prostu się nie znam…

„UWIKŁANIE”
Pierwsza ekranizacja bestsellera Zygmunta Miłoszewskiego.
•YouTube.com/MrFilmYT

Bo choć dziś zaraziliśmy się panującą na całym świecie modą na kryminały, warto przypomnieć, że jeszcze do niedawna zaczytywanie się tego typu książkami nie było najlepiej widziane w uchodzącym za oczytane towarzystwie. O tym, że powieści kryminalne to literackie opium dla mas mogą świadczyć też statystyki sprzedaży. Każdy z bohaterów „NYT” sprzedaje po kilkadziesiąt (a nawet kilkaset tysięcy w przypadku Miłoszewskiego) kopii każdego nowego tytułu. Nie muszą więc zmagać się z takimi rozterkami, jak Kaja Malanowska.

Reklama kultury polskiej
Dyplomatycznie o kolegach po fachu, którzy produkują podbijające świat kryminały stara się mówić również Krystyna Kofta. Jej co prawda zdarza się zaglądać do tego typu książek, ale przyznaje, iż to nie jest jej ulubiona forma. – Czytałam jeden z tych kryminałów Krajewskiego, bo mi się akurat spodobał. Przeczytałam go nawet do połowy – mówi szczerze powieściopisarka. Zaznacza jednak, że wartościowe jej zdaniem są też książki Zygmunta Miłoszewskiego, co potwierdza fakt, iż akurat jego dzieła są ekranizowane najchętniej. – Jest jeszcze kilku młodszych autorów, którzy zdaje się, że nieźle piszą – dodaje.

Krystyna Kofta zaznacza jednocześnie, że bynajmniej nie ma zamiaru krytykować gustów większości współczesnych czytelników. Autorka podkreśla bowiem, że wśród miłośników powieści kryminalnych można od zawsze znaleźć nie tylko ludzi bardzo prostych, ale i tych wyjątkowo inteligentnych. Poza tym, taka reklama polskiego kryminału to promocja naszej kultury w ogóle. – To bardzo dobrze, „New York Times” o tym napisał. Zawsze bardzo się cieszę, gdy na świecie chwalą polskich pisarzy – stwierdza.

naTemat.pl

 

Luksusowa marka jubilerska sfinansuje remont Schodów Hiszpańskich: to prezent dla Rzymu

Bulgari, jedna z najsłynniejszych włoskich marek z sektora dóbr luksusowych, obiecała przekazać 1,5 miliona euro na renowację słynnych, pochodzących z XVIII wieku Schodów Hiszpańskich, które znajdują się przy Piazza di Spagna w Rzymie i stanowią jedną z największych atrakcji turystycznych wiecznego miasta.

http://130.bulgari.com/

Bulgari nazwała swój hojny gest „specjalnym prezentem dla swojego miasta”. Marka, której główna siedziba mieści się w stolicy Włoch, działa na rynku już 130 lat. – Bulgari świętuje jubileusz 130-lecia w Rzymie, mieście które jest nie tylko jego domem, ale i inspiracją – czytamy na stronie marki.

http://130.bulgari.com/

Bulgari odpowiedziało w ten sposób na apel władz miasta, które szukały środków na ratowanie zabytku wśród prywatnych inwestorów. Ze względu na budżetowe cięcia funduszy na kulturę o podobne wsparcie zabiega wiele barokowych i renesansowych kościołów, a także stanowiska archeologiczne będące kluczem do wiedzy o cywilizacji romańskiej. Historia Bulgari nie jest aż tak długa, ale za to nierozerwalnie związana z Rzymem.

Markę założył w 1884 roku pochodzący z Paramythi, grecki złotnik Sotirios Voulgaris. W 1877 roku rozpoczął podróż od Korfu do Neapolu, by w 1881 roku osiedlić się w Rzymie. To tutaj odnalazł „piękno, sztukę, kreatywność i nade wszystko dobrze prosperujący rynek”, który pozwolił na rozwijanie rodzinnego biznesu jubilerskiego.

http://130.bulgari.com/

Trzy lata później otworzył swój pierwszy rzymski butik z biżuterią przy Via Sistina 85, a po dziesięciu latach następny przy Via dei Condotti 28. Przemierzając dystans między swoimi sklepami każdego dnia pokonywał słynne schody, a ponieważ ściągały one artystów z całego świata – były dla Voulgarisa swoistym oknem na świat. Trzeci butik otworzył jeszcze bliżej nich, przy Via dei Condotti 10.

shutterstock.com

Lojalny gest Bulgari wart jest docenienia, bo choć w historii tej firmy Schody Hiszpańskie zawsze przewijały się w tle, to w 2011 roku marka przeszła na własność francuskiego giganta branży luksusowej - grupy LVMH (Moët Hennessy Louis Vuitton).

Nic dziwnego jednak, że przedstawiciele luksusowych marek troskliwie przyglądają się akurat temu włoskiemu zabytkowi. Prowadzące do kościoła Trinita dei Monti schody mają 138 stopni i są jednymi z najdłuższych i najszerszych w Europie, a lokalizacja przy jednym z głównych placów miasta czyni je… wymarzonym wybiegiem na pokazy mody, które są tu corocznie organizowane.

•Bulgari/Youtube

Renowacja Schodów Hiszpańskich, która obejmie ich czyszczenie, usuwanie rosnących dziko roślin i naprawę pęknięć, ma się zacząć w 2015 roku i potrwa około dwa lata. Ostatni raz podobne prace wykonane były w 1995 roku.

Bulgari nie jest jedyną włoską marką, która angażuje się w renowację Rzymu. Obecny także na polskim rynku, dom mody Tod’s, którego znakiem rozpoznawczym jest charakterystyczne logo z misiem, współfinansował renowację Koloseum, zaś dom mody Fendi wspiera remont fontann, w tym słynnej Fontanny di Trevi. Podobne akcje mają miejsce też poza Rzymem. 400-letni, wenecki most Rialto naprawiany jest dzięki hojności (5 milionów euro) założyciela i właściciela marki Diesel, Renzo Rossa.

naTemat.pl

 

13 obrazów Edwarda Hoppera ożyło w kinie: poznajcie Shirley i jej wizje rzeczywistości

Obok jego obrazów trudno przejść obojętnie, bo chociaż portretował przede wszystkim amerykańską klasę średnią: urzędników i sekretarki, bywalców knajp, klientów sklepów i hotelowych gości – nad każdą z tych wyobcowanych postaci wisiał ciężar historii: wojny i kryzysu. W filmie „Shirley – wizje rzeczywistości”, który właśnie wszedł na nasze ekrany, reżyser Gustav Deutsch ożywił 13 obrazów Hoppera i połączył je w historię jednej kobiety. Wyszło arcydzieło.

 

Hopper
Edward Hopper (1882-1967) jest jednym z najważniejszych amerykańskich twórców XX wieku. Kształcił się w Correspondance School of Illustraiting w Nowym Jorku, następnie uczęszczał do New York School of Art. Po zakończeniu nauki pracował w agencji reklamowej, gdzie tworzył okładki magazynów, a także trzykrotnie podróżował do Europy, której kulturę bardzo cenił, a największy wpływ na jego rozwój jako artysty miała twórczość Edgara Degasa.

Hopper dużo czasu spędził Paryżu, gdzie samodzielnie studiował malarstwo. Ostatecznie w 1908 roku osiadł w Nowym Jorku i przez ponad 50 lat, czyli do końca życia, pozostał wierny swojej pracowni przy Washington Square North 3. Wyjątkiem były miesiące letnie, które spędzał w swoim domu na półwyspie Cape Cod.

"October on Cape Cod"
„October on Cape Cod”•www.christies.com

Tu stworzył wiele niezapomnianych pejzaży m.in. „Październik w Cape Cod” – obraz, który w 2012 roku na aukcji internetowej Christie’s osiągnął zawrotną cenę prawie 10 mln dolarów.

Swoje prace Hopper po raz pierwszy wystawił w Whitney Studio Club w 1922 roku. Pierwszą retrospektywną wystawę otworzył w 1933 roku. Jego najsłynniejsze obrazy to: „Soir Bleu”, „Nowojorskie biuro”, „Nocni włóczędzy”, „Poranne słońce”, „Wczesny niedzielny poranek”, „Automat”, „Autoportret”, „Pokój w Nowym Jorku”, „Dom przy torach kolejowych” i „Dziewczyna przy maszynie do szycia”. Te prace to zagadki pełne psychologicznego napięcia: nigdy nie wiemy, czy to, co miało się w zobrazowanych scenach rozegrać już się wydarzyło, czy dopiero się wydarzy. Hopper do mistrzostwa opanował moment zawieszania swoich bohaterów – i nas jako widzów – w czasie.

Najsłynniejszym obrazem Hoppera jest płótno „Nighthawks” (znane w różnych tłumaczeniach jako „Nocne jastrzębie”, „Nocni włóczędzy”, „Nocne marki”), które przedstawia scenę rozgrywającą się w barze wzorowanym na prawdziwym lokalu z Greenwich Avenue w Nowym Jorku.

"Nighthawks" The Art Institute of Chicago
„Nighthawks” The Art Institute of Chicago•Wikimedia Commons

Na obrazie znajdują się cztery postacie: ubrany na biało, pochylony pracownik baru, samotny, ukazany od tyłu mężczyzna oraz nachylona nad barem para: rudowłosa kobieta w czerwonej sukience i palący papierosa mężczyzna. Postacie wydają się pogrążone w melancholii – Hopper rozpoczął pracę nad płótnem wkrótce po ataku na Pearl Harbor.

Żółta ściana baru jest najjaśniejszym motywem obrazu, światło wychodzi też na ulice. Co ciekawe, nie widać nigdzie drzwi, którymi wyjść mogliby goście. Hopper tłumaczył, że nie było to jego świadomą intencją, ale „podświadomie prawdopodobnie malował samotność w dużym mieście”. Samotność, z której nie sposób wyjść.

„Nocne jastrzębie” to w historii amerykańskiego malarstwa obraz-ikona, nic dziwnego więc że doczekał się nieliczonej ilości odwołań zarówno w kulturze wysokiej, jak i niskiej. Powstała nawet strona Nighthawks Forever, na której można się o popularności tego obrazu przekonać.

Deutsch
Edward Hopper fascynował twórców kina, ale żaden nie poszedł tak daleko jak Gustav Deutsch – zaangażowany w interdyscyplinarne projekty reżyser, architekt, muzyk i fotograf. Deutsch nieprzypadkowo wybrał Hoppera, bo to jeden z najczęściej cytowanych w filmach malarzy. Inspirował Alfreda Hitchcocka, Jima Jarmuscha, Martina Scorsese, Wima Wendersa, Terrence’a Malicka, Sama Mendesa czy Andrzeja Wajdę.

"Night Windows"
„Night Windows”•http://www.moma.org

Sam artysta znajdował się pod wpływem kina noir – w wyborze tematu, kompozycji kadru i oświetlenia, o czym świadczą obrazy takie jak: „Night Windows” (1938), „Office at Night” (1940), „Room in New York” (1932) czy „New York Movie” (1939).

Shirley - wizje rzeczywistości
Shirley – wizje rzeczywistości•Nowe Horyzonty

Autorem zdjęć do filmu jest pochodzący z Polski operator, Jerzy Palacz.
– Pięć lat temu odebrałem telefon od Jerzego Palacza. Powiedział, że przeczytał na mojej stronie internetowej, że planuję projekt dotyczący malarstwa Edwarda Hoppera. Powiedział: „Jak tylko będzie możliwość nakręcenia tego filmu, jak tylko będą na niego środki, to bardzo chciałbym w tym przedsięwzięciu uczestniczyć. Trudnością dla operatora podczas pracy z obrazem jest to, że musi filmować z jednej, konkretnie ustalonej pozycji. Jeśli kamera przesunęłaby się nawet o dziesięć centymetrów, perspektywa zmieniłaby się. Ujęcie by nie wyszło. Trzeba być bardzo precyzyjnym. Nie tylko ze względu na samo ustawienie kamery, ale na przykład jeśli chodzi o światło, które było najważniejsze w filmie. Należy pracować z ogromną precyzją” – wspomina reżyser Gustav Deutsch.

Opiekę nad koncepcją koloru sprawowała stała współpracowniczka Deutscha, malarka Hanna Schimek, która jest też autorką wykorzystanych w filmie iluzjonistycznych obrazów.

Kim jest Shirley?
Gustav Deutsch wyszedł od 13 obrazów Hoppera i udowodnił, że w każdym z nich jest ogromny potencjał narracyjny. Reżyser wchodzi tam, gdzie Hopper robi ostatnie pociągnięcie pędzlem i uwiecznia scenę na płótnie, ożywiając obraz i pokazując, co mogło być dalej. Kolejne sekwencje łączy postać Shirley.

Nowe Horyzonty

– Tytułowa Shirley to atrakcyjna, charyzmatyczna i wyemancypowana aktorka, która jest wierna swoim zasadom. Chce wpływać na bieg historii. Nie akceptuje rzeczywistości Wielkiego Kryzysu, nienawiści na tle rasowym i ery McCarthy’ego – mówił o bohaterce Deutscha – w tej roli Stephanie Cumming, kanadyjska tancerka i choreografka, związana z austriacką grupą tańca współczesnego Liquid Loft – Roman Gutek.

Nowe Horyzonty

Shirley za sprawą strumienia świadomości przez cały czas „mówi” do widza , dzieli się swoimi wątpliwościami i niepokojami. Krytykuje czasy, w których przyszło jej żyć, popada w coraz większe przygnębienie z powodu nierentowności teatrów – jej miejsca pracy i jednocześnie wielkiej miłości. Cytuje Emily Dickinson i Platona, nie może spać, a z drugiej strony mamy wrażenie jakby nie żyła na jawie. W tle nie milknie radio, „gazety nie śpią”, a historia zbiera swoje żniwo.

Nowe Horyzonty

Shirley hipnotyzuje nie tylko głosem, uroku dodają jej także piękne kreacje i zgrabne pantofle – stroje, do których zdążyli nas już przyzwyczaić twórcy „Mad Mena”. Ale nie zapominajmy, że to Hopper był pierwszy w portretowaniu uwodzicielskich, owianych nutką tajemniczości kobiet z nieodłącznym papierosem w ręku. Dotychczas anonimowych.

Jeśli wierzyć Deutschowi, amerykańskie „everygirl” nie były wcale takie przeciętne i dużo w nich było dążenia do emancypacji. Choć podróż z Shirley (film otwiera i zamyka scena w pociągu) pozwala oderwać się od rzeczywistości i przenieść w czasie, wciąż wiele kobiet będzie mogło się z nią utożsamić.

naTemat.pl

 

Lis: „Można się śmiać z bredni Hofmana czy perorującego Brudzińskiego. Ale to właśnie tworzy kontekst…”

Piotr Markiewicz, 24.03.2014
Tomasz LisTomasz Lis (Fot. AG)
„PiS-owcy i PiS-owscy akolici są groteskowi, wynosząc pod niebiosa Kaczyńskich i dezawuując Tuska oraz Sikorskiego” – pisze w najnowszym „Newsweeku” Tomasz Lis.
Lis w najnowszym wydaniu swojego tygodnika komentuje postawy polskich polityków opozycyjnych wobec kryzysu na Ukrainie. Jego zdaniem ci, którzy dezawuują działania naszego rządu, są po prostu w błędzie.„Można oczywiście zdrowo się roześmiać na słowa pana Brudzińskiego perorującego, że Kaczyński jest wielkim mężem stanu, a Tusk z Sikorskim to chłopcy w krótkich majtkach. Czy z Hofmana bredzącego, że Sikorski podał tlen Janukowyczowi. Można, ale właśnie te brednie współtworzą kontekst, w którym nasz rząd działa” – podkreśla Lis.

„Trzeba dyplomacji, a nie gromkich okrzyków”

Publicysta zwraca jednocześnie uwagę, że sam Jarosław Kaczyński też mógłby działać. Np. dzwoniąc do Victora Orabana („by przestał się podlizywać Putinowi”) albo do premiera Davida Camerona („by pogonił z Londynu Abramowicza”). „Inni z Kaczyńskim w Europie rozmawiać nie chcą, ale ci dwaj sojusznicy PiS wielkiego męża stanu z Żoliborza na pewno posłuchają” – podkreśla Lis.

Dziennikarz kończy stwierdzeniem, że Władimira Putina można pokonać, ale wymaga to determinacji, sankcji, presji ekonomicznej i racjonalnej dyplomacji. „A nie gromkich okrzyków trzecioligowych polityków z partii będącej w marginalnej frakcji w Parlamencie Europejskim” – pisze.

Cały komentarz w najnowszym wydaniu „Newsweeka”.

Kolejna zielona ściana. Tym razem tania (!) i prosta w utrzymaniu

O zielonych ścianach piszę tutaj dość często. Łatwo zauważyć, że staram się obserwować nowatorskie, ekologiczne rozwiązania których celem jest poprawienie jakości życia w miastach. Mówiąc szczerze jednak, w większości wypadków, czytam o nich i piszę ze świadomością, że minie jeszcze sporo czasu, zanim doczekamy się własnych, tego typu inwestycji w Warszawie.

Projekt: www.capellaweb.com<br /><br /><br /><br /><br /><br />
Żródło: www.inhabitat.com
Projekt: www.capellaweb.com
Żródło: www.inhabitat.com

Niekoniecznie dlatego, że Urząd Miasta jest skupiony na rzeczach zupełnie innych i kwestie „roślinek”, są raczej bagatelizowane przez zbyt poważnych na „takie rzeczy” polityków, tylko dlatego, że zielone ściany, takie jak projektuje Patric Blanc są po prostu drogie. Zarówno w realizacji, jak i utrzymaniu.

W Barcelonie powstała pierwsza zielona ściana, która nie wymaga comiesięcznych zabiegów pracujących na wysięgnikach alpinistów przemysłowych, co znacznie ogranicza koszty i ułatwia konserwacje. Ponieważ rośliny zostały tutaj umieszczone na stalowych balkonach, do których można dość po prostu po schodach, zadbać o nie może praktycznie każdy.

Projekt: www.capellaweb.com<br /><br /><br /><br /><br /><br />
Żródło: www.inhabitat.com
Projekt: www.capellaweb.com
Żródło: www.inhabitat.com
Projekt: www.capellaweb.com<br /><br /><br /><br /><br /><br />
Żródło: www.inhabitat.com
Projekt: www.capellaweb.com
Żródło: www.inhabitat.com

Idealne miejsce na konstrukcję pojawiło się kiedy kamienica, przylegająca jedną ścianą o do innego budynku została wyburzona. Efektem tego było powstanie zupełnie pustego, raczej nieatrakcyjnego kawałka ściany. Miasto zacofane, ową ścianę natychmiast wynajęłoby reklamodawcom. Na szczęście Barcelona postanowiła zrobić coś dobrego dla swoich mieszkańców i zainwestowała w założenie tam pionowego ogrodu, który działa jak gąbka filtrująca dwutlenek węgla i zanieczyszczenia z ulicy, a także pomaga wyciszyć budynek. Pomiędzy roślinami zostały umieszczone domki dla miejskich ptaków.

Podlewaniem roślin, w okresie deszczowym zajmują się rynny, z których woda jest odprowadzana do doniczek. Zielona ściana, zaprojektowana przez Capella Garcia Arquitectura wygląda świetnie i jest dowodem na to, że żeby budować tego typu ekologiczne, miejskie struktury, nie potrzebny jest wcale gigantyczny budżet.

Projekt: www.capellaweb.com<br /><br /><br /><br /><br /><br />
Źródło: www.inhabitat.com
Projekt: www.capellaweb.com
Źródło: www.inhabitat.com

naTemat.pl

 

Bajkowa przemoc: nie na takiego księcia czekała! Jakim typem mężczyzny jesteś?

Gdy w bajce księżniczka spotyka w końcu swojego księcia pozostaje im już tylko żyć długo i szczęśliwie. W prawdziwym życiu zasada happy endu nie obowiązuje bezwzględnie. Przypomniał o tym włoski artysta AleXsandro Palombo, który stworzył serię obrazów przedstawiających znane bajkowe pary w scenach przemocy domowej. – Ten przekaz jest zbyt dosłowny i stereotypowy, sprowadza się do tego, że superbohater może pobić superbohaterkę. To już wiemy, pytanie: co dalej? – komentuje dla naTemat Agnieszka Sosińska z Fundacji Feminoteka.

Od Kopciuszka i Księcia po Freda i Wilmę Flinstonów, Palombo w każdym z tych bajkowych związków jest w stanie ujawnić patologię. Nawet taka superbohaterka jak Wonder Woman jest bezsilna wobec przemocy ze strony Supermana. Animowane postacie żeńskie miały nad aktorkami dotychczas jedną, niezbywalną przewagę – niezależnie od okoliczności, zawsze wyglądały tak samo perfekcyjnie.

Jednak za dotknięciem ręki włoskiego artysty, a w domyśle męskich bohaterów jego rysunków – nawet one tracą swój ikoniczny wizerunek na rzecz: podbitego oka, rozciętej wargi czy krwawiącego nosa.

Celem Palmbosa i jego niepokojącej sztuki było pokazanie, że przemoc domowa dotyczy także kobiet, które są w bajkowych dla zewnętrznego obserwatora związkach np. idealnie dopasowanych małżeństwach. Kolekcja obrazków nosi wspólny, wyrażony zapytaniem, tytuł: „Jakim typem mężczyzny jesteś?”.
– Chciałem unaocznić problem, który dotyczy bardzo wielu ludzi na świecie – powiedział w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „Express” artysta.

O TO, CZY MU SIĘ TO UDAŁO ZAPYTALIŚMY AGNIESZKĘ SOSIŃSKĄ Z FUNDACJI FEMINOTEKA:

Czy przemoc domowa przydarza się wszystkim kobietom, również „księżniczkom”, o których patrząc z zewnątrz myślimy, że żyją jak w bajce?

Agnieszka Sosińska: Szczęśliwie przemoc domowa nie dotyczy każdej kobiety, natomiast na pewno taka przemoc nie zna klasy społecznej ani statusu społecznego. To znaczy, że nie można jej przypisać tylko do rodzin patologicznych albo biednych. Ona się zdarza kobietom ze wszystkich klas społecznych i o różnym statusie społecznym czy ekonomicznym, o różnym kapitale kulturowym, z różnym wykształceniem. Absolutnie nie jest tak, że kobiety, które mamy za wzorce ze względu na ich dobrą pozycję, zarobki czy, ujęte popularnie, piękno, są za sprawą tych czynników chronione przed przemocą. Również wiek nie ma w tym przypadku znaczenia.

Jak zmieniają się kampanie, których celem jest unaocznienie tego problemu? Wszyscy pamiętamy – „Bo zupa była za słona”…

Warto tu rozdzielić kampanie dotowane przez rząd i takie, które powstają w ramach działania organizacji społecznych czy aktywności artystycznej – jak w tym przypadku – czy wynikające z tego, że po temat przemocy sięgają dziennikarze i dziennikarki. Jeśli chodzi o kampanie rządowe, to kampanią, która dość mocno pozostała nam w głowach jest właśnie kampania „Bo zupa była za słona”. Jest to jednocześnie ostatnia tego typu duża kampania dotowana z budżetu państwa. Nie była to też najlepsza kampania, ale zapadła w pamięć.

Temat przemocy domowej pojawiał się ostatnio w kilku kampania jak choćby we współorganizowanej w Polsce przez Feminotekę akcji „One Billion Rising”, którą zapoczątkowała na świecie Eve Ensler (pisarka i aktywistka, autorka „Monologów waginy”- red.). Jest to taniec przeciwko przemocy organizowany na 14 lutego. Inna akcja to „16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet”, która ma miejsce na przełomie listopada i grudnia i w którą włączają się różne organizacje. Inna kwestia to to, jak problem przemocy wobec kobiet przedstawiają artyści czy kampanie graficzne, jak tutaj w przypadku księżniczek i postaci z kreskówek.

A co było nie tak z kampanią „Bo zupa była za słona”? Na pewno było o niej głośno, ale jak rozumiem nie spełniła oczekiwań.

W tej chwili ona budzi śmiech, funkcjonuje jako żart i raczej dlatego o niej pamiętamy. Myślę, że można w tym przypadku mówić o nieadekwatności środków i sposobu przekazu. Na plakatach mamy tylko dwie postacie – kobietę i dziecko, ślady pobicia są ewidentne, ale nie ma zaadresowanej grupy szerszej.

Tak jak mówiłam wcześniej, przemoc domowa dotyka nie tylko kobiet biednych czy wykluczonych społecznie, ale także tych dobrze sytuowanych. Tak naprawdę bardzo różnych. Jest tu mowa o przemocy w rodzinie, ale brakuje zaadresowania specyficznie, że chodzi o przemoc wobec kobiet, w tym o przemoc seksualną. Tamta kampania posługiwała się po prostu pewnym stereotypem. Oczywiście dobrze, że była, ale warto pomyśleć i jakiejś szerszej.

Czy Sztuka i popkultura obrazując problem przemocy wobec kobiet pomagają z nią walczyć czy raczej przyzwyczajają nas do niego jakby był trywialny?

W popkulturze przemocy wobec kobiet jest sporo, tak samo z seksizmem. Jest na to ogromne przyzwolenie. Podobnie jak na binarny podział: mężczyzna jest tym silnym, a kobieta jest tą słabą, nawet jeżeli w grę nie wchodzi przemoc. Dobrze widać powtarzanie tego stereotypu w kinie. Trudno dziś znaleźć dzieła popkultury, które by poza ten stereotyp wychodziły. Jeśli chodzi o ten konkretny przykład, to myślę, że on bardzo dobrze pokazuje problem, który pojawia się, gdy po temat przemocy wobec kobiet sięga artysta, który niekoniecznie ma większą wiedzę na ten temat i w jaki sposób można go przedstawić.

Te ilustracje to przedstawienie przemocy wobec kobiet w sposób bardzo dosłowny: siniaki, sceny duszenia. Plus jest taki, że przekaz jest bardzo oczywisty, ale minus jest tak, że przekazuje się też pewien wzorzec. Pokazuje się znowu powielony stereotyp silnego mężczyzny i słabej kobiety.

Jest tam Superman i Wonder Woman i nawet ona jest pobita. Brakuje mi bardzo takiego sposobu zwrócenia uwagi na przemoc, który nie byłby wtórną wiktymizacją dla ofiar. Chodzi mi o to, żeby pokazać, że to jest problem, ale także pokazać, że można z niego wyjść, że można szukać pomocy i takie wsparcie znaleźć, a na koniec być Superwoman. Dobrze by było podkreślać, że jeśli Superwoman doświadczy przemocy to nie oznacza dla niej końca i już tylko roli ofiary. Mam więc ambiwalenty stosunek do tych grafik: to zabieg bardzo prosty, nie wydaje mi się też by był szokujący dzisiaj, gdy z przemocą mamy do czynienia na każdym kroku w filmach i grach komputerowych. Warto zastanowić się nad pomysłami, które będą wychodziły poza stereotyp.

Jednym słowem kampania, która by celowała w walkę z przemocą wobec kobiet, jednocześnie nie powodując skutków ubocznych, to nie jest łatwa koncepcyjnie praca.

Dokładnie tak, to nie jest łatwa koncepcja, ponieważ to nie jest łatwy temat. Warto się zastanowić, co się osiąga, gdy powielamy ten obraz. Taka stereotypowa kampania może poruszyć tych, którzy przemocy nie doświadczają i nie myślą o niej na co dzień, ale pytanie z czym ich wtedy zostawiamy. Czy za tym idzie jakiś dalszy przekaz? Ja tutaj go nie widzę. Widzę przekaz: superbohater może to zrobić superbohaterce. No dobrze, to już wiemy, ale co dalej? Czy pozostaje on bezkarny, czy ona może się bronić, czy ktoś coś z tym robi? Nie wiedzę tego, a to tak naprawdę byłoby dopiero ciekawe.

naTemat.pl

 

Dziewięcioletnie żony i legalny gwałt w małżeństwie? To nowe irackie prawo

mk, 20.03.2014
Nowe prawo dopuszczałoby małżeństwa nawet dziewięcioletnich dziewczynekNowe prawo dopuszczałoby małżeństwa nawet dziewięcioletnich dziewczynek (Fot. 123 RF)
Pozwolenie na wydawanie za mąż dziewięciolatek, odebranie dzieci rozwódkom i zalegalizowanie gwałtu w małżeństwie – to podstawy nowego prawa rodzinnego w Iraku. Obrońcy praw człowieka są zszokowani.
Póki co, nowe prawo zatwierdziła Rada Ministrów, teraz czeka na zatwierdzenie przez 325-osobowy parlament. A wszystko na sześć tygodni przed pierwszymi demokratycznymi wyborami parlamentarnymi po wycofaniu się w Iraku wojsk USA. Światowi obrońcy praw człowieka nie mają wątpliwości: dla irackich kobiet nowe prawo to ogromny krok w tył.Pomysłodawcą kontrowersyjnych przepisów jest sam minister sprawiedliwości, który jest wiernym sojusznikiem szyickiego premiera Nuriego al-Malikiego. Maliki wielokrotnie dowiódł, że z demokracją i przestrzeganiem praw człowieka – a przynajmniej irackich sunnitów – jest mocno na bakier.Dwulatek pod opiekę ojcaProponowane prawo to Kodeks Prawa Statutu Osobowego, nazywany „Prawem Dżafariego”, w odniesieniu do szóstego imama szyickiego, Dżafara ibn Muhammada, twórcy szkoły prawa muzułmańskiego, uznawanej za słuszną przez większość szyitów.Projekt legalizuje gwałt w małżeństwie i daje mężczyznom zdecydowaną kontrolę i wyłączną „opiekę” nad żonami. Stwierdza również, że w przypadku rozwodu dziecko powyżej drugiego roku życia trafia pod opiekę ojca. Daje też kobietom prawo do rozwodu – od dziewiątego roku życia, co de facto oznacza zgodę na małżeństwa tak młodych dziewczynek.Premier: nie będziemy się sprzeciwiaćPremier Maliki póki co nie określił swojego stanowiska wobec nowego prawa. Tak jak przywódca duchowy większości irackich szyitów, ajatollah Ali Sistani.Jak przekonują komentatorzy, premier poprze nowe prawo tylko, jeśli będzie potrzebował wyborczego wsparcia Bloku Fadila, ugrupowania, z którego wywodzi się pomysłodawca kontrowersyjnego kodeksu.- Premier nigdy nie mówił, że jest za albo przeciwko temu prawu – zauważa w rozmowie z „Guardianem” rzecznik premiera Ali al-Mussawi. – To, co robimy, jest zgodne z zasadami demokracji – sprawa zostanie przedyskutowana i przegłosowana. Nie zamierzamy od razu się sprzeciwiać – zaznacza.

Nie jesteśmy zacofani, nie mamy małżeństw gejów

Ze słów rzecznika jasno wynika, że premier nie uważa nowego prawa za przejaw zacofania. – Chociaż Irak właśnie w taki sposób jest przedstawiany w niektórych mediach, to nieprawda. Na Zachodzie poważnie się dyskutuje o małżeństwach gejów, a my nigdy nawet nie rozpoczęlibyśmy podobnej dyskusji – to przeciwko naszej religii i naturze. A przecież nie mówimy, że to Zachód jest zacofany – przekonuje.

Ministerstwo sprawiedliwości też nie daje się zbić z tropu. – Są ludzie, którym nie podoba się to prawo, ale nas to nie obchodzi, bo to przeciwnicy islamu wykorzystują tę dyskusję do celów kampanii wyborczej – przekonuje rzecznik ministerstwa.

HRW: to prawo to katastrofa

Kobiety nie tracą nadziei, że prawo nie przejdzie. – Mam nadzieję, że kiedy trafi pod obrady, zostanie odrzucone – mówi w „Guardianie” Saifa as-Suhajl, jedna z 82 posłanek. – To upokorzenie dla kobiet i wszystkich Irakijczyków. Katastrofa także dla dzieci, których nie powinno się narażać na tak brzydkie sytuacje. To prawo pokazuje, że wyraźnie się cofamy – oburza się.

Tak jak obrońcy praw człowieka z Human Rights Watch. – Przyjęcie „Prawa Dżafariego” będzie katastrofą i dyskryminacją przeciwko irackim kobietom i dzieciom – przekonuje w oświadczeniu na stronie organizacji Joe Storl, wicedyrektor HRW ds. Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

 

Wyborcza.pl

Europejska drużyna Kaczyńskiego. Czy Rydzyk się obrazi?

Agata Kondzińska, 20.03.2014
Ojciec Tadeusz Rydzyk i Jarosław KaczyńskiOjciec Tadeusz Rydzyk i Jarosław Kaczyński (Fot. Agencja Gazeta)
Wczoraj komitet polityczny PiS zatwierdził listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego. Poza jedną – na Śląsku.
Jarosław Kaczyński – poobijany w ostatnim europejskim rozdaniu, gdy z 15 posłów wysłanych do Brukseli przy PiS zostało zaledwie sześciu, bo pozostali założyli własne partie – postawił na zaufanych i sprawdzonych ludzi. Z nadzieją, że tym razem go nie zdradzą.Na jedynkach wyborczych list partii jest zaledwie jedna kobieta - Anna Fotyga, która wystartuje z pierwszego miejsca w Gdańsku.

Ważą się losy lidera listy śląskiej. Nieoficjalnie na 90 proc. w Katowicach PiS może reprezentować senator Bolesław Piecha. Ale rozstrzygnięcia nie ma. Jarosław Kaczyński powiedział, że trwają rozmowy z innym kandydatem, ale nazwiska nie zdradził. Wiadomo jednak, że tuż za Piechą miejsca na śląskiej liście dostały dwie posłanki PiS – Jadwiga Wiśniewska i Izabela Kloc.

Obecny europoseł Ryszard Legutko, który pięć lat temu otwierał listę we Wrocławiu, będzie teraz jedynką w Krakowie. Tuż za nim miejsce dostał szef sztabu wyborczego PiS Andrzej Duda.

Z Wrocławia o mandat powalczy obecny poseł i były wiceminister skarbu w rządzie PiS Dawid Jackiewicz, a na miejscu drugim były minister kultury Kazimierz Ujazdowski. W stolicy listę PiS otworzy sympatyzujący z partią socjolog Zdzisław Krasnodębski. Reprezentantem PiS w okręgu obejmującym województwa podlaskie i warmińsko-mazurskie ma być były wiceszef MSZ i były poseł Karol Karski.

W okręgu kujawsko-pomorskim jedynkę ma poseł Kosma Złotowski, dwójkę – socjolog Andrzej Zybertowicz.

Wbrew prośbom rodziców byłego posła PiS Przemysława Gosiewskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej, na listach znajdą się jego była żona Małgorzata Gosiewska (drugie miejsce na Mazowszu) i wdowa Beata Gosiewska (trzecie miejsce na liście krakowskiej). Rodzice posła PiS w liście do Kaczyńskiego pisali, że nie „wyrażają zgody na kandydowanie z regionu świętokrzyskiego ani z żadnego innego i niszczenie dobrego imienia Przemysława przez Małgorzatę Gosiewską, pierwszą żonę”.

Na Mazowszu listę otworzy minister skarbu Wojciech Jasiński.

Kaczyński docenił obecnych europosłów: Ryszard Czarnecki wystartuje z Poznania, Tomasz Poręba z Rzeszowa, Marek Gróbarczyk ze Szczecina, Janusz Wojciechowski z Łodzi.

Ukłonem w stronę Tadeusza Rydzyka ma być drugie miejsce na liście w okręgu lubelskim dla kojarzonego z nim europosła Mirosława Piotrowskiego i dla Urszuli Krupy na liście łódzkiej. Jak dowiedziała się „Wyborcza”, Torunia to nie zadowala. Rydzyk liczył na przynajmniej jedną jedynkę. Nie spodobało mu się też trzecie miejsce dla Andrzeja Jaworskiego, nieformalnego łącznika między PiS a ojcem Rydzykiem, dlatego w toruńskich mediach ma być teraz promowana Solidarna Polska, a nie PiS. Faworytką Torunia ma być Beata Kempa.

Oficjalnie PiS przedstawi swoich kandydatów na sobotniej konwencji europejskiej w Warszawie, dokładnie w tym samym czasie co PO.

 

Wyborcza.pl

Jak Krzysztof Varga strzelił sobie w stopę [POLEMIKA]

Ignacy Karpowicz, 20.03.2014
Kaja Malanowska podczas gali finałowej nagrody Nike 2013 Kaja Malanowska podczas gali finałowej nagrody Nike 2013 (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
W przyzwoitym świecie silniejszy powinien moderować użycie swojej siły nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że tak jest przyzwoiciej. Polemika z Krzysztofem Vargą
Nie lubię, gdy silniejszy wali w słabszego. I racja nie ma tu nic do rzeczy, bo przecież nie zawsze racja stoi po stronie słabszego. Po prostu w przyzwoitym świecie silniejszy powinien moderować użycie swojej siły nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że tak jest przyzwoiciej. Bezpardonowe atakowanie słabszego wydaje mi się nie tylko niestosowne, ale też łatwe i tchórzliwe. Do wypowiedzenia tych oczywistych oczywistości skłonił mnie felieton Krzysztofa Vargi ”Ja piszę tylko dla hajsu, czyli Malanowska obrażona” (DF z 13 marca). Varga jest bardziej popularny, starszy, bardziej doświadczony, lepiej zarabia i tak dalej, można by więc oczekiwać od niego pewnego umiaru.Przypomnę, że awantura rozpoczęła się od emocjonalnego wpisu Kai Malanowskiej na Facebooku o następującej treści: „6800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO< GÓWNO< GÓWNO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”. Wpis ten dotyczył kwoty, jaką zarobiła na ostatniej książce.Dało to przyczynek do zmasowanego okazywania troski i miłosierdzia w stosunku do warszawskiej pisarki. Głos zabrali najznamienitsi polscy literaci, creme de la creme polskiej literatury: Jakub Żulczyk, Wojciech Orliński, Jacek Dehnel, a ostatnio Krzysztof Varga. Każdy z autorów zalicza się do wybitnych i czytelnicy z wypiekami oczekują na ich kolejne dzieła, stąd też poradom profesjonalistów, wybitnych przecież wybitnie, należy przysłuchiwać się z uwagą. A porady są m.in. takie: szybciej stukać w klawiaturkę, nie mazgaić się, a najlepiej rzucić pisanie. W służeniu wujkiem dobrą radą przebił jednak wszystkich Krzysztof Varga. Dotarł nawet do zaproponowania Malanowskiej strzelenia sobie w łeb.Ile zarabia pisarz?
To spójrzmy, co w felietonie Vargi budzi zastrzeżenia. Po pierwsze, każdy ma prawo się zaburzać. Varga często i osobiście się zaburza, czemu zresztą skrzętnie daje wyraz zarówno w felietonach, jak i prozie. I słusznie, bowiem zaburzanie się jest znakomitym paliwem dla twórczości, żal z niego nie skorzystać. Tylko dlaczego Vardze wolno, a Malanowskiej nie?Po drugie, absolutną nieprawdą jest, jakoby Malanowska powiedziała kiedykolwiek, że pisze tylko dla hajsu. To jest czysty wymysł felietonisty „DF”. Malanowska dała wyraz frustracji związanej z wynagrodzeniem, jakie otrzymała za książkę, nigdy jednak nie stwierdziła, że książki pisze „tylko dla hajsu”.Po trzecie, fejsbukowy wpis, przywołany przez Vargę, stał się początkiem długiej i płynącej rozmaitymi odnogami dyskusji. Pisarka tłumaczyła spokojnie, o co jej tak naprawdę idzie, choćby w wielkim wywiadzie w Natemat.pl. A idzie o całokształt spraw związanych z sytuacją pisarzy w Polsce, o brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa, o niedofinansowanie bibliotek, o brak programów stypendialnych, o potrzebę uregulowania rynku książki, o nierozwiązanie spraw tak prostych jak choćby ubezpieczenie społeczne, o potrzebę zbudowania związku pisarzy i tak dalej, i dalej. Żeby to jednak wiedzieć, należało przeczytać coś więcej niż notkę na FB, a tego Krzysztof Varga poniechał.Po czwarte, autor „Gulaszu z turula” mocno nie ceni twórczości Malanowskiej i oczywiście mu wolno. De gustibus i tak dalej. Faktem jest, że w powieściach Vargi nie występuje to, co występuje w powieściach Malanowskiej (np. pełnokrwiste postaci kobiece czy psychologizm), i vice versa. Faktem jest też, jak pisze Varga, że – ” [na tym polega] perwersyjny urok nagród literackich, że czasami nijak pojąć nie można, co dane dzieło robi wśród innych fetowanych dzieł”. W kontekście wiedzy ogólnodostępnej wygląda to jednak na małostkową zemstę, a mianowicie – przypomnę – książka Malanowskiej znalazła się w ostatnim finale Nike, książka Vargi nie. Zła grafomanka kobieta zajęła miejsce genialnemu mężczyźnie prozaikowi.Po piąte wreszcież – język, którym powieściopisarz się posługuje. Oto próbka: „sprokurowała wstrząsający felieton; poddała miażdżącej i ekstatycznej krytyce; jęczy; zawodzi; egzaltuje się; do Malanowskiej doczołgała się w końcu refleksja; rytualne zawodzenia”. Nie jest to język, się rozumie samo przez się, pozytywny, nie jest też bezpośrednio negatywny. Jest to język, który ma za zadanie przerobić oponentkę w rozdygotaną, roszczeniową, lewicową wariatkę grafomankę, a więc w osobę, z którą nie warto rozmawiać. Co najwyżej zasługuje ona na kpiny.Hanna Gil-Piątek broni Malanowskiej: Malanowska, milcz, gdy mówią chłopcyCiekaw jestem, czy Varga zareagowałby podobnie na wpis np. Andrzeja Stasiuka, że GÓWNO, GÓWNO, GÓWNO, wszystko coraz czystsze, coraz bardziej takie samo wszędzie, coraz mniej resztek i poboczy, za mało dziur, i że nie ma dokąd jeździć i o czym pisać. Felietonista nie mógł jak dotąd zareagować na (potencjalny) wpis Andrzeja Stasiuka, ponieważ taki wpis się nie pojawił. A nawet gdyby się pojawił, nie pojawiłby się wpis Vargi o treści zbliżonej do tego, co napisał o Malanowskiej. Z jednej przyczyny – Varga stara się nie tykać „swoich” kolegów po piórze. Wyjątek czyni dla pisarzy skrajnie prawicowych, np. Waldemara Łysiaka czy Wojciecha Wencla, co de facto zrównuje takich autorów z kobietami. Solidarność penisów trzyma się sztywno.I teraz docieram do sedna. Lektura wielu wypowiedzi warszawskiego pisarza pozwala postawić tezę, iż oddycha on powietrzem trwale zanieczyszczonym mizoginią. Przejrzałem tegoroczne numery „DF” zawierające felietony głównego bohatera mego tekstu. Kobiety pojawiają się albo w świetle negatywnym (internetowe recenzentki książek z felietonu „Śmierć krytyki, czyli czas entuzjastek”, no i „Ja piszę tylko dla hajsu, czyli Malanowska obrażona”), albo na marginesie przemykają (Agnieszka Holland i jej serial polityczny „Ekipa”). Ale przede wszystkim podlegają masowemu wykluczeniu. Gdy Varga entuzjazmuje się literaturą ukraińską, padają nazwiska Andruchowycza, Żadana i Prochaśki. Jak wiadomo, w literaturze ukraińskiej kobiety nie istnieją. Nie ma Zabużko, Śniadanko, Matios. Kobiety pisarki nie tylko nie występują w literaturze ukraińskiej. One nie występują w literaturze światowej. Gdy Varga pisze o nowym wynalazku, jakim jest „książka przyszłości”, która pozwala sensorycznie odczuwać czytelnikowi to, o czym książka traktuje, padają nazwiska Jerofiejewa, Rabelais’go, Rotha, de Sade’a, Niziurskiego. Ani jednej kobiety. Żadna tam Woolf, Lessing, Munro.

Cóż, mizoginia nie jest karalna, lecz niesmak pozostaje. Varga, proponując pisarce strzelenie sobie w łeb, najwyraźniej sam sobie strzelił w stopę.

Rozmowa z Ignacym Karpowiczem: Polakowi staje w okolicach śmierci

 

Wyborcza.pl

 

 

 

Kafka reportażu o sobie – właśnie ukazał się „Jarmark sensacji” Egona Erwina Kischa

Aneta Szeliga, 19.03.2014
Gdyby Artur Domosławski wpadł na pomysł napisania „Kisch non-fiction”, dopiero miałby pole do popisu. Śledzenie mistyfikacji, w które stroił rzeczywistość reporter z Pragi, który podniósł reportaż do rangi literatury, można by zacząć już od jego reporterskiego debiutu w praskim dzienniku „Bohemian”, gdzie zaczynał swoją karierę. Właśnie ukazał się drugi tom z serii „Reporterzy dużego formatu – klasyka” – „Jarmark sensacji” Egona Erwina Kischa
Jako początkujący dziennikarz piszący do kroniki miejskiej Egon Erwin Kisch został po raz pierwszy wysłany „na pole bitwy”, by opisać pożar młynów. I tu zderzył się z największym błogosławieństwem i największym przekleństwem reportera – rzeczywistością. Nie mogąc sklecić niczego poza zdaniem, że młyny stanęły w płomieniach, po prostu wymyślił obrazek, tak barwny, żywy i namacalnie realny, że godny pędzla Breugla: „Ssałem ołówek. Wyssałem z niego, że miejski dom noclegowy znajduje się w pobliżu młynów Schittkauerowskich. Mój ołówek pędził grupę bezdomnych na miejsce pożaru. Mój ołówek widział, jak zafascynowani przysunęli się do ognia, mój ołówek pomógł im zbliżyć się do kordonu policji, którą zazwyczaj pospiesznie wielkim łukiem omijali. Policja otoczona gęstym mrokiem nie widziała tego, co dostrzegł mój ołówek, nie widziała, jakiego rodzaju był napierający tłum. Tylko gdy snop ognia ciskał swoje światło w bok, zamiast ku niebu, występowały w tym świetle postacie, które zdawały się wychodzić z podziemi, ale w istocie wyszły spod mego ołówka – włóczęgi o pokiereszowanych twarzach, dzikich brodach, zmierzwionych włosach i oczach nieruchomo zwróconych ku widowisku ognia”. Wobec pasji i kunsztu, z jakim Kisch pisze o swojej niemożności opisania pożaru, sam pożar przy tym po prostu gaśnie. Reporter zresztą ułatwia domniemanemu Domosławskiemu zadanie i w tym samym tekście przyznaje się do swoich niecnych praktyk. I nawet jego imiona – Erwin Egon – nie do końca stoją w zgodzie z faktycznym stanem rzeczy. Będąc uczniem Nikolander-Schule, która zabraniała swoim wychowankom publikowania w prasie, młody poeta Erwin postanowił jednak wysłać swoje wiersze do jednej z praskich gazet. By w razie ostrej krytyki móc wyprzeć się swojego autorstwa, a w przypadku entuzjastycznego przyjęcia z równą łatwością je sobie przypisać, uciekł się do wybiegu – podpisał swoje wiersze E. Kisch. Redaktor rozwinął imię, tytułując Egona Erwinem, i tak już zostało. W tym przypadku rzeczywistość sama zakpiła z siebie, fabrykując fakty lepiej niż najbardziej twórczy autor.”Debiut przy pożarze młynów” to jeden z kilkunastu reportaży Kischa, które znalazły się w „Jarmarku sensacji”, książce po ponad 50 latach wznowionej przez Wydawnictwo Agora. Te teksty to „coś więcej niż reportaż, a mniej niż autobiografia. Powiedzmy – autoreportaż” – pisze we wstępie do nowego wydania Mariusz Szczygieł. Kisch wspomina swoje życie od czasów, kiedy jako dzieciak zasłuchiwał się w pieśni ślepego Metodego – ulicznego śpiewaka, a jego ballady były dla niego pierwszą lekcją opowiadania historii. Nazywany poetą faktu, pisał o sztuce reportażu jako o tańcu reportera z rzeczywistością: „Czy kształtowanie prawdy nie wymaga fantazji? To prawda, fantazja nie może się w tym wypadku swobodnie rozwinąć, może osuwać się jedynie wąską ścieżyną między jednym faktem a drugim i ruchy jej muszą pozostawać w rytmicznej zgodzie z faktami. Ale nawet tego ograniczonego miejsca nie ma fantazja wyłącznie dla siebie. Wraz z całym zespołem baletowym form sztuki musi się ona obracać w korowodzie, aby najbardziej kruchy materiał – rzeczywistość – w niczym nie ustąpił najbardziej elastycznemu materiałowi – kłamstwu”. Kisch wyznaczył kanon reportażu literackiego, którym zachwycili się także polscy dziennikarze, włącznie z Ryszardem Kapuścińskim. Autor „Cesarza” twierdził, że bez Kischa on i jego rówieśnicy nie mogliby być tak twórczy. Właśnie wtedy, w latach 50. – kiedy Kapuściński debiutował – „Jarmark sensacji” wraz z innymi reportażami Kischa, m.in. z podróży do Chin i Ameryki, po raz pierwszy ukazał się w Polsce drukiem. Było to możliwe z racji lewicowości reportera z Pragi i jego szczerze wyznawanej od lat wiary w socjalizm. „Jarmark sensacji”, w którym znalazł się jeden z jego najbardziej znanych tekstów „Wniebowstąpienie Szubienicznej Toni”, urywa się w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej, kiedy Kisch zostaje kapralem c.k. armii. Tekstu o perypetiach związanych z „węgierskim” brzmieniem jego nazwiska nie powstydziłby się sam Jaroslav Hašek, z którym zresztą Kisch się przyjaźnił. Mariusz Szczygieł dopowiada jego dalsze dzieje, kreśląc portret tego „szalejącego reportera”, za którego miał myśleć Stalin, austro-węgierskiego Żyda z czeskiej Pragi piszącego po niemiecku, przyjaciela Haška, Kafki, Maxa Broda, który widział przełom wieków i dwie wojny światowe i który „stał się dla reportażu tym, kim Kafka dla literatury”.

 

metromsn.gazeta.pl

 

14. edycja T-Mobile Nowe Horyzonty: nowy film Sasnali, retrospektywa Kena Russella, inspiracje kasetą VHS

Dziś ruszyła sprzedaż karnetów na 14. edycję Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty, który odbędzie się w dniach 24 lipca do 3 sierpnia. Podczas wrocławskiej imprezy, nazywanej największym świętem niezależnego kina w Polsce, pokazanych zostanie około 340 filmów – w tym 180 pełnometrażowych.

 

nowehoryzonty.pl

ROMAN GUTEK, DYREKTOR MFF T-MOBILE NOWE HORYZONTY
Zawsze wraz ze startem sprzedaży karnetów staramy się poinformować o wstępnych założeniach, szkielecie programu. Do festiwalu jeszcze cztery miesiące, a więc dużo pracy przed nami, wciąż dostajemy też zgłoszenia filmowe, trwa jeszcze selekcja. Przed nami też jeszcze kilka imprez filmowych, w tym ta najważniejsza – festiwal w Cannes – z którego zawsze wybieramy coś na nasz lipcowy festiwal

5 konkursów filmowych
– W tym roku w programie naszego festiwalu jest pięć konkursów filmowych. Najważniejszy to Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty – powiedziała podczas wtorkowej konferencji Joanna Łapińska, dyrektor artystyczna festiwalu. W jego ramach zostaną pokazane premierowo niekonwencjonalne, autorskie filmy, poszukujące nowych form wyrazu.

"A Spell To Ward Off the Darkness" reż. B.Rivers, B.Russell
„A Spell To Ward Off the Darkness” reż. B.Rivers, B.Russell•nowehoryzonty.pl

W konkursie znalazło się między innymi dzieło angielsko-amerykańskiego duetu eksperymentatorów Bena Riversa i Bena Russella „A Spell To Ward Off the Darkness”, film nagrodzony na festiwalach w Kopenhadze i Turynie, hybrydowy dokument o szukaniu duchowości we współczesnym świecie.

– Potwierdziliśmy już polski film, który zaprezentujemy w tym roku w konkursie. Jest to pokazywana na Berlinale „Huba” Anki i Wilhelma Sasnali, egzystencjalny portret potrójny: mężczyzny na skraju śmierci, młodej matki i wrzeszczącego niemowlęcia. Czujemy się bardzo osobistą więź z tymi artystami, ponieważ mamy poczucie, że to właśnie na naszym festiwalu zaczynała się ich kariera filmowa. W konkursie filmów polskich pokazywaliśmy ich „Z daleka widok jest piękny”, który otrzymał główną nagrodę. Potem pojechał na konkurs filmów w Rotterdamie. „Huba” miała swoją premierę w sekcji Forum festiwalu w Berlinie, to duże osiągnięcie i wyróżnienie, z przyjemnością będziemy dalej obserwować rozwój kariery tych artystów – dodaje Joanna Łapińska.

W Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty jury przyzna najlepszemu filmowi Grand Prix i nagrodę pieniężną w wysokości 20 tys. euro. Festiwalowi widzowie będą głosowali na najlepszy film, który otrzyma Nagrodę Publiczności. Prestiżową nagrodę FIPRESCI przyzna jury złożone z krytyków zrzeszonych w Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych.

Nowatorskie, kreacyjne filmy dokumentalne oraz docu-fiction o sztuce, muzyce, kulturze będą ubiegać się o laury w Międzynarodowym Konkursie Filmy o Sztuce. W programie między innymi nagrodzony na festiwalu w Wenecji debiut szwedzkiej artystki Anny Odell „The Reunion” – wielopiętrowy film rozpięty pomiędzy fabułą, dokumentem a performancem oraz hiszpański „Creator of the Jungle” Jordiego Morató, portret owładniętego manią tworzenia i destrukcji, ludowego artysty, od 45 lat budującego skomplikowane labirynty i ruchome, ekscentryczne konstrukcje.

"The Creator of the Jungle"
„The Creator of the Jungle”

– Pomału przestajemy mówić, że jest to konkurs dla pełnometrażowych dokumentów. Festiwal idzie z duchem czasu i coraz częściej prezentujemy w tym konkursie filmy określane mianem docu-fiction, które zdecydowanie załamują konwencję języka filmu dokumentalnego – mówi Joanna Łapińska.

Po raz kolejny w ramach festiwalu odbędą się: Konkurs Polskich Filmów Krótkometrażowych – od tego roku jego patronem jest T-mobile, który ufundował nagrody – oraz Konkurs Europejskich Filmów Krótkich.

Nowym punktem tegorocznej edycji jest Powiększenie, konkurs skierowany do wrocławskiego środowiska filmowego i artystów sztuk wizualnych. – Naszym pomysłem było, żeby zaprezentować artystów tego regionu, pokazać ich pracę oraz przybliżyć ich do międzynarodowego świata filmu. Dając im przestrzeń na naszym festiwalu, jeszcze sami jesteśmy ciekawi, jak będzie wyglądała pierwsza edycja tego konkursu – wyjaśnia dyrektor artystyczna.

Co się stało z Michelem Houellebeckiem?

W ramach festiwalu odbędą się również pokazy specjalne przeboju tegorocznego Berlinale, błyskotliwej, paradokumentalnej farsy „Porwanie Michela Houellebecqa” Guillaume’a Nicloux o sfingowanym porwaniu znakomitego pisarza

"Porwanie Michela Houellebecqa" Guillaume'a Nicloux
„Porwanie Michela Houellebecqa” Guillaume’a Nicloux

– Od kilku lat pokazujemy na specjalnych pokazach filmy o artystach. Trzy lata temu takim filmem była „Pina”, dwa lata temu film o Marinie Abramovic, zaś w ubiegłym roku filmem, który specjalnie promowaliśmy był film „Shirley – wizje rzeczywistości” inspirowany twórczością Hoopera. W tym roku zdecydowaliśmy się na dwa filmy. Pierwszym z nich jest „Porwanie Michela Houellebecqa” – film pokazywany w sekcji Forum w Berlinie. Choć pokazywany poza konkursem, film był jednym z odkryć Berlinale. Wyróżniał się i był szeroko dyskutowany, ponieważ jest bardzo nietypowy i zalicza się do quasi dokumentów – mówi Roman Gutek.

"Porwanie Michela Houellebecqa"
„Porwanie Michela Houellebecqa”•MFFNoweHoryzonty

Dyrektor festiwalu wyjaśnia fenomen francuskiej produkcji: Francuski reżyser wyszedł od sytuacji rzeczywistej: we wrześniu 2011 roku znany francuski kontrowersyjny pisarz Michela Houellebecq miał promować swoją książkę „Mapa i terytorium” w Holandii i Belgii, ale nie zjawił się na tych spotkaniach. Ani agent ani organizatorzy nie wiedzieli, co się z pisarzem stało, a prasa zaczęła spekulować, że został porwany przez Al-Kaidę ze względu na kontrowersyjne wypowiedzi o islamie. Rzeczywistość jednak okazała się prozaiczna – Houellebecq zapomniał o spotkaniach. I tutaj rozpoczyna się film, fikcyjna opowieść i hipotetycznym porwaniu.

Drugim filmem jest nagrodzony za reżyserię na Sundance FF brytyjski dokument „20 000 dni na Ziemi” Iaina Forsytha i Jane Pollard, którego bohaterem jest charyzmatyczny muzyk, wokalista i pisarz Nick Cave. – Jest to absolutnie bezkrytyczny dokument, pokazujący Cave’a z uwielbieniem. Film opowiada o dwudziestotysięcznym dniu z życia artysty i jest pretekstem by pokazać także jego dzieciństwo i młodość – mówi Roman Gutek.

"20 000 dni na Ziemi"
„20 000 dni na Ziemi”•nowehoryzonty.pl

Co ciekawe, Nick Cave był w 2011 roku gościem festiwalu i grał koncert na Wyspie Słodowej.

Dzieła mistrzów, komuny i efekty specjalne

W Panoramie ponownie znalazły się dzieła mistrzów współczesnego kina autorskiego i odkrycia, filmy nagradzane na wielkich i małych festiwalach, między innymi hiszpański zdobywca Złotego Lamparta w Locarno „Story of My Death Alberta Serry” – portret epok Oświecenia i Romantyzmu, którego punktem wyjścia jest spotkanie Casanovy i księcia Draculi, oraz „Child of God” Jamesa Franco, który tym razem przenosi na duży ekran prozę Cormaca MacCarthy’ego.

Hiszpański film "Història de la meva mort" Alberta Serry
Hiszpański film „Història de la meva mort” Alberta Serry

Tematem sekcji Trzecie Oko będą komuny, utopijne ugrupowania i eksperymentalne społeczności. Oprócz fabuł zostaną zaprezentowane bezpośrednie zapisy, między innymi materiały archiwalne z komuny wiedeńskiego akcjonisty Otto Muehla czy głośny dokument „Let the Fire Burn” Jasona Osdera o filadelfijskiej grupie MOVE. W programie znalazły się również współczesne fantazje o tym zjawisku, jak austriacki, oniryczny performance Perfect Garden Mary Mattuschki i Chrisa Haringa. – U nas nie może być bardzo przewidywalnie, w programie pokażemy więc swoiste wariacje na temat komun oraz przyjrzymy się także komunom w wersji science fiction i przyszłości komun – mówi Joanna Łapińska.

Tematem szóstej edycji sekcji Nowe Horyzonty Języka Filmowego będą efekty specjalne. Wraz ze specjalistą ze studia Platige Image, producentem efektów specjalnych Krzysztofem Szulcem, organizatorzy cyklu przyjrzą się zarówno wysokobudżetowym blockbusterom, jak i filmom zrealizowanym za niewielkie pieniądze. Gościem festiwalu będzie również pionier „analogowych” efektów specjalnych w polskim kinie Janusz Król.

Bardzo analogowo i nostalgicznie będzie podczas tegorocznej edycji Nocnego szaleństwa, motywem przewodnim sekcji będzie kaseta VHS. W programie znalazły się dokumenty o maniakach VHS i zjawisku VHS-manii, filmy wprowadzone do dystrybucji tylko na wideo (jak kultowe horrory z lat 80.), home movies, czy filmy kręcone współcześnie i przeznaczone do odbioru właśnie na VHS.

Retrospektywa Kena Russella

Bohaterem retrospektywy będzie Ken Russell – legendarny brytyjski reżyser, wizjoner kina, którego filmy słynęły z barokowej scenografii, szalonej inscenizacji, kontrowersyjnej tematyki. – Staramy się przywieźć do Wrocławia praktycznie wszystkiego jego dostępne filmy – obiecuje Joanna Łapińska. W programie znajdą się m.in. „Zakochane kobiety”, „Odmienne stany świadomości”, „Diabły”), jak również znakomite, wczesne dokumenty kręcone dla BBC, czy też nie pokazywane w Polsce późne dzieła mistrza.

Kino Grecji

Wydarzeniem festiwalu będzie przegląd jednej z najciekawszych współczesnych kinematografii – nowego kina Grecji, w której mimo kryzysu gospodarczego, pojawiła się grupa filmowców, tworzących oryginalne, doceniane na całym świecie produkcje. W programie znalazły się znane już filmy, które ukształtowały myślenie o greckiej fali filmowej („Kieł”, „Attenberg”) oraz dzieła w Polsce nie prezentowane, jak „Luton” Michalisa Konstantatosa. – To dość naturalny wybór, tak dużo mówi się dzisiaj o nowym kinie Grecji. Spróbujemy się z tym sformułowaniem zmierzyć, sprawdzimy, czy nie jest ono ukute na wyrost – mówi Joanna Łapińska.

Po Nowej Fali

W sekcji Po Nowej Fali zostaną zaprezentowane rzadko pokazywane w Polsce dzieła mistrzów francuskiego kina lat 70. i 80., przedłużających dokonania reżyserów nowofalowych, często jeszcze bardziej eksperymentalne wobec narracji i formy. W programie między innymi legendarny film Jeana Eustacha „Mama i dziwka”, „I Can No Longer Hear the Guitar” Philippe’a Garrela czy „Loulou” Maurice’a Pialata.

Jerzy Kucia, Christoph Girardet oraz Matthias Müller

Bohaterem retrospektywy będzie mistrz animacji Jerzy Kucia, przez dekady związany z Studiem Filmów Animowanych w Krakowie, w którym zrealizował między innymi „Windę”, „W cieniu”, „Szlaban”, „Krąg”, „Okno”, „Refleksy”, „Źródło”, „Odpryski” czy „Paradę”. Przyniosły mu one nagrody na festiwalach w Annecy, Chicago, Grenoble, Melbourne, Oberhausen, Toronto, Warnie czy Krakowie.

W programie festiwalu znalazł się również przegląd twórczości awangardowego duetu artystycznego, posługującego się techniką found footage: Christopha Girardeta i Matthiasa Müllera. Artyści komponują swoje prace z setek fragmentów zarówno hollywoodzkich fabuł, jak i kadrów kina autorskiego, reklam czy archiwalnych filmów naukowych.

Atrakcje dla festiwalowiczów i wrocławian

Po raz kolejny sponsorem głównym festiwalu jest T-Mobile. Marka zadbała nie tylko o artystów (fundując nagrody w polskim konkursie filmu krótkiego), ale także uczestników imprezy. – Po za wsparciem finansowym zawsze staramy się dać od siebie coś więcej, dlatego też angażujemy się w różne akcje. Wspieramy festiwal technologicznie – podobnie jak w zeszłym roku przygotowujemy aplikacje na urządzenia mobilne, dzięki którym uczestnicy będą mieli na bieżąco dostęp do informacji o filmach i twórcach, a także informacji ułatwiających organizację czasu wolnego we Wrocławiu. Przygotowujemy także strefy darmowego wi-fi i strefy ładowania telefonów. Nie zabraknie również plaży, która będzie dostępna nawet dłużej niż czas trwania festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty – mówił Dominik Domański, przedstawiciel sponsora festiwalu.

naTemat.pl

 

 

Sin City 2: wracają niegrzeczne Jessika Alba i Rosario Dawson oraz warta grzechu Eva Green

„Sin City 2: Damulka warta grzechu” długo wyczekiwana kontynuacja rewelacyjnej ekranizacji komiksu Franka Millera zagości na ekranach polskich kin. To oznacza nie tylko, że na ulicach Sin City znowu poleje się krew, ale także że zacznie ona szybciej krążyć w żyłach niejednego mężczyzny… w filmie grają bowiem warte grzechu aktorki: Jessica Alba, Rosario Dawson i Eva Green.

 

Materiały promocyjne

Na kolejne spotkanie z mieszkańcami grzesznego miasta reżyser Robert Rodriguez („Desperado”, „Od zmierzchu do świtu”) kazał czekać aż 9 lat. Wielu widzów wcale nie zapomniało przez ten czas o bohaterach (czy może raczej bohaterkach) z części pierwszej.

"Sin City" - Trailer
„Sin City” – Trailer

Jessica Alba, czyli blond połączenie sprzeczności
– Mówiąc o sobie, czyli o przedstawicielu męskiej części publiczności myślę, że role damskie dość mocno zarysowały się w naszych głowach. O postaci Nancy Calahan z Sin City, w którą wcieliła się Jessica Alba, nie trzeba nikomu przypominać. Myślę, że większości facetom właśnie ta rola z „Sin City” będzie się kojarzyć z kwintesencją kobiecego piękna. Można je podziwiać w scenie z baru, w którym pojawia się Hartigan. Jego długie spojrzenie, wyraz zachwytu zmysłowym i pełnym seksu tańcem Alby, mówi samo za siebie – mówi mi Paweł, z którym zawsze mogę porozmawiać na temat filmowych piękności. Ostatnio zachwycał się Jennifer Lawrence i jej niepoprawną bohaterką z „American Hustle”.

Dla przypomnienia, Hartigan, to postać ostatniego sprawiedliwego gliniarza w mieście, w którego w pierwszej części „Sin City” wciela się Bruce Willis. Już miał odejść na emeryturę, ale w ostatniej godzinie służby ratuje z rąk okrutnego Rorurka Juniora (Nick Stahl) 11-letnią wówcza Nancy Calahan, co na dobre (a zwłaszcza na złe) komplikuje mu resztę życia.

– Wracając do roli Alby myślę, że nie bez powodu Rodriguez i Miller kręcąc film w wersji czarno-białej zdecydowali się na użycie koloru właśnie dla jej blond włosów. To zabieg, który dodatkowo miał rozbudzić męskie zmysły. Ci złośliwi z pewnością powiedzą: co to za rola? Lecz wierni fani tej produkcji doskonale wiedzą, że obecność Alby niewątpliwie dodaje uroku szpetnemu i mrocznemu Miastu Grzechu – kontynuuje Paweł.

– Postać grana przez Jessikę Albę zawładnęła męską wyobraźnią ze względu na sprzeczności. Jest i słaba, i siła. Jednocześnie wyuzdana i niewinna – uważa z kolei Adam.

Co ciekawe, sama Jessica Alba odcina się od przedstawiania jej jako obiektu pożądania i jako jedna z nielicznych hollywoodzkich aktorek nawet na bardzo uroczyste gale unika wyzywających kreacji. Aktorka niemal od początków kariery walczyła z łatką „kociaka” i „kokietki”. Stała się znana za sprawą serialu „Cień anioła”, w którym wcieliła się w ładną i silną dziewczynę, wymarzoną bohaterkę filmów akcji. Na szczęście u Rodrigueza nic nie jest tak oczywiste i dosłowne. Może dlatego Alba ma do niego pełne zaufanie.

Dominująca Rosario Dawson
– Kolejną damską postacią, którą również chciałbym zobaczyć w kolejnej filmowej odsłonie komiksu Millera jest Rosario Dawson. To właśnie ekranizacja komiksu w reżyserii Roberta Rodrigueza rozsławiła ją na świecie. Postawna domina, odziana w metal, skórę i pończochy. Gail to jedna z największych grzesznic dzielnicy prostytutek w Sin City – mówi Paweł.

O ile postać grana przez Jessikę Albę nie zawsze jest grzeczną dziewczynką, ta w którą wciela się Dawson to… diabeł w pończochach.

– Przemoc ją kręci. Widać to wyraźnie w scenie, w której z uciechą zabawia się uzi. Były kochanek Dwight (Clive Owen) mówi o niej per “Moja Walkiria” i nie jest to przezwisko wyssane z palca. Rosario po raz kolejny udowadnia, że role złych i niegrzecznych są wprost stworzone dla niej. Dość mocno zapadła mi w pamięci też jej rola w „Aleksandrze” w którym również możemy podziwiać jej wdzięki w pełnej klasie – dodaje Paweł.

Panowie, z którymi rozmawiam dzielą świat „Sin City” na czarno-biały: albo zapamiętali lepiej Nancy albo Gail. Ale to nie wyczerpuje listy wszystkich pięknych kobiet, które pojawiły się w tym mieście.

Brittany Murphy
– Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o roli nie żyjącej już Brittany Murphy która wcieliła się w postać kelnerki Shellie. Jest to ulubiona postać Millera, która pojawia się we wszystkich trzech częściach składających się na film, można by rzec, że je spina w całość. Jak można zauważyć, nie jest jedną z tych twardych dziewczyn z miasta a jednak doskonale się wpasowała w otoczenie – ocenia Paweł.

– Tworzyliśmy alternatywny wszechświat: przemyślny, zabawny i niesamowicie wyglądający – mówiła o pracy na planie „Sin City” Murphy. Jej śmierć była dla branży filmowej dużym szokiem. Aktorka zmarła w grudniu 2009 roku wskutek rozległego zapalenia płuc i ostrej anemii w połączeniu z intoksykacją różnymi lekami. Kilka miesięcy później zmarł także jej mąż.

– Myślę, że dla każdej z tych aktorek warto wrócić do kina na kolejną porcję dobrej reżyserii a postać Shellie zagrana przez Brittany Murphy pozostanie na długo w pamięci tych, którzy docenili jej kunszt – mówi Paweł.

Co nas czeka w Sin City 2? Między innymi Eva Green
Dwight (Josh Brolin, „Prawdziwe męstwo”, „Faceci w czerni 3”) jest detektywem-fotografem, który specjalizuje się w zdjęciach kompromitujących zdeprawowanych bogaczy. Jego życie staje na głowie, kiedy na nowo wkracza w nie Ava (Eva Green, zjawiskowa dziewczyna Bonda z „Casino Royale”, wcześniej mówiło się też, że w roli tej ma wystąpić Angelina Jolie) – dawna miłość, kobieta warta każdego grzechu.

– Jestem ciekaw Evy Green w roli femme fatale – jak każda dziewczyna Bonda, jest do takich ról stworzona – mówi Marek, miłośnik serii o agencie 007.

Ruszając na pomoc kochance, Dwight szybko odkryje, że znalazł się w środku intrygi, która może przerosnąć nawet największego twardziela. W tej sytuacji przyjdzie mu połączyć siły z nieobliczalnym zabijaką Marvem (Mickey Rourke, nominowany do Oscara za rolę w „Zapaśniku”).

Sin City: A Dame To Kill For
Sin City: A Dame To Kill For

Scenariusz „Damulki wartej grzechu” napisał laureat Nagrody Akademii, William Monahan – scenarzysta nagrodzonej czterema Oscarami „Infiltracji” Martina Scorsese. Nad projektem czuwał ojciec komiksowego pierwowzoru Frank Miller, twórca niezapomnianej powieści graficznej „300”, zekranizowanej w 2006 roku przez Zacka Snydera. Efekt tych prac będziemy mogli zobaczyć w polskich kinach 22 sierpnia.

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>