Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 50141
  • Dzisiaj wizyt: 7
  • Wszystkich komentarzy: 129

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Coś

 

Propaganda niszczy filozofię

Rozmawiała Agnieszka Kublik, 24.04.2014
Inauguracja roku akademickiego na Uniwersytecie w Białymstoku, 10 października 2013 r. Studentów filozofii jest coraz mniej. Uczelnia zdecydowała, że tegoroczny nabór na filozofię będzie ostatniInauguracja roku akademickiego na Uniwersytecie w Białymstoku, 10 października 2013 r. Studentów filozofii jest coraz mniej. Uczelnia zdecydowała, że tegoroczny nabór na filozofię będzie ostatni (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)
Filozofia jest postrzegana jako społecznie bezużyteczna i produkująca bezrobotnych. Taki pogląd niszczy demokrację i kulturę społeczną. I to się zemści – mówi prof. Małgorzata Kowalska, szefowa Zakładu Filozofii Współczesnej i Społecznej z Uniwersytetu w Białymstoku
AGNIESZKA KUBLIK: Po co młodzi ludzie idą na studia filozoficzne?PROF. MAŁGORZATA KOWALSKA: – Studenci odpowiadają najczęściej, że chodzi o rozwój osobisty, poszerzenie horyzontów, zapoznanie się z różnymi koncepcjami, może o znalezienie odpowiedzi na pytania o charakterze metafizycznym i moralnym.

Motywacja jest więc nierynkowa, czysto intelektualna lub egzystencjalna, i w tym sensie „niepraktyczna”. I tak być powinno. Filozofia jest poszukiwaniem mądrości, a nie konkretnego zawodu i rynkowego sukcesu.

To jaką potem znajdują pracę?

- Paradoksalnie, bezinteresowna motywacja adeptów studiów filozoficznych nie przeszkadza im w znajdowaniu pracy. Badania pokazują, że absolwenci filozofii rzadziej niż absolwenci wielu innych kierunków są bezrobotni.

Filozofia „rozpycha umysł”, dostarcza kompetencji kulturowych i narzędzi intelektualnych przydatnych w wielu miejscach. Filozofowie odnajdują się w różnych profesjach i segmentach rynku pracy: w mediach, instytucjach kulturalnych, administracji, organizacjach pozarządowych, ale także w biznesie, marketingu i reklamie.

Byłoby jednak bardzo dobrze, aby absolwenci filozofii mogli częściej niż dziś nadal zajmować się wprost filozofią, np. nauczać jej w szkołach różnego szczebla, gdyby przedmiot filozofia został w końcu, po wieloletnich przymiarkach, wprowadzony do szkół. Uczniowie tylko by na tym zyskali.

Od kilku lat ubywa studentów filozofii na Uniwersytecie Białostockim. Na pierwszy rok dostało się 23 studentów, na drugim studiuje 11, a na trzecim – 29.

- Na pierwszym roku jest ich już nawet mniej niż na początku, raptem kilkunastu. Ale nie tylko na naszym uniwersytecie. To prawidłowość ogólnopolska, jej skutki widać już na największych uczelniach.

Na Uniwersytecie Warszawskim spadku nie ma: w roku akademickim 2010/11 na I rok filozofii przyjęto 96 studentów, w 2011/12 – 103, 2012/13 – 99, 2013/14 – 97.

- Ale kiedyś było znacznie więcej chętnych niż miejsc, a ostatnio nie. Spadek jest widoczny w liczbie kandydatów, choć jeszcze nie w liczbie przyjętych na studia. Za tę spadkową tendencję po części odpowiada niż demograficzny.

Studentów filozofii ubywa szybciej niż wszystkich studentów: w roku akademickim 2008/09 – spadek studentów filozofii 9,4 proc., a wszystkich – 0,5 proc. W roku 2012/13 – filozofii 13,5 proc., a wszystkich – 6,6 proc.

- To skutek tego, co nazywam klimatem ideologicznym wydatnie wspieranym przez rządzących. Za sprawą tego klimatu filozofia, a nawet humanistyka w ogóle, zaczęły być postrzegane jako dziedziny społecznie bezużyteczne, niemające bezpośredniego wpływu na rozwój gospodarczy. Pojawiła się też niezgodna z faktami czarna propaganda, wedle której filozofia produkuje bezrobotnych. Ten klimat i ta czarna propaganda niszczą nie tylko samą filozofię. Niszczą demokrację i kulturę społeczną. I to się zemści.

Jak wyliczył prof. Leonard Etel, rektor białostockiego uniwersytetu, studenci filozofii kosztują was 600-700 tys. zł rocznie. Przy jakiej liczbie studentów filozofii ten kierunek byłby rentowny?

- Mówienie o rentowności studiów w uczelni publicznej jest nieporozumieniem. Te wyliczenia, zgodnie z którymi dopłacamy do studentów filozofii 600 czy 700 tys. rocznie (a np. do studentów fizyki ponad półtora miliona), zostały przeprowadzone na gruncie całkowicie arbitralnych kryteriów.

Po pierwsze, skandalicznie niska jest dotacja, którą uczelnia dostaje z budżetu na utrzymanie działalności. Jest za mała na pokrycie realnych kosztów, zatem cały uniwersytet ma deficyt. Po drugie, ten wygenerowany przez niską dotację deficyt jest następnie rozdzielany na poszczególne wydziały i kierunki studiów również wedle umownych kryteriów. Im mniej studentów, tym większy wyliczony w ten sposób deficyt.

Nawet gdy pracownicy są „przepensowani” [pensum - obowiązkowa liczba godzin], to znaczy mają dużo pracy dydaktycznej. To absurd, który prowadzi – w celach oszczędnościowych – do zwiększania liczebności grup studenckich (aby pracownicy mieli mniej godzin), do zwalniania pracowników i do likwidowania kierunków, na których jest „za mało” studentów.

Ale co to znaczy „za mało”? Czy filozofia może i powinna być kierunkiem masowym? Po co? I co to ma wspólnego z jakością kształcenia, o której tyle się mówi?

Jesienią zeszłego roku wasza rada naukowa zdecydowała, że nabór w tym roku na filozofię będzie ostatni. „To nie jest kwestia niedoceniania roli filozofii, ale pieniędzy” – mówi prof. Etel. I proponuje częściową odpłatność za studia. Za jakie dyscypliny powinno dopłacać państwo?

- Rozmawiamy o studiach na uczelniach publicznych, które zgodnie z konstytucją są bezpłatne, czyli ich koszt w całości pokrywa państwo. Właściwie postawione pytanie powinno brzmieć: za jakie studia państwo chce i powinno płacić? Za studia filozoficzne powinno chcieć.

Filozofia nie należy do najczęściej wybieranego drugiego kierunku, np. przez studentów prawa, zarządzania, pedagogiki czy finansów.- Wśród naszych studentów filozofii około połowę – do tego roku – stanowili „drugokierunkowcy” i byli/są z bardzo różnych kierunków, nawet z medycyny i politechniki, ale przede wszystkim z polonistyki, socjologii, historii i pedagogiki. Nie wiem, skąd ma pani dane, że pedagodzy nie są zainteresowani dodatkowym studiowaniem filozofii.

To dane Ministerstwa Nauki.

- U nas się to nie potwierdza. Wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek studiów sprawiło, że na obecnym I roku nie mamy żadnego „drugokierunkowca”. Szkoda, studenci wybierający filozofię jako drugi kierunek są na ogół bardzo dobrzy.

Ponad milion złotych z Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki dostaną naukowcy z waszej uczelni – dr Anna Janicka z Wydziału Filologicznego i prof. Jan Tęgowski z Wydziału Historyczno-Socjologicznego. Nikt z filozofów. Dlaczego?

- Zapewne dlatego, że w tej edycji programu NPRH żaden filozof z naszej uczelni nie złożył wniosku.

Dlaczego? To spore pieniądze na rozwój naukowy.

- Tak, ale z definicji te pieniądze mogą dostać tylko niektórzy i na określony czas, co zwłaszcza w przypadku humanistyki stanowi zasadniczą słabość systemu grantowego. W poprzedniej edycji konkursu NPRH mieliśmy znaczące sukcesy. Dostaliśmy – ja sama i pracownik mojego zakładu – dwa granty na przełożenie naszych książek na język angielski jako wyróżniających się dzieł polskiej humanistyki. Trudno nam zarzucić, że jesteśmy naukowo słabi.

Problem filozofii, nie tylko w Białymstoku, polega dziś na tym, że nawet zespół oceniony bardzo dobrze w kategoriach merytorycznych może nie mieć szans na utrzymanie kierunku studiów z zupełnie innych niż merytoryczne powodów.

Jakie prace zadaje pani studentom?

- Na zaliczenie ćwiczeń studenci piszą eseje na wybrany temat, a możliwości wybrania sobie ciekawego tematu pracy są ogromne. Z zakresu filozofii nowożytnej studenci wybierali tematy takie, jak „Problem nieskończoności w myśli Kartezjusza i Pascala”, „Idea umowy społecznej w świetle teorii Locke’a, Hobbesa i Rousseau”, „Pytanie o koniec sztuki w świetle filozofii Hegla”.

O czym były ostatnie zajęcia?

- Ostatni wykład z przedmiotu filozofia nowożytna 2 dotyczył filozofii egzystencji Kierkegaarda – rozważania o subiektywności, wolności i religii. A tydzień wcześniej mowa była o Marksie, materializmie historycznym, kapitalizmie i komunizmie. Historia filozofii nowożytnej to dobra okazja do praktykowania intelektualnej otwartości i pluralizmu.

Debata o finansowaniu nauki i badań w humanistyce

Czy rynek może decydować o finansowaniu nauki i badań naukowych w humanistyce? W piątek 25 kwietnia w redakcji „Gazety Wyborczej” debata. Wśród gości prof. Małgorzata Kowalska, prof. Jan Woleński, filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr hab. Izabela Wagner, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego i dr hab. Jan Sowa, kulturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zapraszamy na godz. 17, Warszawa, ul. Czerska 8/10

 

Wyborcza.pl

Czy Szekspir był Szekspirem? 450 lat po narodzinach wybitnego pisarza wciąż kłócą się o teorie spiskowe

23.04.2014

Najpopularniejszy pisarz wszech czasów. Szacuje się, że sprzedano ponad 4,5 miliard kopii jego dzieł. Nie mówiąc już o liczbie osób, które zna bądź słyszało o jego sztukach. Tylko ignoranci nie znają „Makbeta”, „Hamleta”, a tym bardziej „Romeo i Julii”. Kto je napisał? Szekspir. A może ktoś inny? Powstało mnóstwo teorii spiskowych wokół tego wybitnego pisarza, przyjrzyjmy się im.

Czy William Szekspir naprawdę był autorem dzieł, które są jemu przypisane?
Czy William Szekspir naprawdę był autorem dzieł, które są jemu przypisane? • portret Williama Szekspira

Równo 450 lat temu, w dzień świętego Jerzego urodził się William Szekspir – tak się przynajmniej uważa. Jest to data rzecz jasna umowna. Jedyne co na pewno wiemy o okresie jego narodzin to fakt, że 26 kwietnia 1564 roku został ochrzczony w kościele w Stratford-upon-Avon. Co ciekawe, ten wybitny pisarz zmarł również w okolicach 23 kwietnia, tyle że 52 lata później.

Zaraz, zaraz, napisałem wybitny pisarz? Są tacy, którzy nie wierzą w jego autorstwo. W jego miejsce pojawiają się nazwiska aż 84 autorów.

Osoby, które nie wierzą w autentyczność Szekspira – autora licznych sztuk teatralnych – jako jeden z pierwszych argumentów przytaczają jego pochodzenie. Urodził się i umarł w niewielkim miasteczku Stratford-upon-Avon, tak więc nie mógłby zdobyć tak wielkiego doświadczenia życiowego potrzebnego do napisania swoich dzieł.

Do tego dochodzi argument, że nie mógłby być wybitnie uzdolniony literacko, gdyż miał niepiśmiennych rodziców. Dowodem ma być choćby akt ślubu rodziców Szekspira. Oboje zamiast podpisać się na nim, zaznaczyli pod swoimi imionami krzyżyk. Nie ma innych dowodów na to, że byli piśmienni. Również córki Szekspira były niepiśmienne. Zwolennicy teorii spiskowych, zwani też anty-Stratfordystami, uważają to za dowody, że również William nie wiele potrafił pisać. By to potwierdzić, przeanalizowano 6 jego podpisów, które miały rzekomo potwierdzić brak zdolności pisarskich.

Kolejne dowody to brak odpowiedniej edukacji. Uczęszczał do lokalnego gimnazjum, gdzie nie mógł zostać odpowiednio wykształcony. W takiej szkole nie mógłby się nauczyć tylu słów, ile wykorzystano w sztukach z podpisem „William Shakespeare”. Skoro nie był autorem dzieł, to dlaczego widnieje pod nimi jego nazwisko? Bo – według zwolenników teorii spiskowych – pojawiał się w kręgach teatralnych, pożyczał różnym osobom pieniądze, był właścicielem teatru. Podsumowując, był idealną osobą, która mogłaby działać jako przykrywka dla autorów chcących zachować anonimowość.

Powstała długa lista potencjalnych autorów „Tytusa Andronikusa”. Mierzy ona 84 nazwisk. „Najbardziej prawdopodobne” to Edward de Vere, Christopher Marlowe, czy Francis Bacon. Ale pojawiają się także takie nazwiska, jak Miguel Cervantes. Jednak tego typu teorie stoją na wątłych nogach. Dlatego przyjrzymy się tylko tym najpopularniejszym.

Edward de Vere
W 1920 roku pewien nauczyciel, J. Thomas Looney, doszedł do wniosku, że dzieła Szekspira stworzył nie kto inny, jak Edward de Vere. Był on dworzaninem żyjącym w czasach Szekspira i faworytem Królowej Elżbiety. Współcześni jemu ludzie uważali go za uzdolnionego poetę i pisarza. To naprowadziło Looneya na trop, że to de Vere jest prawdziwym Szekspirem.

17. Earl Oksfordu starannie zadbał o swoją anonimowość. Zresztą „przebieg wydarzeń” przedstawiono niedawno w filmie „Anonimus”. Jako główny dowód autorstwa Earla Oksfordu przedstawia się wątki autobiograficzne, które dworzanin mógł zawrzeć w szeregu sztuk teatralnych, czy sonet.

Historycy i biografowie odrzucają tę tezę. To dlatego, że nie można znaleźć żadnych powiązań pomiędzy dworzaninem Elżbiety a Williamem Szekspirem, który miał być jego figurantem. Jednak „teoria Oksfordzka” do dziś pozostaje najpopularniejszą teorią spiskową dotyczącą autorstwa dzieł Szekspira.

Francis Bacon
Zanim Looney stworzył swoją teorię, najczęściej mówiono, że współczesny Szekspirowi polityk i filozof Francis Bacon był autorem jego dzieł. Teorię tę uknuła amerykańska pisarka Delia Bacon – i przez długi czas była to najpopularniejsza teoria dotycząca autorstwa dzieł Szekspira. Według niej Bacon nie jedynym autorem. Pisał wraz z innymi dworzanami, którzy chcieli tworzyć, ale nie chcieli być znani jako autorzy sztuk teatralnych. To dlatego, że reputacja teatru w tamtym czasie była dosyć mierna. Przedstawienia teatralne były uznawane za sztukę dla mas, natomiast liczący na zaszczyty politycy nie mogli sobie pozwolić na porównania z plebsem.

Autorka wspomnianej teorii twierdziła, że w dziełach Szekspira pojawia się zbyt dużo wątków autobiograficznych, łączących jego pisarstwo z wymienioną przez nią grupą dworzan. Wśród argumentów wykazała także podobny styl i zawierane tezy w dziełach Szekspira i tekstach filozoficznych Bacona. Teoria ta stała się na tyle popularna, że nawet sąd w Chicago w 1916 roku nakazał uznanie Bacona i jego współpracowników prawdziwymi autorami dzieł Williama Szekspira.

Christopher Marlowe
Kolejnym Szekspirem miałby być poeta Christopher Marlowe. Powszechnie był uważany za największego rywala pisarza. Marlowe został zamordowany w 1593 roku w Deptford. Jednak są tacy, którzy sądzą, że pisarz sam sfabrykował swoją śmierć, by kontynuować in cognito karierę pisarską jako William Szekspir.

Dowody? Według zwolenników marlowiańskiej teorii dzieła opatrzone słynnym imieniem i nazwiskiem zaczęły się pojawiać dopiero po śmierci Marlowe’a. Widać w nich wpływ twórczości zmarłego poety, dlatego też uważa się, że wcale nie zginął. Tę tezę odrzucają główni badacze Szekspira ze względu na to, że aż szesnastu urzędników potwierdziło, że Marlowe został zabity.

Inni znani Szekspirzy
Powyższe teorie są najpopularniejsze. Jednak – jak wspomnieliśmy wcześniej – jest 84 domniemanych autorów dzieł Williama Szekspira. Wśród nich pojawia się anonimowy arabski pisarz Zubayr bin William, którego Muammar Kaddaffi uważał za prawdziwego autora „Romea i Julii”. Jest jeszcze teza wysunięta przez Malcolma X, która mówi, że wszystkie dzieła angielskiego pisarza napisał następca Elżbiety, Król Jakub I (James). Natomiast najśmielsze teorie jako autora dzieł Szekspira przedstawiają… samą Królową Anglii, bądź jej kuzynkę Marię, „Królową Szkotów”.

Jaka była prawda, wiedzą jedynie osoby, które żyły w tamtych czasach. Zawsze jest miejsce dla teorii spiskowych i nie należy ich wykluczyć. Jednak większość dowodów raczej chyli się ku temu, że dzieła tworzył nie kto inny, jak sam William Szekspir.

naTemat.pl

Michnik dla białoruskiego portalu: Co może uratować Ukrainę? Gdybym był realistą, rzekłbym – tylko cud

Michał Wilgocki, 23.04.2014
Adam Michnik, redaktor naczelny 'Gazety Wyborczej'Adam Michnik, redaktor naczelny ‚Gazety Wyborczej’ (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)
- Ukraina stanie się dla Putina tym, czym Afganistan dla ZSRR. Rosja połamie sobie na niej zęby, a Krym stanie się dla niej tym, czym Kosowo dla Slobodana Miloszevicia – mówi redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik w rozmowie z białoruskim portalem Karta 97.
Zapytany przez dziennikarkę Natalię Radzinę, co może uratować Ukrainę, Adam Michnik mówi: – Gdybym był realistą, powiedziałbym – tylko cud. Ale wierzę, że zawsze trzeba szukać szans. Ukrainę może uratować albo bardzo mocne stanowisko Zachodu, albo świadomość Władimira Putina, że otwarta interwencja będzie oznaczać kompletną katastrofę dla wizerunku Rosji.Jego zdaniem Rosja będzie chciała do tego stopnia zdestabilizować sytuację na Ukrainie, by podważyć wiarygodność zbliżających się wyborów prezydenckich.

- Widziałem w telewizji, że prorosyjscy politycy na Ukrainie pytają: „co to za wybory, kiedy po ulicach chodzą ludzie z bronią”. Tak wygląda kampania dyskredytowania tych wyborów. Według mnie to bardzo krótkowzroczna polityka. Może się okazać, że Ukraina stanie się dla Putina tym, czym Afganistan dla ZSRR. Rosja połamie sobie na niej zęby, a Krym stanie się dla niej tym, czym Kosowo dla Slobodana Miloszevicia – mówi Michnik. „Zachód nie jest przygotowany do starcia” Radzina pyta Michnika, jak jego zdaniem można zatrzymać Putina. – Nie wiem – odpowiada naczelny „Wyborczej”. – Przestać kupować ropę i gaz? Jeśli sytuacja się nie uspokoi, sprawy mogą pójść w tym kierunku i ostatecznie Putin straci wszystko. Ale to może potrwać pięć, osiem, a nawet dziesięć lat. Zachód jest w bardzo trudnej sytuacji, bo nie zdaje sobie sprawy, że by Ukrainę uratować, musi wejść w otwarty konflikt z Rosją. Tymczasem Zachód ma z nią zbyt wiele wspólnych interesów, nie jest przygotowany do takiego starcia – dodaje naczelny „Wyborczej”. Jego zdaniem Ukraina jest w dramatycznej sytuacji, bo cokolwiek zrobi – będzie źle. – Jeśli będą spokojni, to Putin zajmie Ukrainę bez jednego strzału. Jak zaczną strzelać – Rosja rozpocznie interwencję. Tak źle i tak niedobrze. Ale myślę, że gdyby chodziło o Polskę, to my zaczęlibyśmy strzelać – mówi. „Mam w Rosji wielu przyjaciół” Nawiązując niedawnego tekstu Adama Michnika „Hańba Rosji”, Radzina zapytała, czy redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” stał się rusofobem? – Nie, wciąż jestem rusofilem, ale antyputinowskim. Mam w Rosji wielu przyjaciół. Kocham rosyjską kulturę, literaturę, teatr, kino. Właśnie dzięki nim wierzę, że w Rosji jest potężny demokratyczny potencjał. Bardzo mi przykro, że wielu świetnych ludzi wyraża poparcie dla Putina. Wśród nich jest znakomity reżyser Paweł Łungin, mój przyjaciel. Zupełnie tego nie rozumiem – mówi Michnik. Radzina pyta również o 25. urodziny, które w tym roku obchodzi „Gazeta Wyborcza”. – Po 25 latach utrzymaliśmy nasz status opiniotwórczego i szanowanego dziennika, nie tylko w Polsce, ale w Europie Wschodniej. Jesteśmy nie tylko gazetą, ale też instytutem demokracji. Bez „Gazety Wyborczej” demokracja w Polsce byłaby gorsza – twierdzi Michnik. Zapytany, dlaczego nie jest politykiem, Adam Michnik zacytował fragment rosyjskiego piosenki: „Dlatego, że jesteśmy pilotami. Niebo to nasz dom. Najważniejsze dla nas są samoloty. A dziewczyny? Dziewczyny później”. – Nigdy nie chciałem być politykiem. I nigdy nie byłem – byłem żołnierzem na wojnie. Musiałem zaangażować się w politykę w momencie, kiedy sytuacja nie pozwalała mi, bym był swobodnym intelektualistą. Ale po dwóch latach w parlamencie stwierdziłem, że mam dosyć.

Wyborcza.pl

Korea Północna pokazała zdjęcia z dzieciństwa Kim Dzong Una. Dotąd były ściśle strzeżonym sekretem

wach, 23.04.2014
 Zdjęcie Kim Dzong Una z czasów dzieciństwaZdjęcie Kim Dzong Una z czasów dzieciństwa (Fot. KRT / REUTERS)
Zdjęcia uśmiechniętego chłopca z pucułowatymi policzkami pojawiły się niespodziewanie na ekranie podczas państwowego koncertu. Wcześniej dzieciństwo koreańskiego przywódcy było starannie strzeżoną tajemnicą.
Zdjęcia pokazano podczas koncertu z 16 kwietnia na cześć koreańskich Sił Powietrznych. Podczas pokazu slajdów i przy akompaniamencie klaszczącej z orwellowską synchronizacją widowni pojawiły się portrety kilkuletniego Kima. Pojawia się na nich chłopczyk ubrany w skrojony do jego dziecięcych rozmiarów wojskowy uniform. Na jednym zdjęciu salutuje, patrząc poważnie w obiektyw, na innym trzyma stery w symulatorze odrzutowca.

W Korei Północnej, gdzie publikowanie zdjęć jest częścią doskonale planowanego i kontrolowanego przez państwo kultu jednostki, publikacja fotografii małego Kima wydaje się niespodziewanym ruchem – nie tylko dlatego, że nie pasują do zwykłego obrazu dyktatora, który według raportu ONZ z 17 kwietnia „rządzi największym gułagiem na świecie”. Do tej pory młodość Kim Dzong Una trzymana była w ścisłej tajemnicy. Jak twierdził jeden z przedstawicieli CIA, w teczce poświęconej nowemu Najwyższemu Przywódcy CIA miało być tylko jedno zdjęcie z dzieciństwa Kima. Wiele więcej nie widzieli też sami Koreańczycy z północy. Jako dziecko Kim nigdy nie pojawiał się publicznie, a spotkania z nim dostąpić mogli jedynie najbliżsi urzędnicy z otoczenia przywódcy. Również od czasu, gdy Un pierwszy raz pojawił się publicznie dopiero kilka miesięcy przed śmiercią swojego ojca Kim Dzong Ila w grudniu 2011 roku, mało wiadomo było o jego życiu prywatnym. Jak podaje BBC, Kim Dzong Un najprawdopodobniej w 2009 roku wziął ślub z Ri Sol Jun, a rok później urodził mu się syn. O najmłodszym z rodu Kimów poinformował jednak zachodnie media dopiero w 2013 amerykański koszykarz Dennis Rodman, który pojechał do Korei na zaproszenie dyktatora.

Wyborcza.pl

 

 

Akty skoczków w Centrum Olimpijskim. Terlikowski: CO jest dla sportu, a nie zaspokajania potrzeb społeczności LGBT

AB, 23.04.2014
W Centrum Olimpijskim w Warszawie zaprezentowano zdjęcia Ewy Bilan-Stoch, żony Kamila Stocha. Wystawa „Akta Sztuki” jest nietypowa, bo przedstawia polskich skoczków… bez kombinezonów. Do zdjęć oprócz jej męża pozują m.in. Dawid Kubacki i Jan Ziobro. – Ciało mężczyzny jest dla jego żony, a nie dla widzów. A Centrum Olimpijskie jest dla sportu, a nie zaspokajania potrzeb społeczności LGBT – uważa redaktor naczelny „Frondy” Tomasz Terlikowski.
Grupa polskich skoczków wzięła udział w sesji zdjęciowej Ewy Bilach-Stoch, żony złotego medalisty z Soczi. Wystawa przedstawia sportowców od nieznanej strony – są pokazani bez kombinezonów, jednak nagość nie jest tematem przewodnim sesji i nie jest przesadnie eksponowana.Inne zdanie na ten temat ma jednak redaktor naczelny „Frondy”, Tomasz Terlikowski. Jego zdaniem „Centrum Olimpijskie jest dla sportu, a nie zaspokajania potrzeb społeczności LGBT”, a „ciało mężczyzny jest dla żony, a nie dla widzów”.

I znowu będę talibem, ale nie mam poczucia, żeby Centrum Olimpijskie było miejscem do pokazywania aktów skoczków narciarskich, ani wrażenia, że te akty są dobrym pomysłem. Ciało mężczyzny jest dla jego żony, a nie dla widzów. A Centrum Olimpijskie jest dla sportu, a nie dla zaspokajania potrzeb społeczność LGBTQ.

Podobne zdanie Terlikowski miał na temat nagich zdjęć tenisistki Agnieszki Radwańskiej. Rok temu wzięła ona udział w rozbieranej sesji charytatywnej. – Nie widziałem zdjęć Agnieszki Radwańskiej, i nie zamierzam ich oglądać. A powód jest niezmiernie prosty. Mam wrażenie, że nagość kobiety przeznaczona jest dla jej męża, tak jak nagość mężczyzny dla jego żony – pisał wtedy publicysta.

2014-04-14 18:47 Nie uczą się, nie pracują Wielkie hale z warsztatami wyposażonymi po uszy stoją puste – młodzież nie ma ochoty uczyć się zawodu. Może jedna trzecia dochodzi do końca szkoły. Po co? Jako bezrobotnym państwo kupi im nawet rower, żeby zadbali o zdrowie. Kira ma 22 lata, uczy się na kucharkę. Układa mi na talerzu przystawkę według nowej mody: talerz wielki, jedzenia mało. Krem z marynowanymi grzybami i buraczki, fantazyjnie posypane zielonym (chyba koprem, nie wiem w sumie). Smaczne.Kira ogląda oczywiście programy Gordona Ramseya. Ale nie nabiera się na TV show, w którym Ramsey bez ogłady i kultury lży bogu ducha winnych praktykantów. Tylko notuje potrawy i sposób przyrządzania, do programu się nie zgłosi, bo natury nie jest medialna – no, skromna, jak to Finka. Chciała iść do zawodówki już po gimnazjum, ale rodzina jej odradziła. Bo praca kucharza jest ciężka, a zarobki są niskie. Jednak Kirze nie wystarczyło punktów z matury, żeby się dostać na studia. Praktykuje teraz w najlepszej takiej szkole w Helsinkach, która ma swoją własną prawdziwą restaurację. Dyrektorka Kati Grundstrom przyznaje, że o ile kucharze znajdą po jej szkole pracę, los kelnerów jawi się w czarnych barwach: duża rotacja, niskie zarobki, duża tradycja tzw. self service w helsińskich restauracjach. Po co więc się pchają do zawodówki? – Nie mają rozeznania, nie wiedzą czego chcą, brakuje im doradców zawodowych – mówi Kati. Opowiada, jak z klasy dla specjalności beauty znika większość uczennic jak tylko dochodzi o pedicure Bo myślały, że jako kosmetyczki będą tylko makeup robić. – Nie wytrzymują w szkole, bo zbyt łątwo dostają całkiem pokaźne zasiłki – ocenia Kati. więcej tu 2014-04-12 16:11 Fińska lekcja- nauczyciele przytulają dzieci Bałagan,marnotrawstwo czasu, przekraczanie intymnych granic dzieci – tak by mógł widzieć fińską szkołę Polak. Odstawiłam swoje schematy na bok. Zobaczyłam: swobodę, zero stresu, szkołę jako część normalnego życia W Fińskich szkołach nauczyciele dotykają uczniów. Przy mnie nauczyciel przytulił 9 letnią dziewczynkę i kołysał ją w ramionach jak niemowlę aż przestała płakać. Nie jestem na tym punkcie przewrażliwiona, ale byłam w szoku. Pomyślałam: przekracza wszelkie granice. W USA poszedłby za to siedzieć, w Polsce zostałby też oskarżony o skłonności pedofilskie, rodzice by sobie na pewno nie życzyli, żeby był tak blisko z dziećmi. Następna lekcja: nauczyciela klas 1-3 Eva co chwila głaszcze dzieci. Również mnie z rozpędu. Zwróciłam jej uwagę. Odpowiedziała mi anegdotą: Byłam na wymianie w Irlandii. Po dwóch dniach podszedł do mnie dyrektor. Proszę nie dotykać dzieci! Nie mam pojęcia jak oni wychowują dzieci bez dotykania. Rozejrzałam się w tych klasach: bałagan, podłoga wyłożona PCV, marnotrawstwo czasu przekraczanie intymnych granic dzieci – tak by mógł widzieć fińską szkołę Polak. Małe uczennice biegały po klasie półnagie, we własnej roboty strojach niby do tańca nowoczesnego. Nauczyciel – wydawało mi się – w ogóle tego nie ogarniał. Dzieciaki rządziły same: włączały muzykę, wyznaczały kolejność. Kiedy się coś sypnęło z nagraniem, nauczyciel pozwolił na kilkuminutowy chaos. Włączał się tylko w momentach naprawdę granicznych – kiedy np. całą grupa zaczynała już marudzić i rzeczy przestały się posuwać do przodu. Poza tym stał w butach na ławce i kręcił filmy z każdego pokazu. Nie oceniał, nie ustawiał dzieci, nie ganił ani słowem kiedy się myliły, nie chwalił też. A przecież to było ‘’na zaliczenie”. Odstawiłam swoje schematy. I zobaczyłam inny obrazek: swobodne zarządzanie czasem i akceptację naturalnych zachowań. Lekcje to nie specjalny czas wyrwany z rzeczywistości. Lekcje też SĄ rzeczywistością, powinny przypominać to co dzieci robią poza szkołą. A dzieci przytulają sie do dorosłych i tak je łatwiej uspokoić, niż nadmierną dyscypliną. Skoro tyle mówimy o wyzwalaniu kreatywności u dzieci, pewnie ważniejsza od bałaganu jest swoboda. Więcej czytaj tu 2014-04-11 01:53 Helsinki: Selekcja i segregacja uczniów w Finlandii „bez konkurencji” Równy dostęp do edukacji, zero rankingów, zero egzaminów, każda szkoła równie dobra- to żelazne zasady fińskiej edukacji i fundament dotychczasowych sukcesów. Dzisiaj rodzice demontują ten system od dołu. Przede mną 14-latki: Inka, Jassica i Kati. Mają szczęście – urodziły się w dwunarodowych, dobrze sytuowanych rodzinach, od dziecka mówią po angielsku. Mogły więc śmiało, jako siedmiolatki, aplikować do anglojęzycznej podstawówki w Vantaa, na ekskluzywnych przedmieściach Helsinek. To jedna z wyjątkowych podstawówek –działa w normalnym publicznym systemie, ale może sobie pozwolić na selekcję uczniów. Bo tylko szkołom ze specjalnymi profilami, np. językowym wolno prowadzić egzaminy wstępne. nka, Jassica i Kati to oczywiście bardzo dobre uczennice, i mają odpowiednie marzenia: zostaną architektkami na przykład. Czemu nie nauczycielkami? – pytam. Żywo gestykulują: – Nie, nie, nie chcemy się tak dużo uczyć! więcej czytaj tu 00:53

Ministra edukacji Finlandii: Marzymy o kolejnej „Nokii”, ale nasze dzieci nie chcą się uczyć Fińska szkoła, która słynie z bezstresowego wychowania i od lat opiera się przed testami ma poważne kłopoty. Ponad 2,5 tys. 16-latków rocznie rezygnuje ze szkoły. Aż 40 tys. nastolatków, zwłaszcza chłopców, zostaje w domach: bez nauki i bez pracy. Mam spotkanie spotkanie z Kristą Kiuru, ministrą edukacji Finlandii. Jest bardzo bezpośrednia. Otwarcie stawia problem: – Nasze dzieci nie chcą się uczyć. Nie mają ochoty się wysilać, żeby zdobywać wiedzę – mówi. Jej zdaniem to brak motywacji do nauki jest jedną z przyczyn, kiepskich wyników w ostatnich testach PISA. W PISA Wyniki fińskich 15-latków najbardziej spadły w matematyce – w 2003 r. – 2 m., teraz – zaledwie 12 (tuż obok Polski a gorzej niż Estonia). Ale spadek zaliczyła Finlandia również w czytaniu i naukach przyrodniczych, chociaż ten ostatni wynik jest wysoki (5 m.) i najlepszy wśród krajów europejskich . Finlandia dotąd była jedyny europejskim krajem, którego wyniki w PISA były porównywalne z tymi, jakie osiągają kraje azjatyckie. W ostatniej edycji PISA uczniowie z Azji zostawili Europę daleko w tyle a Finlandia już nie jest na topie. Ministra Kiuru wini za to nie szkołę (musiałaby obwiniać siebie) – ale rodziców.- Samochód, letniskowy domek, pieniądze – tylko o tym, o konsumpcji rozmawia się w domach . A to zniechęca młodzież do nauki – mówi. Więcej czytaj tu 10:57 Czy cyfrowa szkoła pomoże w kryzysie fińskiej edukacji? Było tradycyjne nauczanie, ale teraz będą na lekcjach gry komputerowe, podręczniki online, zadania w komputerach. Czy szkoła ma uratować edukację, czy również fiński przemysł technologiczny? Spadek w międzynarodowych testach z umiejętności matematycznych, gorsze wyniki uczniów w czytaniu, nienajlepsze wyniki z umiejętności komputerowych – z tak nadszarpniętym kapitałem po tegorocznych wynikach w testów PISA (badania umiejętności 15-latków) Finlandia próbuje odzyskać wizerunek jednego z najlepszych systemów edukacyjnych świata. Po pierwszym szoku, rząd szybko zabrał się za reformy. Ale „szybko” w Finlandii oznacza, że najpierw rozmawia się co najmniej przez rok o projekcie, zleca się dogłębne badania, przygotowuje raporty, dopiero potem podejmuje decyzje. Czyli nie tak prędko dowiemy się, jaką naukę Finowie wyciągnęli z ostatniej edycji PISA i jak zamierzają porażkę przekuć w kolejny sukces. Ale jednym z ruchów jaki zamierza wykonać fiński rząd w obronie dobrego imienia swojego słynnego systemu edukacji, jest zmiana kursu szkoły – kierunek: digitalizacja. To poważne, bo dotąd fińska szkoła była postrzegana jako wyjątkowo konserwatywna i tradycyjna a międzynarodowi eksperci uważali, że brak nowoczesnych technologii w fińskich szkołach jest świadomą decyzją tamtejszych pedagogów. Fińska edukacja odnosiła wielkie sukcesy, była na topie w testach PISA obok azjatyckich szkół, mimo że z pozoru była nienowoczesna. rząd opierał się apelom rodziców o wydłużenie dnia szkolnego i dołożenie godzin lekcyjnych. Nauczyciele głosili, że komputery im niepotrzebne, bo potrafią uczyć z dobrymi efektami bez rozpraszającej technologii i destrukcyjnego Internetu. W kraju który swój sukces gospodarczy zawdzięcza wielkim firmom z branży technologicznej, głównie sukcesowi Nokii z lat 90. , „ojczyźnie” SMS brzmiało to dotąd trzeba przyznać dziwnie. Ale, z tego samego powodu – autentycznie. Głosy fińskich nauczycieli były brane pod uwagę poważnie, w dyskusjach o digitalizacji szkół. Podobnie, jak negatywne opinie o technologii w nauczaniu ze strony inżynierów z Doliny Krzemowej, którzy posyłają swoje dzieci do szkół działających kompletnie poza internetem i technologią. Wiecej czytaj tu   Fińska lekcja- rodziców zamach na równość szkół Sprawdzam w Helsinkach dlaczego fińska szkoła jest lepsza niż inne - więcej tutaj Fińscy rodzice przestraszyli się, że dzieci imigrantów opóźnią postępy szkolne oryginalnych Finów. Po raz pierwszy w historii zaczęli przenosić do szkół – tak żeby w nich nie było imigrantów. I zrobiła się afera Równy dostęp do edukacji to fundament, na którym opiera się fińska szkoła. Tak zdecydowali Finowie i tego się trzymają – bóg jeden wie, ja kto jest możliwe że w Finlandii żaden nowy rząd nie zmienia edukacji. I tak by sobie żyli szczęśliwie, gdyby nie demografia. Jest tragedia- dzieci coraz mniej – europejska norma. Więc z radością przyjmują emigrantów, najwięcej Estończków, Rosjan , na trzecim miejscu są Somalijczycy. Rząd się cieszy bo ma ręce do pracy – ale Finowie się przestraszyli. W Helsinkach zaczął się cichy bunt. Rodzice chcą przenosić dzieci do innych szkół, bo nadrabiający język fiński emigranci burzą porządek w klasach. Nauczyciele się buntują również – coraz trudniej im uczyć w klasach multikulturowych. Uczniowie spoza fińskiego kręgu kulturowego nie mają takiej motywacji do nauki jak oryginalni Finowie I tak powoli i bez wielkiego huku pogłębia się rysa na wizerunku fińskiej edukacji. Finowie nie chcą używać słowa „rasizm”, elegancko kierują rozmowę na tory równego dostępu itd. A rząd walczy, żeby nie pozwolić rodzicom przenosić dzieci z postemigranckich szkół do szkół wyłącznie fińskich. Powstał program tzw. pozytywnej dyskryminacji. Szkoły z problemami, z których rodzice chcą wycofywać dzieci i w których jest wielu emigrantów dostają finansowe wsparcie. Ściągani są do nich najlepsi nauczyciele- oczywiście zwabieni dodatkową premią. Fińska lekcja – prawie mróz Indyjska dziennikarka przyjechała do Helsinek w pożyczonym płaszczyku. Cały czas powtarza: „cold, cold”. Nic dziwnego, u niej teraz się pogoda rozkręca, ma chłód czyli 35 stopni. A tu zostają tylko trzy stopnie. Kelnerka chciała nam podać renifera , ja wypaliłam: nie dziękuję, a świętych Mikołajów też nie jemy. Szczęśliwie jednak dało się przenieść dyskusję na Laponię.Tam przynajmniej jest śnieg (Indyjka zdziwiona), że komary tną nawet zimą (Indyjka zdziwiona). Że na komary trzeba się nażreć czosnku, opić czarną kawą i natrzeć tymiankiem. Indyjka myślała, żeby natrzeć się kawą i nażreć tymianku, z kolei kolega z Paryża nie rozumiał słowa tymianek…. (Od dziś przez tydzień sprawdzam w Helsinkach dlaczego w Finlandii szkoła działa lepiej, niż w całej Europie, więcej tutaj: Fińska lekcja- raz na wozie, raz… Polscy uczniowie spadli na dół rankingu PISA w tzw. rozwiązywaniu problemów. Nie radzą sobie np. z decyzją, który bilet im się opłaca kupić : jednorazowy czy tygodniowe? Bo przerasta ich wirtualny biletomat. Podobnie jest z mapą korków drogowych w komputerze- nasze 15-latki tego nie ogarniają. Prawdopodobnie dlatego, że nie są przyzwyczajone do rozwiązywania zadań w komputerach – używają ich najchętniej do gier, szkoła nie stara się korzystać z nowych technologii w edukacji. Nasze niskie miejsce w tej część PISA rani tym bardziej, że z czytania i matematyki w grudniowych podsumowaniach tego samego rankingu wypadliśmy naprawdę świetnie- dogoniliśmy Finlandię, która dotąd była liderem badań PISA, obok krajów azjatyckich. No – dobra – dogoniliśmy również dlatego, że Finlandia w tym rankingu spadła – z pierwszych pozycji na miejsce 12. Finowie nie zwiesili nosów na kwintę. Mówili otwarcie o problemie, zaczęli szukać przyczyn. Odetchnęli z ulga dopiero kilka dni temu – kiedy się okazało, że w skomplikowanej konkurencji „rozwiązywanie problemów” – fińskie dzieciaki utrzymuą się nadal w pierwszej dziesiątce. Polska jest piąta od końca (na 32 kraje). Fińska lekcja: równość i swoboda W Finlandii żłobków nikt nie oddziela od przedszkoli, nikt nie terroryzuje rodziców, żeby przenosili trzylatka do innej placówki. Jakoś nie przychodzi im do głowy rozdzielać instytucji według harmonogramu noszenia pieluch. Do szkoły też dzieci wcześnie nie pędzą – siedmiolatek spokojnie wędruje do klasy w której w ogóle nie będzie gonił za szkolnym programem. Stres szkolny? Jaki stres?! Zdania „dogoń grupę” pewnie w ogóle nie da się przetłumaczyć na język fiński. Tu nie ma porównywania ucznia z uczniem. Można najwyżej ocenić dziecko według jego własnych postępów i wcześniejszych osiągnięć. Słowo „porażka” też ma inne znaczenie- raczej by oscylowało w kierunku pojęcia takiego jak „wyzwanie”. Nie ma konkurencji (przynajmniej w teorii). Dopiero w liceum można sobie wybrać szkołę poza rejonem. No i nauczyciele- najważniejsza podobno tajemnica sukcesu fińskiej szkoły. Bardzo to jest zabawne, bo kiedy spytać Finów czemu mają najlepszych nauczycieli, odpowiadają – bo mamy najlepszych nauczycieliJ Ale jak przyciągają do zawodu elitę? W Polsce końmi by się nie dało! A w Finlandii nauczyciel nie zarabia wcale tak dobrze- mniej niż lekarz, więcej niż pielęgniarka, według danych OECD (Education at a glance) pensje fińskich nauczycieli ledwo wystają ponad średnią wśród krajów OECD. A kandydatów do zawodu jest dziesięciu na jedno miejsce. Powiedziała mi Anita Lehikoinen, wiceministra edukacji Finlandii, że to sprawa historyczna. W do niedawna głównie rolniczym społeczeństwie Finlandii, wykształcony nauczyciel liczył się bardzo i tak już zostało, mimo że nadeszła era przemysłowa. Czy to tłumaczy fakt, że akurat w Finlandii dzieciom i rodzicom żyje się lepiej, skoro dookoła w całej Europie dominują: konkurencja, konkurencja i testowania? FIńska lekcja Od dziś przez tydzień będę sprawdzać dlaczego w Finlandii szkoła działa lepiej, niż w całej Europie. Zobaczę to na miejscu – w Helsinkach. Pójdę do szkół – zwykłych i zawodowych. Będę na zajęciach dla przyszłych nauczycieli na fińskich uczelniach. Spotkam się z fińską ministrą edukacji Kristą Kiuru. A na koniec pójdę na wielki festiwal edukacji Oppi Festival. Wystąpi na nim m.in. Sugata Mitra, autor słynnego eksperymentu „Holl in the Wall” , którym udowodnił, że kiedy pozwolić dzieciom uczyć się samodzielnie, efekty mogą przyjść szybciej, niż w szkołach. zobacz więcej i zdjęcia na blogu   2014-04-07 19:08 Dlaczego w badaniu PISA my jesteśmy w ogonku, a Finlandia goni czołówkę? Nasi nauczyciele są gorsi? A może to kwestia testów? Od jutra relacja Aleksandry Pezdy prosto z Finlandii!
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,137687,15757950,Koniec_epoki_kredy_.html

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>