Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 51443
  • Dzisiaj wizyt: 18
  • Wszystkich komentarzy: 138

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Miesięczne Archiwa: Luty 2013

Lobbing PiS na rzecz Rydzyka

Tylko PiS mogło coś podobnego wymyślić: „Niech CBA czuwa nad konkursem, w którym bierze TV Trwam”.

Politycy tej partii lobbują na rzecz jednego podmiotu medialnego. Tym powinna zająć się prokuratura. W Konstytucji stoi czarno na białym, iż jesteśmy suwerennym bytem, a nie zależnym od Watykanu.

Polacy nie mogą utrzymywać darmozjada Rydzyka, który unika płacenia podatków i liczy, że szantażem wymusi to, za co inni płacą grube pieniądze.

Służby specjalne nie są od szpiegowania ciał konstytucyjnych, a do takich należy KRRiT.

Lobbing PiS na rzecz Rydzyka jest karygodny. Jest to jawna korupcja polityczna.

Odpis dla Kościoła Latającego Potwora Spaghetti!

Wybitnie podoba mi się Kościół Latającego Potwora Spaghetti. Muszę się do niego zapisać, ale z tego co wiem, działa tylko w Łodzi.

Mają przynajmniej poczucie humoru.

Jeden z członków tego „kościoła” Marcin Biardzki o pomyśle odpisu podatkowego na rzecz kościołów przedstawionym przez Michała Boniego mówi: – Ateiści powinni mieć takie samo prawo do odpisu podatkowego, jak obywatele skupieni w którymś z kościołów. Chodzi mi tylko o zachowanie w Polsce równości obywateli wobec prawa.

Marcin ma u mnie piątkę. Tak jest!

Portal naTemat.pl publikuje z Biardzkim wywiad. Oto on:

 

Jak ocenia pan przedstawiony przez ministra Boniego pomysł półprocentowego odpisu podatkowego na kościoły i związki wyznaniowe? Czy Kościół Latającego Potwora Spaghetti będzie korzystał z tego mechanizmu wsparcia ?

Marcin Biardzki: Jak na razie wciąż nie mamy decyzji o tym, czy KLPS w ogóle zostanie zarejestrowany, a tylko wtedy będzie mógł korzystać z mechanizmu podatkowych odpisów swoich wyznawców. Niestety sposób, w jaki nasz wniosek był dotychczas rozpatrywany, świadczy o tym, że rząd z premedytacją stara się utrudniać nam życie. Ale nie tylko nam, chodzi również o inne wciąż niezarejestrowane związki wyznaniowe.

Jakie związki ma pana na myśli? Naprawdę jest ich tak dużo?

Nie potrafię panu powiedzieć, ile jest takich związków wyznaniowych, ponieważ skupiam się na działalności KLPS. Ale myślę, że każdego, kto będzie starał się naruszać obowiązujący w dziedzinie religii status quo, spotkają podobne do naszych problemy. Niech pan zauważy, że na świecie są tysiące wierzeń, a w Polsce zarejestrowanych związków wyznaniowych jest raptem 130. Nietrudno sobie wyobrazić, że znajdzie się 100 osób, które mogłyby chcieć zarejestrować kolejny. I nie zdziwiłbym się, gdyby rząd im to utrudniał.

No dobrze, ale załóżmy, że uda się wam pomyślnie zarejestrować KLPS. Czy wtedy korzystalibyście z odpisu?

Z pewnością tak.

Nasz bloger Rafał Jaros stwierdził, że odpisy to jawna dyskryminacja ateistów, którzy nie mogą przekazać 0,5 proc. swojego podatku na żaden cel.

Ateizm również jest, moim zdaniem, swoistą formą wiary, z tym że w tym przypadku mamy do czynienia z wiarą w nieistnienie Boga. Dlatego też myślę, że ateiści powinni mieć takie samo prawo do odpisu podatkowego, jak obywatele skupieni w którymś z kościołów. Chodzi mi tylko o zachowanie w Polsce równości obywateli wobec prawa. Działania Kościoła Latającego Potwora`Spaghetti skupione są również wokół walki o taką równość.

Ale korzystając z odpisu, jako zarejestrowany związek wyznaniowy, będziecie przykładać rękę do dyskryminacji ateistów.

To nie tak. Choć powiedziałem, że będziemy korzystali z odpisu podatkowego, generalnie jesteśmy przeciwko finansowaniu związków wyznaniowych z publicznych pieniędzy. Uważam, że odpisy powinny zostać zlikwidowane.

Nie widzi pan sprzeczności w takim stawianiu sprawy?

Nie. Ponieważ od początku konsekwentnie dążymy do rozdziału kościołów od państwa, chcemy zniesienia odpisów. Ale dopóki takie rozwiązanie obowiązuje, będziemy z niego korzystać tak samo, jak np. Kościół katolicki. Być może nasza kontrowersyjność uświadomi władzom, że ten mechanizm jest zły i należy go zmienić.

I będziecie gotowi zrezygnować z pieniędzy przekazywanych wam przez wyznawców?

W momencie, w którym ustawodawca zmieni reguły gry i wszystkie związki oraz kościoły zostaną pozbawione dopływu de facto publicznych pieniędzy, od razu zrezygnujemy.

Dlaczego uważa pan, że kościoły nie powinny być wspierane przez państwo? Czy naprawdę w pana opinii nie pełnią one absolutnie żadnych społecznie istotnych funkcji, które powinno się promować?

Nie o to chodzi. Myślę po prostu, że państwowe pieniądze nie służą żadnemu związkowi wyznaniowemu. Proszę zwrócić uwagę, że takie wsparcie nie jest żadną gwarancją lepszej “kondycji” danej religii czy kościoła. Kościół katolicki w czasach PRL nie cieszył się sympatią władz, jak ma to miejsce dzisiaj. Wręcz przeciwnie – stosunek państwa do religii był co najmniej niechętny. A jednak Kościół rozwijał się i miał społeczne poparcie. Dziś, choć zarówno w sferze prawnej, jak i np. ceremonialnej, jest przez państwo faworyzowany, przeżywa kryzys. To dowód na to, że państwowe pieniądze szkodzą związkom wyznaniowym.

Wróćmy do decyzji Boniego. Zgodzi się pan z Rafałem Jarosem, który stwierdził, że odpis podatkowy na kościoły oznacza, że ateiści zapłacą wyższy podatek?

Z całą pewnością prawdą jest, że odpis pomniejszy wpływy do budżetu. I będzie to spora kwota. Z tego co wiem, póki co Kościół zaciera ręce, bo w ramach odpisu może liczyć na sumy znacznie większe, niż dostawał dotychczas z Funduszu Kościelnego.
Jak by więc pan rozwiązał tę sprawę? Być może ateiści mogliby przekazywać dodatkowe 0,5 proc. podatku na jakieś inne, wybrane przez siebie cele, np. organizacje pożytku publicznego?

Nie byłby to zły pomysł, ale chciałbym podkreślić, że poszukiwanie optymalnych rozwiązań nie jest obowiązkiem ateistów czy nie zarejestrowanych jeszcze pastafarian. To skomplikowane zagadnienia i rozwiązywać je powinien rząd, proponując lepsze a nie gorsze od dotychczasowych rozwiązania.

 

Zgnilizna pedofilii w Kościele

 

 

Równo w bambuko zapieprza Kościół ze społeczeństwem. Nie dość, że wyrywa publiczny szmal pełnymi garściami, bo tak należy mówić o tych 0,5%, które niby to wynegocjował Michał Boni z Kazimierzem Nyczem, to jeszcze nie załatwione pozostają rzeczy najważniejsze, najwrażliwsze z ludzkiego punktu widzenia – pedofilia.

Dobrze, że im do tyłka dobierają się media. W najnowszym „Newsweeku” opisane są kolejne przypadki pedofilskich przestępstw księży.

Jak się czyta, to grdyka chodzi. Dorwałby człowiek jednego z drugim kaznodzieję, to mu nogi z tyłka by powyrywał, a na dokładkę kłamliwy jęzor.

Tygodnik opisuje m. in. historię Tomasza molestowanego w dzieciństwie przez księdza. Mężczyzna postanowił upublicznić swoją trwającą wiele miesięcy korespondencję z kurią w tej sprawie. Jak się okazało, w listach duchownych pojawiały się nieprawdziwe stwierdzenia, co więcej, doniesienia 45-latka bagatelizowano. Ksiądz, który go skrzywdził, nadal pracuje z dziećmi.

Przypadek Tomasza pokazuje zmowę potężnej instytucji, która pozbawiona jest jakiejkolwiek kontroli z zewnątrz i czuje się bezkarna. „Newsweek” przytacza także relację mężczyzny ze spotkania z kościelną komisją dochodzenia wstępnego, na które został wezwany po złożeniu oficjalnej skargi. Odpytano go nie tylko o stosunek do wiary, ale także np. o to, czy jako dziecko oglądał pornografię.

Zdaniem 45-latka przypominało to przesłuchanie. – To typowa taktyka – przyznaje teolog prof. Tadeusz Bartoś, który kilka lat temu rozstał się ze stanem kapłańskim. – Przestraszyć, zmęczyć, otumanić. Zrobić wszystko, by to ona ostatecznie poczuła się winna. A sprawę wyjaśniać latami, tak długo, by jej nigdy nie rozwiązać.

Dr Adam Bodnar, prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i prawnik, uważa, że ofiary księży w Polsce powinny pomyśleć o tym, by stworzyć wspólnotę, która będzie reprezentować ich roszczenia wobec Kościoła. – Także przed sądem – dodaje. – Taka wspólnota, choćby stowarzyszenie sprawiałaby również, że i nasz Kościół musiałby zacząć, jak w innych krajach, traktować ofiary pedofilii na serio.

Niewykluczone, że tak się stanie. – Zaczęliśmy wreszcie liczyć, ilu nas jest. A są nas setki, jeśli nie tysiące – zapewnia pan Tomasz. A stowarzyszenie? Właśnie się tworzy. Prawie codziennie zgłaszają się do niego nowi chętni.

Jeżeli polski Kościół nie potrafi się uporać z tą zgnilizną, państwo powinno wziąć sprawy w swoje ręce. Powołać rządowe instytucje i prawem wypalić tę zgniliznę, a księży winnych przestępstwa pedofilii osadzić za kratami, bo tylko tam jest dla nich godne miejsce, a nie ołtarz.

 

 

Jak kurdupel to kurdupel, jak trotyl to trotyl

 

 

Ekspert od wszystkiego prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tabloidu „Fakt” stwierdził: „Jak eksperci stwierdzili, że trotyl to trotyl, a nie perfumy, czy pasta do butów…”

Idźmy dalej: jak kurdupel to kurdupel, a nie jakiś polityk, a nawet człowiek inteligentny.

Brata miał toczka w toczkę – bliźniaka. Gdzie się pojawił, kompromitował Polskę. Jakoś to przeżywaliśmy, tylko odliczane mu były dni do końca kadencji.

Na reelekcję miał szanse bliskie zeru. Ale brat prezes PiS, a za nim akolici z PiS, postanowili, że będzie jednak startował w wyborach. Nie dostałby się Lech K. do drugiej tury, przegrałby np. z Grzegorzem Napieralskim.

Trzeba było Lecha wysłać w delegację patriotyczną za państwowe pieniądze do Katynia. I ten wziął wyrżnął tupolewem w ziemię smoleńską. Cholera z nim. Ale zginęli inni, razem 96 osób.

Kto zwróci życie tym ludziom? Kurdupel? Sadza się, chrzani głupoty, a z Polaków za granicą robi idiotów. I nie chodzi o jego rozmiary fizyczne. Kaczyński jest mentalnym i intelektualnym kurduplem.

Tym trotylem, który ma zamiast szarych komórek, chce wysadzać nadal Polskę. Wystarczy już, że został przez trotyl jego żądzy władzy wysadzony w powietrze jego brat, Lech Kaczyński i 95 innych ludzi.

Benedykt XVI i Jan Paweł II

 

No to katolicy mają bezhołowie. Benedykt XVI podał się do dymisji.

Rydzyki i podobne zaprzańcy dopiero teraz się rozhulają. Wszystko wolno, bata nie ma.

Wywiadu dla portalu natemat.pl udzielił autor książki „Ojciec nieświęty” Piotr Szumlewicz, warto się z nim zapoznać. Dużo o kulisach i watykańskich intrygach. Podaję go in extenso.

Po raz drugi w historii Kościoła zdarzyła się abdykacja. Papież Benedykt XVI odchodzi, jak tłumaczy, z powodu starości – nie ma już siły kontynuować pontyfikatu. Sądzi Pan, że to jedyny powód tej rezygnacji? 

Piotr Szumlewicz: W  Watykanie są różne, bardzo silne grupy interesów. Część z nich jest wroga Benedyktowi XVI. Do tego dochodzi fakt, że Kościół jest pogrążony w coraz głębszym kryzysie z powodu coraz większej liczby ujawnianych afer pedofilskich, nieprawidłowości finansowych, a niedawno też sprawy związanej z wynoszeniem tajnych dokumentów z Watykanu przez papieskiego kamerdynera. Jest więc możliwe, że były na Benedykta XVI jakieś naciski. Być może nie mógł sobie poradzić z narastającą krytyką Kościoła.

Niektórzy oceniają ten ruch jako odważny w świetle pontyfikatu Jana Pawła II, który uważał, że musi wytrwać w swojej służbie do samego końca. Także powszechne przekonanie i praktyka zakłada, że papieżem się umiera. A Benedykt XVI poszedł pod prąd.

Na swój sposób cenię Benedykta XVI za to, że potrafił się przyznać, iż nie może już dalej być papieżem. Przecież to naturalne, że na starość przechodzimy na emeryturę. Bycie duchownym to przecież też zawód, a papież ma bardzo wiele obowiązków. W ten sposób Benedykt XVI niejako dostosował funkcję papieską do współczesnego rynku pracy, na którym w pewnym wieku dostaje się czas na odpoczynek.
Jan Paweł II sprawował swój pontyfikat do samego końca, chociaż widać już było, że nie ma siły wypełniać swoich obowiązków. W tym kontekście nasuwa się przypuszczenie, że być może Benedykt XVI czuł, iż staje się marionetką i nie chciał występować w takiej roli. A taką marionetką pod koniec pontyfikatu stał się Jan Paweł II.

Jak w takim razie ocenia Pan dorobek abdykującego papieża? Wydaje się, że stał on ciągle w cieniu polskiej głowy Kościoła.

Nieszczęściem Benedykta XVI było to, że został papieżem od razu po Janie Pawle II i w znacznej mierze został obciążony za jego grzechy. Skandale pedofilskie w Niemczech, Holandii czy USA, wewnętrzna instrukcja Kościoła crimen sollicitationis, by wszystkie te sprawy tuszować i ukrywać (obowiązująca do 2001 roku) – wszystko to miało miejsce za pontyfikatu polskiego papieża. Patologie opisywane w głośnej książce Ekke Overbeeka „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią” miały przecież miejsce za kadencji Jana Pawła II.

Podobnie wygląda sytuacja z nieprawidłowościami finansowymi. Przez cały okres pontyfikatu Jana Pawła II Watykan był właściwie pralnią brudnych pieniędzy, a polski papież osobiście krył oszustów finansowych takich jak biskup Paul Marcinkus. Dopiero w 2011 roku Watykan zgodził się poddać częściowej, zewnętrznej kontroli swoich finansów. Te sprawy wciąż są nieuregulowane, ale przynajmniej zostały dokonane pierwsze kroki na rzecz zmiany funkcjonowania watykańskich pieniędzy. Wydaje się więc, że Benedykt XVI „obrywał” często za winy swojego poprzednika, chociaż dla oczyszczania Kościoła robił więcej. Z drugiej strony trudno przypisywać mu za to nadmierne zasługi. Po prostu nacisk mediów i świeckich władz na wyjaśnienie afer pedofilskich był tak duży, że nie miał innego wyjścia.

A jeśli chodzi o nauki „dla ludzi”? Benedykt XVI był bardziej postępowy niż nasz papież czy może bardziej konserwatywny?

Musimy pamiętać, że Benedykt XVI był bliskim współpracownikiem Jana Pawła II i kontynuował linię polskiego papieża. Był bardzo konserwatywny, tak odnośnie wizji rodziny i seksualności, jak też odnośnie otwarcia Kościoła na środowiska lewicowe czy zbliżenia z przedstawicielami innych wyznań. Znana jest chociażby jego wrogość wobec islamu. Robił to, by pozyskać wiernych w niektórych biednych krajach, na przykład afrykańskich, gdzie katolicyzm jest bardzo konserwatywny. W Europie Zachodniej ten nurt myślenia i idącej za nim praktyki społecznej raczej odszedł już do przeszłości.

Odchodzący ze stanowiska papież na pewno nie dokonał rewolucji, nie wprowadził nic szczególnie nowego. Próbował Kościół trochę oczyścić, ale to też mu nie do końca wyszło. Niestety, za jego kadencji Kościół wciąż kryje afery pedofilskie czy finansowe. Zazwyczaj staje po stronie prześladujących, a nie pochyla się nad ofiarami. Pod tym względem pontyfikat Benedykta XVI to niewykorzystana szansa – Kościół wciąż nie zdecydował się jasno i zdecydowanie odciąć od swoich grzechów z przeszłości. Ale wtedy ustępujący papież musiałby powiedzieć kilka przykrych słów o swoim poprzedniku, a przecież walnie przyczynił się do beatyfikacji Jana Pawła II i nie chciałby go publicznie krytykować.

Czy w takim razie Benedykt XVI zostanie zapamiętany – w Polsce i na świecie? Czy raczej gdzieś zginie w dziejach historii?

Benedykt XVI jest typem intelektualisty, znaczniej mniej spektakularnym niż Jan Paweł II, który był trybunem ludowym. Między innymi dlatego ma o wiele mniej fanów niż poprzedni papież. Szczególnie u nas kult papieża Polaka osiągnął wręcz groteskowy wymiar. Nasz papież był uznawany za eksperta od wszystkiego, jak się ostatnio okazało, nawet bezpieczeństwa. Jan Paweł II stanowił więc rodzaj celebryty, podczas gdy Benedykt XVI raczej jest typowym duchownym, którego ojczyznę stanowiły komnaty watykańskie. Warto zauważyć, że do nauk Benedykta XVI w polskim Kościele prawie nikt się nie odnosi. Być może zostanie on zapamiętany w środowiskach inteligencji katolickiej. Nie porywał mas i rzadko do nich wychodził.

Patrząc szerzej na zmiany w Kościele katolickim, sądzę, że w obecnej formie będzie on tracił wiernych. Religia jest coraz bardziej zindywidualizowana. Hierarchiczna, autorytarna struktura katolicyzmu nie odpowiada wielu ludziom, którzy dzisiaj jeszcze należą do Kościoła.

No właśnie, spójrzmy w przyszłość. Zna Pan pewnie te przepowiednie, że teraz będzie czarnoskóry papież, a po nim antychryst. Ale nawet zostawiając żarty na boku, u bukmacherów największe szanse mają właśnie: Peter Turkson z Ghany i Francis Arinze z Nigerii. Wierzy Pan, że wreszcie zobaczymy czarnoskórego papieża?

Jeśli chodzi o wybór nowego papieża, to myślę, że mamy trzy główne opcje.

Pierwsza: konserwatywny kardynał, być może czarnoskóry. Ale Kościół wciąż jest bardzo konserwatywny i nie wiem, czy wybierze swojego przywódcę spoza Europy. Z drugiej strony, w wielu krajach Afryki katolicyzm jest bardzo konserwatywny i być może Kościół pójdzie w tamtą stronę. Już za pontyfikatu Benedykta XVI widać, że Kościół przestaje wierzyć w odzyskanie wpływów w Europie. Druga opcja to wybór jednego z Włochów, który utrzyma status quo. Niewiele zmieni, ale nastawi się na poprawę wizerunku Watykanu. Myślę, że to najbardziej prawdopodobna wersja.

Jest jeszcze trzecie wyjście. Otóż Jan Paweł I, poprzednik Karola Wojtyły na watykańskim tronie, gdy zaczynał pontyfikat, chciał oczyścić Kościół z afer finansowych. Zaczął bardzo stanowczo, jednak po 33 dniach pełnienia swojej funkcji zmarł w tajemniczych okolicznościach. Być może tym razem też zostanie wybrana osoba, która podejmie wysiłek oczyszczenia Kościoła z ciążących na nim zarzutów. Mogłoby się jednak okazać, że jej los będzie podobny do Jana Pawła I. Myślę też, że dobrze by się stało, gdyby Kościół stał się bardziej pluralistyczny, na przykład otwarty na środowiska lewicowe. Na to jednak są bardzo małe szanse.

Czyli jednak Kościół dalej będzie szedł w konserwatywną stronę?

Watykan odrobinę przypomina mi Prawo i Sprawiedliwość. Gdy partia Jarosława Kaczyńskiego skupia się na teorii zamachu smoleńskiego, przyciąga elektorat mały, ale bardzo zaangażowany, gotowy do działania. Podobnie dzieje się z Kościołem, gdy koncentruje się na ultrakonserwatywnej ofensywie w sprawach obyczajowych. Taki kierunek oznaczałby prawie całkowitą utratę wiernych w Europie Zachodniej, ale mógłby przyciągnąć niewielką grupę radykałów. Pytanie też, czy Kościół na Zachodzie w ogóle może coś jeszcze ugrać.

Jeśli zaś chodzi o liberalizm, to jestem pewien, że wielu katolików – chociażby tych w Polsce – czeka przynajmniej na poluzowanie niezwykle restrykcyjnych obyczajów moralnych. Na to, żeby zmniejszyć rozdźwięk między deklaracjami a tym, jak wygląda codzienne życie. Bo dzisiaj nawet jak ktoś deklaruje, że jest głęboko wierzący, to może zdarzyć mu się mu się rozwody albo chce używać prezerwatyw.

Wyraźnie jednak wątpi Pan w ten liberalny kierunek…

Bo Kościół, szczególnie w Polsce, ale też w wielu innych krajach świata, słabnie i ma tego świadomość. A im słabszy jest, tym bardziej się radykalizuje, co jeszcze bardziej go osłabia i zarazem drażni. To walka na śmierć i życie. Dlatego nie sądzę, by tak zhierarchizowana instytucja dokonała zwrotu w liberalną stronę.

Wroński! Zbastuj z Palikotem!

 

 

Paweł Wroński nie popuszcza Januszowi Palikotowi za Wandę Nowicką. Tak komentuje w „Buncie na szachownicy”:

Janusz Palikot nie jest pierwszym ani ostatnim politykiem, który uznał, że jest demiurgiem. Nie jest pierwszym ani ostatnim, który uważał, że polityka to jest gra w szachy, zaś ludzie to pionki i figury, które można swobodnie na szachownicy przestawiać. (Wyborcza.pl)

Niestety! Palikot się zagrał, jak pewien aktor, który grał w „Ślubie” Witolda Gombrowicza rolę psa. Zagryzł innego aktora.

Cyrk smoleński

Na Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego „naukowcy” z zespołu Macierewicza debatowali nad dwoma wybuchami i kłamstwami komisji Donalda Tuska (tak nazywają komisję Jerzego Millera).

Debata była tak głęboko, że ze śmiechu można było spaść z krzesła. Zaproszono członków Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, ale nie przyszli, bo Maciej Lasek (szef tego ciała) powiedział, że na debaty polityczne nie chadza, tylko na eksperckie. Macierewicz zostawił jednak puste krzesła dla tych, którzy nie przyszli. Macierewicz mógłby może kiedyś pójść po rozum i wlać go trochę do głowy, bo ma w niej pustotę.

Honorowe miejsce przeznaczone zostały dla rodzin ofiar smoleńskich, aby publika mogła trochę zaszlochać, ale przed nimi posadzono posłów PiS. No i jak zjawił się prezes Kaczyński, owacjom nie było końca.

Cyrkowe wystąpienie dał prof. Kazimierz Nowaczyk, wg niego 10 kwietnia 2010 r. prezydencki tupolew leciał innym torem, niż podaje się to oficjalnie, a przyczyną katastrofy były eksplozje – wyświetlił planszę z hasłem „Katyń 1940 – Smoleńsk 2010″. I stwierdził, że w sprawie smoleńskiej „państwo polskie nie zdało egzaminu”, a „Polska w Smoleńsku upadła na kolana”.

Jeszcze lepszy występ miał „sławny” już prof. Wiesław Binienda, który uważa, że dowodem, iż doszło do wybuchów na pokładzie tupolewa jest kawałek wraku z wyrwanymi nitami, które to „latały po samolocie jak pociski”.

Gdy ktoś z sali próbował zadać pytanie (taka to debata), został poinformowany: – Pytań nie przewidujemy.

Macierewicz zaś skupił się na brzozie, która w protokole rosyjskim z oględzin miejsca katastrofy nie została uwzględniona. Prokuratura wojskowa musiała dementować to kłamstwo, bo w protokole brzoza jest i to opisana jako złamana.

Ale Macierewicz się nie załamuje. Teraz się nie załamuje, bo 10 kwietnia 2010 roku czmychnął z Rosji, jakby w galoty zrobił na miękko. Mógł zostać, obadać miejsce katastrofy, pomodlić się pod brzozą. No, ale w takiej sytuacji nie mógłby stworzyć religii smoleńskiej i wierzących w zamach.

Benedykt XVI i Kościół Spaghetti

 

Nasze katolickie duchowieństwo musiało zasuwać do Rzymu, aby usłyszeć od od Benedykta XVI, że ma „żyć w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie”.

Tak jest! Ciekawe, jakim środkiem lokomocji kler się udał do Rzymu? Własnymi luksusowymi samochodami, samolotami, czy może pociągami?

W każdym razie tak daleko pielgrzymowali, aby usłyszeć to, o czym nie pamiętają. Śmiem twierdzić, iż polski kler o takich niedogodnościach, jak czystość, ubóstwo i posłuszeństwo kompletnie zapomniał, a najwyżej przypomina swoim owieczkom.

No i na tyle byłoby o klerze, który – jak o. Rydzyk – ubóstwo może pielęgnować w wyposażeniu maybacha, koniecznie za zaciemnionymi szybami.

Nie wiem, czy Watykan praktykuje zwrot kosztów podróży, bo taka delegacja po „prawdę o czystości, ubóstwie i posłuszeństwie” sporo kosztuje. Wierni w parafiach jednak będą musieli się zrzucić na weekendowy wypad proboszczów i biskupów do Rzymu.

A tymczasem… i temu głównie ten wpis jest poświęcony. Pierwszemu spotkaniu łódzkiej gminy pastarafian, czyli Kościołowi Latającego Potwora Spaghetti. Zebrali się, aby świętować rejestrację, ale MAiC (Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji) nie przysłało odpowiedzi.

Ale i tak pastafarianie – przybyło ich około 30 – dobrze oddawali się swojej wierze, to jest spożywali święty napój z dużą zawartością chmielu, zajadali się pysznym spaghetti bolognese i prowadzili długie dysputy na temat wiary i niewiary – szczególnie tej ostatniej.

Było poważnie, choć wesoło. Rozmowy dotyczyły problemów z rejestracją Kościoła, obecności symboli religijnych w instytucjach państwowych, propozycji episkopatu wprowadzenia religii na maturę i Funduszu Kościelnym. Większość przybyłych opowiadała się za rozdziałem państwa i Kościoła. Jakiegokolwiek, w tym Kościoła Spaghetti. Choć oczywiście, póki takiego rozdziału nie ma, pastafarianie będą chcieli uczestniczyć w życiu publicznym na równych prawach z innymi religiami. Matura ze znajomości Luźnego Kanonu i logo Potwora Spaghetti nad tablicami szkolnymi? Dlaczego nie? Po to, by zwrócić uwagę na absurdalność takich rozwiązań.

Po rejestracji pastafarianie będą zbierali pieniądze na cele ogólnospołeczne, korzystając z odpisów podatkowych swoich wiernych. Bo uważają, że planowana przez rząd możliwość odprowadzania 0,3% podatku dochodowego na Kościół to dyskryminacja mniejszości niezrzeszonych w związkach wyznaniowych. Dlaczego osoba należąca do jakiegoś Kościoła będzie mogła odprowadzać część swoich podatków na cele religijne, a na przykład ateiści będą pozbawieni podobnej możliwości finansowania instytucji dbających o ich duchowość (stowarzyszeń ateistycznych lub wolnomyślicielskich)? Duchowość przecież nie ogranicza się wyłącznie do religii. Pastafarianie w swojej działalności będą więc dbali nie tylko o wyznawców własnego Kościoła, ale o wszystkich ludzi, a zwłaszcza o grupy w Polsce dyskryminowane – ateistów, agnostyków i osoby niezdeklarowane pod względem wyznania.

Łódzcy pastafarianie powołali dwie grupy robocze – filmową i ds. apokryfów. Wytwory ich pracy będzie można już wkrótce podziwiać. Podczas spotkania nie zabrakło też momentów zabawnych. Jednym z nich był pokaz mody sakralnej.

Ale najważniejszym punktem spotkania było podpisanie prośby ze strony łódzkiej gminy o przyśpieszenie rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Pastafarianie liczą, że w końcu Ministerstwo uzna, że nie ma lepszych i gorszych religii i każdy w Polsce może wierzyć w to, co chce. (Źródło: naTemat.pl)

Kościół: wrogie przejęcie dusz

 

 

Watykan funduje sobie kolejną „wojnę” o dusze chrześcijan. Tym razem z luteranami.

Kościół Benedykta XVI chce ustanowić ordynariat dla luteran. Ordynariat personalny to zupełnie nowe pojęcia w prawie kanonicznym. Dotyczy zagarnięcia wiernych z innych chrześcijańskich wyznań, którzy z powodu reform w swoich kościołach są „bezpańscy”. Wówczas eryguje się (powołuje) ordynariat (jednostka terenowa, coś jak diecezja), w którym dokonuje się konwersji (przejścia z jednego wyznania chrześcijańskiego na inne, w tym wypadku na katolickie). Dotyczy to świeckich, jak i kleru oraz członków życia konsekrowanego.

Pierwsze ordynariaty to świeżej daty „polowanie na dusze” ustanowione dla porzucających anglikanizm, gdy ten Kościół dopuścił, iż wyświęcani na biskupów mogą być geje i kobiety. Benedykt XVI stworzył takie pierwsze ordynariaty w 2009 roku dla USA i Australii, a w 2011 dla byłych członków Kościołów Anglii i Walii.

Watykan przymierza się obecnie do luteran. Tym bardziej to budzi sprzeciw, iż w 2017 roku protestanci będą czcić 500. rocznicę reformacji. Taki prozelityzm (agresywna misja: „powrót na łono Kościoła”) przez luteran jest odbierany, jak wrogie przejęcie dusz. A protestantyzm uważa, iż reformacja to rozłamanie się jednego pnia na różne, ale jednakowo ważne części składowe, które darzą się braterskim szacunkiem.

A tu klops, który zafundował Kościołowi Benedykt XVI, przekreślił wcześniejsze osiągnięcia ekumeniczne dokumentem „Dominus Iesus”, z którego wynika, iż zbawienia dostąpić mogą tylko katolicy, a inne wyznania są gorsze.

Watykan takim misyjnym prozelityzmem, jak ustanawianie ordynariatów, kopie sobie grób w świecie pojednania i szukania wspólnych płaszczyzn. Ta swoista watykańska ekonomia konfesji żeruje na wrogim przejęciu dusz.

Kleru paranoje egzorcystyczne

 

 

Wśród kleru furorę robi pismo „Egzorcysta”. Produkt czysto średniowieczny.

Taka oto historyjka, która mówi z czym mamy do czynienia. Tekst ks. Michała Olszewskiego pt. „Proszę księdza, moje dziecko jest opętane”. Ksiądz opowiada: „Kiedyś przyszła do mnie kobieta ze swoim dzieckiem, które od pierwszego roku życia mówiło biegle po angielsku i włosku. W dodatku umiało modlić się na różańcu. Rzecz zupełnie niewytłumaczalna. Wpadało też w późniejszych latach w wielką agresję. Okazało się, że jest zniewolone. Usłyszałem od zrozpaczonej kobiety: »Proszę księdza, to konsekwencja moich grzechów «”.

Egzorcyści są oburzeni, że wymaga się od nich, by osobę, którą się zajmują, najpierw wysłali do psychologa. Warto byłoby wysłać do psychologa kandydatów na egzorcystów, czy przypadkiem sami nie potrzebują pomocy?

To pismo pokazuje do jakiego stopnia oszalał kler. Do poziomu schizofrenii z powikłaniami paranoicznymi.