Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Modrzejewski

 

 

Pionowe ogrody Patrica Blanka

Kto nie słyszał jeszcze o pięknych, pionowych ogrodach, które powoli zaczynają zdobywać ściany miejskich budynków? To rozwiązanie zostało stworzone i spopularyzowane przez francuskiego botanika, który z ogromną pasją podchodzi poznawania i projektowania zieleni.

 

http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/

W przestrzeni miejskiej, często po prostu brakuje roślin. To problem dotyczący bardzo wielu, często w pośpiechu planowanych i budowanych miast. W zabetonowanych przestrzeniach wcale nie żyje się dobrze, ludzie potrzebują zieleni.

http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/

Działania Patrica udowadniają, że nawet dla mieszkańców najbardziej przerażających, betonowych osiedli jest nadzieja. I moim zdaniem, jego rozwiązanie po stokroć przebija, nawet najbardziej starannie dobrany odcień nowego tynku (jasna brzoskwinka, czy może majtkowy róż?).

Botanik wyspecjalizował się w projektowaniu całorocznych pionowych ogrodów, które są samowystarczalne i zamontowane na specjalnych siatkach, dodatkowo zabezpieczających ściany budynku na którym instalowane są rośliny. Ogrody mogą być projektowane zarówno do wnętrza (wtedy trzeba będzie je podlewać), jak i na zewnątrz. Rośliny są wybierane w zależności od preferencji klientów i klimatu, w jakim znajduje się inwestycja.

http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/

Kompozycje botanika są piękne i użyteczne, przypominają w miejskich przestrzeniach, że człowiek jest częścią przyrody, zależną zarówno od jedzenia, które pochodzi z ziemi, jak i powietrza, które oczyścić z przemysłowych wyziewów potrafią tylko rośliny. Ogrody Patrica mogą być fantastyczną receptą na zapobiegnięcie ekologicznej apokalipsie, którą teraz możemy obserwować w Chinach, w Pekinie.

Patric Blanc

http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/

naTemat.pl

Wybitna aktorka babcią mostu?

Kilka dni temu zamieściłem na tym blogu wpis, który w sposób nieco frywolny :-) wiązał nazwę jednego z ekspresów kursujących z Krakowa do Warszawy z osobą i dziełem wybitnego polskiego inżyniera. Dzisiejszy wpis inspirowany jest nazwą innego ekspresu kursującego na tej samej trasie. A ponieważ mam podobne skojarzenia także z nazwami innych pociągów, więc będę być może kontynuował tę serię, którą nazwę „ekspresową”.

 

Zachęcony sympatycznym przyjęciem przez Czytelników wpisu zatytułowanego„Pociąg i życie seksualne dzikich”, gdzie opisałem inżyniera Ernesta Malinowskiego (tak się nazywa jeden z ekspresów z Krakowa do Warszawy) postanowiłem dziś opowiedzieć Państwu o losach i dokonaniach innego wybitnego polskiego twórcy techniki.

Czy mówi Państwu coś nazwisko Ralpha Modjeskiego?

Jestem pewien, że bardzo niewielu Czytelników tego wpisu skojarzyło, że chodzi o syna naszej wspaniałej aktorki, chyba pierwszej, która zrobiła prawdziwie międzynarodową karierę - Heleny Modrzejewskiej. Nawiasem mówiąc „Modrzejewska” to także nazwa ekspresu z Krakowa do Warszawy!

Jeszcze mniej Czytelników wie, że Ralph Modjeski był wybitnym inżynierem, „ojcem” wielu wspaniałych mostów, więc nasza wielka gwiazda polskiej i (później) amerykańskiej sceny – chcąc nie chcąc była owych mostów babką :-)  .

O Helenie Modrzejewskiej słyszał chyba każdy miłośnik teatru. Jej życie zostało opisane w wielu książkach a także sportretowane w serialu telewizyjnym pamiętnym ze względu na wspaniałą rolę Krystyny Jandy, w związku z tym opisując losy i dokonania jej syna, właśnie tego konstruktora mostów, będę miał trochę ułatwione zadanie.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa gdy mówimy o Ralphie Modjeskim, to zdziwienie tym nazwiskiem. Dlaczego „Modjeski„? Wszak urodził się on w Bochni (w 1861 roku) i przez kilkanaście najwcześniejszych lat życia występował jako Rudolf Modrzejewski, syn pary aktorskiej Heleny Modrzejewskiej i Gustawa Zimajera!

Niestety, zmianę miejsca pobytu, trybu życia, a w konsekwencji także nazwiska bohatera dzisiejszego wpisu wymusiła duszna atmosfera zawiści i niechęci, jaka otoczyła jego matkę w XIX wiecznej Warszawie. Dopóki Modrzejewska występowała w teatrach Galicji (w Bochni, Nowym Sączu, Przemyślu, Rzeszowie oraz Lwowie) – jej sława aktorska miała niewielki zasięg i wywoływała stosunkowo niewiele typowo polskiej jadowitej zawiści. Również przeniesienie się wiodącej dotąd trochę cygański żywot aktorki do Krakowa (w 1865 roku) nie nadało należytego blasku jej sławie, ale też nie zwróciło na nią uwagi zawistników. Jednak w 1868 roku Modrzejewska przeniosła się (oczywiście wraz synem, który jest głównym bohaterem tego wpisu) do Warszawy.

Modrzejewska w sztuce "Barbara Radziwiłłówna" (1865)
Modrzejewska w sztuce „Barbara Radziwiłłówna” (1865)•http://pl.wikipedia.org/wiki/Helena_Modrzejewska

Ta decyzja z jednej strony uczyniła z niej gwiazdę, ale z drugiej strony wystawiła na niewybredne ataki zawistników. Po ośmiu latach walk, w których Modrzejewska wygrywała na scenie, ale przegrywała w plotkarskim maglu – aktorka miała tego dość i w 1876 roku wyemigrowała do USA. Początkowo miała zamiar zająć się … rolnictwem. Wraz z kilkoma przyjaciółmi, wśród których był między innymi Henryk Sienkiewicz, zakupiła farmę w Kalifornii (w miejscowości Anaheim) i chciała żyć szczęśliwym i beztroskim życiem rolnika. Jednak w krótkim czasie przekonała się, że życie rolnika wcale nie jest sielanką, a praca na roli nie jest jej przeznaczeniem, więc powróciła do pracy aktorskiej. Dzięki intensywnej pracy w krótkim czasie opanowała język angielski i wkrótce stała się najbardziej znaną w USA odtwórczynią ról kobiecych w dramatach Szekspira.

Pozostawmy jednak aktorkę Modrzejewską święcącą tryumfy w amerykańskich teatrach (tryumfy te entuzjastycznie opisywał w korespondencjach z USA zakochany w niej Henryk Sienkiewicz!) i wróćmy do jej syna, który nas tu interesuje jako wybitny inżynier. Warto podkreślić, że Modrzejewska mimo artystycznej duszy ceniła inżynierską profesję, więc podtrzymywała u syna jego młodzieńczą fascynację techniką, a ponieważ wiodące (w tamtym okresie) szkoły techniczne były jeszcze zlokalizowane w Europie – w końcu wysłała syna na studia do Paryża. W ten sposób Polak mający amerykańskie obywatelstwo, Rudolf Modrzejewski, w latach 1882 – 1885 studiował we francuskiej szkole budowy dróg i mostów (École nationale des ponts et chaussées) którą ukończył z wyróżnieniem.

Z dyplomem inżyniera wrócił do USA i początkowo podjął pracę w firmie słynnego amerykańskiego budowniczego mostów George S. Morisona, ale cały czas uważał, że stać go na więcej. Dlatego już w 1893 roku porzucił dobrze rokującą pracę u Morisona i założył w Chicago własną firmę budowy mostów, która zresztą funkcjonuje do dziś.

Ponieważ jednak już wtedy większa część kariery zawodowej tego naszego wielkiego rodaka przybiegała we Francji, a potem w USA, dlatego zmienił on trudne do wymówienia dla cudzoziemców nazwisko „Modrzejewski” na prostsze „Modjeski„. Uczynił to tym łatwiej, że sławne w Polsce nazwisko jego matki byłonazwiskiem przybranym (jako artystyczny pseudonim). W istocie bowiem nasza wielka aktorka nazywała się Misel. Żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana nazwisko Misel sławna Helena też otrzymała nietypowo, było ono bowiem panieńskim nazwiskiem jej matki, Józefy Benda. Niestety utalentowana Helena była bowiem dzieckiem nieślubnym…

Dlatego aktorka podczas pobytu w USA posługiwała się także nazwiskiem Modjeska i pod tym nazwiskiem zyskała sławę – jak wspomniałem wyżej głównie jako odtwórczyni ról w sztukach Szekspira. Był więc Ralph Modjeski u początków swej kariery budowniczego mostów rozpoznawany jako syn słynnej artystki, co mu z pewnością trochę pomogło w karierze.

Ralph Modjeski i jeden z jego słynnych mostów.
Ralph Modjeski i jeden z jego słynnych mostów.•http://swaveklorenc.files.wordpress.com/2008/09/ralph-modjeski.jpg

Ale głównie pomagały mu zdolności i pracowitość. Był pionierem w budowie mostów wiszących i zapoczątkował budowę mostów zawieszanych na sprężystych stalowych pylonach – patrz rysunek na początku tego wpisu, gdzie pylon konstrukcji mostowej inżyniera Modjeskiego jest zestawiony z portretem jego sławnej matki.

Ogółem zbudował on w USA 40 mostów nad największymi rzekami Ameryki. Jednym z najbardziej znanych jego dzieł był most przez rzekę Delaware w Filadelfii, łączącego śródmieście z przedmieściem Camden, bardziej znany jako most Benjamina Franklina. Wiszące przęsło tego mostu miało ponad pół kilometra długości, a stalowe pylony na których było ono zawieszone miały 110 m wysokości.

Jedno z najbardziej znanych dzieł syna Heleny Modrzejewskiej - most w Filadelfii.
Jedno z najbardziej znanych dzieł syna Heleny Modrzejewskiej – most w Filadelfii.•http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/00/Ben_Franklin_Bridge_and_Race_Street_Pier.jpg

W uznaniu innowacyjnego (jak byśmy to dziś określili) charakteru jego konstrukcji mostowych Modjeski otrzymywał wiele wyróżnień i odznaczeń. Między innymi w 1922 roku otrzymał Medal Franklina, a w 1929 roku złotyMedal Johna Fritza. Obok praktyki inżynierskiej zajmował się również rozwojem teorii budownictwa mostowego, publikował liczne książki i artykuły naukowe, w wyniku czego w 1911 roku otrzymał doktorat w Illinois State University,

Na koniec zapytajmy:

Czy Ralph Modjeski był polskim inżynierem?

Chyba jednak nie, bo chociaż urodzony i wychowany w Polsce – wykształcony był w Paryżu, a zawodowo działał głównie w USA. Ale to nam wcale nie przeszkadza cieszyć się z jego sukcesów, zaś do długiej listy artystycznych osiągnięć jego matki możemy dopisać także osiągnięcie techniczne. Otóż jako matka sławnego inżyniera, ojca wielu mostów, można jej przypisać to, że była ona babcią tych ponad 40 mostów.

I kto by to pomyślał oglądając jej portrety?

ryszardtadeusiewicz.natemat.pl

 

Notatki z piekła (w budowie)

W dzisiejszej „Wyborczej” opublikowałem artykuł kończący się słowami, nie ukrywam że użytymi z pewnym retorycznym zadęciem: „Tak będziemy pogrążać się w polskim piekle. Będzie to przede wszystkim piekło kobiet.”

 

Nie chcę tu go streszczać, wszystkich zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu.
http://wyborcza.pl/1,75968,15267866,Jak_rozmawiac_o_aborcji.html#ixzz2qO0D2IdgNatomiast już po jego opublikowaniu otrzymałem pewne dodatkowe sygnały, na tyle ważne, że chciałbym się tu nimi z Państwem podzielić. Pierwszy – to jeden z komentarzy, jaki ukazał się w dyskusji na forum „Wyborczej” pod moim artykułem. Jest bardzo ważny, a na dodatek „pociesza” mnie, że być może zapożyczona od Boya-Żeleńskiego retoryka kończąca mój artykuł nie była przesadna:„Piekło kobiet już jest w Polsce, panie profesorze! Szczególnie w małych miasteczkach i wsiach. Otrzymanie recepty na środki antykoncepcyjne graniczy z cudem, a w dodatku gdzie je wykupić skoro w okolicy jest jedyna apteka, która nie prowadzi sprzedaży tych środków bo farmaceuta ma „sumienie”, a kobiety nie stać na wyjazd do większej miejscowości gdzie jest np.5 aptek? Piekło biednych kobiet w Polsce staje się coraz większe. Ceszy, że choć jeden profesor staje w obronie tych kobiet”.Tyle bloger „kajtek35″. Dostałem też pewne sygnały od przyjaciół i znajomych z polskiego środowiska prawniczego o tzw. konsultacjach, jakie Komisja Kodyfikacyjna raczej poniewczasie obiecuje przeprowadzić z polskimi prawnikami, a w szczególności o konferencji planowanej na 21 stycznia. Na zaproszenie na tę konferencję, Pani Profesor Ewa Łętowska opowiedziała listem do przewodniczącego Komisji, Pana Profesora Piotra Hofmańskiego, w którym – dokonawszy druzgocącej krytyki pomysłów Komisji – tłumaczy, dlaczego nie zamierza swą obecnością legitymizować nieudanego projektu:- żadnych szerzej zakrojonych konsultacji dotychczas nie było;
- w szczególności – mimo, że regulamin Komisji na to zezwala i to przewiduje – nie było analizy, czy istniejące instrumenty wpływu na orzecznictwo nie mogłyby usunąć części błędów praktyki orzeczniczej, skoro one miały być przyczyną zmian;
- skład Komisji jest niereprezentatywny ;
- szczególnym zgrzytem „genderowym” (używam tego terminu celowo) jest okoliczność, że przewidując obecnie udział karników, oddzielnie wymienia Pan „feministycznie nastawione panie-karniczki”. Obawiam się, że – niezależnie od feministycznego lub niefeministycznego nastawienia wszystkie panie-karniczki mogą czuć się co najmniej nieswojo;
- atmosfera dyskusji – której otwarcia Komisja, wedle słów swego dawnego przewodniczacego, „się nie obawia“ (cytowany wywiad A. Zolla), jest bardzo zła. I szkoda, skoro Komisja chciała otwarcia dyskusji, że jej po prostu nie przygotowano. Przecież projekt nie miał uzasadnienia (dopiero teraz ten brak się nadrabia). Zwłaszcza ciekawe byłoby poznać dane dotyczące orzecznictwa, warunków i możliwości jego ukształtowania oraz statystyki sytuacji spowodowania uszkodzenia czy śmierci płodu przez lekarzy na skutek (dotychczas niekaranych) interwencji medycznych w ostatnich stadiach ciąży, co obecnie zamierza się karalnością jednak objąć. Bo taki jest główny motyw wprowadzenia zmian, więc chyba to badano.

Tego typu sygnałów dostałem więcej. Jak usłyszałem, nie mam co oczekiwac na odpowiedzi ze strony konserwatywnej na moje zaproszenie do dyskusji i na moje zarysowanie właściwego pola tej rozmowy, bo jest to dziś normalna w Polsce strategia ze strony konserwatywnych fundamentalistów: przeczekać najgorętsze momenty dyskusji, by potem powiedzieć: dyskusja jest już bezprzedmiotowa, bo przecież wszystko już zostało w swoim czasie rozstrzygnięte…

I znów będzie mowa o „kompromisie aborcyjnym”, choć jakby przesuniętym w kierunku ściany, przy której już się znajdujemy. Ku zdumieniu świata i cichej rozpaczy polskich kobiet, którym panowie (i jedna niewiasta z katolickiej uczelni) starają się pomóc uniknąć piekła po tamtej stronie życia…

wojciechsadurski.natemat.pl

Jak rozmawiać o aborcji

Wojciech Sadurski prawnik, 14.01.2014Demonstracja w obronie prawa do aborcji

Demonstracja w obronie prawa do aborcji (Fot. Krzysztof Miller / AG)

I my, liberałowie, i oni, konserwatyści rygoryści, możemy podjąć rozmowę,jeśli wspólnie przyjmiemy, że każde życie jest wartością, ale poziom ochrony prawnej życia powinien być stopniowalny
Najpierw był wywiad prof. Andrzeja Zolla dla Ewy Siedleckiej („Wyborcza”, 17 grudnia), w którym wybitny karnista i członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego poinformował o propozycjach daleko idących zmian regulacji przerywania ciąży, a właściwie, w języku prawicowej poprawności politycznej, „spowodowania śmierci dziecka poczętego”. Potem na stronie internetowej Komisji Kodyfikacyjnej zawisło oświadczenie z 17 grudnia podpisane przez przewodniczącego komisji prof. Piotra Hofmańskiego zapewniające m.in., że proponowane rozwiązania „nie są podyktowane przekonaniami religijnymi członków Komisji”. Miło to słyszeć, ale w dzisiejszej Polsce nasuwa to, niestety, skojarzenie z piękną Szekspirowską frazą: „Ta dama chyba zbytnio protestuje”. Tyle że w parafrazie trzeba by zmienić płeć, bo to komisja składająca się z 15 panów i jednej tylko niewiasty, z katolickiej uczelni zresztą, wysunęła m…

Wyborcza.pl

BREILLAT: WOLĘ DOBRE PORNO OD SENTYMENTALNEGO MELODRAMATU

Film to ucieleśnione spojrzenie. Moje – mówi Catherine Breillat.

Jakub Majmurek: Pani najnowszy film zatytułowany jest Nadużycie słabości. Wydaje się, że słabość w ogóle jest dla pani ważnym tematem. Często ustawia pani swoje bohaterki w sytuacji słabości, podatności na zranienie. Co w tym interesującego dla autorki filmowej?

 

Catherine Breillat: Mnie w słabości nic nie fascynuje, słabość to katastrofa. Ale dobry temat na film. W Nadużyciu słabości opowiadam osobistą historię, gdy po wylewie zostałam wykorzystana przez młodego człowieka, który manipulował moją słabością i chorobą, żeby wyłudzić spore pieniądze. To spotkanie postaci bardzo słabej, pozbawionej fizycznej możliwości ruchu, i bardzo silnej, magnetycznej, uwodzicielskiej, wydawało mi się czymś filmowo bardzo nośnym i ciekawym. Tak samo, jak specyficzna relacja, która wytwarza się między ofiarą słabości, a tym, kto słabość tę wykorzystuje. W byciu ofiarą często tkwi pewien element rozkoszy. Słabość i zależność cofa nas do okresu nastoletniego, do okresu dzieciństwa, do wpisanego w nie poczucia zależności.

 

Nakręciła pani kilka filmów o nastolatkach, w tym dwa będące wariacją na ten sam temat: Moją siostrę i Seks jest komedią. Ten pierwszy zawiera dość pesymistyczną wizję seksualności, relacji romantycznych, miłości; drugi taką, jak sugeruje tytuł. Uważa pani, że seks jest komedią czy wręcz przeciwnie?

 

Seks na pewno nie jest komedią. W Mojej siostrze pokazuję mroczną stronę seksu związaną z przemocą, zakazem, gwałtem, zazdrością, poczuciem winy, paniką moralną. W Seksie… wszystkie te problemy znikają. Pozostaje opowieść o pierwszym razie nastolatki na wakacjach. Seks jest komedią to film o robieniu filmu – kręcę tam taką samą historię jak w Mojej siostrze, tylko bez nieatrakcyjnej, padającej ofiarą gwałtu siostry. Chciałam pokazać w ten sposób, jak kino problematyzuje kwestie seksu i relacji intymnych, jak je wygładza.

 

Anaïs, „brzydsza siostra” z Mojej siostry, przypomina trochę postacie „seksualnych proletariuszy” z Houellebecqa.

 

Proszę mnie nie porównywać do niego! To przeraźliwy mizogin i nie ma w tej mizoginii nic ciekawego. Poruszamy zupełnie różne problemy. Ja bym nie powiedziała, że którakolwiek z moich bohaterek jest „seksualnie sproletaryzowana”. One są młode, zależne, niepewne siebie jako kobiety, pełne zazdrości, lęków, uwikłane w różne fantazje. Ale to nie jest świat Houllebecqa.

 

Pierwszym pani filmem, jaki zobaczyłem, była Anatomia piekła. Pamiętam, że uderzyła mnie w tym dziele skala powiązania seksu z przemocą…

 

Ja uwielbiam seks i przemoc! Trudno mi znaleźć inny film, który mierzyłby się z problemem seksualności i przemocy.

 

Na ogół przemoc ta skierowana jest przeciw kobietom, a ja chcę ją pokazać z punktu widzenia kobiet. Pokazać rozkosz, w jaką uwikłane jest bycie ofiarą, ale też sytuacje, gdy to kobiety na różne sposoby posługują się przemocą.

 

Anatomia piekła jest bardzo teoretycznym filmem. Ma strukturę filmowego teorematu, nawet nie tyle o seksie i przemocy, co o obscenie. To teoremat obsceniczności.

 

Anatomii piekła, tak samo jak w Romansie, główną rolę męską gra aktor porno Rocco Siffredi. Co pani myśli o pornografii? Pani filmy często wymienia się jako przykład zacierania granic między pornografią a kinem artystycznym.

 

Moje filmy dostają kategorię X, bo są libertyńskie, odważne myślowo. Na pewno od sentymentalnej erotyki i melodramatu wolę dobre porno, choć nie lubię słowa „pornografia”, nie wiem, czy jest nam do czegoś potrzebne. Sama kategoria „pornografii” wynika z represjonowania pewnych obrazów, wypychania ich poza kino. Ale kino ciągle przesuwa te granice, ostatnim świetnym przykładem było Życie Adeli Kechiche’a.

 

Aktorki grające w tym filmie zarzuciły mu, że czują się wykorzystane.

 

Zawsze się jakoś wykorzystuje aktora. Aktora lub aktorkę trzeba postawić w sytuacji niekomfortowej, tylko wtedy dadzą nam coś wartościowego. I oni później często sobie z tym nie radzą. Dlatego też aktorom płaci się więcej niż reżyserom. I dla aktorów wiele ról jest trudnych. Po Romansie załamana była odtwórczyni głównej roli, Caroline Ducey. Media interesowało głównie to, czy w scenach erotycznych naprawdę uprawiała seks z Rocco Siffredim, czy nie. Mnie też o to pytali, ale ja nie jestem od tego, żeby wystawiać certyfikaty dziewictwa Caroline czy innym moim aktorkom. Trzeba pamiętać, że aktor zawsze jest narzędziem. Tak samo jak kolor dla malarza. I że reżyserka ma go wykorzystać dla dobra filmu.

 

Sama pracę w filmie zaczynała pani od współpracy z bardzo silnymi postaciami, na przykład Federico Fellinim.

 

Fellini musiał nakręcić A statek płynie w koprodukcji z Francją i potrzebował francuskiego scenarzysty. Jestem podpisana jako autorka scenariusza, ale tak naprawdę niezbyt wiele tam napisałam. Fellini jest geniuszem, to jest w całości jego film, jego autorskie dzieło.

 

A jak wyglądała pani współpraca z Mauricem Pialatem na planie Policji? Była już wtedy pani znaną pisarką, ale wciąż początkującą reżyserką. A Pialat był dojrzałym artystą.

 

Znaliśmy się od jakiego czasu, Pialat był fanem mojej prozy, lubił też moje filmy. Współpraca zaczęła się od tego, że Maurice kupił prawa do adaptacji amerykańskiej powieści detektywistycznej i wynajął mnie do napisania scenariusza na jej podstawie. Zaczęłam to czytać i się załamałam. Ta książka w ogóle nie nadawała się do ekranizacji we Francji! Francuska policja tak nie działa, nic się zgadza, nie klei. Napisałam trzystronicowy synopsis, przedstawiający, jak ja widzę scenariusz. Pialatowi się to spodobało, napisałam więc nowy scenariusz. Film miał wyznaczoną datę kręcenia, zaangażowano Gerarda Depardieu i Sophie Marceau. I wtedy poznałam adwokata Marrona, pracującego w Belleville, wśród handlarzy narkotyków. Zaczęłam się tym interesować. W nocy zanurzałam się w ten świat, rano spotykałam się z Mauricem i opowiadałam, co widziałam. Jemu się to tak bardzo podobało, że choć scenariusz był zamknięty, chciał włączyć moje doświadczenia do filmu. Co dzień przychodziłam z nowym materiałem, nowymi obserwacjami. W końcu zaczęło między nami dochodzić do konfliktów, a musieliśmy już wchodzić na plan. Na planie scenariusz był ciągle przepisywany. Podpisane są pod nim ostatecznie cztery osoby, a przepisywał go też niewymieniony jako scenarzysta Gerard Depardieu. Bardzo pokłóciłam się wtedy z Pialatem i wytwórnią Gaumont, sprawa skończyła się nawet w sądzie. Ale dziś pracę nad Policją wspominam jako jedno z kluczowych dla mnie doświadczeń.

 

Andrzej Żuławski wspomina w wywiadzie rzece, że Sophie Marceau była całkowicie straumatyzowana po pracy na planie Policji. Podobno Pialat był „mentalnym terrorystą”. Miała pani podobne wrażenia?

 

Nie do końca. Sophie Marceau była wrzucona między dwie potężne męskie postacie: Pialata i Depardieu. I czuła się zmiażdżona.

 

A mizoginia samego Żuławskiego? Wiele feministycznych krytyczek w Polsce mu to zarzuca.

 

Jest mizoginem, i to strasznym, to jasne. Ale wielcy artyści mogą być mizoginami. Czy inaczej: wielka sztuka bywa mizoginiczna. Wolę ciekawy film, który nie jest poprawny politycznie, niż poprawnego gniota.

 

Uważa się pani za reżyserkę feministyczną?

 

Nie! Od początku moje filmy były źle widziane przez część środowisk feministycznych. Przede wszystkim dlatego, że pokazuję kobiecy masochizm. Jestem feministką w życiu, w polityce, ale nie w moim kinie.

 

Pracuje pani cały czas jako pisarka i reżyserka. Jak postrzega pani różnice między tymi mediami?

 

W sposobie opowiadanie kino jest bliższe malarstwu niż literaturze. Kino zupełnie inaczej zarządza emocjami odbiorcy, jego uwagą. Niektórzy reżyserzy kręcą filmy, żeby opowiedzieć pewne historie. Ja kręcę, żeby oddać pewne emocje.

 

W dwóch przedostatnich filmach, Sinobrodym i Śpiącej królewnie podejmuje pani temat baśni. W psychoanalitycznej perspektywie…

 

Nie znoszę psychoanalizy! W moich filmach nie ma żadnej psychologii ani tym bardziej psychoanalizy! Baśnie uwielbiam, ale tego, co robi z nimi Bettelheim, nie znoszę! Jako mała dziewczynka czytałam Sinobrodego, to była dla mnie formacyjna baśń. O wiele ważniejsza niż najchętniej analizowana przez psychoanalityków Śpiąca królewna. W Sinobrodym nie chodziło mi o psychoanalizę, tylko o dziewczynkę, która fantazjuje o sobie w świecie magicznej przygody. Śpiącą królewnęprzeczytałam dopiero jako szesnastolatka. I od początku nie kupowałam interpretacji Bettelheima.

 

Największym problemem psychoanalizy, który przyprawia mnie o wściekłość, jest to, że uważa ona, że małym dziewczynkom brakuje przede wszystkim penisa. Jako mała dziewczynka w ogóle nie interesowałam się tym, czy moi koledzy mają penisy. Drażniło mnie to, że nie mam prawa, by robić wszystkie te fascynujące rzeczy, które robią chłopcy. Ale czułam, że ogranicza mnie nie brak penisa, tylko represyjne społeczeństwo. I do dziś czuję, że psychoanaliza dobrze tego nie wyjaśnia.

 

Co we współczesnym kinie francuskim uważa pani za najciekawsze?

 

Bruno Dumont. To geniusz, jego najnowszy film, Camille Claudele powalił mnie z nóg. Ale też Gaspar Noe, Claire Denis i Kechiche, o którym rozmawialiśmy.

 

Filmoznawcy piszą o twórczości pani, Dumonta i Denis jako o wspólnym nurcie we francuskim kinie, „nowej francuskiej ekstremie”. Gdy dwa lata temu miałem okazję rozmawiać z Dumontem, nie zgodził się z taką klasyfikacją. Pani się zgadza?

 

Nie! Kręcimy zupełnie różne filmy.

 

Jak podchodzi pani do wizualnej warstwy swoich filmów? Zostawia tu pani duże pole autonomii scenografowi, operatorowi itd.?

 

Groza, groza, groza! Ja muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Pamięta pan reżyserkę zSeks jest komedią? Ja naprawdę tak pracuję. Wchodzę na plan, przestawiam na nim poszczególne elementy. Ustawiam się na planie w miejscu, gdzie ma być aktor, patrzę, jak to wygląda z jego punktu widzenia; potem staję tam, gdzie ma być grająca z nim aktorka; potem w pozycji operatora – i ciągle mam jakieś uwagi, jakieś poprawki.

 

Kino nie jest dla pani sztuką zespołową?

 

Nie. Reżyseria jest monarchiczna. Ktoś musi odpowiadać za całość. Film jest dla mnie ucieleśnionym spojrzeniem. Moim.

Dziennik Opinii KP

 

 

Cezary Michalski – KIEDY BESTIE ŚCIGAJĄ BESTIE

Gdy czytam w oficjalnej depeszy Polskiej Agencji Prasowej o dalszych losach „ustawy o bestiach”, kiedy po raz kolejny słyszę od mainstreamowych dziennikarzy i polityków z największych partii parlamentarnych o „szatanie z Piotrkowa” (zwykle z imieniem i nazwiskiem „szatana”), zastanawiam się nad tym, jak szybko się stoczyliśmy, jak to było łatwe. Zamiast użyć siły państwa (nawet tak słabego jak nasze) i istniejącego już wcześniej prawa (nawet tak mocno delegitymizowanego przez polityków i media jak nasze) do ochrony obywateli przed ewentualną recydywą ze strony sprawców najcięższych przestępstw (tak, również o ofiarach pamiętam), a także do ochrony sprawców najcięższych przestępstw przed linczem ze strony „dobrych obywateli” i „dobrych mediów” po odbyciu przez nich zasądzonej kary, zabawiliśmy się na całego w „kino reaganowskie”. Zabawiliśmy się w „kino reaganowskie” na samych szczytach polskiej polityki i mediów. Na gruncie istniejących uprawnień policyjnych, na gruncie istniejącej ustawy o zdrowiu psychicznym, można było rozwiązać problem 18 więźniów, którym kiedyś karę śmierci zamieniono na 25 lat więzienia i którzy te 25 lat w więzieniu spędzili lub spędzą do końca. Tymczasem zamiast tego poszliśmy w populizm bez trzymanki i niewielu prawników, jeszcze mniej dziennikarzy i prawie żaden polityk – odważyło się głośno powiedzieć: to jest barbarzyństwo, które będzie miało niebezpieczne konsekwencje dla polskiej polityki, prawa i państwa.

 

Wiceminister Michał Królikowski, w zamian za daną mu przez Marka Jurka (który jako marszałek Sejmu ściągnął go w 2006 roku na stanowisko szefa Biura Analiz Sejmowych, aby interpretował prawo dla potrzeb polskiego parlamentu), potem przez Jarosława Gowina (który ściągnął go w 2011 roku z szefa BAS na wiceministra sprawiedliwości), potem przez Marka Biernackiego i Donalda Tuska (którzy go na stanowisku wiceministra sprawiedliwości pozostawili), okazję do ewangelizacji siłą (czyli do narzucania partykularnych rozstrzygnięć wyznaniowych siłą powszechnego prawa obywatelom, którzy nie są katolikami), chętnie i bez żadnych oporów przygotował dla premiera Tuska „ustawę o bestiach”.

 

 

Nie ma jako prawnik żadnych ograniczeń, bo prawo zna dobrze, a możliwość ewangelizacji siłą jest dla niego warta zapłacenia każdej ceny.

 

 

Donald Tusk nazwał Królikowskiego „prawnikiem kompetentnym”, bo Królikowski przygotował mu sprawnie „ustawę o bestiach”. Premier okazał krótkowzroczność. Dziś Michał Królikowski instrumentalizuje prawo dla Tuska. A Tusk jest przecież liberałem, ma swoje ograniczenia, pewnych granic nie przekroczy, ja w to przecież wierzę (wierzę w to jeszcze?). Jutro jednak dzisiejszy wiceminister sprawiedliwości rządu koalicyjnego Donalda Tuska i Janusza Piechocińskiego, z nieporównanie silniejszej pozycji będzie prawo instrumentalizował jako minister sprawiedliwości koalicyjnego rządu Jarosława Kaczyńskiego i Jarosława Gowina. Czemu Gowin stworzy koalicję z Kaczyńskim, a nie z Tuskiem (może ta kwestia kogoś z czytelników KP jednak interesuje)? Otóż Donald Tusk, nawet jak mu w kolejnych wyborach nie wyjdzie, może wybierać pomiędzy SLD, Twoim Ruchem, PSL i Gowinem. Zatem jeśli Gowin zdobędzie 6 procent głosów, Tusk zaproponuje mu udziały we władzy na wysokości 6 procent albo mniej. Kaczyński ma sytuację trudniejszą. SLD i PSL obchodzą go jak wściekłego psa. Sojusz z Twoim Ruchem skompromitowałby obie strony bardziej, niż dawny sojusz PiS z „Samoobroną” (z uwagi na brata, z uwagi na o. Rydzyka). Dlatego Gowin, jeśli będzie Kaczyńskiemu potrzebny do stworzenia koalicji, do przejęcia władzy, za swoje 6 procent głosów dostanie od Kaczyńskiego udziały we władzy w wysokości 20 albo 30 procent. Albo nawet na poziomie 49 procent minus służby i resorty siłowe, bo tylko to – a nie kwestie socjalne, a nie ministerstwo oświaty – Jarosława Kaczyńskiego obchodzi. Tylko to uważa za klucz do społecznej epifanii, do odsłonięcia przez Polakami „prawdy o układzie”, która „nas wyzwoli”. Michał Królikowski będzie skarbem tego przyszłego rządu. Będzie „jurystą Kaczyńskiego”, będzie „jurystą Gowina”, będzie „jurystą abp. Hosera”. Każde prawo nadwyręży – dla swojej wiary, dla swych przełożonych – bo już dziś nadwyręża. Po „ustawie o bestiach”, po próbie utwardzenia Kodeksu Karnego, wiadomo, że nie ma dla niego żadnych ograniczeń – jeśli chodzi o ewangelizację siłą. Także jeśli chodzi o cenę, jaką za sposobność do ewangelizacji siłą zgadza się jako prawnik zapłacić.

 

Znów powtarzam (choć żaden mój prawicowy rozmówca medialny tego nie rozumie albo udaje że nie rozumie), iż nie chodzi mi o poglądy Michała Królikowskiego. Nie zamierzam ich „tłumić”, nie chce mi się nawet z nimi polemizować (daleka parafraza za Bogusławem Lindą). Chodzi mi wyłącznie o wyznawaną przez Królikowskiego i praktykowaną przez niego zasadę ewangelizacji siłą.

 

 

Nikt nie zmusza rodziny Królikowskiego, żeby stosowała in vitro, żeby uważała ludzką zygotę czy zarodek za zygotę czy zarodek, a nie za pełnoprawnego człowieka.

 

 

Nikt nie zmusza Królikowskiego i jego rodziny do zawierania małżeństw lub choćby związków partnerskich jednopłciowych. Tymczasem Michał Królikowski nie ma takich ograniczeń wobec innych, kiedy opiniuje, kiedy pisze i kiedy próbuje forsować nowy kształt polskiego prawa powszechnego, które jako prawo powszechne będzie obowiązywać obywateli nie będących katolikami, nie podzielających poglądów lub wyznania Michała Królikowskiego. Ewangelizując siłą Królikowski robi wszystko, aby prawo powszechne nadal uniemożliwiało gejom zawieranie w Polsce małżeństw lub choćby najbardziej nieśmiało zdefiniowanych związków partnerskich. Ewangelizując siłą Królikowski robi wszystko, aby polskie kobiety stały się pozbawionymi podstawowych praw nosicielkami już nie tylko embrionów, ale zarodków i zygot. Nawet jeśli dla tych kobiet zarodek i zygota nie jest „człowiekiem” (bo faktycznie nim nie jest, bo jest nim wyłącznie na gruncie aktualnej biopolitycznej doktryny Kościoła katolickiego, która tej instytucji skutecznie zastąpiła chrześcijaństwo).

 

Nie ma symetrii, nie ma żadnego „prześladowania Michała Królikowskiego za poglądy”. Jest praktyka ewangelizacji siłą w Polsce i są próby poszerzenia tej praktyki, narzucania siłą powszechnego prawa poglądów abp. Hosera i Michała Królikowskiego ludziom, którzy poglądów abp. Hosera i Michała Królikowskiego nie podzielają. Choćby dlatego, że – tak jak ja – uważają je za barbarzyńskie, za antychrześcijańskie, za bluźniercze wobec zasady miłości i miłosierdzia (a innych zasad etycznych w Ewangelii nie ma). Ale zgadzam się pozostawić Michała Królikowskiego i abp. Hosera sam na sam z ich poglądami, zawsze się zgadzałem. O ile tylko oni zrezygnują z ewangelizacji siłą.

Dziennik Opinii KP

Eliza Szybowicz – PĄSOWY POWROT DO PRZYSZŁOŚCI

Przygoda Andy nie daje mi spokoju. Trochę już o niej pisałam, ale rzecz domaga się szerszego omówienia. Godzina pąsowej róży, powieść Marii Krüger, wydana w 1960 i zekranizowana przez Halinę Bielińską w 1963, wydaje mi się mocnym znakiem czasu.

 

Przypomnijmy – swobodna i energiczna nowoczesna dziewczyna zostaje uwięziona w epoce gorsetu. Ponieważ właściwie wszystko, co tam powie czy zrobi, jest skandaliczne, nieprzyzwoite, gorszące, podejrzane, odbiera twardą lekcję, z groźbą uznania za obłąkaną i ubezwłasnowolnienia włącznie. Już jej imię jest niestosowne. Wypada, żeby panienki miały na imię Anusia i Ewunia. Anda brzmi wulgarnie, kojarzy się z półświatkiem.

 

Ciekawe, że patriarchat jest przedstawiony jako system zaprzeszły, w archaicznym kostiumie. Współczesność to domena ugruntowanej, stabilnej, oczywistej emancypacji. Śledząc dziś jej perypetie, mocno odczuwam opresję bohaterki bezustannie dyscyplinowanej i raczonej frazesami o godności kobiety. Film, momentami demoniczny, jeszcze pogłębia wrażenie feministycznego unheimlich.

 

Kiedy niedorosła Anda, przeskoczywszy w czasie 20 lat, rozpoznaje w lustrze twarz zdziwaczałej starej panny, mimo komediowej konwencji za każdym razem ciarki chodzą mi po plecach. Za co to wszystko? Anda dojrzewa, krew kapiąca na starą fotografię, ma tu znaczenie symboliczne. Rośnie niezależna, chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, mieć sławę i pieniądze. Lekceważąco wyraża się o miłości i małżeństwie. Mogłaby najwyżej zostać żoną męża swojej żony. Ma gotowy projekt kostiumu femme fatale.

 

 

Oczywiście jej winą jest kłamstwo i manipulacja, a także złudzenie panowania nad czasem, czyli nowoczesna hybris, ale chyba również to, że choć reprezentuje literackie sprywatyzowane nastolatki swojej i późniejszej epoki, jest wytworem lat 50. I ta jej przynależność wzięta jest w wyraźny cudzysłów, opatrzona sygnałami ironii.

 

W powieści Anda ma zwyczaj powtarzać, że byt określa świadomość. Jest rzeczniczką elektryfikacji wsi i postępu technicznego, a przede wszystkim kultury fizycznej i higieny. W filmie wypowiada sporo silnie nacechowanych słów, które w 1963 roku musiały jednoznacznie kojarzyć się z propagandą „okresu błędów i wypaczeń”. „Reprezentuje pani gusła i zabobony?”; „ciachnij te pęta zacofania i przesądów!”; „postaram się przystosować na zasadach naukowych”; „epoka! byt określa świadomość!”; „to jest ucisk człowieka przez człowieka”. Elżbieta Czyżewska idealnie podała te kwestie jako przejawy retorycznego automatyzmu, wtręty odstające od żywego języka, którym posługuje się bohaterka.

 

Podróż w czasie jest więc (jak mówi filmowa Anda) „metafizycznym dowcipem” zrobionym młodocianej materialistce. Fantastyczna odnoga czasu służy złamaniu antyromantycznego oporu dziewczyny. Połączenie emancypacji z językiem epoki przedodwilżowej potwierdza tezę, że po 56 roku często starano się powiązać równouprawnienie kobiet ze stalinizmem i w ten sposób je skompromitować.

 

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno Krüger, jak i Bielińska (zresztą rodzone siostry) znają jak zły szeląg i celnie krytykują patriarchat, a mimo to poddają wolną od jego wpływu bohaterkę ostrej tresurze. Chcą, żeby zaznała wszelkich przedemancypacyjnych ograniczeń. Chcą jej dać nauczkę. Zderzają jej nowoczesną niewinność z obsceniczną kulturą, w której funkcjonują niezliczone zakazy dotyczące języka, zachowania i ciała kobiety.

 

Ponieważ nie planowała zamążpójścia, nie rozumiała pojęcia „stara panna” i zamierzała żyć według własnej woli – doświadcza każdego ze złych scenariuszy czekających w końcu XIX wieku na kobiety ze sfery mieszczańskiej: targów przedmałżeńskich, żałosnego staropanieństwa oraz losu obarczonej gospodarstwem domowym i dziećmi paniusi na utrzymaniu męża.

 

Nadużywała swobody i bezpośrednich relacji z nowoczesnymi rodzicami – trafia pod inwazyjną kuratelę matki i ojca, którzy opierają swoją władzę na rytualnym dystansie. Była traktowana prawie jak dorosła – pozostając w tym samym wieku, spada do statusu dziecka. Ironizowała, śmiała się i żartowała – staje przed murem niewzruszonej powagi. Nie lubiła się uczyć fizyki – na pensji trenuje gównie kaligrafię i pokorę, bo od płci pięknej nikt nie wymaga znajomości ułamków dziesiętnych. Nie wstydziła się nagości, chodziła w nie krępujących ruchów portkach – zostaje na stałe wbita w gorset, sutą suknię, kapelusz, wstrzymujące krążenie podwiązki i ciasne trzewiki, nawet myć się musi w grubej koszuli. Gimnastykowała się i pływała – nie wolno jej podnosić nawet wzroku. Dyskutowała i stawiała na swoim – każde jej słowo klasyfikowane jest jako przejaw choroby nerwowej. Seksualnie uświadomiona – nie może choćby wspomnieć, że siostra będzie w przyszłości miała dzieci, i nie ma wstępu na „Halkę” (operę o „dziewczęciu, które zeszło z drogi cnoty”). Miała w matce wzorzec kobiety niezależnej, dojrzałej, ale młodzieńczo aktywnej, żyjącej własnym (zawodowym i towarzyskim) życiem – trafia pod władzę zbolałej matrony, którą zajmuje tylko zamążpójście córek i która może im przekazać najwyżej „zawód przyszłej wzorowej pani domu” posłusznej we wszystkim mężowi.

 

 

 

Mimo to Anda książkowa waha się w ocenie epoki, w której ugrzęzła, a Anda filmowa w pewnym momencie zaczyna czuć się w 1880 roku szczęśliwa. Bohaterkę uwodzi mieszczański styl życia, przestrzeń życiowa, wystroje wnętrz, suknie, jedzenie. No i – last but not least – formalna uprzejmość mężczyzn wobec kobiet. W powieści jednak nastolatka ostatecznie wybiera nowoczesność, bo „daje […] o wiele więcej swobody dziewczętom”. Anda kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet rzekomo otoczonych podziwem i uwielbieniem. „Wolę nie być bóstwem – orzeka – a ubierać się po ludzku, używać sportów i chodzić do kina”. Książka kończy się nagle, bez morału. Anda zostaje ze swoim osobliwym doświadczeniem sama. Coś z nim zrobi albo nie.

 

Film – wynik siostrzanej współpracy – ma wymowną pointę. Kończy się palimpsestem epok. Współcześnie powtarza się ta sama scena randki przy księżycu, całowania w rękę i porozumienia zakochanych, którą już widzieliśmy w wersji kostiumowej. Nowoczesna nastolatka życzliwiej spogląda na oddanego Karola, a on zachowuje się jak dżentelmen. Pąsowa róża – początkowo rekwizyt frywolnej cioci i symbol patriarchalnej pułapki, pojawia się jako znak uczucia i przymierza płci.

 

„Porozmawiajmy raz jak ludzie – mówi Anda w XIX wieku. – Przecież nas oboje jakoś okropnie wykiwano. Dlatego chyba powinniśmy trzymać się razem”. Karol, kończąc tę samą rozmowę w XX wieku, upewnia się: „I wszystko zaczyna się dla nas od początku, prawda?”.

 

Krüger i Bielińska nie były strażniczkami patriarchatu i nie sądzę by chciały/musiały pomagać ekipie Gomułki w odcinaniu się od rządów poprzedników i propagowaniu powrotu do tradycyjnych ról płciowych. Wiedziały też, że romantyczny sztafaż bywa maską poniżenia i zniewolenia kobiet. Dlaczego więc skończyły film w ten sposób? To właśnie nie daje mi spokoju.

 

Film jest odważniejszy obyczajowo od książki. Zawiera jaskrawą krytykę mieszczańskiej i religijnej obłudy, której istotą jest płciowa asymetria standardów moralnych.

 

Kiedy kobiety i służba poszczą na intencję zamążpójścia starszej córki, pan domu z ustami pełnymi pieczeni poucza, że „zasady religijne są niewzruszoną opoką rodziny”. Szanowany ojciec rodziny, dbając o dobre imię, dąży do ubezwłasnowolnienia „szalonej” szwagierki, ale sam bywa w domu publicznym, czemu zresztą towarzyszy specyficzna odmiana cichego i zgorszonego, ale jednak przyzwolenia społecznego. Wyjątkiem jest ciocia Eleonora, której wdowieństwo i majętność pozwalają na względną swobodę (również seksualną).

 

 

I po doświadczeniu tego wszystkiego siostry kazały bohaterce ulec romantycznemu nastrojowi, zmięknąć, poddać się urokowi dawnych form. Iść na ustępstwa. Czyżby naiwnie postulowały połączenie swobodnego, nowoczesnego życia i anachronicznego stylu? Odstręczała je surowa emancypacyjna estetyka, którą kojarzyły z okresem stalinizmu? Obawiały się zbyt daleko idących konsekwencji równouprawnienia? Wszystkie te ewentualności wyglądają tak strasznie, że aż nieprawdopodobnie (jak można przeprowadzić błyskotliwą krytykę patriarchatu, żeby ją następnie wyrzucić za płot?).

 

Strategicznie najlepsze wyjaśnienie byłoby może takie, że Krüger i Bielińska chciały wyjść poza antagonizm płci, wskazać, że również mężczyźni w patriarchacie są, choć w inny sposób, ograniczani – świadczyłyby o tym słowa „nas oboje jakoś okropnie wykiwano”. Ale taka interpretacja jest chyba za słaba wobec fatalnej siły pocałunku w rękę, której zdają się hołdować autorki. Pewne pocieszenie stanowi ostatni grymas Czyżewskiej – bohaterka najwyraźniej nie całkiem zgłupiała, skoro impulsywnie porzuca romantyczną formę.

 

Czekając na Wasze pomysły interpretacyjne, będę sobie wyobrażać, jak nowoczesna dziewczyna Marii Krüger czułaby się w naszych czasach.
Joanna Chmielewska w Przeklętej barierze (2000) ściągnęła do współczesności hrabinę z 1882 roku i kazała jej się entuzjazmować nowoczesną techniką i swobodą obyczajową. Juliusz Machulski w Ile waży koń trojański? (2008) zesłał bohaterkę w późny PRL przedstawiony jako egzotyczna enklawa zacofania, polegającego głównie na podrzędnej pozycji kobiet. Ten genialny koniunkturalista odwołał tym samym swoją Seksmisję, gdzie pokazywał PRL jako hipernowoczesny system totalnych babskich rządów. (Kiedy się chce zrobić karierę na satyrze z PRL-u każdy sposób jest dobry).

 

Mam wrażenie, że Anda przeniesiona do 2014 roku mogłaby się poczuć bardziej jak w 1880 niż jak u siebie. Im dłużej czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, tym silniejsze mam wrażenie, że żyjemy w czasach cywilizacyjnego regresu. Pamiętam, że to „tylko” literackie projekty rzeczywistości społecznej, a jednak.

 

Najpilniejsze zadanie – zanalizować i wyjaśnić sobie to wrażenie.

 

Tekst ukazał się na blogu Nie tylko Musierowicz

Dziennik Opinii KP

 

Czarny dom na górskim zboczu

Hideg-ház to dom wakacyjny zlokalizowany na Węgrzech, w miejscowości Kőszeg, która znajduje się na granicy z Austrią, u stóp Alp. Działka na której powstał jest pochyła i z jednej strony osłonięta kamienistym stokiem. Architekci ze studia Béres Architects zdecydowali się to wykorzystać.

 

Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/

Dom składa się z dwóch części, pomiędzy którymi znajduje się dobrze osłonięty wewnętrzny taras. W miesiącach letnich to tutaj znajduje się centrum życia rodzinnego. Taras jest z dwóch stron otwarty, kamieniste zbocze jest jego tłem z jego jednej strony, z drugiej zaś widać po prostu zielony (lub zupełnie biały, w zależności od pory roku) ogród.

Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/

Głównym materiałem wykorzystanym przez architektów jest drewno. Elewacja z desek jest zabezpieczona zarówno przed mrozem, jak i gorącym słońcem. Deski składające się na wewnętrzną część pozostawiono w naturalnym kolorze, resztę pomalowana na czarno. W zestawieniu z szarością kamienistego stoku który tworzy tło dla domu, całość wygląda dość spektakularnie.

Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/

Przestrzeń została zaprojektowana tak, żeby na powierzchni 110 metrów kwadratowych głównym źródłem światła było oczywiście to pochodzące ze Słońca. Niektóre okna to po prostu świetliki, których zadaniem jest wpuszczać światło do wnętrza. Inne są jakby ramami dla tego co znajduje się po drugiej stronie szyby. Okno nad wanną, wychodzące na skały robi naprawdę spore wrażenie.

Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/

Hideg-ház to pierwszy projekt zrealizowany w zespole Attili Béres i Jusztiny Balázsy. Projektowanie tego budynku rozpoczęło się już w 2009 kiedy klient, (pan Hideg) zauważył projekt Béres wyróżniony w magazynie Wallpaper*. Dom został ostatecznie zrealizowany w 2013 roku, po 3 latach nieśpiesznych prac na terenie budowy. Architekci zgodnie twierdzą, że zaangażowanie klienta w powstawanie tego projektu było kluczowe dla ostatecznego efektu.

Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/
Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/
Foto: Tamás Bujnovszky http://www.bujnovszky.com/ + Architektura http://www.beresattila.hu/

 

Maja Święcicka

ZOBACZ TAKŻE:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>