Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Putin

 

Tak znaleźli Tomka Kowalskiego. „Był wczepiony w poręczówkę, siedział skulony z radiotelefonem przy uchu”. „Powrót na Broad Peak” Hugo-Badera [FRAGMENTY]

Michał Gostkiewicz, 21.05.2014
Zdjęcie z wyprawy poszukiwawczej Jacka Berbeki na Broad PeakZdjęcie z wyprawy poszukiwawczej Jacka Berbeki na Broad Peak (Fot. Jacek Hugo-Bader)

„Normalnie chodzi o to, żeby być na szczycie, zdjęcie pstryk i dzida w dół, bo na takich wysokościach powinno się być jak najkrócej, a my, jak się tam znajdziemy, dopiero zaczynamy działać. Zacznie się robota, akcja, walka z emocjami. Będzie trzeba ich odkuć! I coś z nimi zrobić. Do pierwszej szczeliny albo transport na dół. To wyjdzie w trakcie akcji”. Tak Jacek Jawień, jeden z uczestników wyprawy poszukującej ciał zaginionych na Broad Peak polskich himalaistów, streścił jej cel. A przebieg tej niezwykłej ekspedycji udokumentował Jacek Hugo-Bader w książce „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”.
Wyprawa poszukiwawcza miała na celu odnalezienie ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, zaginionych wspinaczy z ekspedycji, która w 2013 r. Zdobyła, po raz pierwszy w historii w zimie, ośmiotysięcznik Broad Peak. Letnią ekspedycję zorganizował i poprowadził brat Macieja, również himalaista, Jacek Berbeka. Poszło z nim dwóch wspinaczy – Jacek Jawień i Krzysztof Tarasewicz. Pod szczytem, w obozach, czekali pozostali uczestnicy – rodzice i narzeczona Tomasza Kowalskiego. A wszystko dokumentował, spisywał i nagrywał ostatni uczestnik wyprawy – reporter „Gazety Wyborczej”, dokumentalista Jacek Hugo-Bader.

Ta książka ma dwa wątki. Pierwszy to wątek samej wyprawy – trudnej, niewdzięcznej, bo przecież od początku wiadomo, że nie ma się skończyć sukcesem, zdobyciem szczytu, tylko smutnym obowiązkiem pochowania ukochanego syna i brata – jeśli oczywiście uda się znaleźć ciała. Nie jest łatwa też ze względu na osobowość jej szefa – Jacka Berbeki, znanego w himalaistycznym środowisku z ksywy „Siekierka”. – Człowieka niezwykle twardego, znakomitego fachowca, ale o trudnym charakterze, na dodatek zrozpaczonego po śmierci brata, na dodatek pełnego wyrzutów wobec tych uczestników feralnej ekspedycji na Broad Peak, którzy przeżyli. „To narwany człowiek, bardzo ekspresywny, nerwowy, ale zaimponował mi tą swoją przerażającą determinacją i szybkością organizacji. To, że zgodziłem się z nim pojechać, sprawiły ta jego siła, charakter, sposób, w jaki dąży do celu. Sprawny, czysty, jasny. Bardzo mnie to zmobilizowało, uwiodło, porwało. Jestem dumny, że zaprosił mnie na tę wyprawę. Na Broad Peak” – mówi Hugo-Baderowi Krzysztof Tarasewicz.

I jest też drugi wątek – ściśle związany z krajem. Z tym, co się wydarzyło w Polsce po wspaniałym triumfie Adama Bieleckiego, Artura Małka, Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego i tragedii, która nastąpiła zaraz po nim. To też wątek podziałów w polskim środowisku himalaistycznym, ocen wyprawy na Broad Peak i walca opinii i ocen, który przetoczył się przez media. Media, których reprezentantem – chcąc nie chcąc – jest na wyprawie Hugo-Bader, który rozmawia bezstronnie ze wszystkimi – i z Bieleckim, który broni się przed przypisywaniem mu współwiny śmierci kolegów, i z kierownikiem feralnej ekspedycji Krzysztofem Wielickim, i z Jackiem Berbeką. Autor książki – sam twardy charakter – nieraz liderowi podpadnie, nieraz się postawi i nieraz pokłóci. Ale też i himalaiści jemu – „obcemu” – nie ułatwiali życia. Oddajmy mu głos.

„Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” – FRAGMENTY KSIĄŻKI:

„16 lipca. Siedzę z kamerą na wysokiej lodowej skarpie i wypatruję z wysoka obu Jacków, którzy koło południa powinni wrócić spod szczytu do bazy. Chcę ich zobaczyć, porozmawiać z nimi, póki nie wygaśnie ogień, który będą mieli w oczach, nim uładzą myśli, na twarze wróci porządek, z którego obu ich znamy,

nim z pięknych, ale wyrachowanych maszyn do podchodzenia, żywych robotów szukających przejścia na drugą stronę lustra na powrót zostaną zwykłym Berbeką i codziennym Jawieniem.

(…)

Wreszcie są i moi bohaterowie. Napaleni, nabuzowani, ogniści, wietrzni. Pociągający. Możesz tylko zazdrościć, żeś nie wszedł z nimi na karuzelę, nie zbliżyłeś się nawet do lustra. – Ale widać go było z daleka – mówi bezładnie Jacek Jawień między łyżkami łapczywie pochłanianej zupy. – Przemagiczne. Idziesz, patrzysz, a tam facet po prostu jest. Pomimo że jesteś na to przygotowany od miesięcy, to… Kurde. Posiedziałem przy nim ze dwadzieścia minut, bo wyrwałem szybciej. Se pogadaliśmy chwilę… Nie chciałem go ruszać sam, bo jeszcze mu czekanem, kurwa, narobię dziur w palcach…

Zupa! Zupa jest zawsze pierwsza po zejściu. Tylko zrzucisz plecak, nim zdejmiesz ogromne buciory, boś spragniony i głodny jak zwierzę, bo tam ci nic nie wchodzi, nic nie zjesz, wszystko smakuje jak trawa, jak kuchenna gąbka do mycia zlewu i naczyń. Tam wysoko wszystko z tobą jest inaczej. Nie możesz się najeść, napić ani odpocząć. Męczy nawet oddychanie i coś, w co trudno uwierzyć – w strefie śmierci, powyżej 7900 metrów, męczy nawet odpoczywanie. Nawet nie wykonując żadnego ruchu, z każdą sekundą jesteś coraz słabszy. Utrzymanie twojego ciała przy życiu kosztuje tak dużo, że cokolwiek byś robił albo czego nie robił, bilans energetyczny jest zawsze ujemny, z każdą chwilą tracisz siły, zapał, wigor. Nawet jak śpisz, a będziesz chciał to podreperować i się najesz, to wyrzygasz, bo trawienie to spalanie, a do niego potrzebny jest tlen. Którego tam przecież prawie nie ma. Organizm nie odda ci ani jednego atomu, ani jednego „O” na obżarstwo, na takie ekstrawagancje, taką marnację.

Ściągają buciory, rozpakowują szturmowe plecaki, przebierają się i na kolacji opowiadają już składniej, bez wypieków, mniej przekleństw i migotania przedsionków. Z gratulacjami przychodzi Hassan Jan, lider pakistańskiej wyprawy, któremu Jacek Berbeka melduje, że droga na Broad Peak jest wolna. Opowiada, że Tomek był w takim miejscu, że idąc na szczyt, nie można go było ominąć. Lina poręczowa wchodziła pod niego, każdy, kto chciał przejść, musiał na niego nadepnąć. Niemiec, który

Go pierwszy znalazł, stanął na Tomka buciorem uzbrojonym w raki, musiał wypiąć małpę do podchodzenia, jakoś się przez niego przewalić, wpiąć małpę i wspinać się dalej. Tomek czekał na obu Jacków na wysokości 7985 metrów. Tak pokazywał zegarkowy wysokościomierz Jawienia, który nigdy wcześniej nie był na szczycie ośmiotysięcznika. Teraz brakowało mu do niego 62 metrów, do przedwierzchołka Rocky Summit były tylko 42 metry do podejścia, a do magicznej dla wszystkich himalaistów wysokości ośmiu tysięcy metrów – zaledwie 15. To jest pięć pięter. Bardzo wielu wspinaczy, którzy muszą się wycofać, najpierw na siłę dociąga do tej granicy i dopiero wtedy rozpoczyna „wycof „.

- Kurde, Jawieniu, byłeś kilkadziesiąt metrów od szczytu! – Łapię się za głowę. – O rzut kamieniem, i to nie jest żadna metafora! I nie wszedłeś na niego?!

- Chociaż go widziałem. Wspiąłem się kilka metrów wyżej w tym kominku, gdzie był Tomek, żeby sobie na niego popatrzeć. Trzeba było ratować życie. Był straszny huragan, mróz, zawierucha, a przed nami masywna robota przy Tomku. Straszna walka. Nie było możliwości w ogóle. Zupełnie nic mi nie żal. Celem tej wyprawy nie był szczyt.

- Pierścionek! Czy Tomek miał pierścionek? [Kowalski miał na szczycie Broad Peak nagrać film, na którym oświadcza się swojej dziewczynie Agnieszce - red.]

- O tej romantyce też zupełnie nie dało się myśleć. Ani głowy, ani siły nie było, żeby zajrzeć mu do kieszeni. Nie miał plecaka. Czołówki i kamery też. Musiał zgubić. Jeden rak nie był przypięty i wisiał na pasku. Tomek był wczepiony w poręczówkę, siedział skulony z radiotelefonem przy uchu. Rano 6 marca obiecał Wielickiemu, że wstanie i spróbuje schodzić, ale nie dał rady. Tak zamarzł. Musieliśmy szybko wytarabanić go z tego kominka i ratować swoje dupy.

Tomek umarł w miejscu, gdzie nie było żadnych szczelin w lodowcu. Chłopaki owinęli go w płachtę, obwiązali linami i zsunęli około 150 metrów w dół i 30 metrów w bok od drogi wspinaczkowej i rozwieszonych poręczówek. Berbeka i Jawień ułożyli go w płytkim zagłębieniu terenu i obłożyli kamieniami. Zmitrężyli na to sześć godzin i mnóstwo sił”.

Dialog z Jackiem Berbeką nagrany na wideo przez J. Hugo-Badera:

„Plener. Gdzieś na lodowcu Godwin Austen. Środek dnia, w pełnym słońcu. Niezwykle spokojna rozmowa z Jackiem Berbeką.

- Skąd wracamy? – pyta JHB. – Z Kopca Gilkeya, gdzie są tablice dla Tomka i Maćka. Poszedłem tam z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej od naszej

mamy, który miałem dać Maćkowi, ale Maćka żeśmy nie znaleźli. To zostawiłem obrazek przy tablicy. A miałem zostawić przy bracie…

- Bo prawdopodobnie jest w szczelinie na wysokości gdzieś siedmiu tysięcy siedmiuset metrów. I już tam zostanie. Ogromna, bardzo głęboka, szeroka na sześć-siedem metrów szczelina. Przez jej środek biegnie lina poręczowa, jakich używali w czasie zimowej wyprawy. Normalnie poręczówki omijają tak

szerokie szczeliny bokiem, więc pewnie jakieś punkty mocowania zostały wyrwane. Przez coś, przez kogoś, z jakiegoś powodu… Teraz lina znika w szczelinie. I jest obciążona. Prawdopodobnie ciałem. Schodzi bardzo głęboko w dół i nie ma tam dostępu.

Jacek Berbeka wyciera oczy ukryte pod bardzo ciemnymi, lodowcowymi okularami.

- Pewnie Maciek wisi na tej linie – mówi. – Taki jego grób.

- Czujesz ulgę?

- Nie. Bo nie odnalazłem brata.

- Kochałeś go?

- Kocham cały czas – mówi Jacek Berbeka i znowu wyciera oczy.

- Możesz podnieść okulary?

- Mogę. A najważniejsze, że Tomek będzie odpoczywał w spokoju. To dla Kowalskich ogromna ulga. Szczęście. Już są jakby po pogrzebie”.

Zobacz także

TOK FM

 

 

 

Prof. Płatek: Z kobiety bez skrępowania robi się kontener. To zadziwiające lekceważenie w ustach posłanki

Agnieszka Wądołowska, 21.05.2014
Małgorzata Gosiewska i Prof. Monika PłatekMałgorzata Gosiewska i Prof. Monika Płatek (Fot. AG)
- To sprowadzenie kobiety do roli kontenera, rzeczy pozbawionej praw i woli. Uprzedmiotowiona, nie jest w ogóle brana pod uwagę, ważne jest to, że jak się poszuka, to znajdzie się szczęśliwe dziecko z gwałtu. Chciałoby się powiedzieć „hallo!” podobno są jeszcze ustawy w Warszawie – tak wypowiedź posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej komentowała prof. Monika Płatek
- Należy chronić życie, niezależnie od tego, w jaki sposób powstało i czy to życie jest w pełni piękne, zdrowe i mądre, czy może jest lekko chore, niepełnosprawne. To jest życie – mówiła w Radiu Zet Małgorzata Gosiewska z PiS. Posłanka opowiedziała się za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej w stronę eliminacji możliwości usuwania ciąży przez ofiary gwałtów oraz w przypadku uszkodzonych płodów. Argumentowała, że zna „osoby poczęte w wyniku gwałtu, urodziły się i są szczęśliwe”.Słowa posłanki PiS komentowała dla Tokfm.pl karnistka prof. Monika Płatek. – Spotkałam szczęśliwe dziecko z gwałtu… Arkady Fiedler też kiedyś spotkał szczęśliwych Indian, i co z tego? Takie postawienie sprawy świadczy o sprowadzeniu kobiety do roli kontenera, rzeczy pozbawionej praw i woli. Uprzedmiotowiona, nie jest w ogóle brana pod uwagę, ważne jest to, że jak się poszuka, to znajdzie się szczęśliwe dziecko z gwałtu. Chciałoby się powiedzieć – hallo! podobno są jeszcze ustawy w Warszawie. Ale może to przesada? – pytała w odpowiedzi karnistka.
„Ta pogarda dla kobiet zadziwia”- Skoro jawnie lekceważy się zapis karty praw podstawowych gwarantujących każdemu prawo do godności (art.1) i integralności fizycznej i psychicznej (art.3), i gdzieś ma zapisy zobowiązujące władz do zagwarantowania praw reprodukcyjnych w postaci odpowiedzialnego decydowania o tym, czy, kiedy, z kim, czy w ogóle będzie mieć dziecko. To ostatnie zakłada zagwarantowanie kultury i praktyki wolnej od gwałtu. Tymczasem nie słychać, aby namawiano do powstrzymania się od gwałtów, słychać, że w imię interesów politycznych wolno poświęcić zdrowie, życie kobiety i jej prawo do decydowania o sobie. Ten poziom pogardy dla kobiet zadziwia, bo to przecież słowa płynące z ust posłanki, która powinna stać na straży porządku prawnego – komentowała prof. PłatekKarnistka przypomina też o ustawie z ’93 roku o planowaniu rodziny, która wyraźnie mówi o obowiązku władzy do respektowania praw reprodukcyjnych kobiet i mężczyzn. – Te przepisy powstały właśnie po to, by uniknąć sytuacji, w której się znaleźliśmy, kiedy z kobiety bez skrępowania robi się kontener, i to jeszcze w imię obrony życia. Jednocześnie uprzedmiotowiamy dzieci. W wypowiedzi posłanki pada też stwierdzenie, że przecież można te dzieci oddać, przekazać, tak jakby to były rzeczy – mówiła prof. Płatek.

„To służy podziemiu aborcyjnemu”

Profesor Płatek zwróciła również uwagę na negatywne konsekwencje tego typu wypowiedzi. – Obawiam się, że takie stawianie sprawy będzie wykorzystywane po to, aby odmawiać kobietom prawa ochrony zdrowia w czasie ciąży, do której mają bezwzględne prawo – ostrzegała. Dodała, że argumentowanie za zaostrzeniem ustawy „świetnie” służy podziemiu aborcyjnemu. – Nie podejrzewam, żeby posłanka była na procencie, ale nie może nie zdawać sobie sprawy z tego, że w Polsce jest tak niska dzietność dlatego, że ludzie powstrzymują się od współżycia seksualnego albo mają tak doskonale zorganizowane środki antykoncepcyjne – spuentowała.

Jak wyglądają dacze czynowników Putina

Michał Wachnicki, 21.05.2014
 Posiadłości w pobliżu miejscowości LeszkowoPosiadłości w pobliżu miejscowości Leszkowo (Fot. http://navalny-en.livejournal.com)
Ogromne posiadłości z lądowiskami dla helikopterów, własnymi jeziorami i kortami do gry w tenisa. Kilkupiętrowe wille i dwory. Tak mieszkają zaufani urzędnicy Putina. Z deklarowanych pensji wynika, że musieliby na nie pracować po kilka dekad każdy.
Jak niedawno pisaliśmy fortuna kontrolowana przez Władimira Putina może wahać się od 40 do 70 mld dolarów. Według opozycjonistów (m.in. Borysa Niemcowa, znanego polityka demokratycznego) rosyjski prezydent posiada m.in. 20 luksusowych rezydencji, w tym XIX-wieczny zamek odnowiony kosztem 100 mln dolarów.Korupcyjny tort w Rosji jest jednak za duży tylko dla jednego człowieka, a i przywódca Rosji chętnie się nim dzieli z zaufanymi przyjaciółmi. Przy czym wielkość kawałka zależy od zażyłości i posłuszeństwa głowie państwa. 

Widać to doskonale na przykładzie podmoskiewskich rezydencji bliskich współpracowników Putina. Lotnicze zdjęcia arystokratycznych daczy i interaktywna strona z informacjami na temat ich właścicieli są właśnie szeroko powielane przez rosyjskie serwisy społecznościowe.

Własne jeziora, boiska, lądowiska dla helikopterów

Zdjęcia i informacje zostały opublikowane przez organizację Front Walki z Korupcją założoną przez opozycjonistę Aleksieja Nawalnego. Według informacji zebranych przez niego pięć wielkich posiadłości leżących w miasteczku Leszkowo w powiecie Istra, 40 km na zachód od Moskwy, należy do członków partii prezydenta Putina Jedna Rosja. 

Najbardziej prominentnym z nich i obecnym na liście osób objętych sankcjami UE jest wiceszef administracji prezydenta Rosji Wiaczesław Wołodin. Większą część jego posiadłości (nr 4 na zdjęciu) zajmuje staw, ale widać również kort tenisowy i ogromny – 744 m kw. – dom wypoczynkowy. Posiadłość polityka, który „nigdy nie zajmował się biznesem”, kosztowała 152 mln rubli – ok. 10 mln zł, podczas gdy urzędnik zarobił w latach 2010-12 około 17 mln rubli, czyli nieco powyżej miliona złotych. Tyle oficjalnie, bo według Nawalnego w samym 2009 roku Wołodin zarobił na boku 350 mln rubli.

Podobnie sprawa się ma z innymi posiadaczami wystawnych dacz. Na swoją kosztującą 75 mln rubli działkę deputowany do Dumy z Jednej Rosji Igor Rudenski (posiadłość nr 2) musiałby pracować 37 lat, podobnie jak sekretarz rady tej samej partii Siergiej Nieworow.

Nieworow, jak pisze Nawalny, „uwielbia portretować się jako robotnik oraz prosty górnik i nigdy nie zajmował się biznesem”. Nie ma zbyt dużych dochodów, a swój dom za 95 mln rubli (5 mln zł) zapisał na nazwisko swojej teściowej – 75-letniej rencistki z Nowokuźniecka.

Dwie największe posiadłości – porównywalne wielkością z placem Czerwonym w Moskwie – należą do Nikolaia Aszlapowa (nr 1) i Siergieja Prichodki. Aszlapow to członek Jednej Rosji i urzędnik w państwowej firmie realizującej specjalne państwowe projekty w branży budowlanej – w tym budowę obiektów wojskowych.

Aszpalow nadzorował też przygotowania do szczytu organizacji APEC we Władywostoku w 2012 roku – do czasów Soczi były najdroższą i najbardziej krytykowaną za korupcję imprezą organizowaną przez Rosję.

Natomiast Prichodko – posiadacz 1500-metrowego domu i parkowej rezydencji (nr 5) to dyplomata od 1986 roku, a niedawno doradca Putina. „Żadne jego stanowisko nie mogłoby wyjaśnić, jak doszedł do takich pieniędzy” – napisał na swoim blogu Nawalny.

Spółdzielnia Sosny

Nie tylko ogromne ceny posiadłości świadczą o korupcji putinowskich urzędników. Okazuje się, że posiadłości każdego z nich składają się z kilku połączonych ze sobą działek. Jednak w deklaracjach majątkowych politycy wpisują najczęściej tylko jedną z nich (i to nie zawsze zapisaną na siebie).

Reszta należy do spółdzielni o nazwie „Sosny”, wiejskiego niekomercyjnego stowarzyszenia. Według dokumentów organizację założyło kilka osób z najbliższego otoczenia Putina, m.in. właściciele posiadłości Igor Rudenski i Wiaczesław Wołodin. Ziemia jest jednak zarejestrowana na ich zastępców.

„Członkowie partii Jedna Rosja to oszuści, którzy wymyślili, jak zrobić, aby nie deklarować posiadania czegoś, co w rzeczywistości należy do nich” – ocenił Nawalny.

To tylko jeden z rosyjskich rezerwatów bogaczy

W lipcu ubiegłego roku pisaliśmy o innym odkryciu Nawalnego. W leżącym na południe od Moskwy Akulinino, nazywanym już „nową Rublowką”, swoje dacze mają: Arkadij Rotenberg, dziś miliarder seryjnie otrzymujący państwowe kontrakty na potężne budowy, Siergiej Czemiezow, dyrektor państwowej korporacji Rostech, której podlegają największe firmy zbrojeniowe i kilka przemysłowych gigantów cywilnych, Nikołaj Tokarow, prezes zarządu państwowej spółki Transnieft zarządzającej rosyjskimi ropociągami.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>