Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Eliza

Hotel w cytrynowym sadzie

Lubię połączenie nowego ze starym. To fajnie, kiedy zabytkowym budynkom nadaje się nowe życie poprzez współczesne adaptacje. Takie zestawienie uszlachetnia. Hotel ZASH jest przykładem właśnie takiego, udanego związku.

http://www.zash.it/

W zabytkowych wnętrzach hotelu zmieściło się SPA, restauracja, piwniczka z winami i część pokoi. Reszta została umieszczona w przeszklonej dobudówce, która naprawdę świetnie komponuje się z typowo włoskim budynkiem z lat 30. XX wieku. Hotel ZASH należy do prestiżowej grupy hoteli Design Hotels. To znaczy, że oprócz usług na najwyższym poziomie gościom oferuje też dobrze zaprojektowane, niesztampowe wnętrza.

http://www.zash.it/
http://www.zash.it/

Budynek z założenia jest rodzinną willą właścicieli ziemskich, którzy oprócz pięknego, cytrynowego sadu posiadają także winnice. Z pokoi i tarasów rozchodzi się widok na pobliskie morze Jońskie i górę Etna. Idealna lokalizacja.

http://www.zash.it/
http://www.zash.it/

O tej porze roku, nie panuje tam tak bajkowy jak na zdjęciach klimat. Temperatury wahają się w okolicach 10 stopni. Warto może jednak pomyśleć o rezerwacji first minute? Dzięki temu, będziemy mieli na co czekać przez tych kilka ponurych miesięcy. Więcej: Hotel ZASH

http://www.zash.it/
http://www.zash.it/

naTemat.pl

Wydawnictwo Dwie Siostry

To spora odpowiedzialność, tworzyć produkty dla dzieci. W końcu, czym skorupka za młodu nasiąknie… Na szczęście, Wydawnictwo Dwie Siostry ma kilka dobrych zasad. Ich książki mają być pięknie zaprojektowane i mądrze wymyślone, tak, żeby przekazywać (chłonnym jak małe gąbeczki) czytelnikom najlepsze wzorce.

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/

Gdy napisałam o warszawskiej księgarni Bullerbyn, która ma w ofercie naprawdę ciekawą selekcje ładnie zaprojektowanych książek i książeczek dla dzieci, któryś z komentatorów zauważył, że dzieci uważają, że książka to jeden z najgorszych prezentów jakie można dostać.

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/

Oczywiście, trudno zrobić przyzwoitą konkurencję modnym zestawom LEGO, albo którejś z najnowszych konsoli do gier. Pamiętam jednak, że ,,Miasteczko Mamoko” książka, składająca się w całości z ilustracji Daniela i Aleksandry Mizielińskich to był jeden z tych naprawdę udanych prezentów, do którego wkrótce dołączyły następne książeczki z serii i dziesiątki inspirowanych rysunków, które miały w ten sam sposób, bez słów, opowiadać jednocześnie kilka historii.

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/

Wydawnictwo Dwie Siostry specjalizuje się w literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Wiedzą, że dziecko to trudny klient, dlatego starają się, żeby książeczki z ich oferty były wyjątkowe, inne niż te, do których dzieci są przyzwyczajone, ciekawsze.

Klasyczne dzieła literatury, jak np. ,,Pan Maluskiewicz i Wieloryb” Tuwima, są ilustrowane przez mistrzów polskiej ilustracji i i grafiki. W ofercie pojawiają się także książki młodych autorów, ilustrowane przez dopiero wschodzących artystów.

Całą (już naprawdę dość przepastną) ofertę można obejrzeć tutaj: Wydawnictwo Dwie Siostry.

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/

Maja Święcicka

ZOBACZ TAKŻE:

 

Abp Michalik nie żałuje słów o pedofilii. A gender „jest bardzo niebezpieczne”

sk, 18.01.2014
Abp Józef MichalikAbp Józef Michalik (Fot. TVP Info)
Abp Józef Michalik w radiu RMF mówił w sobotę o pedofilii, ale także o ideologii gender. – To teoria, którą się chce narzucić, koncepcja odejścia nie tyle od prawa boskiego, co od prawa natury – przekonywał.
Abp Józef Michalik odpowiadał m.in. na pytanie, czy w Polsce są dwa Kościoły: papieża Franciszka i arcybiskupa Michalika. – Jest to z gruntu rzeczy niewłaściwy obraz, dlatego że nie ma takiego Kościoła, jakim jest Kościół Michalika, jest to Kościół ściśle Chrystusa, któremu służy papież Franciszek i któremu służy, pewnie nieudolnie, ale jednak także Michalik – mówił arcybiskup.Krzysztof Ziemiec, przeprowadzający rozmowę z RMF FM, zwrócił uwagę na opinie, że współczesny Kościół to rodzaj zamkniętego getta. – Nie zgadzam się całkowicie z tą opinią, dlatego że jest to opinia wymyślona. I jest to ideologizowanie, uogólnienie, które nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Jeśli się zauważy obecność duchowieństwa polskiego, obecność biskupów wśród różnych ludzi, jeśli się sprawdzi kalendarz konkretnego biskupa, w którym nie ma miejsc, wolnego dnia w tygodniu bardzo często, to jednak mówi to o jakimś otwarciu Kościoła. Kościół nie zamyka się na żadne inicjatywy, więcej – o otwartości naszego Kościoła w Polsce świadczy to, że zabieramy głos we wszystkich palących problemach, że się nie chowamy – przekonywał abp Michalik.

„Gender jest niebezpieczne”

Tłumaczył, dlaczego Kościół mówi stanowcze „nie” ideologii gender. – Dlatego że jest to teoria, którą się chce narzucić. Koncepcja odejścia od prawa nie tyle boskiego, nawet od prawa natury, że ten subiektywizm będzie uprawomocniony w wyborze płci, ta kulturowość, możliwość zmiany płci czy potem zastosowanie tychże ideologicznych przesłanek, że można regulować właśnie w ten sposób także wychowanie dziecka, jest bardzo niebezpieczne. Natomiast jeśli chodzi o głos Kościoła polskiego, to wcale nie jesteśmy, niestety żałuję, ale nie jesteśmy pierwsi, jesteśmy już siódmą Konferencją Episkopatu, która zabiera głos i przestrzega przed manipulacjami związanymi z tą właśnie ideologią – mówił.

„Wyciągnięto jedno zdanie i nim szarżowano”

Ziemiec pytał także abp Michalika, czy żałuje swoich słów o pedofilii. Chodziło o wypowiedź z października, gdy abp pytany przez dziennikarzy o pedofilię w Kościele odparł: „Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

Później zwołano w trybie pilnym konferencję Episkopatu, na której jego rzecznik tłumaczył, że to „zwykły lapsus językowy”.

Abp Michalik stwierdził w sobotę, że nie żałuje tych słów. – Nie, nie żałuję, dlatego że to zostało wykorzystane i dzisiaj bym mógł powiedzieć, że wyciągnięto jedno zdanie i nim szarżowano. Ja całe życie nauczałem, że Pan Jezus miał rację, mówiąc, że „kto zgorszy jedno dziecko, to lepiej, żeby mu kamień młyński uczepiono u szyi, zatopiony w głębokości morskiej”. Dlatego dla mnie to jest straszne zło, to jest okropny grzech moralny, czyli zburzenie całego porządku – wyjaśniał. – Natomiast wyraźnie mówiłem wtedy, że trzeba pytać o przyczyny i trzeba, pomagając dzieciom, tym, które zostały skrzywdzone, jednocześnie pamiętać o zapobieganiu i pomóc rodzinie – uratować rodzinę dla dziecka, uratować nie tylko matkę i ojca, żeby ono miało tę formację duchową i psychiczną, żeby ono miało do kogo się odnosić. Jeśli ono się będzie miało odnosić do własnego ojca z ufnością, to ono potem będzie potrafiło odepchnąć te trudności – zakończył.

 

Wyborcza.pl

Kościół ma odnotować apostazję w księgach chrztu. Rzecznik Episkopatu: Nie zgadzamy się!

mw, pap, kai, 14.01.2014
Ks. Józef KlochKs. Józef Kloch (Fot. Adam Stpie / Agencja Gazeta)
- Strona kościelna nie zgadza się z ingerencją procedur świeckich w administrację kościelną – napisał na Twitterze ks. Józef Kloch, rzecznik Episkopatu. Odniósł się w ten sposób do informacji, że Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych nakazał proboszczom odnotowanie w księdze chrztu, że dana osoba wystąpiła z Kościoła katolickiego.
Słowa Klocha to reakcja na decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego .- NSA stwierdził, że Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, oceniając to, czy osoba wystąpiła z Kościoła czy nie, nie musi kierować się wewnętrznymi przepisami Kościoła lub związku wyznaniowego – powiedział w rozmowie z PAP Wojciech Wiewiórowski, generalny inspektor ochrony danych osobowych. GIODO po raz pierwszy wydał decyzje, w których nakazał proboszczom odnotowanie w księdze chrztu, że dana osoba wystąpiła z Kościoła katolickiego

Kloch: Nie należy ferować pochopnych ocen

- O tym, czy została złamana konstytucja bądź konkordat, nie należy ferować pochopnych ocen – uważa ks. Kloch. – Wypowiedzą się na ten temat zapewne specjaliści, po analizie przypadków – dodał.

Rzecznik przypomina, że procedury w takich przypadkach są określone – można odwoływać się od decyzji GIODO, a gdy ten się nie zgodzi, sprawa może być zaskarżona w sądzie administracyjnym. – Czy tak będzie, zależy to od osób, do których pisma zostały skierowane, tj. czterech proboszczów – dodał ks. Kloch.

GIODO od niedawna wydaje decyzje, w których nakazuje proboszczom odnotowanie w księdze chrztu apostazji (czyli wystąpienie z Kościoła katolickiego). Zostało wydanych pięć takich decyzji: pierwsza w grudniu 2013 r., pozostałe w pierwszych dniach stycznia 2014 r. Wszystkie dotyczyły osób, które wystąpiły z Kościoła katolickiego i poskarżyły się GIODO, że ten fakt nie został odnotowany w parafialnej księdze chrztu.

Wcześniej w takich przypadkach GIODO sprawy umarzał, ponieważ uważał, że nie ma prawa do wydania merytorycznej decyzji. Wszystko zmieniło się jednak po serii październikowych wyroków NSA, który stwierdził, że GIODO nie może z góry umarzać postępowań w sprawie osób, które domagają się wpisu w księdze parafialnej o tym, że wystąpiły z Kościoła.

Sędzia Małgorzata Jaśkowska mówiła wtedy w uzasadnieniu, że „stosunki między związkiem wyznaniowym a państwem regulowane są na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności, ale – jak dodała – związki wyznaniowe podlegają jednak przepisom prawa powszechnego”. Dlatego – jak wyjaśniła sędzia – wystąpienie z Kościoła katolickiego powinno być rozpatrywane na gruncie prawa powszechnego, ponieważ dotyczy wolności sumienia i wyznania oraz danych osobowych.

Decyzja NSA? „Jest kuriozalna!”

- Decyzja NSA jest bardziej niż kuriozalna, jest wręcz wielokrotnym złamaniem obowiązującego w Polsce prawa. Jest wyjściem poza kompetencje NSA, bo ten nie ma kompetencji zajmowania się administracją kościelną, lecz jedynie państwową – komentuje dla KAI ks. Ireneusz Wołoszczuk, prawnik i filozof prawa, sędzia Trybunału Arcybiskupiego w Strasburgu.

Plan Kościoła na walkę z pijaństwem

Dzień później ks. Kloch rozmawiał z Konradem Piaseckim w RMF FM. M.in. o pijanych kierowcach.

- Pijani kierowcy zabijają, bo w całej Polsce jest problem z nadużywaniem alkoholu. Jeśli w kraju będzie większa trzeźwość, zmniejszy się też problem pijanych kierowców – mówił.

- Pomysł Kościoła na walkę z pijanymi kierowcami to edukacja, mniej reklam alkoholu i mniej punktów, w których alkohol można nabyć. Problem pijanych kierowców w Polsce jest ważniejszy niż tak szeroko ostatnio dyskutowany problem ideologii gender – przyznał rzecznik Episkopatu.

 

Wyborcza.pl

Rodzice Przemysława Gosiewskiego: Małgorzata powinna zrzec się nazwiska. Nie zna języków, nie ma studiów, przyniesie wstyd

Michał Wilgocki, 15.01.2014
Małgorzata GosiewskaMałgorzata Gosiewska (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Małgorzata Gosiewska, pierwsza żona Przemysława Gosiewskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej, może zostać wystawiona na listach PiS w wyborach do europarlamentu w okręgu małopolsko-świętokrzyskim. Nie podoba się to rodzicom byłego wicepremiera: – Powinna się zrzec nazwiska i wtedy może kandydować – mówią na łamach kieleckiego „Echa Dnia”
Państwo Jadwiga i Jan Gosiewscy sami zgłosili się do redakcji „Echa” po informacjach, że PiS może wystawić Małgorzatę Gosiewską w wyborach do Parlamentu Europejskiego.- Nie wyrażamy zgody na kandydowanie tej pani z regionu świętokrzyskiego ani z żadnego innego do Parlamentu Europejskiego i niszczenie dobrego imienia Przemysława. Chcemy, by ta pani zrezygnowała z naszego nazwiska! – mówią gazecie. Dlaczego?

- Nie zgadzamy się na niszczenie dobrego imienia Przemysława przez Małgorzatę Gosiewską, pierwszą żonę, która zostawiła syna z dzieckiem w najgorszym momencie. Pani Małgorzata nie ma żadnego wykształcenia, nie ma studiów i nie zna języka, więc po co pójdzie? Kompromitować Przemysława i przynosić wstyd dla PiS i Świętokrzyskiego – mówią Jadwiga i Jan Gosiewscy.

Rodzice byłego wicepremiera, który zginął w Smoleńsku, przekonują, że jedyną osobą godną nosić nazwisko ich syna jest jego druga żona – Beata.

- Beatka bardzo kochała swojego męża. Ma przygotowanie do pełnienia funkcji w europarlamencie, bo ukończyła studia z zakresu rolnictwa i włada językiem angielskim. Będzie przynosiła chlubę regionowi świętokrzyskiemu. Chcemy, by Beatka przedłużyła misję Przemka, bo innej drogi nie ma. Zależy nam, by ziemia świętokrzyska była szanowana, a to może zrobić tylko Beatka – przekonują. Apelują też do Jarosława Kaczyńskiego, żeby postawił właśnie na Beatę, a nie na Małgorzatę.

- Prosimy, by pan premier Kaczyński jako długoletni przyjaciel naszego syna uwierzył, że nasza synowa na pewno nie przyniesie wstydu Prawu i Sprawiedliwości – mówią Gosiewscy w „Echu Dnia”. – Nie będziemy odpowiadać na ten apel. Przy olbrzymim szacunku dla państwa Gosiewskich to nie oni decydują o kształcie list – mówił w TVN 24 Joachim Brudziński z PiS. Sama Małgorzata Gosiewska apelu nie chce komentować.

- Moja praca jest najlepszym świadectwem tego, kim jestem – mówi w „Echu Dnia”.

Wyborcza.pl

Naukowcy odkryli sekret zadowolenia z życia. Jest niezwykle prosty

mirol, 14.01.2014
LasLas (Fot. 123RF)
Podwyżka? Awans? Wygrana na loterii? Niestety, te rzeczy sprawiają, że poziom zadowolenia z życia rośnie tylko na kilka miesięcy. Najdalej po pół roku efekt znika. Ale jest coś, co zadowolenie podnosi na długo – a efekt utrzymuje się nawet po latach.
Jak donosi BBC, brytyjscy naukowcy odkryli, że przeprowadzka w pobliże terenu zielonego – parku lub lasu – sprawia, że ludzie są bardziej zadowoleni z życia niż przed przeprowadzką. To nie jest być może specjalnie zaskakujące odkrycie, każdy chyba przyzna, że miło jest mieć zieleń za oknem. A przynajmniej milej niż ścianę bloków, kamienic czy ruchliwą ulicę. Ale to, co jest zaskakujące w odkryciu brytyjskich badaczy, to fakt, że wzrost poziomu zadowolenia z życia po przeprowadzce w pobliże zieleni jest trwały i utrzymuje się przez wiele lat.To o tyle dziwne, że z wielu wcześniejszych badań wiadomo, że inne czynniki podwyższające poziom zadowolenia z życia, takie jak podwyżka czy awans, sprawiają, że bardziej zadowoleni z życia jesteśmy tylko przez kilka miesięcy – maksymalnie do pół roku. Potem nasz poziom zadowolenia z życia spada do takiego samego poziomu, jak przed miłym wydarzeniem. Nawet osoby, które wygrały znaczne kwoty na loterii, po pół roku od wygranej są zadowolone z życia tak samo, jak przed wygraną.

Natomiast uszczęśliwiający efekt przeprowadzki w pobliże parku lub lasu – co odkryli Brytyjczycy – utrzymuje się przez wiele lat. To sprawia, że inaczej należy spojrzeć na urbanizację i zabudowę terenów zielonych w miastach – znikanie parków i skwerów po prostu sprawia, że mniej ludzi będzie zadowolonych z życia, co ma wymierne efekty dla kosztów opieki zdrowotnej – ale i gospodarki. Brytyjczycy zastanawiają się, czy wartość terenów zielonych nie powinna być uwzględniana na przykład w wydatkach na ochronę zdrowia.

Badanie wykonano na dużej, reprezentatywnej próbie ponad 10 tysięcy osób. Naukowcy zamierzają teraz zbadać bardziej szczegółowo, dlaczego zieleń ma taki dobroczynny wpływ na mieszkańców miast.

Wyborcza.pl

Ile Mrożka zostało w Meksyku? Sprawdziliśmy [ZDJĘCIA]

Maria Hawranek, Szymon Opryszek, Tlahuapan, 15.01.2014
Fontanna, która pamięta czasy Sławomira Mrożka Fontanna, która pamięta czasy Sławomira Mrożka (Fot. Szymon Opryszek)
Dziennikarze „Gazety” odnaleźli ranczo Sławomira Mrożka w Meksyku. Tego nie wymyśliłby sam mistrz absurdu – dziś w jego dawnej posiadłości mieszka ponad 400 Don Kichotów i jedna Dulcynea.
Santa Rita Tlahuapan to zakurzone miasteczko w połowie drogi z Puebli do Mexico City. W centrum odremontowany kościół, budynek magistratu, znudzeni taksówkarze. W okolicy nie ma nawet hotelu. O Mrożku, który przez siedem lat żył na ranczu w jednym z miejscowych przysiółków, nikt tu nic nie wie. Starsze przekupki rozkładają ręce, w magistracie witają bezradnym uśmiechem. Pokazujemy zdjęcie. -To chyba jakiś amerykański aktor – zapewnia pani z kafejki internetowej.Spacerował tylko po sadzieNic dziwnego. Mrożek przekonywał, że dwuhektarowe ranczo „La Epifania” to jego cały Meksyk. Rzadko opuszczał hacjendę, spacerował tylko po sadzie. – Widywałam go tylko podczas posiłków. Całymi dniami pisał w swoim gabinecie. Czasem przynosiłam mu herbatę – opowiada Flora, która wraz z mężem Francisco i dziećmi mieszkała na ranczo i pracowała u Mrożków.

Po długich poszukiwaniach docieramy na miejsce. Nowy właściciel Humberto Martinez Castellanos zaprasza nas na śniadanie. – To miejsce inspiruje – mówi. Nazwał je Finca Teoyaccan, w języku nahuatl oznacza to „miejsce podarowane przez boga”.

Zmienił nie tylko nazwę – przebudował większość pokoi i zaadaptował je na potrzeby centrum konferencyjnego. Oczyścił basen, który Mrożek zasypał, bo uważał, że korzystanie z takiego luksusu byłoby źle widziane przez miejscową ludność.

W budynku, w którym kiedyś mieszkały jego ukochane czarne sznaucery - kiedy wyjeżdżał, najtrudniej było mu się z nimi rozstać – dzisiaj jest skład narzędzi i pralnia. Po sąsiedzku powstał bar, w którym za ladę służy rzeźba statku. Obok niej siedzi naturalnych rozmiarów Don Kichot – jedna z ponad 400 figur z prywatnej kolekcji Humberto. Swoją żonę nazywa swoją Dulcyneą.

Wieża, którą sam zaprojektował

W domu Mrożków jest dziś restauracja. W ich byłej sypialni – pokój admirała, poświęcony pamięci ojca Humberta, wysoko postawionego oficera marynarki wojennej. Do dziś w niezmienionym stanie zachowała się tylko biało-niebieska łazienka na okratowanym parterze pomieszczenia, gdzie Susana i Sławomir mieszkali od czasu, kiedy w Meksyku 1994 roku wybuchło powstanie Zapatystów i przestali czuć się tu bezpiecznie.

Mrożek pracował w wieży, którą sam zaprojektował. Nowi właściciele wybrali ją na dom mieszkalny, jego dawny pokój pracy, gdzie miał pierwsze w swoim życiu biurko, zamienili na garderobę. – Kupiłem dom w pełni umeblowany. Po spisaniu umowy przyjechałem na miejsce i zastałem puste pokoje. Wszystkie meble przywłaszczyła sobie pośredniczka – wspomina Humberto.

Zapewnia, że na terenie rancza nie ściął ani jednego drzewa. Do dziś owocują śliwki, jabłka, figi, brzoskwinie, z których Mrożkowie robili konfitury.

Więcej zdjęć i wrażeń z wizyty na dawnym ranczo Sławomira Mrożka na www.intoamericas.com/blog/sniadanie-na-ranczu-slawomira-mrozka , blogu z reporterskiej podróży po Ameryce Łacińskiej.

Wyborcza.pl

Polski interes państwa Watykan

Podejrzewany o pedofilię arcybiskup Wesołowski zostanie w Watykanie, bo, zgodnie z watykańskim prawem nie może być poddany ekstradycji. Oznacza to, że państwo Watykan nie przekaże polskiej prokuraturze byłego nuncjusza apostolskiego na Dominikanie, abp Józefa Wesołowskiego, bo arcybiskup Wesołowski, który w Polsce się urodził i na koszt polskiego podatnika wykształcił, w Polsce zdobywał kolejne kapłańskie szlify i robił karierę, nie jest w istocie Polakiem, tylko …Watykańczykiem. Czyli przepraszam kim? Watykańskie prawo, któremu duchowny podlega, wyklucza możliwość ekstradycji, dlatego możemy zapomnieć o wyciągnięciu wobec Watykańczyka Wesołowskiego konsekwencji. Rozumiem, że jakby molestował dzieci polskie, nie Dominikańskie i polska prokuratura chciałaby go zatrzymać w tej sprawie, również nie mogłaby tego zrobić. W jakim życiu my, Polacy do tego dopuściliśmy? W jakim życiu wybraliśmy władze, polityków, które mając nas, obywateli tego kraju i własnych wyborców w głębokiej pogardzie, oddali klerowi katolickiemu, jak się okazuje, obywatelom obcego kraju, część swojego prawa, pieniędzy, wreszcie zwykłej ludzkiej przyzwoitości? Informacja, że Stolica Apostolska informuje, iż prowadzi własne śledztwo w sprawie podejrzeń o pedofilię i że (w razie potwierdzenia winy Wesołowskiego) zgodnie z prawem watykańskim najwyższą karą, jaką poniesie będzie… wykluczenie ze stanu duchownego, zakrawa przecież na jakąś kosmiczną kpinę i jest policzkiem, wymierzonym siarczyście polskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

 

Chcę powiedzieć bardzo głośno i wyraźnie: Wesołowski jest Polakiem, urodził i wychował się w Polsce, państwo Polskie subsydiowało jego studia, i gdyby przez ostatnie lata urzędował w Polsce, a nie na Dominikanie (co czynił w przeszłości), pobierałby jako dostojnik kościelny pieniądze od polskich podatników. Gdyby uczył w szkole religii, państwo polskie płaciłoby mu pensję, państwo polskie zapłaciłoby też za jego doktorat i profesurę na katolickiej uczelni – gdyby zechciał je zrobić , a gdyby był kapelanem wojska polskiego, mógłby uzyskać stopień wojskowy i pobierać wysoką generalską emeryturę. Zresztą nawet na owej nieszczęsnej Dominikanie był i tytułował się przedstawicielem polskiego koscioła, do diaska – obnosił się z funkcją polskiego nuncjusza!Sądzę, że sytuacja dojrzała do tego, żeby publicznie postawić pytanie: czy księża katoliccy są obywatelami polskimi lojalnymi wobec Polski, czy rezydentami Watykanu urzędującymi w Polsce, lojalnymi wobec Watykanu?Jeśłi to drugie, dlaczego my, polscy, nie watykańscy przecież podatnicy, dokładamy do obywateli Watykanu, którzy nie poczuwają się wobec tego kraju do niczego? Jaki jest powód tak rażącej usłużności?Gdyby sytuacja nie dotyczyła dostojnika Watykańskiego, tylko dostojnika Rosyjskiego, gdyby w miejsce „urzędników watykańskich” wstawić „urzedników rosyjskich”, gdyby to Rosjanie mieli tutaj, w Polsce swoje siedziby i szkoły dotowane z polskiego budżetu, przywileje i komisje majątkowe, mogące zabierać bez wyroku sądu ziemie polskim obywatelom – uznalibyśmy polityków, którzy do tego dopuścili za zdrajców. I słusznie, bo należałaby im się kulka w łeb. Co więc nas powstrzymuje, przed zweryfikowaniem konkordatu, umowy państwa polskiego z państwem Watykan, ewidentnie krzywdzącej dla Polaków, uwłaczającej naszej godności, interesom i poddającej w wątpliwość nasz – i naszych władz – zdrowy rozsądek?
Gołym okiem widać, że interesy panstwa Watykan są w wielu punktach sprzeczne z interesem Polski – dlaczego więc nie postępujemy z Watykanem, jak z Francją, Wielką Brytanią, czy każdym innym krajem świata, z którym dzieli nas sprzeczność interesów? Czy z Niemcami lub Czechami zawarlibyśmy umowę międzypaństwową o kształcie identycznym jak konkordat? Nie.
Dlaczego więc polscy politycy nie poślą Watykanu – bezczelnego, aroganckiego, roszczeniowego obcego kraju, wykorzystującego Polskę i śmiejącego się jej w twarz, do wszystkich diabłów?

Tusk odpowiada, jak żyć

Maciej Bednarek, mapi, 11.01.2014
Początek końca umów śmieciowych, skrócenie kolejek do lekarzy, darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów, nowe drogi ekspresowe i obwodnice, koniec z samodzielnym wypełnianiem PIT. – Ludzie w Polsce mają prawo oczekiwać, że sukces gospodarczy przełoży się na ich osobiste doświadczenia. W 2014 r. musimy zacząć konkretnie odpowiadać na to symboliczne pytanie: „Jak żyć” – przekonywał w piątek premier.
- Wprowadzimy „Pakt dla Pracy”. Naszym celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa pracowników i wprowadzenie zachęt dla pracodawców do zwiększania zatrudnienia – ogłosił minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz. W pakiecie są pomysły, nad którymi już pracuje Sejm, ale jest też kilka nowości. Do znanych należy np. reforma pośredniaków. Urzędnicy urzędów pracy mają być wynagradzani nie za liczbę zarejestrowanych bezrobotnych, ale za to, ilu z nich pomogą znaleźć pracę. Dzisiaj 7 proc. środków z Funduszu Pracy idzie na premie dla kadry kierowniczej urzędów pracy. Rząd chce te pieniądze dać najskuteczniejszym urzędnikom.ŚmieciówkiO likwidacji bądź ograniczeniu tzw. umów śmieciowych rząd mówi nie od dziś. Nowością jest reforma umów-zleceń. Dzisiaj pełne składki ZUS (zdrowotne, emerytalne) płaci się tylko od jednej umowy pracownika. Pracodawca mógł podzielić wynagrodzenie na kilka części, a składki zapłacić od najniższej umowy. Co się zmieni? Bez względu na liczbę umów pracodawca będzie musiał zapłacić składki od minimum 1680 zł, czyli płacy minimalnej (jeśli łączne wynagrodzenie ją przekroczy, przy niższych dochodach składka będzie oczywiście niższa). Premier nie wykluczył oskładkowania umów o dzieło (tylko składki emerytalne).- Premier ma rację, mówiąc, że konstrukcja umów cywilnoprawnych bywa wykorzystywana na niekorzyść pracowników. Przykłady innych krajów pokazują jednak, że korzystanie z elastycznych form zatrudnienia wspiera powstawanie nowych miejsc pracy. Dlatego dobrze, że rząd będzie stopniowo ograniczał takie umowy oraz że będzie przyglądał się skutkom tych zmian – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Lewiatana, organizacji przedsiębiorców. Rząd szacuje, że oskładkowanie w większym stopniu niż dzisiaj umów-zlecenia da rocznie dodatkowe 650 mln zł wpłat do ZUS.Ukrócone ma być też zatrudnianie na etacie na czas określony. Po dwóch umowach czasowych kolejna musi być na czas nieokreślony.Wsparcie dla młodych- 2014 rok będzie rokiem młodych na rynku pracy – zapowiedział Kosiniak–Kamysz. Rząd podwyższa granicę wieku młodych z 25 do 30 lat. W ciągu czterech miesięcy od dnia rejestracji w urzędzie pracy młodzi dostaną ofertę pracy. Pracodawców do ich zatrudniania zachęci refundacja składek ubezpieczeniowych (do 830 zł miesięcznie). Za młodymi mają też pójść bony stażowe i zatrudnieniowe (po 10 tys. zł dla ewentualnego pracodawcy).Nowością jest bon zasiedleniowy (7,5 tys. zł), np. na najem mieszkania w miejscowości, gdzie jest praca. – Młodzi Polacy nie mają problemu z wyjazdem do pracy za granicę, ale niechętnie przenoszą się za pracą do innego miasta w Polsce. Chcemy ich bonami migracyjnymi do tego zachęcić – mówił Kosiniak-Kamysz.Rząd zapowiada też pomoc innym grupom dyskryminowanym na rynku pracy. Chodzi np. o matki (ale też ojców) wracające z urlopów macierzyńskich i wychowawczych, osoby opiekujące się chorymi i starszymi ludźmi czy osoby w wieku 50+. Rząd refundowałby pracodawcy część składek.Wraca też idea telepracy. Pracodawca, który zatrudniłby w tej formie osoby z grup najbardziej narażonych na brak pracy, mógłby liczyć na 10 tys. zł na stworzenie takiego miejsca pracy (np. zakup komputera, łącza internetowego). Będą też tanie pożyczki na stworzenie nowego miejsca pracy (do 21 tys. zł). A ci, którzy sami będą chcieli założyć firmę, mogą liczyć nawet na 70 tys. zł pożyczki.

PIT wypełni fiskus

Rząd powtórzył obietnicę: 2014 to ostatni rok, kiedy podatki za poprzedni rok rozliczymy sami. W przyszłym roku zrobią to za nas urzędnicy. – Podatnik tylko wejdzie na stronę internetową, sprawdzi, czy wszystko się zgadza, i kliknie „OK” – mówił minister finansów Mateusz Szczurek.

Zapowiedział też program budowy 20 tys. mieszkań na wynajem, na który Bank Gospodarstwa Krajowego przeznaczy 5 mld zł. Ma wspierać m.in. mobilność Polaków poszukujących pracy poza miejscem zamieszkania.

Drogi i koleje

Duże inwestycje drogowe zapowiedziała wicepremier i szefowa resortu infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska. – Ogłosiliśmy już przetargi na duże projekty infrastrukturalne, których budowę zaczniemy w najbliższych miesiącach – powiedziała. Podstawowym celem jest uzupełnienie sieci dróg ekspresowych i autostrad. Rozpocznie się lub będzie kontynuowana budowa m.in. południowej obwodnicy Warszawy, S3 od Legnicy w stronę południowej granicy, kolejnych odcinków S5 Wrocław – Poznań – Bydgoszcz, autostrady A1 na odcinku Bydgoszcz – Nowe Marzy, odcinka S8 (Radziejowice – Białystok), drogi S17 (Warszawa – Lublin) czy drogi ekspresowej Olsztyn – Olsztynek.

W ciągu dwóch miesięcy ma być ogłoszony przetarg na odcinek A1 Pyrzowice – Częstochowa wraz z obwodnicą Częstochowy.

- Na kolei planujemy największe inwestycje od 25 lat. Do końca roku chcemy mieć 500 km kompleksowo zmodernizowanych linii kolejowych i rozpoczęcie kursowania pociągów Pendolino, które na odcinkach Warszawa – Katowice – Kraków, Warszawa – Wrocław i Warszawa – Gdańsk znacznie skrócą czas podróży – powiedziała Bieńkowska.

Walka z rakiem i kolejkami

Premier zapowiedział skrócenie kolejek do lekarzy, zwłaszcza do specjalistów, choć przyznał, że to trudne zadanie, i poprosił o cierpliwość: – Myślimy też o wprowadzeniu narodowego planu walki z rakiem, w ramach którego planowane jest zniesienie lub ograniczenie limitów utrudniających leczenie lub diagnozowanie tej choroby.

Będzie też Karta Dużej Rodziny. Te z co najmniej trójką dzieci dostałyby zniżki na transport, kulturę czy sport. Premier zachęcił jednocześnie prywatne firmy, np. sieci handlowe, do włączenia się do tego programu.

W tym roku lżej ma być też rodzicom posyłającym dzieci do pierwszej klasy szkoły podstawowej. – Chcemy, żeby obowiązywał tylko jeden podręcznik, który uczniowie dostaną za darmo – obiecał premier.Co planuje rząd w 2014 r.1. Ograniczenie tzw. śmieciówek – oskładkowanie wszystkich umów-zleceń.2. Spadek bezrobocia poniżej 13 proc. do końca roku.3. Skrócenie kolejek do lekarzy i narodowy plan walki z rakiem.4. Wprowadzenie Karty Dużej Rodziny (2+3 lub więcej dzieci): ulgi na komunikację miejską, kolejową oraz ulgi udzielane przez sieci handlowe i inne podmioty prywatne.5. Zeznanie podatkowe za 2014 r. wypełni za nas administracja podatkowa.6. „Bon migracyjny” w wysokości 7,5 tys. zł dla osób szukających pracy w innej miejscowości.7. Bon na zatrudnienie w wysokości 10 tys. zł dla osób szukających pierwszej pracy.8. Jeden darmowy podręcznik dla uczniów pierwszej klasy podstawówki. Będzie przekazywany co roku kolejnym uczniom.9. Program budowy mieszkań na wynajem, uruchomiony z funduszu Banku Gospodarstwa Krajowego.

 

Gadomski o planach rządu: Świetne pomysły Szczurka, Bieńkowska rozczarowała

Witold Gadomski, 10.01.2014
Premier Donald TuskPremier Donald Tusk (Fot.)
Pomysły na rządzenie w roku 2014, jakie przedstawił premier Donald Tusk i jego ministrowie nie są przełomowe, ale kilka z nich zasługuje na uwagę.
Premier dość długo opisywał korzyści z wprowadzenia darmowych podręczników dla pierwszych klas szkoły podstawowej. Być może to dobry sposób na niewielkie oszczędności w budżetach domowych, choć nie wiem, dlaczego rząd chce go realizować przez ograniczenie konkurencji na rynku podręczników. Ale jeżeli we wrześniu rozdawanie darmowych książek przebiegnie sprawnie, będzie to mały sukcesik.Najbardziej podobał mi się minister Mateusz Szczurek, który przyrzekł, że podatników będzie traktował jak klientów, a nie petentów. Dzięki internetowi ma się poprawić komunikacja między fiskusem i podatnikami. Kto wie, może doczekamy się nawet takich czasów, gdy wszystkie urzędy skarbowe będą jednakowo interpretowały przepisy, a podatnik będzie mógł zawczasu skonsultować się z urzędem, czy za pewne operacje zapłaci czy też nie podatek i w jakiej wysokości. Według zapowiedzi ministra już za rok nasze PIT-y wypełni za nas fiskus.

Rozczarowaniem było natomiast wystąpienie wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej, która miała być najjaśniejszą gwiazdą rządu po rekonstrukcji. Wicepremier wymieniła inwestycje, które w tym roku rozpocznie Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, w dużej mierze finansowane ze środków unijnych. Przed kilku dniami premier zapowiadał, że kierowane przez Elżbietę Bieńkowską ministerstwo przedstawi nową filozofię wydawania środków pozyskiwanych z Unii Europejskiej, ale na konferencji nie było o tym mowy. Pani wicepremier nie wspomniała też ani słowem, czy ma pomysł, by nie dopuścić do kolejnej serii bankructw firm budowlanych mających zlecenia na budowę autostrad.

Wicepremier Piechociński chwalił się, że jego resort ma program wspomagania eksporterów i przedsiębiorców, a także inwestycji w energetyce. Przyrzekł, że Polska będzie jednym z największych biorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych, zaczynających budowy „na zielonym polu”.

Kontrowersyjny jest pomysł podniesienia składek od umów-zleceń oraz od wynagrodzeń w radach nadzorczych. Zapewne pracodawcy wymyślą inny sposób obniżenia parapodatku, jakim jest składka. A ci, którzy nie wymyślą, zwolnią część pracowników. Ciekawie brzmiały zapowiedzi ministra Kosiniaka-Kamysza dotowania staży i pierwszej pracy za pomocą bonów w wysokości 10 tys. złotych. Ale jak je pogodzić z koniecznością obniżania deficytu budżetowego?

To, czego w wystąpieniu premiera i ministrów zabrakło, to zapowiedzi głębszych zmian, które popchnęłyby gospodarkę. W najbliższym roku będzie ona rosła szybciej niż w poprzednim, ale to raczej efekt cyklu koniunkturalnego, a nie polityki rządu. Premier Tusk i wicepremier Piechociński dużo mówili o pobudzaniu wzrostu przez wydatki inwestycyjne państwa. Ale stabilny i długotrwały wzrost zależy od wzrostu inwestycji prywatnych.

 

Składka nie jest lekiem na całe zło. [Oceniamy plany Tuska]

Marta Piątkowska, Bartosz Sendrowicz, 11.01.2014
Urząd pracy. Tablica z ofertami zatrudnieniaUrząd pracy. Tablica z ofertami zatrudnienia (Fot. Agnieszka Wocal / Agencja Gazeta)
Oskładkowanie umów-zleceń bez jednoczesnego zwiększenia ochrony zatrudnionych w ten sposób osób jest niesprawiedliwe. Choć pod przykrywką sprawiedliwości ma być wprowadzone.
Premier Donald Tusk zapytał: – Co mamy powiedzieć milionom ludzi, którzy zarabiają mniej przez to, że odprowadzają składki na ZUS? Kiedy widzą, że ich sąsiad, pracując na umowę-zlecenie, ma więcej pieniędzy niż oni?Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo nikt nie wie, czy zarobki pracowników na umowach cywilnoprawnych faktycznie są wyższe od tych na etacie. Sugerowanie, że nieetatowcy zarabiają kokosy kosztem etatowców, jest krzywdzące. Tak jak mówienie, że kiedyś przyjdą upomnieć się o minimalną emeryturę, „okradając” społeczeństwo.

Zgodnie z rządowymi danymi prawie 9 mln osób pracuje na umowę o pracę na czas nieokreślony. Ok. 3 mln ma umowę o pracę na czas określony. 2,5-3 mln prowadzi działalność gospodarczą, a 800-900 tys. utrzymuje się z umów-zleceń i umów o dzieło.

Kto najliczniej zasila tę ostatnią grupę? Młodzi. Mają przed sobą co najmniej 40 lat pracy. Najpewniej kiedyś dołączą do 15 milionów osób, które ZUS płacą.

Dla młodych „zleceniowców” obowiązek płacenia składek w pierwszych latach pracy oznacza drastyczne zmniejszenie dochodów. Pracodawcy prawdopodobnie nie podwyższą im pensji, a jeśli nawet dadzą podwyżki, to pochłonie ją ZUS i w kieszeni pracownik zobaczy tyle samo.

Dziwi nas również, że rozwiązanie problemu „pracy odartej z godności i pozbawiającej ludzi nadziei na dobrą przyszłość” premier widzi w składkach emerytalnych, a nie ochronie zatrudnionych. Jeśli pochyla się nad grupą, która wpadła w ten „najbardziej patologiczny mechanizm”, to dlaczego nie wspomina, że „zleceniowców” nie chroni kodeks pracy? Premier chce, żeby płacili składki jak etatowcy, ale nic nie mówi o zrównaniu praw.

Co powie tym 800-900 tys. Polaków, którzy widzą, że ich sąsiad etatowiec ma prawo do płatnego urlopu, zwolnienia lekarskiego, normowanych godzin pracy, przywilejów wynikających ze stażu pracy, okresu wypowiedzenia, ochrony przed zwolnieniem w czasie ciąży itd.?

Wiceminister pracy Jacek Męcina zaproponował kilka dni temu kolejny rodzaj umowy – projektową. To w zasadzie „kodeksowa umowa o dzieło”. Kodeksowa, bo pracownik będzie miał pełnię praw zapisanych w kodeksie pracy, a „o dzieło”, bo będzie to umowa rezultatu, np. o wybudowanie garażu, i za to pracownik otrzyma wynagrodzenie, od którego będzie miał odprowadzone składki i ubezpieczenie zdrowotne.

To świetny pomysł. Ale poczekamy na jego wprowadzenie. A z tym resort miewa kłopoty. Już od stycznia 2014 r. mieliśmy mieć wielką reformę urzędów pracy, a ustawa ciągle jest w Sejmie.

 

Darmowe podręczniki. Tanio, ale śmierdzi polityką [Oceniamy plany Tuska]

Aleksandra Pezda, 11.01.2014
Około 300 zł kosztuje komplet podręczników dla ucznia podstawówkiOkoło 300 zł kosztuje komplet podręczników dla ucznia podstawówki (Fot. Agnieszka Wocal / Agencja Gazeta)
Premier zapowiedział w piątek, że sześciolatki, które we wrześniu pójdą do pierwszej klasy, dostaną podręcznik za darmo. Ten sam dla wszystkich. Skończy się więc wolny wybór przez nauczycieli – teraz rząd będzie decydował, jaki podręcznik kupi dzieciom.
Ale kto go wybierze? Premier tego nie określił. Jeśli urzędnicy z MEN, to czy przy każdej zmianie rządzącej ekipy będą zmieniać podręczniki pod poglądy kolejnej opcji politycznej?Nie będzie już tzw. pakietów, ale „jeden podręcznik” – podkreślał premier. Ma być lżej w tornistrach, a dla rodziców – oszczędniej. Książki mają być własnością szkoły, co roku wypożyczane kolejnym uczniom. Premier obiecał też, że z każdym następnym rokiem będzie rozszerzał program o następne roczniki (drugoklasiści też dostaną książki za darmo itd.).

Teraz pakiet dla pierwszaka kosztuje ok. 200 zł. Jest w nim nie tylko książka do nauki czytania, ale też zeszyty ćwiczeń do pisania i bloki do rysowania, czasem przybory pomagające w nauce liczenia. Od lat nauczyciele i rodzice przyznają, że to przerost formy nad treścią, że bez większej części pakietu by się obyli. W tym sensie decyzja Tuska jest dobra – ograniczy windowanie cen przez wydawców poprzez rozbudowywanie pakietów.

Ale jest kilka wątpliwości. Ta decyzja premiera zmieni cały rynek wydawców podręczników – tylko duże wydawnictwa będą w stanie przygotować jednolitą ofertę dla MEN i całego kraju. Małe mogą upaść.

Skończy się też wolny wybór w szkole. O tym, jaki ma być podręcznik, zdecyduje urzędnik ministerstwa z klucza politycznego. A jeśli wybierze źle albo tendencyjnie dobierze treść? Nawet w czytankach dla małych dzieci można zmieścić pogląd, że gender to zło i że homoseksualizm jest chorobą, a w podręcznikach do historii zapisać, że w Smoleńsku był zamach. Wystarczy przypomnieć, co próbował zrobić z listą lektur Roman Giertych, kiedy był szefem MEN w rządzie PiS-LPR-Samoobrona. Chciał m.in. wyrzucić z niej Gombrowicza za homoseksualizm.

I jeszcze jedno. Czy premier zapomniał, że za 50 mln zł zamówił już cyfrowe podręczniki do wszystkich klas? Mają być gotowe w 2015 r. Czy wtedy państwo będzie kupowało książki dla uczniów podwójnie – te papierowe i te cyfrowe? Czy może cyfrowy eksperyment z rozpędu pójdzie w zapomnienie?

Od deklaracji premiera do realizacji długa droga. Sprawę podręczników reguluje ustawa, zmienić ją musi Sejm. Ale niewykluczone, że sprawa okaże się łatwa do przeprowadzenia, bo w programach opozycji też jest darmowy podręcznik.

 

NFZ musi naprawić stawki i znieść limity w diagnostyce raka [Oceniamy plany Tuska]

Judyta Watoła,11.01.2014
Badanie diagnostyczne w Bydgoskim Centrum OnkologiiBadanie diagnostyczne w Bydgoskim Centrum Onkologii (Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta)
W onkologii najpierw należy naprawić stawki. Jeśli NFZ zetnie ceny za radioterapię, nie zmniejszając przy tym szpitalom kontraktów, kolejki – o ile są – szybko znikną. A jeżeli chodzi o limity, to w pierwszej kolejności trzeba je znieść w diagnostyce.
Polskie Towarzystwo Onkologiczne napisało kilka dni temu w liście otwartym do premiera, prezydenta i ministra zdrowia, że konieczne jest zniesienie limitów w leczeniu chorych na raka.Wyniki leczenia nowotworów są bowiem w Polsce znacznie gorsze niż średnia w całej Unii Europejskiej. Są też coraz gorsze w porównaniu z innymi „nowymi” krajami Unii. Powód zdaniem onkologów jest oczywisty: Polska wydaje za mało na leczenie chorych na raka – w przeliczeniu na jednego mieszkańca zaledwie jedną trzecią unijnej średniej. Trzeba więc te wydatki zwiększyć.

Premier Donald Tusk zareagował szybko i zapowiedział wczoraj „szukanie nowych rozwiązań w onkologii”, które „muszą przynieść, szybkie, widoczne jeszcze w 2014 roku efekty, jeśli chodzi o dostępność i czas oczekiwania na podjęcie leczenia”. Nie wykluczył zniesienia limitów, ale dał do zrozumienia, że dodatkowych pieniędzy NFZ na to nie dostanie.

To rozsądne podejście. Nawet onkolodzy w swoim liście napisali, że widzą potrzebę poprawy efektywności wydawanych środków na leczenie raka. A liczby mówią same za siebie. Według NFZ nakłady na chorych z chorobą nowotworową wzrosły w ostatnich latach aż trzykrotnie – z 1,5 do 4,5 mld zł.

Na samą tylko radioterapię w 2006 roku fundusz wydał 217 mln zł, a w ubiegłym roku prawie cztery razy więcej. Fundusz nie tylko kupuje coraz więcej świadczeń z radioterapii, ale także coraz lepiej za nie płaci. Trzy miesiące temu pisaliśmy, że na niektórych z procedur szpitale mają po 40-60 proc. czystego zysku. Dlatego ośrodki radioterapii stać na przyjmowanie chorych nawet wtedy, kiedy skończy się im kontrakt. Zresztą NFZ zazwyczaj i tak płaci im za nadwykonania. Płaci też na ogół za podaną ponad limit chemioterapię, choć akurat na niej szpitale zarabiają bardzo niewiele.

Wydatki więc rosną, a efektów brak. Wystarczy porównać, jak wygląda leczenie raka piersi. W województwie podlaskim jest najdrożej – na jedną pacjentkę tamtejszy NFZ przeznaczył 44 tys. zł, najtaniej na Śląsku – 29 tys. zł (dane NFZ za lata 2004-10). W obydwu województwach skutki leczenia mierzone szansą na przeżycie są jednak identyczne.

Dlatego w onkologii najpierw należy naprawić stawki. Jeśli NFZ zetnie ceny za radioterapię, nie zmniejszając przy tym szpitalom kontraktów, kolejki – o ile są – szybko znikną. A jeżeli chodzi o limity, to w pierwszej kolejności trzeba je znieść w diagnostyce. Skoro wielu pacjentów miesiącami czeka na tomografię komputerową czy rezonans, to nic dziwnego, że w momencie wykrycia u nich nowotworu choroba jest już bardzo zaawansowana, a rokowania dużo gorsze, niż gdyby wykryto ją we wczesnej fazie.

Trzeba też skończyć z odsyłaniem chorych od jednego specjalisty do drugiego, z jednego do drugiego szpitala. Każdy uważa, że robi swoje, ale za całość leczenia nikt nie czuje się odpowiedzialny. To musi się zmienić. I nie potrzeba do tego pieniędzy, a jeśli nawet, to niewiele.

 

Wyborcza.pl

 

Jerzy Kochanowski
17 grudnia 2013
Bimber nasz powszedni

Wódka domowa

Nic dziwnego, że pierwsze państwowe Muzeum Bimbrownictwa powstało kilka lat temu właśnie w Polsce, w Jurowcach koło Białegostoku. Nielegalne gorzelnictwo jest bowiem narodowym hobby, chyba najstarszym i najbardziej powszechnym.
Akcja antybimbrownicza, 1946 r.Akcja antybimbrownicza, 1946 r.
Milicja Obywatelska likwiduje bimbrownię w okolicach Radomska, 1946 r.Milicja Obywatelska likwiduje bimbrownię w okolicach Radomska, 1946 r.
Milicja nadal przeciw bimbrownikom, druga połowa lat 70.Milicja nadal przeciw bimbrownikom, druga połowa lat 70.
Czytaj także

Chłopi jako pierwsi – już w XIX w. – wyspecjalizowali się w łamaniu państwowego monopolu spirytusowego. Jednak pędzenie samogonu na dużą skalę rozpoczęło się na ziemiach polskich wraz z wybuchem I wojny światowej, kiedy w całym imperium Romanowów wprowadzono prohibicję, wstrzymano produkcję alkoholu i zniszczono większość jego zapasów. Zajęcie tych terenów przez Niemców i Austriaków niewiele zmieniło, gdyż nowi okupanci nie przywrócili miejscowej produkcji, rygorystycznie kontrolując również spożycie. Nielegalne gorzelnie wyrastały więc jak grzyby po deszczu.

Doświadczenia zdobyte podczas I wojny przydały się po jej zakończeniu, kiedy produkcja nie nadążała za popytem, a znacznej części spauperyzowanego społeczeństwa nie było stać na legalny alkohol, objęty monopolem państwa. W rezultacie tylko na obszarze dawnej Kongresówki szacowano w 1919 r. liczbę dużych nielegalnych gorzelni na 20 tys. (więcej niż legalnych!). Nielegalna produkcja zmniejszyła się w połowie lat 20. wraz z poprawą sytuacji gospodarczej, by ponownie rozwinąć się podczas Wielkiego Kryzysu. Zwłaszcza zbiedniałej wsi nie stać było na monopolową wódkę, wielokrotnie droższą od samogonu. Nie dorównywał on, co prawda, legalnej produkcji smakiem i jakością, dla wiejskiego zazwyczaj odbiorcy liczyły się jednak przede wszystkim cena i moc. W pierwszej połowie lat 30. służby państwowe, bezwzględnie zwalczające nielegalne gorzelnie, corocznie likwidowały ich 3–5 tys., zwłaszcza w Polsce centralnej i na Kresach Wschodnich.

W drugiej połowie lat 30., wraz z poprawą koniunktury gospodarczej, produkcja samogonu nieco spadła, by podczas II wojny stać się, zwłaszcza na obszarze Generalnego Gubernatorstwa, prawdziwym przemysłem. W pobliżu miast powstały istne centra bimbrownicze (jak np. Legionowo i Jabłonna koło Warszawy). Zarówno gorzelnie, jak i sieci dystrybucyjne działały sprawnie i w rezultacie bimber – taka nazwa przyjęła się podczas wojny – stał się jedną z mniej chwalebnych ikon okupacji. Choć jednocześnie trzeba zauważyć, że wobec przejęcia przez okupantów monopolu spirytusowego pędzenie samogonu było swego rodzaju czynem patriotycznym.

Po okupacji okres bohaterski bimbrownictwa minął, ale głębokie przekonanie, że nie jest ono przestępstwem, pozostało. Podobnie jak przyzwyczajenie czy wręcz nawyk konsumpcji samogonu. Rozbudzonego przez wojnę popytu nie była w stanie pokryć oficjalna produkcja i, podobnie jak po poprzednim konflikcie, dużej części społeczeństwa nie było po prostu stać na drogi państwowy alkohol. Bimbrownicy warunki do działania mieli doskonałe: słabe państwo, olbrzymia liczba konsumentów, gotowe struktury produkcji i dystrybucji.

Do sukcesu bimbrownictwa przyczyniały się: niedobór legalnego alkoholu (zwłaszcza tuż po wojnie i na początku lat 80.), moda, a przede wszystkim – cena. Wpływy bowiem ze sprzedaży alkoholu stanowiły niebagatelny odsetek dochodów państwa, z rzadka spadając poniżej 10 proc., a zazwyczaj oscylując wokół 11–15,5 proc. (rekord padł w 1985 r.). Wódka była więc w PRL droga, dwukrotnie droższa niż przed wojną, i relatywnie jedna z najdroższych w Europie. Za przeciętny zarobek można było kupić ok. 30 butelek wysokoprocentowego alkoholu (ale w grudniu 1981 r. tylko 22!), tymczasem prowadzone w Europie po wojnie badania nad nielegalnym gorzelnictwem wskazywały, że zanika ono, kiedy za średnią pensję można ich kupić 60–70. Tym samym każda podwyżka cen alkoholu powodowała wzrost nielegalnego gorzelnictwa.

Zapotrzebowanie było tak duże, że w celu zintensyfikowania produkcji inwestorzy nieraz dostarczali aparaturę i surowce na zacier podwykonawcom, odbierając gotowy produkt. W październiku 1946 r. odkryto w Legionowie zakład zajmujący się wyłącznie rektyfikacją samogonu pędzonego przez chłopów z okolicznych wsi. Gotowy produkt (o mocy 95 proc.) dwa, trzy razy w tygodniu przewożono do Warszawy.

Z dystrybucją nie było większych problemów dzięki prywatnej sieci handlowej i gastronomicznej. Jak pisał w połowie 1946 r. urzędnik Ochrony Skarbowej: „nieomal w każdej kawiarni lub podobnych przedsiębiorstwach gastronomicznych, a także w wielu sklepach spożywczych odbywa się nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych i to zarówno w naczyniach zamkniętych, jak i do spożycia na miejscu. Również zjawiskiem często występującym jest nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych na placach targowych ze straganów i budek, a nawet wprost na ulicach”. Był to proceder praktycznie jawny i powszechnie akceptowany, a sprzedawców nieraz wręcz chroniono. Np. kiedy 3 listopada 1945 r. komisja składająca się z funkcjonariuszy MO, UB i Ochrony Skarbowej chciała zamknąć serwującą bimber knajpę przy ul. Litewskiej w Warszawie, właścicielka wezwała na pomoc kwaterujących w pobliżu żołnierzy (i zapewne stałych klientów). W rezultacie „nastąpiła strzelanina i pobicie szeregu milicjantów i rozbrojenie ich przez kompletnie pijany wyżej wymieniony oddział”.

 

Nielegalne gorzelnictwo jest zjawiskiem bolesnym dla każdej kasy państwowej. Nic też dziwnego, że w tzw. Polsce lubelskiej pierwszy dekret o jego zwalczaniu został wydany już 12 grudnia 1944 r. Choć przewidywał wysokie kary (m.in. do pięciu lat więzienia), był mało skuteczny wskutek marnego zaopatrzenia oficjalnego i iluzorycznych działań organów ścigania, zwłaszcza że funkcjonariusze MO sami byli powszechnie oskarżani o nadmierne spożycie. Dopiero 1947 r. przyniósł radykalne zmiany. Z jednej strony Monopol Spirytusowy zwiększył produkcję, z drugiej wzrosły wolnorynkowe ceny artykułów rolnych (również surowców dla bimbrowni), z trzeciej zaś radykalnie zaostrzono represje. W zwalczanie nielegalnego gorzelnictwa zaangażowała się Komisja Specjalna, która przejęła od sądów wyrokowanie w tzw. sprawach bimbrowych. W 1947 r. do obozów pracy trafiło 1016 bimbrowników – była to prawie jedna czwarta wszystkich nowych więźniów Mielęcina, Chrustów czy Jaworzna.

Represje wymusiły zmianę bimbrowniczych strategii. Z okolic miast i miasteczek bimbrownie przenoszono „do najodleglejszych wsi, w lasy i bagna, do których częstokroć, wskutek złego stanu bezpieczeństwa i złych warunków drogowych, organa Ochrony Skarbowej i Milicji Obywatelskiej mają utrudnioną ingerencję. Ponadto tajne gorzelnictwo przenosi się z zabudowań gospodarczych w pola i powojenne bunkry, przesuwając czas pracy na godziny nocne”.

Na prawie trzy dekady bimber stał się zjawiskiem przede wszystkim wiejskim i zapewne dlatego na początku lat 50. uznano problem za wygasający w takim stopniu, że w 1953 r. MO zrezygnowała z rejestrowania poszczególnych przypadków. Jednak w wyniku odwilży połowy lat 50. szybko powrócono do uprawiania statystyki. Znowu wzrosła cena alkoholu monopolowego.

Na problem zwrócono większą uwagę po podliczeniu wyników oficjalnego przemysłu spirytusowego za pierwszy kwartał 1958 r. Okazało się bowiem, że w przeliczeniu na czysty spirytus Polacy kupili w porównaniu z analogicznym okresem 1957 r. 3,6 mln litrów mniej. Początkowo tłumaczono to skuteczną walką z pijaństwem, szybko doszukano się jednak bardziej racjonalnych powodów – jednocześnie wyraźnie wzrosła, zwłaszcza na wsi, sprzedaż cukru i drożdży. Niezwłocznie też przystąpiono do kolejnej kampanii antybimbrowniczej, podwojono wprowadzone w końcu 1957 r. premie dla milicjantów za wykrycie gorzelni, np. w przypadku kompletu (aparatura, zacier, produkt, podejrzany) – z 500 do 1 tys. zł. Prasa była pełna najpierw artykułów domagających się zaostrzenia represji, a od początku 1959 r. informacji o przygotowywanej nowej ustawie, zaostrzającej kary dla bimbrowników.

Uchwalona 22 kwietnia 1959 r. ustawa o zwalczaniu niedozwolonego wyrobu spirytusu obowiązywała, z niewielkimi zmianami, 42 lata, do 26 kwietnia 2001 r.! Tajemnicą jej długiego trwania była zarówno niezmienność zjawiska, jak szczegółowość przepisów i surowość kar, np. grzywny były bolesne jeszcze na przełomie lat 70. i 80. Teraz już sam fakt produkcji bimbru, nawet w niewielkich ilościach na tzw. własny użytek, był karany więzieniem i grzywną. Nie trzeba było również zatrzymywać sprawcy na gorącym uczynku, karalny był już sam fakt posiadania aparatury czy gotowego produktu.

Władzom zależało na pokazaniu, że nowa ustawa nie jest tylko świstkiem papieru. Wkrótce po jej wejściu w życie gazety zapełniły się doniesieniami o surowych wyrokach na bimbrowników. Wpadki były nie tyle rezultatem jakichś skomplikowanych działań operacyjnych MO, co sąsiedzkich donosów. „Niemal wszystkie przypadki trafiające do sądu – pisał w 1975 r. Józef Majkut – są rezultatem oskarżeń sąsiedzkich. Producent i sprzedawca bimbru musi żyć w przyjaźni z sąsiadami. Jeśli pokłóci się z kimś, od razu MO otrzymuje informację”. Nie było to jednak równoznaczne ze skazaniem. Wiejski kodeks etyczny dopuszczał informowanie władz, ale już nie świadczenie przed sądem. Inną, powszechnie stosowaną strategią było przejmowanie winy przez jedynych żywicieli rodzin lub osoby starsze. „Najczęściej (…) winę biorą na siebie babcie i dziadkowie – mówił w 1970 r. milicjant z Sobolewa koło Ryk. – To prawdziwa zmora. Stanie taka starowinka (…) przed sądem, pochlipie, popłacze. I cóż takiej zrobić? Kończy się zwykle zawieszeniem kary”.

Do rejonów w największym stopniu opanowanych przez bimbrowników zaliczano ziemie dawnych zaborów rosyjskiego i austriackiego, okolice Warszawy i województwa: białostockie, kieleckie, łódzkie, lubelskie, krakowskie, rzeszowskie. Na obszarach byłego zaboru pruskiego był to proceder rzadki. Przesiedleńcy z Kresów i Polski centralnej błyskawicznie zaczęli kultywować swoje gorzelnicze tradycje na tzw. Ziemiach Odzyskanych, ale przez długi czas nie byli w stanie osiągnąć wyników z dawnych małych ojczyzn. Np. w 1958 r. na 2451 dochodzeń w sprawach bimbrowych 536 prowadzono w województwie białostockim, 524 – warszawskim, 411 – lubelskim, 211 – łódzkim; w gdańskim – jedną, koszalińskim – pięć, olsztyńskim – cztery, szczecińskim – dwie i trzy w zielonogórskim.

Podjęta w końcu lat 50. walka z bimbrownictwem wydawała się jednak na tyle skuteczna, że wiosną 1963 r. POLITYKA donosiła, iż „rok bieżący jest jednym z ostatnich, kiedy można jeszcze pisać o bimbrze. Niedługo będzie to egzotyka, pojedyncze śmieszne wypadki, w każdym razie nie temat. Bimber jako problem, jako plaga zejdzie bezpiecznie do grobu”. Nadzieje okazały się płonne, gdyż podwyżka cen alkoholu jesienią 1963 r. błyskawicznie przerzedziła klientów oficjalnych sklepów monopolowych, a zwiększyła zapotrzebowanie na cukier, drożdże, parniki, duże czajniki czy szklane i miedziane rurki. Następna podwyżka (1969 r.) nałożyła się na coraz głębszy wewnętrzny kryzys gospodarczy, co spowodowało wzrost zainteresowania samodzielną produkcją alkoholu. W rezultacie w 1969 r. wykryto 1847, w 1970 r. – 2908, a w 1971 r. – 5378 gorzelni.

Na początku lat 70. coraz wyraźniej­szy był powrót bimbru do miast. Świadczy o tym najlepiej chyba znany wątek bimbrowniczy w polskiej kinematografii o badaniu przez „profesora” Mieczysława Czechowicza „zawartości cukru w cukrze” („Poszukiwany, poszukiwana”reż. Stanisław Bareja, 1972 r.). Powody były natury zarówno ekonomicznej, społecznej (wiejscy i małomiasteczkowi migranci przynosili swoje przyzwyczajenia), jak i technologicznej, przede wszystkim upowszechnienie cukru jako surowca wyjściowego. Kiedy zacier przygotowywano z ziemniaków lub mąki, musiało być go stosunkowo dużo, cykl produkcyjny był długi i kłopotliwy, a fermentujący zacier okropnie śmierdział. Technologia oparta na cukrze pozwalała na przygotowywanie niewielkich domowych ilości zacieru (wskazywała na to tzw. receptura grunwaldzka – kilogram cukru, cztery litry wody, dziesięć deko drożdży), a produkcja była łatwa – wystarczyła kuchenka, kran z zimną wodą i nieco zmodyfikowany czajnik lub szybkowar.

Ułatwiło to istną bimbrową rewolucję, która przyszła wraz z wprowadzeniem jesienią 1981 r. reglamentacji alkoholu, a następnie ze stanem wojennym. Jeżeli w 1981 r. odnotowano 1435 przypadków nielegalnego gorzelnictwa, to w następnym – 14 067. Mimo że rygory stanu wojennego zwiększały wykrywalność, ujawniano zaledwie drobną część bimbrowni. Według ówczesnych, chyba znacznie zaniżonych szacunków, w okresie reglamentacji działało ich w kraju ok. 150 tys.! Bimber skolonizował obszary, wydawałoby się, od niego wolne, np. Opolszczyznę. Stał się też znowu domeną miast, których mieszkańcy stanowili od 1982 r. większość karanych za nielegalne gorzelnictwo. Stan wojenny uczynił z bimbrownictwa aktywność inteligencką, tylko w części spowodowaną niedoborem. Ważną rolę odgrywały czynniki kulturowe – dużo wolnego czasu, potrzeba życia towarzyskiego czy w końcu „opozycyjne” znaczenie bimbru. „Jest moda na pędzenie – pisano w POLITYCE na początku 1985 r. – Panuje ona przede wszystkim w kręgach inteligencji. Pan magister i pan inżynier wymieniają receptury, wspólnie degustują, udoskonalają aparaturę. W trakcie rodzinnych i towarzyskich przyjątek już nie śledziki (…), szarlotka (…) ani nalewka (…) są przedmiotem chwały gospodarzy. Ale bimber!”. Jeżeli dawniej pędzono samogon w garażach i kotłowniach, to teraz nierzadko w laboratoriach naukowych.

Chociaż zniesienie reglamentacji w marcu 1983 r., a cztery miesiące później stanu wojennego zmniejszyło rozmiary amatorskiego, inteligenckiego bimbrownictwa, w skali kraju proceder nie stracił na znaczeniu. Decydował zarówno nawyk, jak stałe podwyżki cen legalnego alkoholu i ograniczenia w jego dostępności (zwłaszcza w wyniku ustawy z 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi) i po przejściowym spadku w 1983 r. (9696 ujawnionych gorzelni) statystyki znowu poszybowały w górę (14 817 w 1984 r. i 15 262 w 1985 r.). Stało się to jedną z przyczyn odkładania rezygnacji z reglamentacji cukru, który zdaniem części decydentów byłby przeznaczony przede wszystkim na produkcję samogonu. Zniesienie reglamentacji cukru (1 listopada 1985 r.) nie przyniosło jednak żadnego bimbrowego boomu, wręcz odwrotnie – skala zjawiska zaczęła maleć (w 1986 r. wykryto 7134, w 1987 r. – 4789, a w 1988 r. – 3418 gorzelni). Było to wynikiem stopniowej stabilizacji rynku, podwyżki cen cukru, a przede wszystkim zaostrzenia represji. Np. dzięki ustawie o szczególnej odpowiedzialności karnej z 10 maja 1985 r. nawet pośredni kontakt z nielegalnym gorzelnictwem mógł się skończyć odsiadką.

Po 1989 r. nielegalne gorzelnictwo nie stało się egzotyką. O ile wolny rynek dobił meliny, o tyle bimber wcale nie przeszedł do historii i mimo oficjalnego zakazu nadal jest wytwarzany. Jedni czynią to z biedy, inni w ramach specyficznego hobby; samogon stał się atrakcją nawet eleganckich stołów!

Polityka.pl

Ameryką rządzi „klub milionerów”. I głosują tak, jakby nie dostrzegali problemów biednych

Michał Wybieralski, PAP, 10.01.2014
KapitolKapitol (Fot. AP DENNIS COOK)
Pozarządowa organizacja Center for Responsive Politics zbadała majątki członków Izby Reprezentantów i Senatu. Po raz pierwszy w historii ponad połowa z nich ma na koncie przeszło milion dolarów.
Z raportu organizacji wynika, że z 534 kongresmenów i senatorów aż 268 miało na koncie ponad 1 mln dol. w 2012 roku. Informacje pochodzą z oświadczeń majątkowych składanych przez polityków w ubiegłym roku. Center for Responsive Politics wyliczyło, że w całym Kongresie mediana majątku (średnia po odrzuceniu najniższych i najwyższych wyników) wyniosła 1 mln 8 tys. dol. (o 4,4 proc. więcej niż w poprzednim badaniu). O ile Demokraci są nieznacznie bogatsi od Republikanów w Kongresie, to w Senacie sytuacja się odwraca. Senatorowie są też dużo zamożniejsi od kongresmenów – tam mediana majątku wynosi 2,7 mln dol.”Rok 2013 był dla Kongresu USA najgorszy i najmniej produktywny w całej historii Stanów Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że przeciętny Amerykanin lepiej ocenia dziś swoją teściową niż Kongres” - pisał amerykański korespondent „Wyborczej” Mariusz Zawadzki. W podobnym tonie wypowiada się Sheila Krumholz, dyrektorka Center for Responsive Politics. – Choć sondaże pokazują, że Amerykanie są niezadowoleni z Kongresu jako całości, nie nastąpiła zmiana w preferencjach, by wybierać do Waszyngtonu wpływowych przedstawicieli. W amerykańskim systemie wyborczym kandydaci muszą mieć dostęp do bogactwa, by przeprowadzić skuteczne kampanie. A największe sukcesy w zbieraniu pieniędzy odnoszą ci politycy, którzy sami wywodzą się z bogatych kręgów – diagnozuje Krumholz.

Ostatnie głosowania wskazują, że zasiadający w Kongresie i Senacie bogacze są coraz dalej od problemów biednych Amerykanów. W grudniu w wyniku braku zgody w Kongresie zasiłki dla długotrwale bezrobotnych straciło 1,3 mln Amerykanów. Parlamentarzyści nie mogą się też porozumieć w sprawie podniesienia niezmiennej od lat pensji minimalnej (wynosi ona 7,25 dol. za godzinę pracy). Wkrótce przed deputowanymi kolejny test społecznej wrażliwości – głosowanie w sprawie programu pomocy żywnościowej dla biednych (Republikanie chcą obciąć jego budżet o 40 mld dol.).

Pozarządowa organizacja Center for Responsive Politics zajmuje się zbieraniem i opracowywaniem danych na temat polityków i urzędników w USA oraz badaniem wpływu lobbingu na decyzje legislacyjne.

 

Wyborcza.pl

Rodząca relacjonowała poród w internecie. Jest krew, nagość, nie ma cenzury

js, 10.01.2014
Zdjęcia Ruth Iorio na InstagramieZdjęcia Ruth Iorio na Instagramie (Fot. Instagram)
Od momentu gdy rozpoczęły się skurcze, aż po przywitanie dziecka na świecie – wszystko możemy zobaczyć na zdjęciach Ruth Iorio, która prawdopodobnie jako pierwsza na świecie domowy poród dokumentowała na Facebooku, Twitterze i Instagramie.
Młoda kobieta była zdeterminowana, aby pokazać, jak rodzi się w domu. Pokazać wszystkim. Nie tylko rodzinie, ale i obcym, którzy dopiero rozważają taką możliwość. Jak powiedziała „Huffington Post”, jej celem było „pokazanie unikalnych doświadczeń bez względu na to, czy są atrakcyjne czy nie. I po prostu bycie szczerą”.Efektem jest historia, którą śledziły tysiące internautów.

Zobacz obraz na Twitterze

Brytyjka mieszkająca w Los Angeles zaczęła rodzić ok. 20.15 w Boże Narodzenie i relacjonowała to wydarzenie przez kolejnych 12 godzin. Aż do momentu, gdy urodziła chłopca – Nye, którego trzeba było przetransportować do szpitala. Tam też kobieta dostała leki przeciwbólowe, przeprowadzono również transfuzję krwi. Ponieważ miała gorączkę, zatrzymano ją w szpitalu na dwa dni obserwacji i podano antybiotyki.

W porodzie i relacji na żywo towarzyszyła jej położna, która tłumaczyła m.in., co się dzieje z ciałem kobiety w czasie rodzenia, czy jej skurcze przebiegają prawidłowo i kiedy można skorzystać z kąpieli (to również można zobaczyć na zdjęciach).

Ruth na początku wyznawała internautom, że wpisy w internecie pomagają jej się odprężyć i nie skupiać na bólu. A po porodzie pisała, że to było piękne, choć bolesne doświadczenie.

 

Wyborcza.pl

Windsor, król Polski

Był bi­sek­su­ali­stą, sek­so­ho­li­kiem, nar­ko­ma­nem i zwo­len­ni­kiem ugody z Hi­tle­rem. Chciał zo­stać kró­lem Pol­ski, ale zgi­nął w 1942 r. w ta­jem­ni­czej ka­ta­stro­fie lot­ni­czej.

Jerzy i jego żona Marina, księżniczka greckaJerzy i jego żona Marina, księżniczka greckaFoto: Courtesy Everett Collection / East News

Jerzy, diuk Kentu – młod­szy brat kró­lów Edwar­da VIII i Je­rze­go VI, stryj Elż­bie­ty II – żył tylko 40 lat. Jego ofi­cjal­ny ży­cio­rys to nudna opo­wieść o przy­kład­nym pa­trio­cie, ofi­ce­rze ma­ry­nar­ki i na­stęp­cy tronu. Praw­dzi­wy sta­ran­nie skry­wa naj­więk­sze bry­tyj­skie ta­jem­ni­ce XX wieku – także tę zwią­za­ną z Pol­ską.

 

74 lata temu, w listopadzie 1939 r., diuk Kentu otrzymał od premiera polskiego rządu emigracyjnego Władysława Sikorskiego propozycję wstąpienia na tron federacji Czech i Polski. Rząd Wielkiej Brytanii potraktował pomysł z rezerwą: w końcu zarówno Polskę, jak i Czechy okupowały Niemcy, a federacja była zaledwie kawiarnianym pomysłem. „Polski premier to niepoprawny romantyk” – pisał z nutą ironii w powojennych wspomnieniach William Strang, ówczesny doradca Downing Street, uczestnik rozmów z Sikorskim w Foreign Office.

Urodzony w 1902 roku diuk był czarną owcą rodziny królewskiej. Wspomina się go niechętnie, a większość jego osobistych dokumentów wciąż tkwi w dziale zastrzeżonych królewskich archiwaliów zamku w Windsorze. Ich ujawnienie groziłoby bowiem skandalem: diuk brał udział w poufnych rokowaniach pokojowych z przedstawicielami Hitlera.

Podobnie jak wielu innych brytyjskich arystokratów diuk Kentu podziwiał niemieckich nazistów za okiełznanie „czerwonych”. W latach 30. praktycznie stał się niemieckim „agentem wpływu”, starając się między innymi wpłynąć na taką konstrukcję brytyjskiego rządu, by zasiadało w nim jak najwięcej zwolenników ugody z Hitlerem. Spotykał się z Rudolfem Hessem i przyjaźnił z ambasadorem Rzeszy w Londynie Joachimem von Ribbentropem. To szokuje tylko z obecnej perspektywy – warto pamiętać, że jego brat, król Jerzy VI, jeszcze w przeddzień wybuchu wojny naciskał na premiera Neville’a Chamberlaina, by ten dla ocalenia pokoju pozwolił mu zwrócić się do Hitlera „jak żołnierz do żołnierza”.

Diuk Kentu i Władysław Sikorski, Szkocja, listopad 1939 r.Diuk Kentu i Władysław Sikorski, Szkocja, listopad 1939 r.Foto: Flash Press Media/Getty Images

Gra w Windsora

Jednak za propozycją Sikorskiego nie krył się tylko romantyzm czy niewiedza o prawdziwych „atrybutach” brata króla Anglii. Była też polityczna kalkulacja.

„Szanowany w Polsce i politycznie neutralny dla Niemiec, diuk był wyjątkowo trafnym kandydatem na króla” – piszą autorzy „War of the Windsors” Lynn Picknett, Clive Prince i Stephen Prior. Miał też inny atut: nie był Polakiem i mógł się okazać strawny dla Czechów.

Gdy w końcówce 1939 roku Sikorski proponował diukowi Kentu koronę hipotetycznej konfederacji Czech i Polski, trwała „dziwna wojna” – Francuzi i Anglicy stali na Linii Maginota naprzeciw Wehrmachtu, nie prowadząc nawet najbardziej banalnej wymiany ognia. Sikorski mógł się obawiać, że dojdzie do separatystycznego pokoju między Wielką Brytanią i Rzeszą, dającego Hitlerowi wolną rękę w działaniach przeciw Rosji. By w takiej sytuacji mieć przynajmniej szansę na wytargowanie czegoś dla Polski (jakiegoś kadłubowego państewka?), warto było mieć Windsora w roli polskiego króla.

Jak wiadomo, rząd brytyjski nie wyraził zainteresowania polską propozycją. Romans z Windsorami ograniczył się do bliskich relacji emigracji z Jerzym, który często wizytował polskie oddziały, także Dywizjon 307. Z polskim premierem spotkał się kilkanaście razy. 15 lipca 1940 r. otworzył słynne, istniejące do dziś Ognisko Polskie przy Exhibition Road.

Miłość na peronie

Być może poparcie Jerzego dla przyjaznych układów z hitlerowskimi Niemcami wynikało z jego nadziei na objęcie tronu Polski? A te oczekiwania nie zaczęły się bynajmniej od propozycji Sikorskiego, lecz od wizyty w Łańcucie, gdzie diuka i jego żonę księżniczkę Marinę zaprosił w środku gorącego lata 1937 roku hrabia Alfred Potocki.

Diuk Kentu pokochał nieco dla niego egzotyczną, lecz przyjazną Polskę. Podziwiał hodowlę koni wyścigowych i złożył róże na grobie marszałka Piłsudskiego na Wawelu. Politycznie wizyta okazała się jednak nieistotna, choć Jerzego przyjął ówczesny polski szef dyplomacji Józef Beck.

Ewa Winnicka w książce „Londyńczycy” cytuje Edwarda, syna diuka Kentu: „Kiedy pociąg z rodzicami wjeżdżał na stację w Rzeszowie, na peronie czekała orkiestra dęta. Równo o 14.02 (godzina planowanego wjazdu na peron) zaczęła ona grać „God Save the King”. Tylko wielcy romantycy są skłonni grać na peronie, prawda?”.

W tymże 1937 r. Polska Partia Monarchistów wystosowała do Jerzego propozycję objęcia tronu. „Głos Monarchisty” wyjaśniał, że chodzi o to, by niefortunne geopolityczne położenie Polski – między Rosją i Niemcami – zrównoważyć dynastycznym związkiem z największym imperium świata. „Poza tym diuk jest wyposażony we wszystkie atrybuty konieczne w przypadku monarchy” – głosiła gazeta.

Wygląda na to, że polscy monarchiści nie zdawali sobie sprawy, że wśród owych atrybutów były także damskie ciuchy, zestaw do makijażu i strzykawka z morfiną.

Drugie życie księcia

Diuk Kentu prowadził podwójne życie. Na oficjalnych imprezach świetnie się prezentował w galowym mundurze, niebywałą elokwencją olśniewał nie tylko damy, lecz także ministrów i generałów. Drugi żywot wiódł wieczorami, w klubach nocnych i na ulicach Londynu. „Jego apetyt na przygody seksualne był zupełnie niezwykły” – pisał o nim Christopher Warwick, autor jego biografii. „Mówiono mi, że nikt, niezależnie od płci, nie był z nim bezpieczny nawet podczas wspólnej jazdy taksówką” – twierdził historyk Steven Runciman.

Diuk miał z Barbarą Cartland córkę Raine McCorquodale (obydwie na zdjęciu). Drugim mężem Raine był Edward John Spencer, ojciec DianyDiuk miał z Barbarą Cartland córkę Raine McCorquodale (obydwie na zdjęciu). Drugim mężem Raine był Edward John Spencer, ojciec DianyFoto: Flash Press Media/Getty Images

Jerzy miał serię burzliwych romansów zarówno z kobietami (m.in. czarnoskórą amerykańską śpiewaczką Florence Mills i powieściopisarką, autorką romansów Barbarą Cartland), jak i z mężczyznami (np. słynnym wówczas dramaturgiem i aktorem Noelem Cowardem, późniejszym szpiegiem sowieckiej NKWD Anthonym Bluntem i zapewne z legendarnym tancerzem Fredem Astaire’em).

Brytyjski następca tronu był także transwestytą. Razem z Cowardem, w kobiecych ubiorach i pełnym makijażu, lubił odwiedzać nielegalne kluby gejowskie – Packenham i Nut House. Biseksualizm dziś mało kogo dziwi, ale przed II wojną światową w Anglii można było za to trafić za kratki. Diuk z partnerami – także męskimi prostytutkami – został parę razy zgarnięty przez policję w centrum Londynu. Gdy okazywało się, kim jest naprawdę, szybko zwalniano go do domu (czyli do pałacu).

Około 1928 roku Jerzy wpadł w uzależnienie od morfiny i kokainy. W nałóg wciągnęły go zaprzyjaźnione dziewczyny z klubów nocnych. Scotland Yard zmusił je jednak do opuszczenia kraju i zatuszował sprawę, a starszy brat, późniejszy król Edward VIII, pomógł Jerzemu w leczeniu.

Gra z szatanem

Jak daleko posunął się diuk Kentu i jego „partia pokoju” w planach porozumienia z Hitlerem ponad głową premiera Winstona Churchilla? Kto do tej frakcji należał? Być może pełna odpowiedź znajduje się we wciąż utajnionych dokumentach dotyczących tajnej misji z 1941 roku zastępcy Hitlera, Rudolfa Hessa. Scott Newton w poważnym studium historycznym „Profits of Peace. The Political Economy of Anglo-German Appeasement” potwierdza, że za paktowaniem z Hitlerem opowiadała się na początku wojny duża część brytyjskiego establishmentu.

Plany spaliły na panewce 10 maja 1941 r. Tego dnia wieczorem Rudolf Hess spoglądał z samolotu na zarys szkockiego wybrzeża. Leciał sam prywatnym messerschmittem z lotniska w Augsburgu w Bawarii z niezwykłą misją pokojową. Hitler szykował się do ataku na Rosję i chciał zabezpieczyć tyły paktem o nieagresji z Brytyjczykami.

Na prywatnym lotnisku w Dungavel, posiadłości diuka Hamiltona w Szkocji, mimo wojennych zakazów podświetlono pas do lądowania. Na przyjazd Hessa czekał komitet powitalny „partii pokoju”. Był w nim zapewne sam Hamilton, a także diuk Kentu. Zdaniem autorów „War of the Windsors” czekał tam także na Hessa przedstawiciel rządu Sikorskiego.

Hess cudem uniknął brytyjskiej obrony przeciwlotniczej, ale awaria jednego z silników samolotu sprawiła, że do Dungavel nigdy nie dotarł. Musiał się katapultować i wylądował na spadochronie osiem mil od posiadłości. Półprzytomny został pojmany przez farmerów i aresztowany. Hitler po niepowodzeniu misji swojego zastępcy odżegnał się od całej wyprawy. Także oficjalna historiografia brytyjska uznała misję Hessa za akt szaleńca. Są jednak powody, by sądzić, że do wyprawy namówili go również ludzie podstawieni przez brytyjskie służby specjalne MI6.

Ostatni lot diuka

Niedoszły król Polski zginął 25 sierpnia 1942 r. w latającej łodzi Short Sunderland na pustkowiu Eagle’s Rock w północno-wschodniej Szkocji. Maszyna z pełnymi paliwa bakami miała lecieć do brytyjskiego garnizonu na Islandii. Z niezrozumiałych powodów wzięła jednak kurs na ląd i pomimo dobrej widoczności uderzyła w zbocze góry. Książę i 15 innych pasażerów i członków załogi spłonęli w gigantycznej kuli ognia. Kluczowe raporty dotyczące katastrofy pozostają do dziś tajne.

Zwolennicy teorii spiskowej twierdzą, że prawdziwym celem misji diuka była Szwecja i że Jerzy miał tam podjąć rozmowy ostatniej szansy z wysłannikami Hitlera. Aby mu to uniemożliwić, MI6 dokonało zamachu.

W dzień po katastrofie z rezydencji Noela Cowarda w luksusowej londyńskiej dzielnicy Belgravia dziwnym trafem zniknęła oprawiona w czerwoną skórę szkatułka z kompletem 200 listów miłosnych od diuka Jerzego.

Choć diuk zginął w służbie czynnej jako pierwszy przedstawiciel brytyjskiej rodziny panującej od 500 lat, w brytyjskim establishmencie nawet nie wymawiano jego imienia. „Zasłona milczenia otoczyła diuka tak jak wielu innych niewygodnych dla dworu” – pisała w pamiętnikach Marion Crawford, opiekunka księżniczek Elżbiety i Małgorzaty.

O diuku nie zapomniał tylko generał Sikorski. W dzień po jego śmierci kazał odczytać w polskich jednostkach rozkaz żałobny. Niecały rok później, w lipcu 1943 r., brytyjska rządowa maszyna wioząca polskiego premiera – przeciwnika ustępstw wobec Rosji – rozbiła się w Gibraltarze. Mimo wspaniałej pogody i doświadczonego pilota.

Okładka "Newsweeka Historii"Okładka „Newsweeka Historii”Foto: Newsweek

W tym numerze „Newsweeka Historii” także:

Lenin. Płomienny ideowiec, zimny polityk za wszelką cenę trzymający władzę czy człowiek cierpiący, zżerany przez chorobę? Tylko ponowne zbadanie szarych komórek wodza zakończy spekulacje – pisze Bogusław Wołoszański w styczniowym numerze miesięcznika „Newsweek Historia”.

Jams Bond był kobietą. Krystyna Skarbek była pierwszą kobietą agentem w brytyjskich służbach. Uczestniczyła w tak ryzykownych operacjach, że wzbudziła podziw Iana Fleminga. To o ona była inspiracją do stworzenia postaci Agenta 007.

Walki w łonie aparatu PRL. Z jednej strony ci „z Moskwy”, z drugiej ci „z lasu”. Z jednej wielu Żydów, z drugiej antysemici. Elita rządząca PRL była głęboko podzielona. Niczym w feudalnym państwie walczyły ze sobą całe dwory Rządzone przez dygnitarzy, których popierali wasalni aparatczycy.

Piastowie z importu. Powstanie państwa polskiego wciąż okrywa tajemnica. Czy to wikingowie pomogli Mieszkowi I stworzyć zręby cywilizacji w dzikim kraju Słowian?

Autor:

Marek Rybarczyk
Źródło: Newsweek Historia

Onet.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>