Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49021
  • Dzisiaj wizyt: 20
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

23.09.14

 

Prezydent Sopotu niczym szeryf. Brawurowy pościg Jacka Karnowskiego za złodziejami, którzy napadli na staruszkę

Jakub Noch
23.09.2014
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski złapał złodziei, którzy okradli staruszkę.
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski złapał złodziei, którzy okradli staruszkę. • Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

Takiej reklamy przed wyborami samorządowymi prezydentowi Sopotu Jackowi Karnowskiemu inni politycy mogą tylko pozazdrościć. Nie każdy ma jednak taką okazję i tyle odwagi, co on. We wtorkowe popołudnie Karnowski postanowił przeprowadzić pościg za przestępcami, którzy zaatakowali starszą kobietę.

Do napadu doszło na klatce kamienicy mieszczącej się w okolicy ul. Kazimierza Wielkiego w Sopocie. Przechodził tam akurat prezydent tego miasta Jacek Karnowski. Usłyszał on głos wzywającej pomocy starszej sopocianki, którą okradło dwóch nastolatków. Gdy polityk ruszył jej na pomoc, złodzieje uciekli, ale wówczas do pościgu za nimi dołączył asystent Karnowskiego Jacek Soyke, który czekał w aucie na swojego szefa.

- Pojechaliśmy w stronę ul. Kościuszki, domyślając się, że w tą stronę będą biec. Tak też było. Kiedy byli blisko samochodu, szybko z niego wysiedliśmy i złapaliśmy jednego ze złodziei. Doszło do szamotaniny. Drugi próbował mu pomóc – tak udany pościg za złodziejami relacjonuje „Dziennikowi Bałtyckiemu” Soyke.

Drugiemu przestępcy również nie udało się zbiec, szybko został bowiem schwytany przez funkcjonariuszy policji. Jak się okazało, napastnicy to mężczyźni w wieku 16 i 18 lat, którzy najpierw chcieli wyłudzić od staruszki „drobne na książki”, a gdy zobaczyli w jej rękach portfel, wyrwali go jej i zaczęli uciekać.

Źródło: DziennikBaltycki.pl

naTemat.pl

Mocny debiut młodego pisarza: napisał powieść o Polsce, która wstydzi się wsi i zakupów w Lidlu

Anna J. Dudek
23.09.2014
Postaci z mojej książki nikt nie lubi, ja jednak mówię wprost, że każda ich cecha to jest coś, co we mnie mocno tkwi.
Postaci z mojej książki nikt nie lubi, ja jednak mówię wprost, że każda ich cecha to jest coś, co we mnie mocno tkwi.

– Kiedy czytam lwią część tak zwanej „współczesnej polskiej prozy”, niewiele mnie rusza. Głównie dlatego „(niepotrzebne skreślić)” napisałem – mówi Wojtek Engelking. I już to zdanie wystarczy, żeby go nie lubić. Bo jest bardzo młody i bardzo utalentowany. I dobrze o tym wie. W dodatku prawdopodobnie, zanim napisał swoją pierwszą powieść, przeczytał więcej książek niż ludzie o trzy dekady od niego starsi. Engelkinga można nie lubić, ale jego „(niepotrzebne skreślić)” przeczytać trzeba. Głównie po to, żeby przejrzeć na oczy, zanim będzie za późno.

Jest koszmarna Weronisia, która żyje na koszt matki-sprzątaczki, jest złakniony lepszego modelu ajfona Wiktor, jest chciwa Beata, nowoczesne wcielenie Dulskiej. Jest groteskowo, ale bardziej przerażasz niż śmieszysz, głównie dlatego, że w „niepotrzebne skreślić” można się przejrzeć…

Cóż, jak pisał Czechow: nic nie jest tak śmieszne jak nieszczęście. Natomiast jeśli chodzi o przeglądanie się, nie do końca się zgodzę, bo „(niepotrzebne skreślić)” nigdy nie aspirowało do bycia powieścią stricte realistyczną: to jest raczej książka uklejona z wyobrażeń Polaków. Kiedy robiłem research, zamykałem się na forach internetowych i czytałem, jak ludzie sobie rozmaite rzeczy wyobrażają, o jakich rzeczach marzą. Fascynująca, choć przerażająca lektura.

Camus pisał natomiast, że w chwilach nieszczęścia człowiek oswaja się z prawdą. Jaka ta prawda o nas – ta po części wyobrażona, niech będzie – jest dzisiaj?

Jeśli miałbym powiedzieć, jaka jest ta prawda, z którą w chwili nieszczęścia oswajają się opisani w „(niepotrzebne skreślić)”, to jest to prawda o kompletnym niezakorzenieniu współczesnych Polaków, szukaniu powierzchni, na której mogliby pewnie stanąć – i zauważeniu, że takiej powierzchni nie ma. Bo nie jest nią ani jakieś dziwne rojenie o własnej przynależności zglobalizowanego świata, w którym ogromną rolę odgrywa klasa średnia, ani przynależność do przaśnej Polski B. Jesteśmy pomiędzy, w środku jakiegoś dużego projektu emancypacyjnego i bez żadnej pewności, w którą stronę ten projekt zmierza.

Kiedy taki projekt zaczął się w XIX wieku, Ortega y Gasset pisał – i miał rację – o buncie mas. Twoi bohaterowie, część masy na umowach śmieciowych, z szybkimi pożyczkami, buntować się nie zamierza, tylko coraz bardziej gnuśnieje. I tu widzę to lustro, o które pytałam na początku.

Człowiek masowy to rzeczywiście istotna dla tej książki kategoria: Ortega definiował go jako tego, który nie potrzebuje żadnego zewnętrznego odwołania, by wypowiedzieć swoje zdanie na jakiś temat, polega całkowicie na sobie i nie czuje żadnej potrzeby samodoskonalenia. Internet, jak go widzę w „(niepotrzebne skreślić)”, człowieka masowego usprawiedliwił, bo pokazał mu, ilu jest takich, jak on. Można mówić, komentować, ile trzeba, jak najgłupiej, jak najwięcej trollować.

Jeśli zaś chodzi o lustro, bardzo jednak wątpię w to, żeby ktokolwiek wziął „(niepotrzebne skreślić)” do siebie, lektura będzie się raczej odbywała na poziomie – ojej, jakie śmieszne, brzydkie postaci, przecież to nie ja, ja jestem lepszy. O tyle to zabawne, że czytało tę książkę kilka osób, które są w niej – mniej lub bardziej dyskretnie – sportretowane. I bardzo głośno śmiały się z samych siebie.

Ty też przemawiasz z wysokiego stołka elitarysty. Choć trzeba przyznać, że takiego, który wydaje się mieć podejrzanie socjalistycznie poglądy: bolą Cię nierówności społeczne? Pora się ogarnąć, zatrzymać, zrobić rachunek sumienia zza korporacyjnego biurka i samobiczować?

Powiedziałbym, że boli mnie ich niedostrzeganie, ale to byłby ślepy strzał, od półtora roku mniej więcej nierówności społeczne w Polsce są jednym z ulubionych medialnych tematów, który znakomicie grzeje czytelników. Boli mnie więc coś zupełnie innego, czyli narracja a la Korwin: twierdzenie, że za własne społeczne usytuowanie ponosi się samemu winę, bo przecież bycie biednym oznacza bycie winnym za tę biedę. Tymczasem we współczesnej Polsce tak nie jest, co w „(niepotrzebne skreślić)” chcę pokazać: pozycję społeczną na ogół dziedziczy się u nas po rodzicach. W moim pokoleniu, czyli pierwszym pokoleniu urodzonym po 1989 r. jest to coraz mocniej widoczne. Nie ma w tym nic złego, więcej: jako społeczna reprodukcja jest to nawet, w zdrowym stopniu, pożądane. Ale sposób, w jaki Polacy się z tym problemem załatwiają, pokazuje, że nie jesteśmy na to przygotowani.

Narracja neoliberalna zawiodła, ale wróćmy do elitarności: Ty swoją kulturę literacką też masz z domu.
I bardzo się z tego cieszę, bo dorastając w inteligenckim domu, mogłem przejść mniej lub bardziej klasyczne wychowanie tego, którego Leo Strauss nazywał „idealnym księciem”, a potem zauważyć, jak z jednej strony jest to bardzo przydatne, a z drugiej – jak bardzo przeszkadza to w pisaniu dla masowego odbiorcy.

Masz 21 lat, wczesny debiut. Będą Cię pytać: a tata nie pomógł?

Kiedy jeden z moich znajomych udostępnił na swoim Facebooku info o powieści, pierwszy komentarz gościa, którego kompletnie nie znam, brzmiał: „syn?”. No więc odpisuję, a i owszem, syn. Komentarz kolejny „to pewnie dostaniesz jakąś nagrodę”. Daj panie Boże. Kończąc ten temat: nie, nie pomógł, a „(niepotrzebne skreślić)” napisał Wojciech Engelking, a nie syn znanego tłumacza. We Francji nikt nie miał podobnego problemu z debiutem Justine Levy – córki filozofa i celebryty Bernarda Henri-Levy’ego. Chcę być oceniany jako ja, a nie jako syn swojego ojca.

Mówiliśmy o masie, której żywiołem jest internet. Czyli w dużej mierze: memy, szerowanie, lajki, bełkot. Internauci umieją czytać powieści?

Nie klasyczne. Internet, są na to nawet badania neurologów, zmienił strukturę ludzkiego mózgu, zdywersyfikował koncentrację. Konia z rzędem temu, kto po całym dniu funkcjonowania między Facebookiem, Twitterem i Kwejkiem będzie się potrafił skupić na „Wojnie i pokoju”. W filmie Krzysztofa Skoniecznego „Hardkor Disko” jest taka ładna scena, w której grupka bohaterów zastanawia się, dlaczego dziś młodzi ludzie nie chodzą do teatru. I wtedy jeden mówi: bo oczekują czegoś zupełnie innego, bo są przyzwyczajeni do tego, że co chwila mają nowe wrażenia, że co chwila, cytuję, „coś ich dojebie”. I dzisiaj literatura też musi „dojebać”, żeby dotrzeć do czytelnika.

Literatura zawsze miała taką funkcję. Tylko na miarę czasów.

Ale kiedy czytam lwią część tak zwanej „współczesnej polskiej prozy” niewiele mnie w ten sposób porusza. Głównie dlatego „(niepotrzebne skreślić)” napisałem, bo większość książek o współczesnej Polsce mnie nudziła, nie znajdywałem tam niczego, co mogłoby sprawić, że wstanę i się nie zgodzę. Czytam, czytam i równie dobrze mógłbym nie czytać o babci pewnego wyrafinowanego pana w surducie z lumpeksu albo o fascynujących przypadkach lokatorów kamienicy na Grochowie. A to jest samoskazywanie się literatury na nieistotność.

Witkowski nie rusza? Masłowska? Pilch? Nic a nic? Obrażą się na Ciebie, że zarzucasz im miałkość.

A rusza? Bez nabożności, ale i bez silenia się na bezczelność: Pilch od lat pisze jedną i tę samą książkę. Masłowska czasów „Kochanie, zabiłam nasze koty” rusza dramatami i publicystyką, a nie prozą, Witkowski – i to jest fascynujące przekroczenie literatury – rusza budowaniem samego siebie jako produktu, także produktu literackiego.

Ale frazę cała trójka ma genialną.

Fraza, stylizacja, styl – to bywa bardzo przyjemne: tyle, że nie widzę zadania literatury dzisiaj jako prostego dawania przyjemności ładnym ułożeniem słów. Literatura to nie jest odpoczynek, nie jest tak, że siadasz z książką wieczorem na kanapie, otwierasz butelkę wina i z zapasem papierosów spędzasz kilka godzin w fikcyjnym świecie, a potem mówisz: och, ale mi było przyjemnie. Jeśli miałbym kogoś zachęcić do czytania „(niepotrzebne skreślić)”, to zacytowałbym Hanekego, który przed premierą któregoś ze swoich filmów wyszedł na scenę i dobrodusznie zwrócił się do widowni: „Życzę państwu bardzo nieprzyjemnego wieczoru”.

Co zaś do polskiego podwórka, to mam wrażenie, że tak zwana proza wysokoartystyczna – inaczej niż chociażby polskie kryminały – często kompletnie nie potrafi opowiadać, zasadza się na frazie, na ładnym, dobrze brzmiącym zdaniu. W tym nie ma żadnej historii, żadnej intrygi, żadnego dowcipu, żadnego bigla: dlatego to bywa nudne.

("niepotrzebne skreślić") boli, i ma boleć. Bo, jak mówi Engelking, literatura to nie jest przyjemność.
(„niepotrzebne skreślić”) boli, i ma boleć. Bo, jak mówi Engelking, literatura to nie jest przyjemność.

Czyli przed Engelkingiem literatura dzieliła się na źle napisaną, ale dobrze opowiedzianą i na dobrze napisaną, ale za to słabo opowiedzianą? Bluźnisz.

Po prostu dostrzegam, że powoli następuje w polskiej prozie przesilenie tego, co zapoczątkowała ponad dekadę temu Masłowska, czyli tego, że pisarz dawał się porwać językowi. Jest potrzeba historii, opowieści. A z biedy i nierówności społecznych rodzą się mocne, dobre historie.

Takie książki, jak „(niepotrzebne…)” biorą się ze złości. Na co?

Właśnie na tę niepewność emancypacji. Przykład z wczoraj, kiedy pół Facebooka zdenerwowało się, że w pewnym miejscu w Warszawie stanie Biedronka. Z jednej strony bardzo nas denerwuje, że w centrum miasta nagle pojawia się ten supermarket – bo czemu nie setna klubokawiarnia? czemu nie galeria sztuki? czemu nie klub „Krytyki Politycznej”? – z drugiej wszyscy robimy w niej zakupy.

Wiesz czemu? Bo dla klasy średniej, także tej aspirującej, zakupy w biedaszopach to przejaw normalności, udowadnianie samym sobie, że nie stracili dystansu.

To jest ta nowa klasa średnia. Opowiem ci zabawną rzecz o starej. Spotykałem się kiedyś z dziewczyną, której rodzice po dużej prosperity w latach 90. i wczesnych dwutysięcznych nagle zbiednieli, więc zaczęli robić zakupy w Lidlu. Nic wstydliwego, normalna sprawa. Tyle, że potem na spotkaniach dla znajomych w salonie podmiejskiego dworku bardzo głośno krzyczeli, że to straszne, że niedaleko zlikwidowali Almę i postawili Biedrę.

Rodzaj ludzi, którzy podobnie jak rodzice Wiktora „służbę trzymają krótko”?

Jak najbardziej, czyli jeszcze z resentymentami szlachecko-folwarcznymi, by – jak u Gombrowicza – być dobrze widzianym przez chama swego. Chama, który jest chamem tylko dlatego, że jest biedniejszy, co nie oznacza, że my sami jesteśmy bogaci. Jesteśmy bogatsi, więc będziemy upodlać się przed jeszcze bogatszymi i upodlać słabszych od nas.

Czyli kompleksy. Stąd wyścig o nowy model „ajfona” i latte z większą pianką?

Tak, ale to jest właśnie o tyle zabawne, że te kompleksy trzeba dzisiaj podbudować nie tylko tym, co się samemu osiąga, ale też tym, co osiągnęli rodzice, pokazać się trochę jako dziedzic – stąd jedna z postaci płaci rodzicom ze wsi, żeby się nie pokazywali w Warszawie.

Becia. Tę bohaterkę, podobnie jak Weronisię, czytelnik ma ochotę bić i patrzeć, czy równo puchnie.

Jasne, postaci z tej książki się nie lubi. Ja jednak przyznaję wprost, że każda z ich mniej lub bardziej denerwujących cech to jest coś, co we mnie mocno tkwi.

O nie, mamę Weronisi czytelnik lubi, a i Wiktora, przy pewnej dozie wysiłku, można zrozumieć.

Mama Weronisi to jest nieskończona, niewyobrażalna miłość. Natomiast Wiktor – on jest groteskowy, przedstawiciel pokolenia chłopców wychowanych na filmach porno, który bardzo zastanawia się, jak tu być prawdziwym mężczyzną, gdy się nie ma hajsu.

Masz 21 lat. Nie możesz wiedzieć niektórych rzeczy, więc skąd wiesz?

Jakich?

Nie pytam na płaszczyźnie intelektualnej, pytam o emocje, o miłość, o seks, o relację matka-córka…

Na ile emocje w tej książce są moimi emocjami i wiążą się z własnymi przeżyciami, zostawmy – jest to faktycznie bardzo mocno osobista powieść, ale czytelnik nie musi wiedzieć, co w „(niepotrzebne skreślić)” wzięło się ze mnie, choć wzięło się sporo. Był to rodzaj terapii. I tyle, bo dla finalnego produktu nie ma to większego znaczenia. Finalny produkt to powieść, która ma bawić i przerażać. I, jak sądzę, robi to.

Premiera „(niepotrzebne skreślić)” Wojciecha Engelkinga już 24-go września 2014.

naTemat.pl

 

Kolejna porażka Sikorskiego? Szacki: to degradacja, chciał być wicepremierem

23.09.2014

- To degradacja. Radosław Sikorski chciał być wicepremierem. Poza tym, to jest człowiek, któremu za jednym zamachem zamknęła się możliwość zrobienia kariery na arenie międzynarodowej i stopniały szanse na sukces w wyborach prezydenckich. A przy okazji był to też ruch wymierzony przeciwko PiS – ocenia w rozmowie z Onetem Wojciech Szacki z centrum analitycznego Polityka Insight. Zmiana na fotelu szefa MSZ była największym zaskoczeniem w nowym rządzie Ewy Kopacz.

Radosław Sikorski po siedmiu latach opuszcza MSZRadosław Sikorski po siedmiu latach opuszcza MSZFoto: Paweł Supernak / PAP

W ob­li­czu nie­pew­nej sy­tu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej pre­mier zde­cy­do­wa­ła się na od­waż­ny ruch. Po sied­miu la­tach z re­sor­tem po­że­gnał się Ra­do­sław Si­kor­ski. Za­stą­pił go po­li­tyk, o któ­rym można po­wie­dzieć wiele, ale nie to, że ma do­świad­cze­nie w dy­plo­ma­cji. For­mal­nie już wkrót­ce Si­kor­ski sta­nie się drugą osobą w pań­stwie. Ale czy na pewno fotel mar­szał­ka Sejmu ozna­cza dla niego awans?

Sikorski był najdłużej urzędującym szefem polskiej dyplomacji w historii III RP. Był też jedną z niewielu osób, które pozostawały w rządzie Donalda Tuska od jego pierwszych dni w listopadzie 2007 roku. Gdyby pozostał na stanowisku jeszcze kilka miesięcy, to stałby się szefem MSZ z najdłuższym stażem w historii niepodległej Polski. Jednak o zamianie tego fotela na stanowisko międzynarodowe myślał od dawna. Nieoficjalnie ubiegał się o stanowisko sekretarza generalnego NATO. Kilka miesięcy temu, już zupełnie oficjalnie, został polskim kandydatem do fotela szefa unijnej dyplomacji. W obu przypadkach przegrał. – Czuję się usatysfakcjonowany tym, że premier umiał użyć taktycznie także mojej osoby, aby uzyskać wynik, który jest najlepszy dla Polski – tłumaczył swoją porażkę, która jednocześnie była ogromnym sukcesem Donalda Tuska.

Awans ten oznaczał prawdziwą rewolucję w rządzie i samej Platformie. Wiele wskazywało na to, że Sikorski może stać się jednym z najsilniejszych, obok Tomasza Siemoniaka, filarów nowego rządu. Zwłaszcza w obliczu konfliktu na Ukrainie. Jednak i tym razem szefowi MSZ przyszło przełknąć kolejną gorzką pigułkę. Co więcej, znów jego porażka oznaczała sukces kogoś innego. Z sejmowej „pieczary” do pierwszego szeregu, dość niespodziewanie, powrócił bowiem Grzegorz Schetyna. Czy więc Sikorski został poświęcony na rzecz uspokojenia sytuacji wewnątrz partii?

„Sikorski nigdy nie umiał współpracować z ludźmi i budować frakcji”

Wojciech Szacki przypomina, że o uspokojeniu w PO na dłuższą metę nie ma mowy, bo walka o władzę to przecież główne zajęcie polityków. – Nie ma mowy o jej końcu. Układając skład rządu w taki, a nie inny sposób, Ewa Kopacz chciała by te walki frakcyjne, choćby między „spółdzielcami” kojarzonymi z Cezarym Grabarczykiem i „schetynowcami”, budowały jej przywództwo w PO. Ona ma być ponad walczącymi ze sobą grupami – wyjaśnia.

Analityk Polityki Insight nie ma też wątpliwości w innej sprawie – jako marszałek Sejmu Radosław Sikorski raczej nie zbuduje sobie własnej frakcji wewnątrz Platformy Obywatelskiej. Nie widzi go również w roli przywódcy konserwatystów w partii rządzącej.

Grzegorz z pieczary

Grzegorz Schetyna z pieczary, jak nazywany jest jego gabinet, wyszedł w światła reflektorów, by pokazać się jako szef MSZ. Dlaczego?

- Sikorski nigdy nie umiał współpracować z ludźmi i budować frakcji, nawet jak kandydował w prawyborach prezydenckich. Konserwatyści z kolei są bardzo słabo zorganizowani i nie tworzą realnej siły w Platformie, pomijając głosowania w kilku sprawach. Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład pani minister Teresa Piotrowska nagle, wbrew premier Kopacz, zaczęła tworzyć taką frakcję – przekonuje.

Szacki dodaje również, że wraz z nowym rozdaniem w rządzie zmieni się kontekst relacji na linii prezydent-premier. – Bronisław Komorowski był podwładnym Donalda Tuska w partii i to jemu zawdzięczał prezydenturę. Z Ewą Kopacz takiej zależności już nie będzie. Komorowski czuje się w stosunku do niej co najmniej równorzędnie. A gdy tylko zostanie wybrany na kolejną kadencję, to będzie już kompletnie uniezależniony od Platformy. A wtedy, to właśnie PO będzie go potrzebowała. Takie zmiany w rządzie i w Platformie budują pozycję prezydenta – mówi w rozmowie z Onetem.

- Ewa Kopacz jest skazana na usamodzielnienie. Donald Tusk nie będzie kierował partią z Brukseli. To jest niemożliwe ze względów organizacyjnych i psychologicznych. On się tam po prostu mentalnie przeprowadzi i nie będzie się zajmował układaniem listy wyborczej w okręgu sieradzkim. Kopacz będzie więc liderem, ale specyficznym – dopóki nie przejdzie testu wyborczego. Na razie wskazał ją Tusk – dodaje pytany o pozycję nowej liderki PO.

„Jarosław Kaczyński zawsze miał kłopoty w starciach z kobietami i używał niezręcznych sformułowań”

Jednocześnie wskazuje on też na jeden czynnik, który może okazać się niezwykle pomocny, zwłaszcza w polemikach z Prawem i Sprawiedliwością. Na czele rządu stoi teraz kobieta, o czym sama Ewa Kopacz nie omieszkała wielokrotnie przypomnieć podczas prezentacji składu Rady Ministrów. Ostatnie wypowiedzi polityków PiS pokazują, że partia ta jeszcze nie ma tak spójnego przekazu, jakim dysponowała gdy na czele rządu stał Donald Tusk.

- Wybór Ewy Kopacz na premiera oznacza, że będzie ona trudnym celem do ataków ze strony PiS. Właśnie dlatego, że jest kobietą. Jarosław Kaczyński zawsze miał kłopoty w starciach z kobietami i używał niezręcznych sformułowań – przypomina.

Wojciech Szacki

W centrum analitycznym Polityka Insight kieruje działem politycznym. Analizue strategie partii, politykę rządu i prezydenta. W latach 2002-2012 był dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. Publicysta tygodnika „Polityka”. W 2007 roku nominowany do nagrody Grand Press.

Jak długo jednak Ewa Kopacz utrzyma się na fotelu przewodniczącej PO? I czy uda jej się dorównać umiejętnościami i charyzmą temu, do czego swoich wyborców do tej pory przyzwyczaił Donald Tusk? Według Wojciecha Szackiego kluczowe w tej kwestii będą przyszłoroczne wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo w wyborach samorządowych kluczową rolę odegra najpewniej jeszcze sam Tusk. Następne w kolei są wybory prezydenckie, gdzie rola Ewy Kopacz będzie raczej znikoma. Prawdziwy test na jej przywództwo odbędzie się zatem jesienią przyszłego roku.

- A co się będzie działo jesienią 2015 roku? Można tylko wróżyć. Pierwsze wypowiedzi Kopacz w roli premiera i lidera PO wróżą jednak nie najlepiej – zauważa publicysta „Polityki”.

Kopacz będzie musiała zmierzyć się też z jeszcze jednym wyzwaniem. Musi zbudować sobie zaplecze, zwłaszcza to najbliższe, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Wyjazd Donalda Tuska do Brukseli oznacza także to, że zabierze ze sobą swoich dotychczasowych współpracowników. Na pewno nowa premier nie będzie mogła korzystać z pomocy Piotra Serafina – dotychczasowego ministra do spraw europejskich. Z gmachem przy al. Ujazdowskich pożegnają się też inni kluczowi współpracownicy Tuska – m.in. Paweł Graś czy Igor Ostachowicz, jeden z głównych doradców odpowiadających za PR rządu. W KPRM zostanie najprawdopodobniej kierownictwo, ale tylko to urzędnicze.

- Jak na razie nie wiadomo, jak Ewa Kopacz ułoży sobie zaplecze wizerunkowo-doradcze. To się okaże w ciągu kilku najbliższych tygodni. I mogą to być naprawdę nerwowe tygodnie – przekonuje Wojciech Szacki.

Nowe twarze w rządzie Ewy Kopacz

3:01 min
Nowe twarze w rządzie Ewy Kopacz - O jednym z ministrów w rządzie Ewy Kopacz krąży ironiczna opinia, że „jest specjalistą od wszystkiego”. Kim są nowe twarze w rzędzie Ewy Kopacz? Czy debiutujący w roli ministrów mają odpowiednie kompetencje? - Onet.

Onet.pl

 

FAQ Interwencje Zachodu w XXI wieku. 8 zbombardowanych państw, 3 efektowne klęski

Michał Gąsior
23.09.2014
Amerykańskie siły zbombardowały pozycje Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii
Amerykańskie siły zbombardowały pozycje Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii • Fot. Shutterstock

Amerykańskie naloty na Irak symbolicznie spinają klamrą ostatnie 14 lat. W tym czasie zachodnie wojska, obok USA przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii, kilkakrotnie zbrojnie interweniowały na terytoriach innych państw. Sukcesy? Niewiele. Za to porażki były wyjątkowo dotkliwe.

BOMBARDOWANIA W SYRII I IRAKU

Operacja przeciwko dżihadystom z Państwa Islamskiego, którzy na terenie Syrii i Iraku utworzyli kalifat. Od 15 do 23 września 2014 roku Stany Zjednoczone uderzyły w cele ISIS w Iraku w sumie 190 razy. Pierwsze naloty w tym kraju przeprowadziła również Francja. W obu przypadkach zniszczeniu uległy m.in. magazyny sprzętu i broni terrorystów.

23 września interwencja została rozszerzona o ataki na pozycje ekstremistów w Syrii. Oprócz Amerykanów wzięły w nim udział siły innych członków koalicji sformowanej do walki z ISIS: Bahrajnu, Jordanii, Kataru, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (nie wiadomo jednak, jaka była ich rola). Użyto bombowców, myśliwców i pocisków Tomahawk wystrzelonych z amerykańskich okrętów wojennych w Zatoce Perskiej i na Morzu Czerwonym.

Moment wystrzelenia jednego z pocisków Tomahawk
Moment wystrzelenia jednego z pocisków Tomahawk

Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka Podaje, że Amerykanie uderzyli co najmniej 50 razy w cele na północy i wschodzie Syrii, m.in. w Rakkę, czyli stolicę kalifatu. Zginęło co najmniej 20 bojowników ISIS (według innych szacunków – 70).

Nie tylko to ugrupowanie znalazło się na celowniku. Ataki wymierzono też w Al Nusrę – sprzymierzoną z Al Kaidą grupę, która walczy w syryjskiej wojnie – oraz w Khorasan – organizację weteranów Al Kaidy, która na terenie Syrii szuka zamachowców – samobójców.

Póki co za wcześnie, by mówić o konsekwencjach. Celem sił koalicji anty-ISIS jest zniszczenie Państwa Islamskiego. Nawet Amerykanie przyznają jednak, że ta operacja może trwać latami. Nie wiadomo też, jak zareagują władze Syrii, które sprzeciwiały się niekonsultowanym atakom na swoim terenie.

Mapa nalotów w Syrii i Iraku
Mapa nalotów w Syrii i Iraku•Fot. CNN

STREFA ZAKAZU LOTÓW W LIBII

Zachód zaangażował się w tym kraju w związku z wojną domową, jaka wybuchła po protestach przeciwko ponad 40-letnim rządom dyktatora Muammara Kaddafiego. Siły rządowe zdławiły rewolucję w Trypolisie i w marcu 2011 roku zaczęły przymierzać się do ataku na Benghazi – wschodnie miasto, które stało się centrum protestów. W obawie przed masakrą cywilów Liga Arabska zaapelowała do ONZ o interwencję. Organizacja posłuchała i Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję wprowadzającą strefę zakazu lotów nad Libią, a także umożliwiającą ataki w celu ochrony cywilów.

Tak też się stało. Samoloty NATO (główne role grali Francuzi, Amerykanie, Brytyjczycy i Włosi) zaczęły bombardować pozycje sił Kaddafiego, m.in. przerwały ich ofensywę na Benghazi, co po pięciu miesiącach umożliwiło rebeliantom przejęcie stolicy – Trypolisu.

Libia - dokoment o bojówkach, które podzieliły między sobą kraj
Libia – dokoment o bojówkach, które podzieliły między sobą kraj

Interwencja Zachodu w Libii zakończyła się wraz ze śmiercią Kaddafiego w październiku 2011 roku. Dyktator został zabity przez rebeliantów w Syrcie na północy Libii, a – jak się później okazało – wpadł w ich ręce dzięki temu, że jego konwój zaatakowały amerykańskie i francuskie siły powietrzne.

Nikt nie ma wątpliwości, że NATO umożliwiło upadek Kaddafiego. Ogłoszono, że „Libia jest wolnym krajem”, władzę przejęła Narodowa Rada Tymczasowa, potem odbyły się wybory, wyłoniono parlament i rząd. A teraz? Libia to kraj upadły, który zmierza w kierunku kolejnej wojny domowej. Grupy rebeliantów, w tym skrajnych islamistów, walczą o ziemię i ropę, dokonują zamachów, mordują i grabią. Centralne władze nie kontrolują całego kraju, nie potrafią rozbroić tych, którzy niedawno walczyli przeciwko Kaddafiemu. Interwencja NATO z 2011 roku to pośrednia przyczyna takiej sytuacji.

FRANCUSKA KAMPANIA W MALI

Mali to była kolonia francuska, w której przez ostatnie dwa lata szalała wojna domowa. Rebelianci z północy kraju, głównie reprezentanci mniejszości etnicznej Tuaregów, wypowiedzieli posłuszeństwo centralnym władzom i rozpoczęli walkę o niepodległość. W kwietniu 2012 roku, po skutecznej zbrojnej ofensywie, ogłosili, że odłączają się od Mali. Potem jednak ich pseudopaństewko (Azawad) zostało przejęte przez islamistów, m.in. z Al Kaidy, którzy najpierw pomogli Tuaregom w rebelii, a potem odbili ich tereny, by wprowadzić na nich szariat.

Zachód zaczął się obawiać, że Al Kaida stworzy sobie w Mali bezpieczną przystań i stamtąd będzie planować ataki terrorystyczne. Dlatego na początku 2013 roku, kiedy rebelianci wznowili ofensywę na południe, Francja posłuchała prośby władz kraju i (przy wsparciu logistycznym Kanady i Wielkiej Brytanii) zarządziła naloty. Następnie rozpoczęła ofensywę lądową z udziałem 4 tys. żołnierzy. W kilka miesięcy francuskie siły rozbiły oddziały rebeliantów na północy (przeszły do partyzantki) i przekazały je Mali. Teraz Francuzów już tam nie ma, a porządku pilnuje kilkutysięczna misja stabilizacyjna ONZ.

Mimo, że islamiści wciąż stanowią zagrożenie, a rebelia do końca nie wygasła, to jedna z niewielu zachodnich interwencji, które można uznać za sukces. Francja nie ugrzęzła w Mali, jak USA w Afganistanie, powstrzymała rebeliantów i drastycznie zmniejszyła możliwości tamtejszej Al Kaidy. A wszystko to działając właściwie w pojedynkę.

Mapa konfkliktu w Mali
Mapa konfkliktu w Mali•Fot. WikiCommons

NALOTY W JEMENIE, PAKISTANIE, SOMALII

Al Kaida Półwyspu Arabskiego jest uznawana przez Amerykanów za najgroźniejszą filię tej najbardziej znanej organizacji terrorystycznej. W pierwszej dekadzie XXI wieku dokonała przynajmniej kilku ataków, w tym samobójczy na niszczyciel rakietowy USS „Cole” z 2000 roku (zginęło 17 osób). Po 11 września terroryści znaleźli schronienie na pustyniach i w trudno dostępnych górach Jemenu. Stany Zjednoczone w ramach walki z terroryzmem polują tam na nich wykorzystując drony.

101 – tyle ataków przeprowadzono od 2002 roku
491 - tylu „wrogów” zabito[b]
105– liczba cywilnych ofiar

źródło: longwarjournal.org

Trudno ocenić, czy operacje w Jemenie to sukces Amerykanów. Mimo tego, że uśmiercono wielu terrorystów (w tym jedną z kluczowych postaci Al Kaidy – Anwara al-Awlakiego) Al Kaida Półwyspu Arabskiego wciąż stanowi spore zagrożenie. Dodatkowo organizacje pozarządowe alarmują, że w atakach z użyciem dronów ginie więcej cywilów, niż podają to oficjalne źródła. W Jemenie ofiar może być siedmiokrotnie więcej – ponad 700.

Amerykańskie ataki w Jemenie
Amerykańskie ataki w Jemenie•longwarjournal.org

Drony kierowane są też na terytoria dwóch innych państw. Na afgańsko-pakistańskim pograniczu, gdzie ponad 10 lat temu miał się ukrywać Osama bin Laden, a które stanowi jeszcze lepszą kryjówkę dla terrorystów niż północ Jemenu, Amerykanie uderzają regularnie. W około 300 nalotach zabili ok. 3 tys. osób.

Z kolei w Somalii celem amerykańskich ataków jest Asz Szabab, radykalna islamska organizacja, a od 2012 formalnie komórka Al Kaidy, która wykorzystując wojnę domową podbija kolejne tereny i zaprowadza tam swoje rządy. W ostatnich latach Amerykanie uderzali w bojowników tej organizacji kilka razy, a ostatnio robią to coraz częściej. Na początku miesiąca pojawiła się informacja, że w jednym z ostatnich ataków mógł zginąć lider Asz Szabab.

Materiał o amerykańskich atakach w Somalii
Materiał o amerykańskich atakach w Somalii

INWAZJE NA AFGANISTAN I IRAK

Zestawienie zachodnich interwencji muszą zakończyć te dwie, które zakończyły się najbardziej efektownymi porażkami. W Afganistanie, gdzie międzynarodowe siły koalicyjnej wkroczyły tuż po zamachu na World Trade Center, wojna trwa już 13 lat i nie widać końca. Amerykanie chcą całkowicie wycofać się do końca 2016 roku i nie ma szans, by zostawili za sobą stabilny kraj.

Irak już opuścili, a efekt jest ten sam. Decyzje z początku poprzedniej dekady, kiedy najechali Irak, to praprzyczyna dzisiejszej sytuacji, także powstania kalifatu.

naTemat.pl

 

 

 

 

 

Co ma gender do przemocy wobec kobiet? Konwencja o zwalczaniu przemocy ciągle dzieli

Agata Komosa
23.09.2014
Konwencja porusza kwestie płci kulturowej czyli popularnego gender.
Konwencja porusza kwestie płci kulturowej czyli popularnego gender. • Fot.Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

W tym tygodniu ma się odbyć głosowanie nad przyjęciem Konwencji o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Przedstawiciele Kościoła znowu zaatakowali dokument. – To szerzenie ideologii gender! – grzmiał bp Ryczan w swoim przemówieniu na ten temat. Dlaczego dokument, który służy słusznej sprawie ma tyle samo przeciwników, co zwolenników?

O co chodzi Kościołowi
Temat Konwencji ciągnie się już od ponad dwóch lat. Dokument został podpisany przez Polskę w grudniu 2012 roku, jednak był to dopiero pierwszy etap, niezbędny przy podpisywaniu umów międzynarodowych. Żeby Konwencja zaczęła obowiązywać, parlament musi przyjąć ustawę upoważniającą prezydenta do ratyfikowania dokumentu. Właśnie tego będzie dotyczyło głosowanie, mające się odbyć w tym tygodniu w Sejmie. Ten akt prawny ma na celu przeciwdziałanie wszelkim formom przemocy wobec kobiet. Stwarza także ramy prawne do ścigania i likwidowania przemocy.

Wydawać by się więc mogło, że zwalczanie przemocy jest postulatem, z którym trudno komukolwiek się nie zgodzić, a przyjęcie powyższego dokumentu powinno być tylko formalnością. Tak się jednak nie stało. Zastrzeżenia zgłosił m.in. episkopat Polski. Biskupi zaznaczyli, że walczenie z przemocą jest jak najbardziej słusznym działaniem, jednak alarmujące są pewne zapisy tego dokumentu. Według kleru, Konwencja sugeruje, że przemoc wobec kobiet jest systemowa i zależy od religii, tradycji i kultury. Jednym słowem dokument uderza w polską rodzinę, a więc jest zły. Ponadto księża sugerują, że jest to prawo niejako narzucone nam przez Unię Europejską.

– Konwencja nie uderza w rodzinę, a jedynie w stereotypy, jakie wokół tradycyjnej rodziny narosły – ripostuje argumenty Kościoła prawniczka prof. Monika Płatek.

PROF. MONIKA PŁATEK

Nie możemy mówić, że Europa nam coś narzuca, bo Polska jest jej częścią i to istotną. Nasze przystąpienie do Rady Europy w 1991 r. i do Unii Europejskiej w 2004 r. było świadomym i w pełni suwerennym krokiem. Europejska Konwencja Praw Człowieka jest częścią naszego prawa, a wyroki wydawane w Europejskim Trybunale Praw Człowieka nie sądzą naszych matek i ojców, a wpływają na podwyższenie standardów prawa i praw człowieka w naszym kraju. I dzieje się to przy udziale także polskich sędziów i prawników w polskich i europejskich sądach. Dzięki nim, polski ustawodawca sam doszedł do wniosku, że za dużo stosujemy np. kar pozbawienia wolności i potrzeba nam więcej probacji.

Jak dodaje, dzięki Konwencji już teraz zobaczymy jak wiele mamy do zrobienia. – Wciąż bowiem nie wszyscy jasno rozumieją, że niepłacenie alimentów to przemoc ekonomiczna. Dopiero niedawno, i ze względu na Konwencję, do kodeksu karnego wpisano stalking, zniesiono wnioskowe ściganie zgwałcenia, od niedawna ze zrozumieniem mówi się też o przemocy psychicznej. To są stereotypy, z którymi już dzięki Konwencji się mierzymy, a sporo jeszcze tego pozostało. Np. w zakresie przemocy wobec mężczyzn – zaznacza profesorka.

Twarde dane
Zastrzeżenia przeciwników budzi też fakt, że Konwencja mówi przede wszystkim o przemocy wobec kobiet, a nie ogólniej – ludzi. Twarde dane nie pozostawiają jednak złudzeń, że ofiarami przemocy są w Polsce przede wszystkim panie. Co roku w naszym kraju, w wyniku „nieporozumień rodzinnych”, ginie 150 kobiet i 30 dzieci. Ponad 800 tys. kobiet jest ofiarami agresji, a 80 proc. wszystkich gwałtów na kobietach jest dokonywanych przez osobę znaną poszkodowanej – partnera lub kogoś z rodziny. Wreszcie najsilniejszy argument: ponad 95 proc. sprawców przemocy domowej to mężczyźni, 91 proc. ofiar to kobiety i dzieci.

Złowrogi gender

W treści dokumentu pojawia się też słowo, które ostatnimi czasy robi zawrotną furorę, a mianowicie płeć kulturowa, czyli legendarny gender.

FRAGMENTY KONWENCJI O PRZECIWDZIAŁANIU PRZEMOCY

„płeć społeczno-kulturowa” oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn; (Art. 3c.)Strony podejmują się uwzględnienia perspektywy płci społeczno-kulturowej we wdrażaniu i ocenie wpływu zapisów niniejszej konwencji (Art.6c.)

Zarówno duchowni, jak i prawicowe środowiska sugerują, że przemycenie tego pojęcia ma na celu rozmydlenie sztywnych granic płci biologicznej i pozwolenie na promowanie zachowań i orientacji nienormatywnych, takich jak homoseksualizm czy transwestytyzm.

– To wiąże się z przekonaniem, że płeć można sobie wybrać. Jest to wdrażanie ideologii gender. Można mieć obawy, że wyłonią się strażnicy takiej ideologii. W ten sposób możemy mieć do czynienia z orwellowskim światem – mówił na debacie zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński profesor Kazimierz Baran.

Z kolei inny wykładowca, dr Andrzej Bryk, w ramach referatu wygłaszanego na tej samej debacie tłumaczył: – Mamy obecnie do czynienia z ogólnym załamaniem się relacji między płciami, brutalizacją, a nie tylko jedynie przemocą wobec płci żeńskiej. Patrząc z tej perspektywy pytanie, na jakie próbuje odpowiedzieć Konwencja, jest złe. Pytanie takie powinno brzmieć: skąd ta brutalizacja relacji? Dlaczego zbrutalizowany został seks i inne relacje między mężczyzną a kobietą? Kolejne pytania, jakie należy postawić to dlaczego to, co kiedyś było dewiacją, jest dziś normalne, jak homoseksualizm, i dlaczego to, co kiedyś było normalne dzisiaj jest nienormalne, jak danie klapsa dziecku – zaznaczył naukowiec.

Problemy z prawem

W związku z sejmowym głosowaniem swoje stanowisko na ambonie zaprezentował też biskup Ryczan. O Konwencji wypowiadał się negatywnie. – Ogranicza ona prawa rodziców do wychowania, podstępnie wprowadza ideologię gender. Przecież w Polsce kobieta jest bardziej szanowana niż w innych krajach europejskich. Panie i panowie parlamentarzyści wszystkich ugrupowań politycznych, nie pozwólcie ideologicznym lękom dotykać polskiej rodziny. Rodzina i dom rodzinny są bastionem polskości, patriotyzmu, tradycji, rozwoju i wiary – grzmiał duchowny.

Profesor Monika Płatek w odpowiedzi na te wątpliwości stwierdza, że „zastanawiająca” jest taka aktywność duchownych w tym temacie. – Świadomi przecież rozmiaru przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie, tak bardzo przeciwni są ratyfikowaniu Konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i dzieci. Z wypowiedzi biskupa pobrzmiewa nieracjonalny lęk raczej o utratę własnych wpływów i własnych interesów – podkreśla prof. Płatek.

- To nie Konwencja przecież odpowiedzialna jest za statystyczny spadek osób uczęszczających do kościoła, a zniechęcenie wiernych postawą samych hierarchów. Księża płodzą dzieci, ale uchylają się od obowiązku łożenia na swoje potomstwo i od ojcowskich obowiązków. Księża molestują nieletnich, ale brak wyraźnej woli wyrównania szkód. Zakonnice winne znęcania się nad powierzonymi im dziećmi ze szczególnie dotkniętych rodzin uchylają się od konkretnych działań naprawczych i zapobiegawczych. Hierarchowie mieszkają w pałacach, żyją dostatnio i od innych, a nie od siebie, wymagają prostoty i ubóstwa. To, a nie Konwencja, sprawia, że ludzie postrzegają postawę i słowa wielu duchownych jako powodowane nie tyle miłością bliźniego, co hipokryzją – zaznaczyła.

Prawniczka dodała też, że w Polsce Konwencja jest potrzebna przede wszystkim ze względów prawnych.

PROFESORKA MONIKA PŁATEK

Potrzebujemy tej konwencji, bo w Polsce wciąż borykamy się z nieskładnością własnego prawa. Np. dziewczyna, która urodzi dziecko w wieku 16 lat, może uzyskać pełnoletniość w świetle prawa tylko poprzez zawarcie małżeństwa. Dopiero taka sytuacja pozwoli jej zostać prawną opiekunką dziecka. I tutaj nie mówimy o biologicznym uwarunkowaniu płci, tylko właśnie kulturowym. Konwencja pozwoli wytyczyć obszary, które projektują zachowania przemocowe, a dzięki temu skuteczniej im zapobiegać

Głosowanie dotyczące Konwencji o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet ma się odbyć na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

naTemat.pl

 

Nowak wraca do gry. Wrzuca do sieci prowokacyjne zdjęcie: rudy schodzi, a sroczka patrzy…

23 września 2014

fot. Twitter.com

fot. Twitter.com

Sławomir Nowak, znany w Internecie jako „Lolo Pindolo”, odżył wraz ze zmianą rządu. A miał odejść na zawsze…

CZYTAJ WIĘCEJ: „Lolo Pindolo” odchodzi we łzach, nie rozumiejąc ludzkiej zawiści: „Nie noszę drogiego garnituru i mam bardzo normalne buty, żadne wyhajowane”

Po ujawnieniu taśm prawdy, na których Nowak rozmawia z b. wiceministrem finansów o kontroli skarbowej w gabinecie dentystycznym swej żony, Donald Tusk odwrócił się od niedawnego faworyta i delfina szykowanego na następcę tronu w PO.

Zdruzgotany polityk zapowiadał w wywiadzie dla „Newsweeka”, opatrzonym dramatycznym tytułem „Odchodzę na zawsze”, że złoży mandat poselski. Ale szybko się odbudował…

ZOBACZ: Dramatyczna ucieczka Nowaka. Zwiewał przed pytaniem: kiedy złoży mandat? FILM!

Mandatu nie złożył i najwyraźniej nie ma już takiego zamiaru. Znów bryluje w Sejmie, wywołując entuzjazm swych sejmowych koleżanek. Powołanie rządu Ewy Kopacz, zdaje się, dodatkowo go podbudowało.

Wprawdzie nie sprawdziły się spekulacje, że „Lolo Pindolo” zostanie doradcą medialnym nowej premier, ale widać, że zmiana gabinetu wyraźnie mu służy. O powrocie Nowaka do gry świadczyć może prowokacyjne zdjęcie, jakie opublikował na Twitterze.

 

fot. Twitter.com

fot. Twitter.com

 

Co w kontekście zmiany rządu, nasuwającym się w sposób oczywisty, może oznaczać ta alegoria, opatrzona przez Nowaka wymownym komentarzem „Dwa punkty widzenia… :)”? Co miał na myśli Nowak? Rudy schodzi, a sroczka patrzy?

Może jednak rozwiązania zagadki należałoby szukać gdzie indziej. Przypomnijmy jak na taśmach prawdy sylwetkę Nowaka kreślił Jacek Krawiec.

Za dużo było tego lansiarstwa, to jednak kłuje w oczy. (…) Jak szczerze rozmawiamy, to wiesz, to towarzystwo, z którym on się prowadzał po mieście… kur… Kiedyś dzwonił do mnie: „Co robisz?”. Ja kończę spotkania, dziesiąta wieczorem. „To wpadaj do nas, w Charlotcie”. Co to kur… jest Charlotte’a? Pytam kogoś potem i się okazuje, że to taki klub hipsterski dla 17-latków, 18-latków na placu Zbawiciela. Pytam go : „A z kim ty tam jesteś?”. „A z Wawrzynem (Piotrem Wawrzynowiczem), Siwym i trenerem z siłowni”

— mówił prezes Orlenu w rozmowie z Pawłem Grasiem.

wPolityce.pl

 

Piotr Rachtan: O jaką prawdę woła Piotr Duda

demonstracja2014-09-23.

Jak relacjonuje Gazeta Wyborcza, około 10 tys. osób – głównie pod sztandarami „Solidarności” – przyjechało na Jasną Górę, by 20 września uczestniczyć w głównych uroczystościach 32. Pielgrzymki Ludzi Pracy, odwołującej się do osoby i działalności ks. Jerzego Popiełuszki, kapłana Solidarności, który w swoich kazaniach zawsze wzywał do poszukiwania prawdy.

Przed nabożeństwem do pielgrzymów przemówił szef „Solidarności” Piotr Duda.

Duda stwierdził, że „rządzący w naszym kraju wspierają ludzi, którzy wypowiedzieli wojnę związkom zawodowym”. - Obok praw pracowniczych musimy dziś bronić prawdy i prawa do naszej historii, naszego dorobku i sztandarów. Dziś usiłuje się pisać historię na nowo, mówić, że „Solidarność” nie była związkiem zawodowym, lecz jakimś bliżej nieokreślonym ruchem społecznym. Że prawdziwa „Solidarność”, która wywalczyła dla Polski wolność, skończyła się w 1989 roku, a ta dzisiejsza, to tylko krzykacze i karły. Wmawia się nam, że marzenia strajkujących robotników spisane w 21 postulatach były tylko straszakiem na komunistów i już dawno stały się nieaktualne. Nie zgadzamy się z tym – podkreślał. Zapowiedział walkę o „prawdę historyczną i spełnienie marzeń robotników z 1980 roku”.

Gwoli więc prawdy historycznej przypomnijmy te 21 postulatów, których zdaniem szefa Solidarności, rządzący nie spełnili. A które – wyprowadzając logiczny wniosek – wciąż spełnić należy.

Oto tekst, spisany na dwóch tablicach przez Macieja Grzywaczewskiego i Arkadiusza Rybickiego:

1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4.
a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10 Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

Nie będę Czytelnikom opowiadał, które i w jaki sposób postulaty zostały wypełnione, sami – czytając te punkty, bez trudu zestawią je z rzeczywistością. Jedne zrealizowano więc wtedy, w 1980 roku, inne po latach, już w wolnej Polsce.

Męczą mnie jednak dwa pytania bardzo konkretne: jak strajkującym płacić dziś z funduszu CRZZ (postulat 7) oraz od kiedy „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe” (postulat 11).

I uwaga na koniec: jeśli ktoś zabiera się za politykę – a Piotr Duda, jakkolwiek by się nie zarzekał, politykę uprawia i to spektakularnie, – powinien, zanim powróci do źródeł, zajrzeć czasem do dokumentów, na które się powołuje. Wtedy będzie miał szansę spełnić kryterium prawdy, na którą przewodniczący związku tak chętnie się powołuje.

studio opinii

 

Rzecznik Watykanu: Abp Wesołowski w areszcie domowym

WB, PAP, 23.09.2014
Były abp Józef WesołowskiByły abp Józef Wesołowski (Fot. Manuel Diaz/ AP)
Podejrzany o pedofilię były nuncjusz na Dominikanie arcybiskup Józef Wesołowski jest w areszcie domowym w Watykanie – ogłosił rzecznik Stolicy Apostolskiej ksiądz Federico Lombardi. Wyjaśnił, że decyzja ta jest wynikiem woli papieża Franciszka.
Rzecznik dodał, że postanowienie o areszcie domowym wydano biorąc pod uwagę stan zdrowia byłego watykańskiego dyplomaty. To zaś oznacza, że odstąpiono od umieszczenia go w celi za Spiżową Bramą.Ksiądz Federico Lombardi poinformował, że abp Wesołowski został dziś wezwany przez promotora sprawiedliwości, czyli prokuratora w trybunale Państwa Watykańskiego, gdzie wszczęto postępowanie karne wobec niego.

 

Hierarcha został powiadomiony o głównych punktach oskarżenia w śledztwie karnym w sprawie pedofilii. Jest oskarżony o „ciężkie” czyny wykorzystywania nieletnich na Dominikanie – wyjaśnił rzecznik w nocie.

„Bez opóźnień, ze słusznym i koniecznym rygorem”

Według komunikatu powaga stawianych zarzutów skłoniła urząd prokuratora do zastosowania restrykcyjnych kroków, które „w świetle sytuacji zdrowotnej oskarżonego, potwierdzonej przez dokumentację medyczną, polegają na areszcie domowym ze związanymi z tym ograniczeniami, w lokalu na terenie Państwa Watykańskiego”.

- Inicjatywa podjęta przez organa sądowe Państwa Watykańskiego to konsekwencja wyrażonej przez papieża woli, by ten tak ciężki i delikatny przypadek został rozstrzygnięty bez opóźnień, ze słusznym i koniecznym rygorem, z wzięciem pełnej odpowiedzialności ze strony instytucji Stolicy Apostolskiej” – oświadczył ks. Lombardi.

Apelacja abp Wesołowskiego

Abp Wesołowski został umieszczony w areszcie domowym prawie miesiąc po tym, gdy odwołał się od decyzji trybunału w Kongregacji Nauki Wiary, który w pierwszej instancji wymierzył mu karę kanoniczną wydalenia ze stanu kapłańskiego. Apelacja ta ma zostać wkrótce rozpatrzona. Gdy kara ta uprawomocni się, były nuncjusz stanie przed trybunałem karnym Państwa Watykańskiego.

Watykan informował wcześniej o tym, że nie ma on już immunitetu dyplomatycznego i może zostać osądzony przez wymiary sprawiedliwości innych krajów. Postępowanie w jego sprawie trwa na Dominikanie.

TOK FM

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>