Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 51015
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 135

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Eliza 3

 

Eliza Michalik – Mam dość Królikowskiego i ferajny

Nie obchodzi mnie, co fanatycy religijni robią prywatnie, w domach i kościołach, ale nie życzę sobie więcej słuchać, że gwałt nie powinien być ścigany z urzędu, żeby oszczędzić kobiecie wstydu! Nie życzę sobie absurdalnej dyskusji o karaniu kobiet za poronienie i pouczeń profesora Zolla o dziecku poczętym, gdy nawet kodeks kanoniczny mówi o „spędzaniu płodu”! Nie życzę sobie parlamentarnego zespołu do przeciwdziałania gender, któremu przewodzi niedouczona Beata Kempa ani zespołu do przeciwdziałania laicyzacji Polski, który w swoim regulaminie ma zapisy moim zdaniem niezgodne z konstytucją: że członkowie tego zespołu zobowiązują się dbać, by uchwalane w Polce prawo było zgodne z zaleceniami katolicyzmu.Nie życzę sobie fanatyków religijnych na najważniejszych stanowiskach państwowych i nie życzę sobie posłów, którzy uchwalając obowiązujące mnie prawo nie biorą pod uwagę stanu wiedzy, nauki, prawodawstwa, toczonych na świecie pasjonujących dyskusji filozoficznych, ale kierują się opiniami kleru.

Asumpt do napisania tego tekstu dały mi biadolenia w prawicowej prasie, jak długa i szeroka, że minister Michał Królikowski jest krytykowany za swoje poglądy, biedaczek! (Bo, oczywiście, liberałowie i lewicowcy, o Żydach nie wspominając, przez nich krytykowani za swoje poglądy nie są!). Otóż trzeba wreszcie powiedzieć głośno i wyraźnie, w odpowiedzi na ten nadużywany oprzez prawicę sofistyczny, miałki lament – bo nie zniżę się do nazwania tego „argumentem”:

Michał Królikowski nie jest krytykowany za swoje poglądy, tylko ostro – i słusznie – jest krytykowany za swoje niegodne czyny.

Jego poglądy są jego prywatną sprawą i gdyby był w porządku, gdyby zachowywał się jak należy, jego poglądów wcale byśmy nie znali. A nie znając ich, nie moglibyśmy ich publicznie roztrząsać.

Minister ma jednak na sumieniu coś konkretniejszego niż poglądy: skandaliczne próby wprowadzania tylnymi drzwiami prawa religijnego w świeckim państwie. Niegodne, po cichu czynione zabiegi, żeby wszyscy polscy obywatele, niezależnie od swoich przekonań, światopoglądu i wyznawanych wartości musieli żyć tak, jak życzy sobie pan Królikowski i jego koledzy, panowie katoliccy radykałowie: Gowin i reszta. Królikowski jest krytykowany nie za poglądy, ale za to, że wszystkich nas obywateli ma w nosie i maniakalnie stara się nadać kształt ustaw swoim prywatnym, religijnym przekonaniom.

Chcę powiedzieć wprost: w mojej opinii Michał Królikowski, podobnie jak wielu innych, do których zaliczam Marka Jurka czy Krystynę Pawłowicz, to fanatyk religijny. Katolicki talib, a nie żaden konserwatysta. Głośno i wyraźnie wprowadzam to rozróżnienie, bo w obronie – nie tyle ministra – co proponowanych przez niego szeregu niepokojących i niedemokratycznych zmian w prawie – występuje coraz więcej mu podobnych fanatyków religijnych (podobne broni podobnego), strojących się w piórka „konserwatystów”, „konserwatywnych” profesorów, prawników, filozofów, pisarzy i dziennikarzy.

Kiedy słyszę jak nadużywają szacownego skądinąd określenia „konserwatysta”, pragnę pospieszyć ze słownikiem i historią doktryn politycznych, i pouczyć panów i panie fanatyków o tym, co to słowo znaczy, jaki zbiór postaw i przekonań opisuje. I – zapewniam – i mogę to udowodnić choćby w sądzie, nie są to ich postawy i przekonania.

Fanatyk religijny, katolicki talib, a konserwatysta to ważne rozróżnienie, które dziś w Polsce rzadko jest dokonywane. Do worka z konserwatystami wrzuca się polityków w rodzaju Tadeusza Mazowieckiego czy Lecha Wałesy, jak radykałów i fanatyków religijnych, takich jak właśnie Marek Jurek czy Michał Królikowski.

Tymaczasem powiedzmy sobie głośno i wyraźnie: fanatyka religijnego, tak jak każdego innego fanatyka, poznajemy przecież właśnie po czynach! Wykształcenie, poziom intelektualny, umysłowy, erudycja, sprawowane funkcje i urzędy, świetny garnitur lub garsonka i wysoka kultura dyskusji nosi i kultura dyskusji, to wszystko nieistotne pozory, wprowadzające w błąd wielu obserwatorów życia publicznego i opinię publiczną.

Bo – pomimo tych pozorów – każdy, kto chce wprowadzić w Polsce prawo oparte na doktrynie katolickiej jest katolickim talibem i fanatykiem religijnym, tak jak talibami nazywamy polityków, wprowadzających prawo państwowe oparte na szariacie w krajach islamskich.

Islam czy katolicyzm to w tych tylko przypadkach zaledwie rózne środki do osiągnięcia tego samego celu: nadrzędnej roli religii w życiu państwowym, publicznym i w procesie stanowienia prawa.

elizamichalik.natemat.pl

Do Jurija Andruchowycza. Głosy

Jacek Bocheński, pisarz, 28.01.2014
Kijowianie na barykadzieKijowianie na barykadzie (Fot. Gleb Garanich/Reuters)
Pisarz ukraiński Jurij Andruchowycz, którego piętnaście lat temu zaprosiłem do Warszawy na Światowy Kongres Międzynarodowego Pen Clubu, zawołał w tych dniach do świata przejmującym głosem z Ukrainy: „Ekstremistą jestem teraz ja, moja żona, córka, moi przyjaciele. Nie mamy wyjścia, bronimy życia i zdrowia swojego i swoich bliskich” („Wyborcza” 25-26 stycznia). Znam ten głos. Tak my wołaliśmy z Polski w latach stanu wojennego.
Andruchowycz ma na myśli porwania opozycjonistów, wywożenie i katowanie przez „ludzi w cywilu”. U nas o takich mówiło się „nieznani sprawcy”. Popełniali między innymi morderstwa. Księdza Popiełuszkę udało się zabić. „Nie wiem, co będzie dalej – pisze Andruchowycz – nie wiem, co wy możecie teraz dla nas zrobić”.Dalej będzie najtrudniejsza rzecz, Jurij. Dni władzy posługującej się „ludźmi w cywilu” są już prawdopodobnie policzone. Władza się zachwiała i negocjuje z „ekstremistami”, których do wczoraj tak nazywała. Też to znamy. Ale jak w kraju poddanym od wieków bezprawiu i przeżartym od góry do dołu korupcją zapanować nad powszechną ludzką podejrzliwością zdolną wszystko zniszczyć?

To będzie największy problem Ukrainy i demokracji bezpośredniej, którą niesie każda rewolucja.

Rewolucjoniści opanowali budynki publiczne także w moim rodzinnym mieście Lwowie. Mój tamtejszy ukraiński wydawca, Wasyl Gabor, przesłał mi w tych dniach umowę wydawniczą do podpisu. Chce wydać „Stan po zapaści”, powieść z czasów stanu wojennego, którą ja wydałem kiedyś w podziemiu. Czy tylko tyle mogę zrobić teraz dla Ukrainy?

www.jacekbochenski.blox.pl

 

 

Wyborcza.pl

Myślenie sięgnęło bruku

Marcin Kula historyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, 28.01.2014
 Rys. Zygmunt Januszewski
W żadnym wypadku dzieci nie ponoszą odpowiedzialności za rodziców.Istotne jest postępowanie samych dzieci, gdy przestały być dziećmi. Człowiek żyje swoim życiem i za nie zdaje rachunek wobec otoczenia
No więc znów mamy do czynienia z rozrabianiem środowisk prawdziwie czy rzekomo postkomunistycznych, tylko tym razem w kolejnym pokoleniu – a więc jakby spadkobierców komunistów.Co zdumiewa, to to, że w Polsce właściwie nie było dyskusji o komunizmie, są jedynie o komunistach. Szczęśliwie jako historycy próbujemy badać tę formację i mamy w tym pewne sukcesy. Trudno jednak, byśmy czuli się zobowiązani do reagowania na rozróby. Może powinniśmy, ale jak tu zabierać głos w sprawie wypowiedzi odnoszących się wprawdzie do przeszłości, ale niespełniających choćby elementarnych kryteriów wykonywania zawodu?

Historia to nie medycyna; wszyscy mogą ją uprawiać aktywnie. Czasem jednak chciałbym, żeby publiczność odróżniała wypowiedzi zawodowe (nawet jeśli nieraz też dyskusyjne) od innych głosów. Sądzę, że zabranie głosu w ich sprawie przez historyka – jak przeze mnie w tej chwili – może dopomóc odróżnianiu jednych od drugich.

Pierwsza różnica, która występuje – a przynajmniej powinna występować – w działaniach historyków i amatorów, to cel refleksji.

Dojrzały historyk nie pracuje dla rozegrania gry - osobistej, światopoglądowej, środowiskowej, politycznej. Oczywiście, każdy z nas jest „tylko” człowiekiem, a zatem w naszym zakresie badań nie możemy się całkowicie oddzielić od otaczającej rzeczywistości, w tym od naszych sympatii i antypatii – ale nie z nich powinny wynikać cele naszego działania.

Tymczasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czy to w sprawie lustracji, czy tzw. dzieci resortowych idzie nie o rozpoznanie rzeczywistości w całym jej skomplikowaniu, ale o wypalenie żelazem środowiska, którego definicję i granice określają zresztą rozgrywający, w jego kolejnych pokoleniach.

Przypomina to reakcję na zarazę w dawnych wiekach. Społeczność, w której pojawiała się zaraza, lądowała „pod kreską” jako całość. Statku, który wywieszał żółtą flagę, nie wpuszczano do portu. Co jednak kiedyś było straszną, ale zrozumiałą reakcją, motywowaną bezradnością, z czasem stawało się strasznym mechanizmem służącym źle motywowanej grupie. Hitleryzm tak działał przeciw Żydom. Gdy ktoś miał coś wspólnego z Żydami, to nic nie poprawiało jego sytuacji, nawet gdy był Einsteinem. Stalinizm analogicznie działał przeciwko ludziom, których zdefiniował jako trockistów. Jak ktoś już nie tylko był trockistą, ale został uznany za takiego, to nie zrobiono dlań wyjątku, ani nie było dlań wytłumaczenia czy litości.

Druga sfera, która powinna odróżniać działania zawodowe od amatorskich (tym bardziej od źle pojętych amatorskich), to przestrzeganie elementarnych reguł badawczych.

Nigdy nie byłem za zniszczeniem ani choćby za zabetonowaniem akt UB/SB. Wiem, że jest tam mnóstwo ważnych informacji – i to nie tylko w zakresie nominalnych celów działania tej służby, lecz także ciekawych dla socjologii historycznej lub/i antropologii historycznej PRL, a może jeszcze szerzej.

Jest mnóstwo treści zapisanych niejako na marginesie wiadomości podstawowych. Samo działanie UB/SB jest też ważnym tematem dla wiedzy o PRL. W zasobie IPN można znaleźć dużo materiałów obcych w stosunku do UB/SB, które jednakże tylko tam się zachowały. Materiały policyjne trzeba jednak – jak każde – umieć czytać. Nadto nie można opierać się tylko na nich.

Swego czasu obejrzałem materiały UB/SB dotyczące mojej rodziny i mnie samego. Mam wrażenie, że po tym doświadczeniu wiem więcej o PRL. W zakresie konkretnych spraw mojej rodziny nie wiedziałem jednak, czy śmiać się, czy płakać nad bzdurą tych wszystkich donosów i opracowań. Najbardziej „spodobał” mi się raport KGB z Moskwy czy z Leningradu, gdzie Ojciec jako historyk uczestniczył w kongresie historyków. Otóż KGB donosiło, że do pokoju hotelowego Rodziców weszła inna historyczka z Polski, niejaka „Celina”, i nawymyślała na Związek Radziecki. Potężne KGB nie potrafiło ustalić, kim była owa „Celina”, i prosiło SB o pomoc w tym zakresie.

Zgadnijcie Koleżanki i Koledzy, zwłaszcza pracujący w Krakowie, kim była owa „Celina”?! (na wszelki wypadek odpowiem: była to prof. Celina Bobińska-Wolska, czołowa postać PZPR na UJ; potem zresztą wystąpiła z partii po wprowadzeniu stanu wojennego).

Trzecia sprawa, w której historycy powinni oddzielać się od amatorów, to czystość podmiotu badającego. Nie jest oczywiście tak, żeby historyk nie mógł badać spraw, w których uczestniczył. W odniesieniu do czasów najnowszych byłoby to często niemożliwe. Dodatkowa, osobista motywacja przy pamięci własnego doświadczenia w zakresie badanych spraw może nawet pomagać w badaniu.

Historyk musi jednak działać w roli zawodowej, a jego usytuowanie w stosunku do przedmiotu badania powinno być znane. Lepiej też, gdy nie gra Savonaroli wobec innych w sprawach, z których sam ma niepiękną kartę. Każdemu wolno zmienić z czasem zdanie, ale gorące wypowiedzi neofitów często są mało przekonujące, jeśli nie śmieszne. Sądząc z wypowiedzi prasy, tę uwagę można odnieść do uwikłania w komunizm któregoś (nie pamiętam którego) z autorów piszących o pokoleniu dzieci bądź wnuków komunistów.

Najbardziej antykomunistyczny w moim otoczeniu historyk czasów najnowszych był w swoim czasie członkiem PZPR, a na dodatek wstąpił do partii w jakimś fatalnym momencie i objął funkcję w partyjnej organizacji wydziałowej. Potem sam nie mówił o swoim błędzie (co oczywiście przyjąłbym jako ekspiację), ale pisał źle o innych działających w ramach systemu. W niedawnej histerii lustracyjnej nie miałem za grosz zaufania do niektórych lustratorów w moim otoczeniu.

Jako historyk nie mogę przyjąć potępienia en bloc ani wszystkich komunistów, ani całości różnorodnych elit PRL. Formacja PRL zasługuje oczywiście na potępienie – ale ludzie już nie wszyscy. Zestawianie komunizmu z faszyzmem w ogóle wydaje mi się uproszczeniem (nawet jeśli jedno i drugie było złem) – ale w tej sprawie różnice są bardzo wyraźne. Po prostu przez dłuższe niż faszyzm trwanie oraz szersze rozlanie się po świecie komunizm i jego elity były bardziej zróżnicowane niż faszyzm i faszyści.

Niektórzy komuniści nie tylko działali w establishmencie, ale siedzieli w więziennych piwnicach zorganizowanych przez tenże establishment – lub jeszcze gorzej. Może warto by ustalić, ile lat więzienia oraz ile dni tortur odkupuje rok przynależności do PZPR i do jej elity?! Oczywiście, tacy ludzie są dziś niewygodni z punktu widzenia ostrych antykomunistów. Gdyby wstąpili do PZPR i pozostali w jej elicie do końca, na dodatek wrednie działając, to sytuacja byłaby prostsza.

Historyk nie powinien jednak szukać sytuacji prostych do analizy, zaś skomplikowanych – upraszczać. Życie jest skomplikowane i może właśnie dlatego jest ciekawe dla historyka. Oprócz zdeklarowanych zbrodniarzy łatwo też wskazać w komunizmie masę ludzi, którzy starali się o rozwiązania możliwie najlepsze w konkretnych warunkach. By dać jaskrawy, wręcz prowokacyjny przykład, przywołam casus Edwarda Ochaba. Ten I sekretarz KC PZPR (w 1956 r., pomiędzy Bierutem a Gomułką) zasadnie najpewniej nie zyska pozytywnej oceny w podręczniku historii. Sam nie miałem i nie mam zresztą do niego żadnej sympatii. Jako historyk powinienem wszakże pamiętać, że m.in. dzięki jego postawie towarzysze nie udzielili Polsce bratniej pomocy w 1956 r. Sympatyzuję z tymi osobami z jego rodziny, które po jego śmierci w 1989 r. wymieniły w nekrologu tę właśnie jego zasługę. Powinienem pamiętać też, że w 1968 r. Ochab był jednym z nielicznych w partyjnym establishmencie, który zdystansował się od czerwonego szowinizmu.

Nie jestem prokuratorem i nie uważam, by historycy mieli być prokuratorami. Sądzę, że powinniśmy prowadzić badania i refleksję dla wiedzy. Podziwiam ludzi, którzy, skądinąd najpewniej wierząc w Sąd Ostateczny, usiłują go wyręczyć w przyspieszonym trybie.

Nie tylko historyk, ale żaden badacz spraw społecznych nie może akceptować przyjmowania ukrytych założeń zaczerpniętych z myślenia potocznego. Wszyscy znamy przysłowie „Niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Jest oczywiste, że środowisko, z którego się wywodzimy, ma na nas wpływ formacyjny. Nie można jednak przyjąć tezy o zdeterminowaniu każdego przez środowisko, w którym się urodził i dorastał. Tak postępowano w komunizmie. W nim nieraz tępiono dzieci za rodziców. Nawet w nie najgorszych czasach, w niezliczonych komunistycznych kwestionariuszach była rubryka „pochodzenie społeczne”, a na egzaminach wstępnych na uczelnie dodawano punkty za pochodzenie (biedni inteligenci w pierwszym pokoleniu, którzy klęli, że dzięki ich awansowi ich dzieci nie dostawały punktów!). Przy tym wszystkim „zapominano”, że Engels był fabrykantem. Prawda, że Engels utrzymywał Marksa, więc może był lepszy niż reszta wyzyskiwaczy.

W żadnym wypadku dzieci nie ponoszą odpowiedzialności za rodziców. Istotne jest postępowanie samych dzieci, gdy przestały być dziećmi. Człowiek żyje swoim życiem i za nie zdaje rachunek wobec otoczenia. W żadnym wypadku nie ma obowiązku odpracowywać ewentualnych grzechów rodziców.

Jeśli oskarżyciele sądzą inaczej, to może by przynajmniej ustalili także w tym wypadku taryfę – ile lat sprzeciwu wobec komunizmu lub/i więzienia odkupuje posiadanie jednego z rodziców komunistów, a ile obydwoje? Ile odkupuje grzechy dziadka? I tak do dziesiątego pokolenia… Oni jednak nawet takiej tabeli nie opracują, gdyż – jak wszystko wskazuje – stoją na stanowisku, że grzechów „wrodzonych” po prostu nic nie zamaże. Trzeba je wypalić żelazem – oczywiście w ramach miłości bliźniego i wiary w dobro, którego nosicielem jest człowiek (sic!).

 

Wyborcza.pl

Michnik o wydarzeniach Ukrainie: To rewolucja. I otwiera zupełnie nową perspektywę dla Rosji

jk, kid, 27.01.2014
Adam Michnik w TVP InfoAdam Michnik w TVP Info (Fot. TVP Info)
- Ten moment historyczny jest dla Ukrainy wyjątkowo sprzyjający. Władimir Putin ma teraz na głowie Soczi i nie może zaryzykować jakiegoś krwawego rozwiązania, o którym nawet boję się pomyśleć. Gdyby Janukowycz czuł, że ma tyle siły, żeby spacyfikować Majdan, już by to zrobił” – mówił Adam Michnik w programie „Dziś wieczorem”, wyemitowanym na antenie TVP Info.
Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” oceniał, że na Ukrainie obserwujemy teraz „delegitymizację reżimu Janukowycza, którego wsparciem, sponsorem i protektorem jest reżim Putina”.Jaka jest relacja liderów Ukrainy i Rosji? – Chodzi o skomplikowany splot interesów. Nigdy wielki szef nie szanuje małego szefa, czy większego lokaja. Wiele osób stawia sobie pytanie: na ile Janukowycz jest jeszcze suwerennym liderem Ukrainy, a na ile marionetką reżimu kremlowskiego? Ja na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię, ale gdy się przyglądam polityce Janukowycza, jego postępowaniu, to mam wrażenie, że to jest pasmo beznadziejnych błędów, które prowadzą w przepaść i Ukrainę i jego samego - odpowiadał Michnik.

>> Co się teraz dzieje na Ukrainie? [NASZA RELACJA NA ŻYWO]

Trzeba modlić się o kompromis

Jego zdaniem to, co dzieje się na Ukrainie otwiera zupełnie nową perspektywę dla Rosji. – Wczoraj oglądałem rosyjską telewizję. To z jednej strony jest ton propagandy goebelsowskiej nienawiści, przedstawianie ludzi z Majdanu jako następców ukraińskich hitlerowców, a z drugiej strony to przerażenie przed tym, że taki Majdan mogą mieć u siebie w Moskwie – zaznaczył.

Pytany, do czego może się posunąć Putin, by utrzymać Ukrainę przy sobie, Michnik ocenił, że ten moment historyczny jest wyjątkowo sprzyjający, bo Władimir Putin ma teraz na głowie Soczi i nie może zaryzykować jakiegoś krwawego rozwiązania.

- Wiem jedno, gdyby Janukowycz czuł, że ma tyle siły, żeby spacyfikować Majdan, już by to zrobił, przynajmniej w momencie, gdy demonstranci weszli do ministerstwa sprawiedliwości – mówił Michnik.

Jak ocenił, „trzeba się modlić o cud, żeby Janukowycza olśniło, żeby miał mądrość, wyobraźnię Wojciecha Jaruzelskiego i poszedł na kompromis, a nie szedł na czołowe zderzenie, bo to będzie klęska dla Ukrainy i dla niego”.

Michnik wyraził nadzieję, że dojdzie do porozumienia między Janukowyczem a opozycją, nawet takiego, w którym „Janukowycz przekazując władzę, zachowa święty spokój i dobrą emeryturę”. – Oczywiście, zostaną chwilę potem oskarżeni o zdradę, o porozumienie różowych z czerwonymi. Usłyszymy że Kliczko, Tymoszenko i Jaceniuk to resortowe dzieci. To pewne, bo za kompromis się płaci. Ale to cena, którą warto zapłacić, aby uratować Ukrainę od wojny domowej – mówił. – Bo to jest rewolucja. Tam działa zupełnie inny mechanizm. To nie jest mechanizm gier szachowych. Jeśli już na wschodniej Ukrainie są awantury w Doniecku, Dniepropietrowsku… To nie miało się prawa zdarzyć. W Galicji tak, od biedy Wołyń. Ale tam? Mamy nowe pokolenie z nowymi aspiracjami, nową znajomością świata i ambicją życia w inny sposób – oceniał.

Jesteśmy przykładem dla Ukrainy

Wyjaśniał też jak zmienia się stosunek Zachodu do Ukrainy. – Przez dziesięciolecia na Zachodzie nie przyjmowano istnienia takiego podmiotu jak Ukraina. Był Związek Sowiecki. Ale przez długie lata nie przyjmowano istnienia takiego podmiotu jak Polska, był blok sowiecki. Oczywiście Polska była w lepszej sytuacji, była państwem satelickim ale państwem, Ukraina nie. Ale dziś już państwem jest i ten stosunek będzie się zmieniał – mówił.

Szef „Gazety Wyborczej” dodał, że jest dumny „z całej Polski i z postawy polskiego społeczeństwa, mediów, rządu”. Jak ocenił, „nie można było zrobić więcej. Zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić”.

- Nie bacząc na skomplikowaną historię stosunków polsko – ukraińskich, dzisiaj prawie cała Polska potrafiła stanąć po stronie Ukrainy. Z wyjątkiem jakichś marginalnych, skrajnie ONR-owskich sił, które de facto są prorosyjskie. Jest faktem, że w UE był przyjęty projekt polityki wschodniej proponowany przez ministra Sikorskiego i ministra Bildta. Racjonalny projekt. To, że się nie udało, nie oznacza, że ma się nie udać w przyszłości. Ukraina powiedziała bardzo jasno, że chce iść w stronę Europy, Unii i to jest wybór cywilizacyjny – mówił.

Jak jednak podkreślił – samo przystąpienie do UE nie załatwi spraw związanych z dziurą budżetową i Ukrainę czeka droga przez mękę. To będzie Golgota. Ale jesteśmy przykładem dla Ukrainy, że to się udało.

 

Wyborcza.pl

 

Co się stało z arabskimi współpracownikami służb PRL? Pokłosie „drugiej listy Wildsteina” ujawnionej przez Macierewicza

Bianka Mikołajewska, 28.01.2014
Poseł PiS Antoni MacierewiczPoseł PiS Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Im więcej krytyków sposobu likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych i im mocniejsza krytyka, tym większe samozadowolenie Antoniego Macierewicza.
Na zarzut, że w raporcie z likwidacji WSI ujawnieni zostali agenci tej służby – co jest światowym precedensem – Macierewicz odpowiada w portalu wPolityce.pl, że przecież w dokumencie wymieniono nie więcej niż 65 nazwisk agentów. Państwo wypłaciło części z nich odszkodowania nie dlatego, że zostali skrzywdzeni, ale dlatego, że rządząca PO poszła z nimi na ugodę.Według Macierewicza nieważne są koszta; ważne, że ujawniona została „prawda o przestępczych działaniach WSI”. Podobnie mówił dziewięć lat temu, gdy jego tygodnik „Głos” opublikował w internecie tzw. drugą listę Wildsteina. Według Macierewicza miało to „sprzyjać ujawnieniu całej prawdy o okresie komunistycznym”.

Pierwsza lista, upubliczniona przez Bronisława Wildsteina, zawierała tylko nazwiska i numery teczek około 200 tys. osób przewijających się w aktach IPN. Informacje z drugiej pozwalały zidentyfikować, kto był pracownikiem, kto tajnym współpracownikiem peerelowskich służb (i jakich), a kto tylko znajdował się w kręgu ich zainteresowań.

Choć na liście znalazło się wielu czynnych oficerów, którzy zaczynali służbę w czasach PRL, a dekonspiracja czynnych funkcjonariuszy służb jest przestępstwem, nikt nie poniósł za to odpowiedzialności. Macierewicz powtarzał: nie trzeba było w czasach PRL wiązać się ze służbami.

Na liście były jednak również nazwiska obcokrajowców zarejestrowanych jako tajni współpracownicy służb PRL, m.in. kilkuset osób z krajów arabskich. Większość z nich studiowała w Polsce i z dyplomami wrócili do swoich ojczyzn. Kilka kobiet o polskich imionach i arabskich nazwiskach to zapewne żony arabskich studentów, które razem z nimi wyjechały.

Dla nich ujawnienie „drugiej listy Wildsteina” mogło być wielkim zagrożeniem. W wielu krajach arabskich za współpracę z obcymi służbami grozi kara śmierci.Polki, których nazwiska zamieszczono na liście, także znalazły się w kręgu podejrzeń; wątpliwe, by władze krajów, w których zamieszkały, uwierzyły, że ich współpraca ze służbami zakończyła się wraz z wyjazdem z ojczyzny.

Nie chodzi zresztą tylko o oficjalne władze. W ostatnich latach przez kraje arabskie przetoczyła się fala wojen i konfliktów. To nie są warunki, w których o tym, czy ktoś współpracował z wrogiem, rozstrzyga się przed sądami. A Polska była przecież stroną w kilku konfliktach; w tym samym kraju jedni uważali Polaków za wyzwolicieli, inni za okupantów.

Co się stało z arabskimi współpracownikami peerelowskich służb, gdy do internetu trafiła „druga lista Wildsteina”? Czy służby III RP – nad którymi władzę objął parę miesięcy później PiS i Macierewicz – zadbały o bezpieczeństwo tych ludzi? Czy też uznano, że współpracowali ze „złymi” służbami i muszą radzić sobie sami?

Jeśli powstanie komisja śledcza badająca działalność Antoniego Macierewicza i „reformy służb” przeprowadzone za rządów PiS, powinna ona, bez udziału kamer, odpowiedzieć na te pytania. Demokratyczne państwo nie może bowiem godzić się na to, by w imię politycznych i historycznych rozliczeń narażani byli na niebezpieczeństwo ci, którzy zaufali polskiemu państwu. Nieważne, czy była to PRL, III czy IV RP.

 

Wyborcza.pl

Mężczyźni i kobiety Janusza Palikota

Dominika Wielowieyska, 28.01.2014
Aktorka Ewa WójciakAktorka Ewa Wójciak (Fot. GAWUC/REPORTER GAWUC/REPORTER REPORTER)
Aktorka Ewa Wójciak, Barbara Nowacka, córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, pisarka Kazimiera Szczuka, działaczka samorządowa Marta Niewczas – to możliwe jedynki na eurolistach koalicji Europa Plus Twój Ruch.
Lider TR Janusz Palikot zapowiedział, że codziennie będzie prezentować jedną kandydatkę.Pierwsze miejsca „męskie” na listach są już prawie rozdane: Warszawa - Ryszard Kalisz, Poznań - Marek Siwiec, Śląsk – Kazimierz Kutz, Szczecin - Paweł Piskorski, Wrocław – Robert Kwiatkowski, okręg podwarszawski – Andrzej Celiński. A całej liście patronuje prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Jeśli chodzi o jedynki przeznaczone dla kobiet, narady jeszcze trwają. Wiadomo już, że nie zamierza startować prof. Magdalena Środa.

W poniedziałek Palikot ogłosił, że w Łodzi wystartuje Ewa Wójciak, dyrektorka poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, która zasłynęła tym, że po wyborze Jorge Bergoglia na papieża stwierdziła: „No i wybrali ch…, który donosił wojskowym na lewicujących księży”. Jej wypowiedź była powszechnie potępiana. Tym bardziej że wraz z upływem czasu okazywało się, że Bergoglio bronił ludzi przed wojskową juntą rządzącą w Argentynie w latach 70. i 80. Kolejny raz o Wójciak zrobiło się głośno, gdy straciła 2 tys. zł zasiłku chorobowego, ponieważ będąc na zwolnieniu, wystąpiła jako aktorka w spektaklu. Wójciak się broni: – Nie miałam nakazu leżenia, poza tym nie wzięłam wynagrodzenia za występ. Sprawę ujawnił na swoim blogu Janusz Palikot, który uznał ZUS za instytucję opresyjną.

 

Wyborcza.pl

Niech ks. Oko posłucha Franciszka

Katarzyna Kolenda-Zaleska, 28.01.2014
Ksiądz Dariusz Oko podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds Przeciwdziałania Ateizacji PolskiKsiądz Dariusz Oko podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds Przeciwdziałania Ateizacji Polski (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)
Nie mogę się nadziwić, że mój Kościół nie pozwala wypowiadać się publicznie ks. Adamowi Bonieckiemu, a zezwala na to ks. Dariuszowi Oko. Nikt bardziej niż on nie zaszkodził Kościołowi w ostatnich czasach. Gdy słucham, jak w Sejmie brawurowo rozprawia się z rzekomą ideologią gender, mam wrażenie, że nie przemawia duchowny pochylony z troską nad bliźnim, ale niespełniony polityk czy też owładnięty obsesją potomek inkwizytorów.
Magdalena ŚrodaDziś polski Kościół ma właśnie taką fanatyczną twarz ks. Oko. I szczerze wątpię, by ta twarz – tak nieprzystająca do współczesności – przyciągnęła do świątyń więcej wiernych. Na pewno nie zachęci tych, którzy chcą słuchać o ewangelicznej miłości, a nie o potępianiu i obłąkanych teoriach. Może przełożeni ks. Oko się zastanowią, czy krewki duchowny nie powinien sobie zrobić dłuższej przerwy od publicznych wystąpień i poświęcić czas na studiowanie dokumentów i słów nowego papieża.Walka niektórych księży z – jak to nazywają – ideologią gender to nic innego jak zapis męskich fobii i lęków. Tak jakby się bali o dotychczasowe królestwo, jakby w równouprawnieniu kobiet widzieli zagrożenie dla władzy, którą mają. W ten sposób utrwalają stereotyp wizerunku Kościoła jako instytucji niechętnej kobietom, która najchętniej widziałaby je w roli służebnic – zamkniętych w domu lub w zakonie. Celowo mieszają ludziom w głowach, fałszując definicje pojęć, broniąc czegoś, co już dawno jest nie do obrony.

Gender nikomu nie zagraża, a już na pewno nie zagraża Kościołowi. Zagraża tylko wtedy, gdy ludzie Kościoła ośmieszają go niemądrymi, zapalczywymi wypowiedziami, w których jest wszystko oprócz miłości bliźniego. Bo wtedy zamiast Kościoła bliskiego dylematom współczesnego człowieka widzimy Kościół archaiczny, odległy i karzący.

A przecież wystarczy przypomnieć sobie list apostolski Jana Pawła II „Mulieris dignitatem”, w którym papież zdecydowanie odrzuca interpretację, jakoby według Biblii kobieta powinna być podporządkowana mężczyźnie. „Tekst biblijny daje wystarczające podstawy do stwierdzenia zasadniczej równości mężczyzny i kobiety pod względem człowieczeństwa. Oboje są od początku osobami w odróżnieniu od otaczającego ich świata istot żyjących. Niewiasta jest drugim » ja” we wspólnym człowieczeństwie” – pisał tam papież.

Cóż, praktyka, także Kościoła, za co zresztą polski papież przepraszał, bywała różna, stereotypy zaś mają to do siebie, że bardzo trudno je zwalczać. A ludzie pokroju ks. Oko robią wszystko, by je utrwalać – nawet wbrew papieskiej nauce. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego gender ma służyć ateizacji, skoro to papież mówi o równości kobiety i mężczyzny. Trudno zaś w ogóle dyskutować z innymi teoriami duchownego – o promowaniu rozpusty, prostytucji, totalitaryzmu. One się do żadnej debaty nie nadają.

Niech więc biskupi poproszą ks. Oko o milczenie i zaapelują o bardziej uważne słuchanie papieża Franciszka. W sobotę na spotkaniu z Włoszkami podkreślał on konieczność weryfikacji roli kobiet w Kościele także z powodu przemian kulturowych i społecznych. „Wyraziłem pragnienie, by powiększyła się przestrzeń bardziej zdecydowanej i wyrazistej kobiecej obecności w Kościele” – mówił Franciszek.

Czy to nie gender w czystej postaci – pod warunkiem oczywiście, że nie fałszujemy definicji.

 

Wyborcza.pl

Macierewicz „rozbroił” wywiad wojskowy. Ujawniamy wyniki audytu Wassermanna

Paweł Wroński, 28.01.2014
Antoni Macierewicz i Zbigniew Wassermann w Sejmie w kwietniu 2005 r.Antoni Macierewicz i Zbigniew Wassermann w Sejmie w kwietniu 2005 r. (Fot. Jacek Łagowski / AG)
Jarosław Kaczyński wiedział o tym w 2007 r. Ujawniamy druzgocący audyt koordynatora ds. służb Zbigniewa Wassermanna.
Poufny audyt stanu wojskowych służb specjalnych powstał w styczniu 2007 r. Ówczesny premier Jarosław Kaczyński otrzymał go 18 stycznia.Służbę Wywiadu Wojskowego i Służbę Kontrwywiadu Wojskowego rząd PiS utworzył we wrześniu 2006 r. w miejsce zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych. Ocena stanu i możliwości służb specjalnych armii była w tym momencie istotna, gdyż Polska obiecała USA wysłanie tysiącosobowego kontyngentu do Afganistanu.

Gdy specjaliści Wassermanna oceniali stan SKW i SWW, nie był jeszcze znany raport z likwidacji WSI. Likwidator Antoni Macierewicz – wtedy wiceminister obrony – przekazał go prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu 12 lutego 2007 r. Prezydent ujawnił go cztery dni później.

W lutym 2007 r. – na tle sporu z Macierewiczem – podał się do dymisji szef MON Radosław Sikorski. Kilkakrotnie krytycznie wyrażał się o stanie służb, a także jakości raportów SWW, np. z Afganistanu.

Minister Wassermann był jednym z prominentnych polityków PiS i zwolennikiem likwidacji WSI. W wywiadzie dla „Wprost” z kwietnia 2007 r. przyznał, że wywiad ma kłopoty z werbunkiem. W trakcie procesu żołnierzy oskarżonych o spowodowanie śmierci cywilów w Nangar Khel okazało się, że nasz kontyngent w tym rejonie nie dysponował własnym wywiadem i był w pełni uzależniony od Amerykanów. Wiadomo też, że w sierpniu 2007 r. Amerykanie nie zdecydowali się przekazać Polakom rotacyjnego dowodzenia operacją w Afganistanie; oficjalnie z powodu „reorganizacji systemu dowodzenia”.

Nieudacznik Macierewicz

Wnioski z tajnego audytu sporządzonego pod okiem Wassermanna są dla Macierewicza druzgocące. Zdołał on skutecznie rozwiązać WSI, ale już zorganizować SKW i SWW zupełnie nie był w stanie. Audyt stwierdza, że wojskowe służby specjalne – odpowiedzialne za ochronę wywiadowczą i kontrwywiadowczą oraz zapewnienie tajnej łączności i obiegu dokumentów z NATO – nie są w stanie wypełniać obowiązków. Brakuje kadr, panuje monstrualny bałagan i obawy o dekonspirację agentów. Eksperci w konkluzji stwierdzają wprost, że stan SKW i SWW zagraża bezpieczeństwu sił zbrojnych.

„W dniu 1 października 2006 r. SKW oraz SWW miały przystąpić do realizacji swoich zadań. Jednakże [obie służby] w ustawowym terminie nie były zorganizowane w sposób umożliwiający przejęcie kompetencji i postępowań prowadzonych przez WSI. Rozpoczęły dopiero proces organizowania wewnętrznych struktur, nie dysponując odpowiednimi środkami czy stanem osobowym zdolnym do realizacji ustawowych zadań w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa Siłom Zbrojnym” – oceniają autorzy.

Agenci zdezorientowani

Eksperci stwierdzają też, że wyższe stanowiska w SKW objęły osoby, „które w większości nie posiadały w swoich dotychczasowych karierach zawodowych doświadczeń w zakresie działalności służb specjalnych”.

Części pracowników WSI zakazano wchodzić do budynków SKW, w tym „większości żołnierzy zawodowych, którzy realizowali zadania przy pomocy osobowych źródeł informacji oraz posiadali dokumenty niejawne, a którzy byli nierozliczeni z mienia, za które ponosili odpowiedzialność”.

Przypomnijmy: oficerom, którzy przyszli do pracy, ochrona obiektu oświadczyła, że ich przepustki są nieważne.

Ponadto „skutkiem nieprzyjęcia [przez SKW] na łączność większości osobowych źródeł informacji kontrwywiadu WSI było ograniczenie dopływu informacji o zagrożeniach znajdujących się w kompetencji SKW”.

Audyt opisuje sytuację kuriozalną: „Odnotowano przypadki inicjatywnego nawiązywania kontaktów przez osobowe źródła informacji z oficerami b. WSI, którzy nie znaleźli się w składzie osobowym SKW. Osoby te były zdezorientowane faktem braku spotkań operacyjnych”. Autor wyraża obawę, czy ci agenci kiedykolwiek będą jeszcze chcieli współpracować z polskimi służbami. Do końca 2006 r. SKW i SWW nie wydały instrukcji współpracy z osobowymi źródłami informacji. Zdaniem autora jest to „naruszenie ustawy o SKW i SWW”.

Z audytu wynikało, że nowej służbie będzie trudno rozwiązać współpracę ze źródłami osobowymi, bo „większość oficerów operacyjnych kontrwywiadu WSI nie znalazła się w składzie SKW, a okoliczności, w jakich wzbroniono im wstępu do budynków SKW w październiku 2006 r., wskazują, że SKW nie może liczyć na pomoc z ich strony”.

„Brak pomocy ze strony tych oficerów może mieć negatywne skutki, gdyż regulacje instrukcyjne, które obowiązywały w kontrwywiadzie WSI, nie wymagały stworzenia zapasowych kanałów łączności ze źródłami”. Nie opracowano nawet „spójnego systemu kierowania” źródłami informacji i ich „zadaniowania”.

Strażnicy bez broni

Audytorzy oceniają, że najlepiej sytuacja wygląda w kontyngentach wojskowych, choć zwracają uwagę, że przygotowanie operacji w Afganistanie powierzono oficerom o małym doświadczeniu. „Wiodącą rolę odgrywa oficer posiadający pięcioletni staż w WSI, z czego trzy lata w polskim przedstawicielstwie w NATO, w związku z czym ma niewielkie doświadczenie w pracy kontrwywiadowczej”.

W ogóle SKW ma „niewystarczający stan osobowy”. W związku z tym próbuje się poszukiwać kandydatów wśród policjantów, w Straży Granicznej i wśród żołnierzy w jednostkach sił zbrojnych.

SKW miała chronić armię, ale miała problemy z własną ochroną. „W odniesieniu do budynków przejętych po WSI (…) część jest ochraniana jedynie przez dyżurujących żołnierzy zawodowych, którzy nie są wyposażeni w broń. Sytuacja taka może stwarzać przesłanki do utraty dokumentów zawierających tajemnicę państwową”.

Z dokumentacją SKW też miała problem, szczególnie na poziomie dyrektorów departamentów. „Do końca 2006 roku nie przejęto faktycznie całości dokumentacji. Duża część znajdowała się w zamkniętych szafach”.

Audyt stwierdza, że „w pierwszych dniach” – czyli na jesieni 2006 roku – wystąpiły „przypadki naruszenia tajności działań”, przykładowo: przekazywanie szyfrogramów oficerów wywiadu do szefa kontrwywiadu (czyli Macierewicza). Szefem SWW był wówczas Witold Marczuk, wcześniej komendant warszawskiej straży miejskiej, a następnie szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Przeciekający dyrektor od tajemnicy

Nastroje wewnątrz SKW i SWW audytorzy opisują jako podłe. Wielu byłych pracowników WSI uważa, że ich praca w nowych służbach ma charakter epizodyczny. Szczególną rolę w pogłębieniu tej frustracji miał odgrywać powołany na szefa biura szyfrów prof. Jerzy Urbanowicz, matematyk z PAN, poprzednio doradca Macierewicza. „W trakcie problemów związanych z przejęciem b. Oddziału Szyfrów obiecywał niektórym żołnierzom WSI pozytywne »załatwienie « sprawy weryfikacji w zamian za zachowanie zgodne z jego stanowiskiem”.

Starał się także nagradzać posadami w SKW. „W rezultacie stwarzał kompromitujące sytuacje ustnego wyznaczenia i odwoływania żołnierzy ze stanowisk służbowych bez żadnych podstaw formalnych”. Audyt stwierdza, że podczas tych zdarzeń w październiku 2006 r. „nie było żadnych dokumentów normatywnych regulujących działania Biura T”, czyli Oddziału Szyfrów. Prof. Urbanowicz „ostentacyjnie i w obecności żołnierzy zawodowych, nie respektował decyzji ministra obrony narodowej”.

Na dyrektora biura bezpieczeństwa wewnętrznego SKW wyznaczono osobę podejrzaną przez ABW o naruszenie ustawy o tajemnicy. Według naszych informacji była to zaufana osoba Antoniego Macierewicza.

Audyt kończy się znamienną tezą: „Utrzymywanie się opisanego wyżej stanu w wojskowych służbach specjalnych stwarza przesłanki do podjęcia w przyszłości oceny prawidłowości tworzenia nowych wojskowych służb specjalnych”.

Do takiej oceny nigdy nie doszło. Ani ze strony PiS, ani nowej koalicji PO-PSL.

 

Wyborcza.pl

Ksiądz Oko, Jezus i Nietzsche

Nauka jest bezlitosna. Helisa DNA nie pyta o biskupów ani papieża o imprimatur. Kościół zwalczał teorie Galileusza, Giordano Bruna, Kopernika. Czy to, że ziemia się kręci wokół słońca a nie odwrotnie to teoria czy ideologia? Oczywiście to teoria, za którą podąża ideologia. Dalszy cios w nieruchomego kościelnego Petrusa to teoria Newtona. Tu jednak Kościół podwinął ogon a teorię względności Einsteina przełknął z goryczą. Jeśli chodzi o czarne dziury, teorię strun czy dziwaczną i sprzeczną z potoczną logiką teorię nieoznaczoności Heisenberga, to ani papież ani tym bardziej ksiądz Oko jeszcze się nie wypowiedzieli.

 

Trudniej w dzisiejszych czasach atakować teorie fizyczne, gdyż jak bardzo by nie były abstrakcyjne, to często przekładają się na konkretne materialne rezultaty. Przecież to dzięki teorii względności wynaleziono bombę atomową. Łatwiej obiektem ataku zrobić jakąś nauka z dziedziny humanistyki. A teoria gender lokuje się gdzieś na przecięciu antropologii, biologii, socjologii i filozofii. Wyciągając działa przeciw gender przy okazji dostało się strukturalizmowi, fenomenologii, dekonstruktywizmowi i oczywiście marksizmowi. Trochę to dziwne, bowiem sam Jan Paweł II w swych dziełach filozoficznych jak chociażby Osoba i czyn powoływał się na wielkiego fenomenologa Maxa Schelera.Dekonstruktywizm zaś jest dzieckiem hermeneutyki filozoficznej czyli sztuki czytania tekstu. Także Biblii. Wśród wybitnych teologów chrześcijańskich wielu było hermeneutami. Np. Bultmann czy Ricouer. Dlaczego im się nie dostało po oczach od ojca Oko a tylko Derrida i Deleuze a także Levi Strauss stali się wrogami Kościoła i inspiratorami gender? Szczerze mówiąc nie wiem.Chociaż mogę się domyślać. Dekonstrukcja jak sama nazwa wskazuje dekonstruuje to co jest oczywiste. Np. tzw. prawdę. Tak jak prawdą było przez stulecia, że słońce się kręci wokół Ziemi a kilo pierza jest lżejsze niż kilo żelaza. Prawda w obcęgach hermeneutyki i dekonstrukcji pokazuje swoje szwy, swoje spoiny i koniec końców okazuje się, że za prawda stoi coś co brzydko pachnie: zwyczajna walka o władzę.

Teologia i metafizyka często służyły władzom tego świata. A ryk armat nie zagłuszał pieśni kościelnych. Razem grały unisono. Za każdym metafizyczny kolosem czy to będzie Bóg, prawda czy Dobro skrywa się często zwyczajna brutalna władza o panowanie nad ludźmi. O tym już mówił Nietzsche w XIX wieku, a w XX wieku pociągnął tę myśl Michel Foucault a na terenie teorii płci Judith Butler, Monika Wittig i inni. Tak jak astronomia obaliła centralną pozycje Ziemi w kosmosie tak humanistyka obala gmach teologicznych quasi prawd. Tym bardziej, że jak mówi Nietzsche nie da się ich wywieść od nauk samego Jezusa tylko od wielkiego uzurpatora, który Jezusa nawet nie poznał, Pawła z Tyrsu.

Polski Kościół walcząc przeciw gender nie walczy o Jezusa z Kazania na Górze tylko o władze nad ludźmi, która mu się wymyka i chyba jednak wymknie na amen. Jezus był buntownikiem, krytykiem uderzał w pozorne oczywistości faryzeuszy. Przeciwstawiał się. Był odważny. Zapłacił za to najwyższą cenę. Tak często kończą buntownicy. Gender go nie zajmowało. Podobnie nie zajmował się zjawiskami queer. A przecież w ówczesnym cesarstwie rzymskim aż się roiło od gejów, transwestytów, świętych hermafrodytów.

Jego nie interesowało jak kto się ubiera czy kim się czuje w sensie płci. Nurtowało go odnalezienie Królestw Bożego w sobie. A to mógł uczynić każdy: celnik, Żyd, Rzymianin, Samarytanka, ladacznica, homoseksualista czy ktoś aseksualny. Te cechy nie są istotne dla człowieka w jego poszukiwaniu prawdy bożej. W języku Arystotelesa i Tomasza to były przypadłości. Dopiero Paweł z Tarsu, który dla Nietzschego jest wyrafinowanym manipulatorem zrobił z nauki Jezusa broń przeciwko wszystkim, którzy myślą inaczej niż on i jego następcy.

kamilsipowicz.natemat.pl

Prawdziwi ojcowie chrzestni gender

Po zawrotnej karierze, jaką słowo i temat gender zrobiło na warszawskich salonach i w ogólnopolskich mediach, czas aby zbłądziło pod strzechy. Jak zwykle nieocenieni okazali się tu politycy Prawa i Sprawiedliwości przestrzegając wszystkich, że wyremontowane drogi może i są wygodniejsze, a nowoczesne przedszkola pomagają wiejskiej dziatwie szybciej wejść w świat tak potrzebnej edukacji, ale przy tym wszystkim trzeba władzy lokalnej patrzeć na ręce, a najlepiej już uprzedzająco zaatakować domagając się od wójtów, burmistrzów, czy marszałków przyjęcia stosownych deklaracji w rodzaju „raczej bieda niż całe to gender”.

 

A wiadomo, że uczestniczący w rozgrywkach o puchar arcykatolickości politycy PiS wiedzą, że najszybciej i najłatwiej wystraszyć księży i skupiony wokół aktyw parafialny. Straszy się zatem nie tylko ciemnymi siłami zmierzającymi do całkowitego zatracenia naszego narodu, ale jasno wskazuje, że wszystkiemu winien jest obecny rząd, który zaprzedał się owym siłom i obiecał za wszelką cenę promować owe gender.W tym celu jeden z wybitniejszych europosłów i polityków tej partii, na dodatek z profesorskim tytułem, Ryszard Legutko, skierował do małopolskich proboszczów stosowne pismo przestrzegające przed przyjmowaniem tego, co Bruksela nam oferuje, bo- wiadomo- pod płaszczykiem pomocy finansowej i tak chodzi jedynie o przeforsowanie ideologii gender. Żeby proboszczom i aktywowi było łatwiej na parafie rozesłano gotowe już druki z odpowiednią petycją przywołujące samorządowe władze do porządku.Pewnie sama akcja nie zasługiwałaby na większą uwagę, gdyby nie fakt, że politycy PiS wprowadzają swoich wyborców w błąd, ukrywając prawdziwych ojców chrzestnych gender mainstreaming.Wystarczy zajrzeć do stosownych dokumentów, żeby przekonać się, kto zatwierdził i podpisał stosowne dokumenty „wpuszczające” gender do polskiej polityki. Czytam sobie od paru dni ”Program Operacyjny Kapitał ludzki Narodowe Strategiczne Ramy Odniesienia 2007 – 2013″.Choć sam dokument sygnowany jest przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, to już na pierwszej stronie wyraźnie (i dużymi literami) dodana jest informacja „DOKUMENT PRZYJĘTY PRZEZ RADĘ MINISTRÓW”. No więc przyjrzyjmy się temu ciekawemu, choć obszernemu (165 stron) dokumentowi. Na stronie 95 w rozdziale „Zasada równości szans kobiet i mężczyzn” znajdujemy określenia i pojęcia żywcem wyjęte z ideologii gender. Poza „gender mainstreaming” czy „gender impact assessment” znajdziemy również inne określenia, które dziś służą za maczetę do walenia po głowie każdego, kto ma o gender inne zdanie niż ks. Oko czy posłanka Kempa.

Fragment dokumentu przyjętego przez rząd Jarosława Kaczyńskiego
Fragment dokumentu przyjętego przez rząd Jarosława Kaczyńskiego

Jednak tym co powinno być największym kamieniem obrazy jest sformułowanie określające generalną zasadę polityki państwa rządzonego wówczas przez Jarosława Kaczyńskiego, który razem ze swoimi ministrami (choćby min. Sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą czy jego zastępczynią p. Beatą Kempą albo ówczesnym Szefem Kancelarii Mariuszem Błaszczakiem) zadeklarowali: „W ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki zasada gender mainstreaming będzie wdrażany na każdym etapie realizacji programu”.

Jak widać dokument z końca listopada 2006 roku wyraźnie pokazuje, kto jest prawdziwym ojcem chrzestnym genderyzmu jako zasady przyjętej w polityce po akcesji Polski do UE. Dziś Jarosław Kaczyński i jego akolici zarówno z PiS jak i Solidarnej Polski pewnie chcieliby o tym zapomnieć, albo jakoś to wytłumaczyć, ale – mam nadzieję- mało kto da się na to już nabrać. Mają bowiem do wyboru albo blamaż (że nie czytają przyjmowanych dokumentów) albo odważne przyznanie się, że za czasów rządów PiS nawet gender było dobre i słuszne.

szeptynachorze.natemat.pl

Dziwna śmierć kolorowych rewolucji

Anne Applebaum, Warszawa, piątek 24 stycznia

 

27.01.2014
 fot. REUTERS/Vasily Fedosenko
Uchwały, noty protestacyjne, wizyty mediatorów i głosy oburzenia już nie wystarczają. Kijów i Moskwa mają nas za mięczaków. Czas odkurzyć arsenał, który stosowaliśmy w latach zimnej wojny
Ukraiński parlament uchwalił ostatnio przepisy bezpośrednio wzorowane na rosyjskich. Nowe ustawy ograniczają prawo do demonstracji, przy czym są sformułowane tak szeroko, że mogą dotyczyć niemal każdego zgromadzenia. Przewidują kary za „oszczerstwa”, czyli praktycznie każdą krytykę rządu. Wymagają od wszystkich organizacji korzystających z jakichkolwiek funduszy zagranicznych, w tym od Kościoła greckokatolickiego, aby ich członkowie rejestrowali się jako „agenci zagraniczni”, czytaj – szpiedzy. Wszystkie te prawa uchwalono w nocy. Deputowani nie dyskutowali o nich. Niektórzy nawet nie czytali projektów ustaw.W ciągu kilku dni centrum Kijowa stało się strefą wojny. Mężczyźni z pałkami rozpylali gaz łzawiący, żeby rozproszyć tłum, który od listopada protestował przeciwko korupcji i rosnącym wpływom Rosji. Księża odprawiali msze przy barykadach. Na śniegu płonęły autobusy. Policja strzelała gumowymi pociskami. Potem użyto ostrej amunicji. Pobicia i ”zniknięcia” stały się normą. Do tej pory zginęło pięć osób. Każdy, kto znajdował się w okolicy Majdanu w ostatni wtorek, otrzymał od firmy telefonicznej SMS: „Drogi abonencie, zostałeś zarejestrowany jako uczestnik masowych zakłóceń”.Działania tak brutalne i sprzeczne ze wszystkim, czego mogliśmy oczekiwać, odzierają ze wszelkich złudzeń, jakie mieliśmy co do tej części świata.Przede wszystkim powinniśmy odrzucić mit „kolorowych rewolucji”, czyli przekonanie, że demonstranci wsparci i przeszkoleni przez zachodnie media są w stanie obalić – bez użycia przemocy – skorumpowane oligarchie rządzące większością państw postsowieckich. Historia Ukrainy po pomarańczowej rewolucji pokazuje, że to złudne nadzieje.W rzeczywistości oligarchowie wspierani przez rosyjskie pieniądze i technologię polityczną są znacznie silniejsi, niż myśleliśmy. Stać ich na przekupienie całego parlamentu. Są dostatecznie cyniczni, aby wskrzesić starą radziecką technikę wybiórczej przemocy: jedno lub dwa morderstwa wystarczą, żeby wystraszyć tysiące niezadowolonych, jedno lub dwa aresztowania wystarczą, żeby przypomnieć przedsiębiorcom, kto tu rządzi. Nauczyli się też na wzór rosyjski manipulować mediami. Tak samo jak ich potężni sąsiedzi wypracowali – należycie finansowaną – opowieść o ekonomicznym upadku i kulturalnej dekadencji Zachodu. Mój przyjaciel nazywa to żartobliwie argumentacją w stylu: „wszystkie wasze córki staną się lesbijkami”. Można się śmiać, ale jest ona zdumiewająco skuteczna.

Równocześnie najnowsza historia Ukrainy rozwiewa jeszcze inny mit, a mianowicie przekonanie, że w Europie istnieje jeszcze jakiś porządek pozimnowojenny i że Stany Zjednoczone są jego ważną częścią.

Unijni przywódcy w ostatnich latach zajmowali się Ukrainą na rozmaitych poziomach – prezydenckim, ministerialnym, urzędniczym – i dążyli do nawiązania szerszych relacji. Ich wysiłki okazały się nieskuteczne za sprawą rosyjskiej kampanii – bojkotów handlowych, ukrytych gróźb militarnych, wielkich łapówek (np. w postaci niższych cen gazu) i intensywnych działań propagandowych mających przekonać Ukraińców, że Europa byłaby dla nich czymś złym.

W co gra Kreml: ”Czy to nowa zimna wojna”
”Commissars into Oligarchs: Cycles of Ukrainian History” – ukraiński analityk z Oksfordu przygląda się prawidłowościom ojczystej historii

Za to amerykańskie zaangażowanie było śladowe. Po załamaniu się rozmów stowarzyszeniowych Biały Dom wysłał podsekretarza stanu, żeby rozdawał ciastka demonstrantom w Kijowie. Teraz nasza administracja mówi, że być może nie wyda wiz kilku ukraińskim przywódcom. Taka polityka zapewne poprawi samopoczucie kilku ludziom w Waszyngtonie, ale jednocześnie wepchnie Ukraińców jeszcze głębiej w ramiona Rosjan. Jak powiedział pewien kanadyjski dyplomata: „To jak oglądanie meczu hokejowego, w którym gra tylko jedna drużyna”.

Powszechne przyswojenie tych nowych prawd potrwa, ale kiedy Ukraińcy zdadzą sobie sprawę z tego, że „pomarańczowa” i inne kolorowe rewolucje są już martwe i że Zachód nie ma żadnych narzędzi, żeby je ożywić, może być groźnie. Skoro pokojowy sprzeciw jest nieskuteczny, a wsparcie świata iluzoryczne, niektórzy mogą dojść do logicznego wniosku, że nadszedł czas na użycie siły. A trzeba pamiętać, że Ukraińcy w ostatnim stuleciu nie raz uciekali się do gwałtownego oporu. Możliwe, że rząd w Kijowie ma nadzieję na taki scenariusz, bo wtedy miałby rozwiązane ręce i mógłby szybko spacyfikować wszelką opozycję.

Ale jest też inny scenariusz, który jednak wymaga cierpliwości, na jaką stać niewielu, i myślenia głębszego niż to, na które potrafimy się zdobyć. Otóż dziś Ukraina tak naprawdę potrzebuje nie nagłej zmiany rządu, lecz powolnych, za to głębokich zmian kulturowych. Ukraińcy powinni stworzyć silne instytucje alternatywne, takie jak niezależne media, związki zawodowe, niezawisłe szkoły, prawdziwie obywatelskie organizacje polityczne. A przede wszystkim powinni przekonać swoich oligarchów i pomniejszych ludzi biznesu do zmiany klimatu. I powinni sami zakładać firmy, które nie zgodzą się na „prowadzenie biznesu jak zwykle”.

Równocześnie Amerykanie i Europejczycy muszą zacząć poważnie traktować groźby rzucane pod adresem Ukrainy i Rosji. Apele i oburzone noty to za mało. Na bojkot handlowy musimy odpowiadać bojkotem. Na propagandę – propagandą. Jeżeli mówimy o sankcjach, wcielmy je w życie, starannie wybierając cele – zblatowanych z władzą przedsiębiorców i sprzedajnych polityków. I niech będą naprawdę dotkliwe.

Uczciwie spójrzmy na słabości i skalę niepowodzenia naszej dotychczasowej polityki. A potem wróćmy z hukiem na lodowisko.

(c) 2013, The Washington Post. Przeł. Andrzej Ehrlich

Taras Wozniak woła na puszczy: ”Rosja chce pochłonąć Ukrainę. I nie tylko”
”Protest in Ukraine not against Russia, but against post-Soviet future” – deputowany Baktiwszczyny tłumaczy w Russia Today, o co chodzi Majdanowi

Wyborcza.pl

 

„Ch*j ci w oko”. Czy wulgaryzmy stanowią dobry komentarz do aktualnych wydarzeń politycznych?

Portal Foch.pl zamieścił rysunek z wulgarnym żartem, który miał stanowić celny i ironiczny komentarz do wizyty ks. Oko w Sejmie. Jednak czy media powinny prezentować takie treści? – W niektórych wypadkach możemy traktować wulgaryzmy jak środki wyrazu artystycznego, ale wszystko zależy od kontekstu – mówi Jacek Żakowski. Z kolei Piotr Najsztub przypomina autorom, kogo w przeszłości ten żart śmieszył.

Największym grzechem tego żartu jest to, że nie jest śmieszny – tak grafikę Magdy Dukaj skomentowała dziennikarka Ewa Winnicka
Największym grzechem tego żartu jest to, że nie jest śmieszny – tak grafikę Magdy Dukaj skomentowała dziennikarka Ewa Winnicka • fot. zrzut z ekranu facebook.com

Na facebookowym fanpage’u portalu Foch.pl, należącym do grupy wydawniczej Agora, w czwartek pojawił się rysunek Magdy Danaj, stanowiący ironiczny i jednocześnie dosadnie wulgarny komentarz do aktualnych wydarzeń społeczno–politycznych. Termin i gra słów sugerują, że chodzi o wizytę ks. Oko w Sejmie.

Rysunek ma formę komiksowego „dymka”, w którym autorka zamieściła hasło: „Stare polskie piękne przysłowie powiada: ch*j ci w oko, bo w dupę to przyjemność”. Pod tekstem pojawiło się tylko kilka komentarzy, zebrał za to sporo „polubień” i został wielokrotnie udostępniony przez innych użytkowników portalu społecznościowego.

Magda Danaj jest współczesną polską graficzką, mieszka w Gdańsku. Od 2006 roku prowadzi bloga Porysunki, który przez kilka lat uzyskał dziesiątki tysięcy stałych fanów. Jej prace, w których w prosty, dosadny i jednocześnie niezwykle estetyczny sposób komentuje otaczającą rzeczywistość pojawiły się między innymi w „Przekroju”, „Gazecie Wyborczej”, „Bluszczu” i „Gali”. Na stałe współpracuje również z wieloma portalami internetowymi, m.in. właśnie z Foch.pl

A gdzie wolność artystyczna?
Sprawa udostępnienia rysunku Danaj nie jest jednoznaczna: z jednej strony mamy do czynienia z wolnością wypowiedzi artystycznej, która wielokrotnie wykorzystuje wulgarne hasła jako formę przekazu – przykładem mogą być hafty Moniki Drożyńskiej, niektóre prace grupy Twożywo i rysunki Marka Raczkowskiego. Jednocześnie wykorzystanie ich w przestrzeni medialnej (a nie w przestrzeni sztuki) budzi spore kontrowersje. Jak daleko można posunąć się w „dosadnym” przekazie, realizowanym pod auspicjami konkretnego medium? I czy jesteśmy skazani na obecność tego typu treści głównie w internecie?

Nie jestem zwolenniczką demonizacji wulgaryzmów, w niektórych formach dziennikarskich aż trudno ich uniknąć. Przykładem tego może być tekst Ilony Witkowskiej i Marty Karaś, które na łamach „Przekroju” w tekście „Taka k**wa konwencja” postanowiły „wulgarnie i prymitywnie” dać „dowód swojej frustracji” po tym, jak Michał Figurski i Kuba Wojewódzki w radiu „żartowali” z gwałtu na Ukrainkach. Nie chciały być – jak same piszą – „kolejnymi grzecznymi miernotami”, a forma tekstu była doskonałą odpowiedzią na seksistowską uwagę obu panów. To przykład na to, że użycie wulgaryzmów w mediach nie jest wykluczone. I nie zawsze powinno być negatywnie oceniane.

„Dzisiaj bal jest w operze, każda k**wa majtki pierze”
– Uważam, że tak mocne słowa czasami są potrzebne – mówi znany dziennikarz, Jacek Żakowski. – To oczywiście zależy od tego, jakie kto ma wyczucie, ale sam nie jestem bardzo radykalny w tej kwestii – dodaje. Żakowski uważa, że tak silne zwrócenie uwagi odbiorcy czasem może stanowić skuteczny środek przekazu. Oczywiście sytuacja inaczej wygląda w momencie, gdy ktoś używa wulgaryzmów jak przecinków. – To bardzo złe, gdy ludziom brakuje słów, ale trzeba też pamiętać, że wulgaryzmy mogą być traktowane jak środki artystyczne. Ich użycie jest oczywiście bardzo płynne i każdorazowo podlega innej ocenie – mówi Żakowski.

Natomiast Dominika Wielowieyska, dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą”, uważa, że wulgarny język nie jest dobrym sposobem komentowania wydarzeń politycznych. – Ci, którzy używają takiego języka z pewnością nie chcą poznać argumentów drugiej strony, ani nie prowadzą wyważonej dyskusji. Wyzywanie się nie jest metodą – mówi, jednocześnie zaznaczając, że jej zdaniem poważne media powinny dbać o jakość języka.

– Współcześnie bardzo trudno zaszokować kogokolwiek czymkolwiek, ale jeżeli mówimy o potencjalnych słowach, które mogłyby wywołać taką reakcję, to z pewnością są nimi właśnie wulgaryzmy – mówi. Wielowieyska sądzi, że internet przez wielu uznawany jest za „spluwaczkę”, w której mogą wyładować wszystkie swoje frustracje i agresję. Ale czy tego typu słownictwo jest domeną tylko internetu? – Nie sądzę, swego czasu taką politykę werbalną stosował tygodnik „Nie”, ale gdy pojawił się internet, przestał już spełniać swoją funkcję.

Skomentuj ch*ja, ale grzecznie
O wulgaryzmach nie chciał wypowiadać się językoznawca prof. Bralczyk, negatywne zdanie ma o nich również Piotr Najsztub.

– Granice są dwojakiego rodzaju: wyznacza je zarówno autor lub autorka takich treści, jak i ten, kto je publikuje – mówi Piotr Najsztub. Dziennikarz uważa, że trudno jest jednoznacznie określić odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a wysyp wulgaryzmów jest po prostu nie do opanowania. – To porażka zarówno twórców, jak i konsumentów mediów – uważa Najsztub. – Świat się zwulgaryzował, a internet jest emanacją tego świata – dodaje. Nasz rozmówca zaznacza, że jeżeli wulgaryzmów jest dużo, to znaczy to tylko tyle, iż „standardowy” język zawodzi w wyrażaniu negatywnych emocji, takich jak złość, gniew i zawiść.

A sam żart? – Nie śmieszy mnie. Nie wiem, czy autorzy zdają sobie sprawę z tego, że niegdyś był to ulubiony dowcip osób nienawidzących gejów, jeżeli więc chcą być takimi rechoczącymi sproślakami, to niech sobie będą – mówi Najsztub.

– Ja bym czegoś takiego nie otworzył, ale nie oszukujmy się, większość ludzi klika właśnie w takie rzeczy – mówi Michał Ogórek, satyryk. – Nie możemy mówić o czymś takim jak „dobry smak” w internecie, a użycie wulgaryzmów jest bardzo powszechne – dodaje. Zaznacza również, żebyśmy nie udawali świętoszków. – Właściwie wszyscy klną, problemem jest, jeżeli ktoś to robi w co drugim zdaniu – mówi Ogórek. Zaznacza również, że takie słowa należy rezerwować na wyjątkowe i szczególne okazje. – Chodzi nam przecież o właściwą „k**wę” – mówi.

Pytanie tylko czy ten ch*j był właściwy? I jak sytuacja z księdzem Oko ma się do tej, o której pisały Witkowska i Karaś w 2012 roku?

naTemat.pl

 

„Niech wierni robią rachunek sumienia z tego, co wybierają w mediach. W formie pozytywnej stworzymy listy…”

Piotr Markiewicz, KAI, 23.01.2014
Częstochowa. Uroczystość odsłonięcia najwyższej na świecie figury Jana Pawła II. Abp Wacław DepoCzęstochowa. Uroczystość odsłonięcia najwyższej na świecie figury Jana Pawła II. Abp Wacław Depo (Fot. Sebastian Adamus / Agencja Gazeta)
- Zgłoszę propozycję, by Episkopat zachęcał i zobowiązywał wiernych do odpowiedzialności za to, co wybierają w mediach, co jest ich codziennym medialnym pokarmem; żeby robili z tego rachunek sumienia – zapowiedział arcybiskup Wacław Depo.
- Dzisiaj tzw. poprawność polityczna czy wszelkiego rodzaju manipulacje są czymś tak powszechnym, że ludzie już nie wiedzą, kto mówi prawdę i komu należy wierzyć, za kim powinno się pójść – mówi w rozmowie z „Niedzielą” abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski.- Nie ma wielu prawd, chociaż przyzwyczailiśmy się dzisiaj do publicystycznych stwierdzeń, że każdy ma swoją prawdę i w imię wolności może ją upowszechniać – uważa Depo. Dodaje, że ,,wolność musi być budowana na prawdzie obiektywnej, bo inaczej będzie kłamliwą ideologią, która jest zagrożeniem dla konkretnego człowieka i dla całej ludzkiej społeczności”.

„Niech wierni robią rachunek sumienia…”

Zapytany o poprawność polityczną, metropolita częstochowski stwierdza, że ,,każdy polityk jest zobowiązany najpierw do poznania i zrozumienia rzeczywistości – w imię odpowiedzialności i dobra wspólnego narodu”. – Rozpoznawanie prawdy o rzeczywistości nie może być od tego dobra oddzielone – powinno być z nim bardzo ściśle powiązane. Jeśli w działaniu polityka tego nie ma, to jest on zwyczajnym graczem politycznym, a nie człowiekiem służącym własnemu narodowi – mówi hierarcha.

Metropolita z ubolewaniem zauważa, że ,,codzienne bombardowanie nas informacjami płynącymi zewsząd, gdziekolwiek człowiek się znajduje, powoduje, że nie zawsze napełniamy się treścią, która jest bardziej wartościowa, ale i wymagająca”. – Chłoniemy najczęściej to, co lekkie i przyjemne, m.in. tak licznie oglądamy programy rozrywkowe, które niczym igrzyska złego humoru, ośmieszają podstawowe wartości, jakimi są: rodzina, szacunek, prawda, i poprzez kłamstwo oraz oszczerczą propagandę próbują wychowywać ludzi – mówi abp Depo i wskazuje na konieczność skorzystania z mediów katolickich przez wiernych, rodziny i wspólnoty.

- Dlatego zgłoszę propozycję, by Episkopat zachęcał i zobowiązywał wiernych do odpowiedzialności za to, co wybierają w mediach, co jest ich codziennym medialnym pokarmem; żeby robili z tego rachunek sumienia. W formie pozytywnej, a nie pewnej nagany, będziemy starali się takie listy przygotowywać – zapowiada hierarcha. Uważa za konieczne to, by ,,rekolekcjoniści i katecheci zobowiązywali dorosłych i młodych do czytania przynajmniej raz w tygodniu jakiegoś katolickiego czasopisma”.

„Uderza mnie pamięć historyczna”

Odnosząc się do kondycji polskiego dziennikarstwa, abp Depo zauważa, że ,,jest to olbrzymie zderzenie jednego świata z drugim”. – Od jakiegoś czasu uderza się m.in. w to, co nazywamy pamięcią historyczną, tzn. w świadomość tego, kim jesteśmy i jacy powinniśmy być, i tym samym w odpowiedzialność za wychowanie najmłodszych – przypomina abp Depo. Podkreśla, że ,,bez jedności i solidarności katolickich środków społecznego przekazu nie zmienimy oblicza tej ziemi”.

Metropolita częstochowski zauważa z nadzieją, że ,,Polacy zaczynają się budzić od strony prawdy, sumienia i już nie pozwalają na przykrywanie najważniejszych tematów, lecz wychodzą na ulice, czy to organizując marsz dla życia, czy marsz dla poparcia Telewizji Trwam na multipleksie, czy inne marsze”. – Również Orszak Trzech Króli, organizowany w tylu miastach w Polsce, pokazał, że i wielkie widowisko religijne może nieść ze sobą bardzo ważne aktualne treści – konkluduje.

„Dla każdego człowieka dobrej woli…”

Na zakończenie wywiadu odnosi się do faktu, że od 15 lutego TV Trwam zacznie nadawanie na cyfrowym multipleksie. Jak mówi, ,,będę mógł wreszcie uwierzyć, że jest wolność medialna, kiedy jedną decyzją będę mógł nastawić tę stację i oglądać jej program czy to informacyjny, czy modlitewny, formacyjny, czy publicystyczny”.

- Siłą Telewizji Trwam od lat jest bowiem to, że przekaz związany z działalnością apostolską Ojca Świętego czy też związany z wieloma wydarzeniami w Kościele jest nieporównywalny z żadną inną stacją. Teraz ów przekaz będzie dostępny dla każdego człowieka dobrej woli, także tego, który dzisiaj może jest jeszcze na obrzeżach Kościoła lub nawet jest jego przeciwnikiem – podsumował abp Depo.

TOK FM

Newsy, analizy, komentarz [MICHAŁ KOLANKO: POLITYKA NA ŻYWO]

Co było najważniejsze w czwartkowej debacie o Arłukowiczu? PiS sięga po dziedzictwo prof. Religi, Tusk nie broni swojego ministra

Fot. Sejm.gov.pl

„System Tuska” – to było jedno z najmocniejszych haseł, które dziś padły w trakcie debaty nad odwołaniem ministra Arłukowicza. Dziś wspominał je kilkakrotnie Jarosław Kaczyński. PiS miał jeden podstawowy pomysł na dzisiejszą debatę: oprócz ataków na ministra Arłukowicza, przywołano także dziedzictwo prof. Religi. Jak stwierdził Kaczyński, to właśnie ta filozofia – w której liczy się pacjent, a nie „niewydolny system” – powinna być osią systemu służby zdrowia w Polsce. Przygotowano nawet filmowy fragment wypowiedzi prof. Religi, który był wyświetlony w trakcie debaty. Jak stwierdził lider PiS, służba zdrowia to tylko symbol tego, jak wygląda rządzenie państwem przez Platformę.

Platforma nie miała spójnego pomysłu na odpowiedź. Premier Tusk nie wystąpił w obronie swojego ministra, który bardzo personalnie zaatakował wielu polityków, w tym Leszka Millera. Trudno nie odnieść dziś wrażenia, że to Prawo i Sprawiedliwość było lepiej przygotowane do ataku, niż Platforma do obrony. Wynik glosowania jutro jest łatwy do przewidzenia – Arłukowicz zostanie na stanowisku. Jednak dziś – mimo emocji po obu stronach – to przekaz PiS lepiej zostaje w pamięci.

Arłukowicz bronił się zaciekle – i na pewno udało mu się zadać wiele bolesnych ciosów, przede wszystkim Leszkowi Millerowi. Ale w tym wszystkim zniknęły gdzieś aspekty merytoryczne jego przemówienia.

Gazeta.pl

Meryl Streep do posłów polskich: Panowie, tracicie władzę

Magdalena Żakowska

 

22.01.2014
W naszej kulturze określenie „sexy” nie dotyczy kobiet po 45. roku życia. Możemy się zachwycać, że kobieta się nieźle trzyma. Ale sexy?! No way! Rozmowa z Meryl Streep, główną bohaterką filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”
Zagrała pani starą, zgorzkniałą, wredną sukę. To trudniejsze niż role uroczych, pełnych optymizmu kobiet, które grała pani dotychczas?- To było trudne. Rola Violet dała mi dużo satysfakcji, ale praca nad nią nie była przyjemna. Niełatwo jest patrzeć na świat z perspektywy kogoś takiego jak ona. Kogoś, kto nie czerpie z życia właściwie żadnej przyjemności, kogo jedynym życiowym celem jest już tylko sprawianie bólu innym. I znoszenie własnego bólu. Violet ma raka, bardzo cierpi, jest uzależniona od tabletek przeciwbólowych, zażywa je w ilościach hurtowych. I strasznie dużo pali. To był koszmar te osiem tygodni palenia. Codziennie po zdjęciach szorowałam zęby i próbowałam zmyć z siebie smród papierosów.Violet mówi, że starzejąca się kobieta nie jest i nie może być sexy. A pani jak myśli?- Totalnie się z nią zgadzam. W naszej kulturze określenie „sexy” nie dotyczy kobiet po 45. roku życia. Możemy się zachwycać, że kobieta się nieźle trzyma, ma dobrego chirurga, nie wygląda na swój wiek. Ale sexy?! No way! To jest prawda obiektywna dotycząca naszych czasów. Ale ja znam wiele kobiet, które były i są sexy nawet po sześćdziesiątce.

Jaki komplement ucieszyłby panią najbardziej?

- Że mam analityczny umysł? Ale nie tylko. Chcę być komplementowana z wielu powodów: że jestem romantyczna, wrażliwa, kochająca, piękna w szerszym niż zewnętrzna powłoka sensie. Że dobrze wiosłuję i potrafię mówić slangiem z Bronxu. Jezu, jest strasznie dużo rzeczy, za które można mnie pochwalić!

Mam wrażenie, że kobiety zbyt często koncentrują się na seksualności. Gdybym miała dać jakąś radę młodemu pokoleniu kobiet, powiedziałabym: przestańcie myśleć ciągle o swojej wadze.

Czytałam pani przemówienie na cześć Emmy Thompson, kiedy wręczała jej pani nagrodę dla najlepszej aktorki podczas gali National Board of Review dwa tygodnie temu. Dotyczyło m.in. sytuacji kobiet w branży filmowej. Jest aż tak źle?

- Czy jest źle?! Jest beznadziejnie. Walt Disney żył w pierwszej połowie XX wieku. Był rasistą, antysemitą, mizoginem i męskim szowinistą. Z zasady nie zatrudniał kobiet w twórczych zawodach i nigdy tego nie ukrywał. Ale minęło pół wieku od jego śmierci i jeśli chodzi o gender, sytuacja w Hollywood w zasadzie się nie zmieniła. Nadal rządzą tu mężczyźni.

Nie lubię narzekać, więc tylko podam ci kilka danych dotyczących amerykańskiego kina wysokobudżetowego w 2012 roku: kobiety stanowiły 30 proc. postaci, które miały w scenariuszu swoje kwestie; filmy, w których było mniej więcej tyle samo kobiet co mężczyzn lub kobiety były w większości, stanowiły 10 proc. produkcji Hollywood w 2012 roku – generalnie proporcja ta wynosiła średnio 2,25 mężczyzny na jedną kobietę.

Do tego dochodzi seksizm – liczba nastolatek pokazywanych w filmach w kontekście seksualnym wzrosła od 2007 roku o 32 proc. 26 proc. postaci kobiecych w filmach występuje przynajmniej półnago – dwa razy tyle aktorek dostaje propozycję udziału w scenach, w których mają się rozebrać. 80 proc. kobiecych dialogów w filmach w 2012 roku dotyczyło mężczyzn.

Powstał niedawno eksperyment – film, w którym role kobiet i mężczyzn zostały zamienione. Mężczyźni spotykają się w kawiarniach i rozmawiają o kobietach, a one robią to, co zwykle w filmach robią mężczyźni. Bardzo to było zabawne. Ale rzeczywistość już taka zabawna nie jest. Gina Davis powołała Institute of Gender in Media i co roku robi szczegółowe badania dotyczące sytuacji kobiet w branży filmowej. Kobiety stanowią 9 proc. reżyserów w Hollywood. Kathryn Bigelow jest nadal jedyną reżyserką, która otrzymała Oscara (2008) – a mamy XXI wiek!

Rozmawiałam ostatnio z Jane Fondą o pewnej nagrodzie filmowej, którą dostałam. Powiedziała „Wow, jesteś jedną z pięciu kobiet, które dostały tę nagrodę w ciągu 28 lat jej historii”. Mówiła to jako komplement, ale dla mnie to była obelga. Pocieszające jest to, że w kinie niezależnym sytuacja kobiet wygląda znacznie lepiej. W tym roku na Sundance Film Festival około połowy nominowanych filmów nakręciły reżyserki.

Dzięki zaangażowaniu w sprawy kobiet w Hollywood i takim rolom jak Clarissa z „Godzin” czy Ethel z „Aniołów w Ameryce” stała się pani ikoną ruchu gender.

- Jestem z tego powodu bardzo dumna.

Wspominam o tym, bo w Polsce gender to teraz jeden z najbardziej dyskutowanych tematów.

- A o czym tu dyskutować?

W Polsce trwa obecnie krucjata przeciw gender – prowadzona przez Kościół katolicki i środowiska prawicowe. Powstał nawet zespół parlamentarny „Stop ideologii gender”.- Nie gadaj? Myślałam, że po latach komunizmu dogoniliście już Zachód w sensie społeczno-kulturowym.Chyba nie bardzo.- No cóż, jako – jak to nazwałaś – ikona gender mogę powiedzieć jedynie, że ta krucjata skazana jest na porażkę.Pomyślałam, że może wygłosiłaby pani w tej sprawie jakieś krótkie przemówienie na zakończenie?- Spróbuję. Domyślam się, że na tę krucjatę wyruszyli głównie mężczyźni, więc powiem tak: Panowie, okłamujecie się tak samo jak talibowie. Wyobraźcie sobie siebie jako drużynę sportową i rozejrzyjcie się. W pierwszym składzie macie religijnych ekstremistów. Czy naprawdę chcecie grać w tym klubie? Przyjrzyjcie się światu i kierunkowi, w którym ewoluuje. Czy naprawdę myślicie, że możecie to zatrzymać?!Przeszłość umiera w bólach, a stary porządek nie chce się poddać bez walki. Rozumiem to, ale z radością zawiadamiam was, że reprezentujecie przegraną sprawę. Równość jest wielkim marzeniem i przyszłością tego świata. Jesteśmy różni – kobiety i mężczyźni, heterycy i geje, czarni i biali – ale wszyscy powinniśmy mieć równe szanse wyrażania siebie i bycia sobą. Równe szanse w pracy, miłości i swojej własnej drodze do szczęścia.Panowie, tracicie władzę, a wasze stare zasady odchodzą w niebyt. Goodbye!

W czwartek w ”Dużym Formacie” czytaj też: 

Halo, pijany przede mną jedzie 
Nie poluję na nietrzeźwych, nie czaję się pod dyskoteką. Ale kiedy już ruszam w trasę, jestem czujny

Polsko, ratuj 15 tysięcy Wietnamczyków 
Jedyne, co mogłam zrobić dla córki, to wyjechać. Milicja szantażowała ją, że jeśli nie pójdzie na współpracę, ja będę miała wypadek. Rozmowa z matką torturowanej opozycjonistki

Kamil, który księdza udawał 
Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy?

Paweł Moczydłowski: Będę bronił Trynkiewicza do końca 
Rozmowa z byłym szefem więziennictwa

Rachunek za ojca 
Nawet jeżeli twój ojciec porzucił rodzinę, stosował przemoc, pił, wyrzucił cię z rodzinnego domu, to gdy na stare lata trafi do ośrodka pomocy społecznej, zapłacisz za jego pobyt. Niemożliwe? Możliwe!

 

Polsko, ratuj 15 tysięcy Wietnamczyków

Aleksandra Szyłło, 22.01.2014
 FOT. Aleksandra Szyłło, montaż Magdalena Mamajek-Mich
Jedyne, co mogłam zrobić dla córki, to wyjechać z Wietnamu. Milicja szantażowała ją, że jeśli nie pójdzie na współpracę, ja będę miała wypadek. Rozmowa z Tran Thi Ngoc Minh, matką 28-letniej Do Thi Minh Hanh, która za działalność opozycyjną odsiaduje w Wietnamie wyrok więzienia i jest torturowana
Za co pani córka została skazana? - Za bycie „zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego i próbę obalenia ustroju”. Była tylko jedna rozprawa, odbyła się 26 października 2010 roku w mieście Tra Vinh. Nie dopuszczono do córki adwokata. Milicja obstawiła sąd kordonem, tak że mimo iż w teorii rozprawa była jawna, niemal nikt nie odważyłby się wejść do budynku. Każda osoba, która wchodzi na taką rozprawę, jest legitymowana i na własne życzenie wpisuje się na listę „podejrzanych”. Mimo wszystko na salę rozpraw poszła moja starsza córka, ona murem stoi za siostrą. Widziała, że podczas rozprawy Hanh zadawano pytania, na które mogła odpowiadać tylko „tak” lub „nie”. Na koniec Hanh zdążyła tylko powiedzieć „jestem niewinna” i natychmiast jej przerwano. I zapadł wyrok: siedem lat więzienia.W jaki sposób pani córka „zagrażała bezpieczeństwu narodowemu i próbowała obalić ustrój”? - Hanh działała z opozycjonistami, którzy tworzą wietnamski KOR, bo u nas w kraju w 2006 roku powstała organizacja wzorująca się na polskim Komitecie Obrony Robotników i ma nieprzypadkowo, rzecz jasna, tę samą nazwę. Hanh, będąc studentką, pracowała na rzecz tworzenia wolnych związków zawodowych. Bo w Wietnamie związki zawodowe są częścią rządzącej partii komunistycznej i w razie jakiegokolwiek konfliktu stają po stronie pracodawcy – biznesu powiązanego z ludźmi władzy.Najsłynniejszą chyba akcją, którą córka zdążyła zorganizować, był strajk w fabryce obuwia My Phong w miejscowości Tra Vinh w 2010 roku. Zakład produkuje obuwie na zamówienie amerykańskich firm. W strajku wzięło udział około 10 tysięcy robotników.Córka jest współautorką listu otwartego, w którym opisała zwyczaje panujące w fabryce. Poznała je, prowadząc rozmowy z robotnikami. Jedna kobieta np. na oczach całej zmiany dostała od szefa butem w twarz. Normą były uwagi w stylu: „Bez fabryki byłabyś dziwką, dzięki mnie masz co jeść, zamknij się”. Hanh, razem ze współautorami apelu, wezwała właścicieli fabryki, aby przeprosili za takie traktowanie, oraz upomniała się o wynagrodzenia.Hanh zorganizowała akcję rozdawania ulotek w fabryce, w których wzywano pracowników do strajku, opisywano ich prawa oraz namawiano do zakładania wolnych związków. Oficjalny związek działający w zakładzie natychmiast ogłosił, że strajk jest nielegalny, jednak tysiące ludzi odeszło od taśm.Twierdzi pani, że córka jest torturowana. Skąd to wiadomo? - Udało mi się odwiedzić córkę pięć razy. Zazwyczaj to były krótkie widzenia, podczas których Hanh nie mogła nic mi o sobie i swojej sytuacji powiedzieć, bo cały czas ktoś nad nami stał. Ale ostatnia wizyta była zupełnie inna. Służby postanowiły zagrać w otwarte karty. Hanh pokazała mi blizny i świeże rany na szyi, rękach, na tułowiu. Kazali jej opowiedzieć, jak jest traktowana. Dowiedziałam się, że stała cały dzień na słońcu z rękami przykutymi do słupa na środku placu apelowego w obozie, bez picia. Że pozwalają jej wejść pod prysznic, a potem biją, gdy stoi naga.

Obozy pracy, w których przebywała i przebywa córka, są w dżungli. Hanh spała na gołej podłodze, zawsze była więc bardzo pogryziona przez insekty. W ostatniej rozmowie ze mną skarżyła się zwłaszcza na dotkliwy ból lewej piersi. Nie miała dostępu do żadnego lekarza (wiem, że dopiero niedawno, po interwencji Amnesty International i Lekarzy bez Granic, spotkała się z lekarzem).

Wie pani, dlaczego kazali jej opowiedzieć mi to wszystko? Żebym ją namówiła na współpracę z milicją, na przyznanie się do winy. Namawiałam ją.

Ale ja nie mam już władzy nad moim dzieckiem. Hanh postanowiła, że się nie złamie. Błagała mnie za to o jedno: żebym wyjechała natychmiast z Wietnamu. Grozili jej, że jeśli nie zacznie współpracować, ja będę miała wypadek samochodowy. Tego bała się najbardziej.

Jest pani w Polsce. 

- W Wietnamie zostawiłam męża i dorosłe dzieci. I jedyne, co mogę zrobić, to udzielić pani wywiadu, żeby pani opisała, jak jest. Mogę stanąć ze zdjęciem córki pod ambasadą Wietnamu lub polskim MSZ, co też już zrobiłam. Stanęło ze mną kilkoro Wietnamczyków i Polaków z organizacji pozarządowych.

Jedyne, co może pomóc takim osobom jak moja córka, to żeby międzynarodowa opinia publiczna się o nie upominała. Wiem, że np. naciski Amnesty International przynosiły jakiś skutek, komunistyczna władza ma opory, żeby zakatować człowieka na oczach świata.

Powiedziała pani, że pod budynkiem MSZ w Warszawie stanęło z panią kilkoro Wietnamczyków. Dlaczego tylko kilkoro? Przecież mieszkają tu tysiące Wietnamczyków. 

- Opowiem pani taką scenę. Gdy staliśmy pod budynkiem MSZ, trzymając zdjęcia mojej córki, podjechała powoli limuzyna z dyplomatyczną tablicą rejestracyjną. Opuściła się przyciemniana szyba, wychylił się młody Wietnamczyk z wielką kamerą, sfilmował nasze twarze, szyba się podniosła, limuzyna odjechała.

Z mojego punktu widzenia takie zachowanie naszych służb jest śmieszne. Ale rzesze młodych, którzy z trudem dostają się do Polski, by harować na życie, są w innej sytuacji. Ich nadzieją na życie jest bycie w Polsce niewidzialnym, dopóki są nielegalni. A potem założenie własnego biznesu bazującego na handlu z Wietnamem, tanimi ubraniami albo butami. Nic nie osiągną, jeśli się wysuną przed szereg. Nadzieja całych rodzin na zarobek i wyjście z nędzy legnie w gruzach. Wietnam, a ściślej mówiąc: aparat komunistycznej władzy, jest potężnym eksporterem bezwolnej siły roboczej do Jordanii, Malezji, Rosji i do Polski też. Trudno byłoby mi oskarżać wieśniaków z wietnamskiej prowincji, którzy przehandlowani, gwałceni i bici, odbywają swoją podróż życia do Polski po pracę, że po przybyciu do Europy nie stają się natychmiast światłymi opozycjonistami. Większości z nich w każdej chwili grozi deportacja, a nasza ambasada, jeśli tylko zechce, każdemu z nich może w tym pomóc.

W czwartek w ”Dużym Formacie” czytaj też: 

Halo, pijany przede mną jedzie 
Nie poluję na nietrzeźwych, nie czaję się pod dyskoteką. Ale kiedy już ruszam w trasę, jestem czujny

Meryl Streep: Ja sexy?! Nigdy! 
Ale jest strasznie dużo innych rzeczy, za które można mnie pochwalić. Rozmowa z Meryl Streep, główną bohaterką filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”

Kamil, który księdza udawał 
Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy?

Paweł Moczydłowski: Będę bronił Trynkiewicza do końca 
Rozmowa z byłym szefem więziennictwa

Rachunek za ojca 
Nawet jeżeli twój ojciec porzucił rodzinę, stosował przemoc, pił, wyrzucił cię z rodzinnego domu, to gdy na stare lata trafi do ośrodka pomocy społecznej, zapłacisz za jego pobyt. Niemożliwe? Możliwe!

 

„Oni mówią…”, czyli gonitwa myśli księdza Oko, miłośnika kobiet [7 MROCZNYCH CYTATÓW]

Sebastian Kucharski

 

23.01.2014
Zespół antyateizacyjny (PiS) nie oddaje pola zespołowi antygenderowemu (SP): zaprosił dziś do Sejmu na wykład ks. Dariusza Oko. Świat według ks. Oko okazał się mroczny i ponury: pełen prostytutek, chodzących na ich pasku mężczyzn, opętanych oddawaniu się rozpuście, i w związku z tym zaniedbujących swoje biedne żony, które tylko marzą o tym, by siedzieć w domu, ale im nie wolno, bo to wbrew genderyzmowi. Szczegóły – poniżej.
Ksiądz Dariusz Oko, zaproszony dziś do Sejmu przez posła Andrzeja Jaworskiego, szefa parlamentarnego zespołu ds. przeciwdziałania ateizacji, zrobił swoisty show, w którym uraczył posłów i dziennikarzy swoimi przemyśleniami. Poniżej kilka fragmentów z dzisiejszego wykładu ks. Oko w Sejmie pt. „Ideologia gender – zagrożenie dla cywilizacji”.Mężczyźni żyją w rozpasaniu. Chcą seksu, nic więcejGenderyzm jest promowaniem rozwiązłości, rozpusty. To krzywdzi głównie kobiety. Dlatego mają coraz większe problemy, żeby znaleźć partnera, męża, który byłby stabilny, rozumny. No bo mężczyźni, którzy żyją w rozpasaniu seksualnym nie nadają się na męża. Chcą seksu, nic innego, potem idą do następnej. Niemożliwe są trwałe związki, małżeństwa. A to dla kobiety niemożność założenia małżeństwa i posiadania dzieci jest nieszczęściem. A to jest efekt rewolucji seksualnej, że coraz trudniej o odpowiedzialnego mężczyznę.Tam gdzie zamykają kościoły, zamykają przedszkola. A otwierają co? BurdeleEfektem rewolucji genderowej jest eksplozja prostytucji w Europie. To ma być lepiej dla kobiet? Widać taką prawidłowość: tam gdzie zamykają kościoły, zamykają przedszkola. A otwierają co? Burdele. Naczynia połączone. Im mniej wiary, kościołów, tym więcej domów publicznych. W Holandii, jak zniszczono kościół, to kobiety już całkiem jawnie, na witrynach sklepowych, są jak połcie szynki. Wybierasz sobie szynkę – szynkę babuni, szynkę wiejską, to teraz możesz sobie wybrać połeć kobiety. No jakie upodlenie.Oni tak pomagają, że kobiety zniknąOni mówią, że promują kobiety. Czynią dobrze kobietom. Ale często właśnie gardzą kobiecością. Judith Butler już po cichu mówi; no niby walczymy o kobiety, ale bycie kobietą to jest takie upodlenie. To produkt kulturowy, który musi zaniknąć. Zatem właściwie kobiet nie będzie. Oni tak pomagają, że kobiety zanikną. No super.Coming out się wyzwolił. Droga odwrotna jest zakazanaOni mówią, że wszystko w seksualności jest płynne i powinno być płynne. Jak to super. Szczególnie dobrze, gdy ktoś pojmowany jako „hetero”, deklaruje się jako „homo”. To brawo, jak to dobrze. Coming out wyzwolił się. Ale droga odwrotna jest zakazana. Nigdy. Jak ktoś mówi: „Byłem gejem, ale to było straszne. Wyzwoliłem się”. A takich osób jest wiele. Mają rodziny, żony, dzieci. Ale to jest zakazane. Ci ludzie są szczególnie znienawidzeni. Nawet bardziej niż ja. Są prześladowani, bo zakładają kłam ich teoriom. Bo to jest sprzeczność.

Oni chcą manipulować kobietami

Małżeństwo jest niejako prześladowane przez genderystów. Simone de Beauvoir mówiła, że kobietom nie można dać wyboru czy będą się realizować zawodowo czy w rodzinie, bo za wiele wybrałoby rodzinę. Szatańskie myślenie. Oni chcą manipulować kobietami. No dajmy kobietom wolność. Która chce robić karierę, niech robi, ale wiele chciałaby zostać w domu z dziećmi. Dlaczego im nie wolno? Bo rodzina jest miejscem przekazywania kultury, wiary, wartości, no to trzeba to zniszczyć. Na zachodzie liczy się, że stworzenie miejsca w żłobku czy przedszkolu jest bardzo kosztowne, jakby dało się 1/10 tych pieniędzy kobiecie, to chętnie zostałaby w domu z dziećmi. Ale nie wolno? Dlaczego? Bo to jest przeciw genderyzmowi.

500 tysięcy prostytutek musi służyć chuci mężczyzn europejskich

Legalizacja eutanazji, narkotyków. Tam gdzie zanika chrześcijaństwo, rodzą się duchowe demony. W Hiszpanii mamy już ponad 500 tys. prostytutek. W 90 procentach, to biedne kobiety z Afryki, Azji, Ameryki Południowej, Europy Wschodniej. Muszą służyć chuci mężczyzn europejskich. Rozpasanych, którzy muszą mięć seks codziennie, nieustannie. To są niewolnice seksualne. Te kobiety są kuszone najpierw obietnicą jakiejś pracy. Przyjeżdżają i na początek dochodzi do zbiorowego gwałtu, odebrania paszportu, a potem ma służyć. Jak kobieta się zbuntuje, jest mordowana bez pardonu. Głowa ucinana, podzielone zwłoki i ginie. Nie ma człowieka. W Europie są miliony takich kobiet. Tu w Warszawie jest wiele takich miejsc, gdzie kobiety, jako niewolnice seksualne, są gwałcone i wykorzystywane. Ale o tym genderyści nie mówią. Tym się nie zajmują. A to też jest efekt rewolucji seksualnej.

Dlaczego oni chcą, żeby dzieci masturbować w wieku dwóch lat?

Jak jest realizowana ta globalna rewolucja? Poprzez globalną rewolucję seksualną. Skąd się biorą te absurdy w ich programach? WHO, Światowa Organizacja Zdrowia. Dlaczego oni chcą, żeby dzieci masturbować w wieku dwóch lat? Żeby zburzyć tabu seksualne. Ale jeżeli dzieci seksualizuje się w wieku dwóch lat, to jest podobnie jak by dawać im wódkę i narkotyki. Jeżeli dzieciom będziemy dawać wódkę, narkotyki, seks – w wieku dwóch lat – to mocne jednostki może się oprą, ale bardzo wielu zostanie narkomanami, alkoholikami, seks-narkomanami. Ale to pozwala na zerwanie z dotychczasowa kulturą. To cel genderystów. Wedle zasady szatańskiej, ale skutecznej: nie walczycie z Kościołem wprost, ale seksualizujecie młodzież.

Już po publikacji tego tekstu jeden z czytelników na Facebooku zwrócił nam uwagę, że jest jeszcze jeden fragment wykładu ks. Oko, o którym trzeba napisać.

Lekarze stosują takie porównanie inżynierskie, że seks gejowski to jest tak, jakby tłok silnika, zamiast w cylindrze silnika, poruszał się w rurze wydechowej. To jest medycznie i technicznie katastrofa. Bo i samochód nie pojedzie, i rura się rozwali. I stąd biorą się choroby i problemy. Bo zakończenie przewodu pokarmowego nie do tego służy. Biedni są ludzie, którzy tego nie rozumieją. To nie jest do tego przystosowane. Tam natychmiast powstają rany, otwarte rany, a tam jest kał, krew, często też ślina i wszystkie płyny ustrojowe, które dostają się do krwi. Dlatego ci ludzie są potem tak schorowani i tak cierpiący.

Ks. Dariusz Oko to teolog, filozof oraz wykładowca Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie. Publicysta, posiada stopień doktora habilitowanego.

Wyborcza.pl 

„Arłukowicz show” w Sejmie: o wyjazdach do Dubaju, „leniwych dniach i nocach pełnych zabaw”. O służbie zdrowia mniej

Justyna Suchecka, 23.01.2014
Bartosz Arłukowicz podczas debaty nad wnioskiem o wotum nieufności dla niegoBartosz Arłukowicz podczas debaty nad wnioskiem o wotum nieufności dla niego (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)
- Jedziemy na szkolenie specjalistyczne dla lekarzy: Dubaj, Sri Lanka, sylwester na Kostaryce, Mauritius, Meksyk, Tajlandia, rejs po Morzu Śródziemnym – mówił minister Bartosz Arłukowicz o działalności „eksperta SLD” posła Piotra Chmielowskiego. Tak m.in. bronił się w Sejmie przed zmasowaną krytyką opozycji, która chce jego odwołania.
W czwartek w Sejmie przez kilka godzin trwała debata nad odwołaniem ministra Bartosza Arłukowicza. – Pan jest ministrem zdrowia. Odpowiada pan za życie, zdrowie i jest pan odpowiedzialny za śmierć – zarzuciła ministrowi posłanka PiS Anna Zalewska. Później kolejno głos zabierali politycy PiS, SLD, SP. Wypominali Arłukowiczowi m.in. kolejki i brak pomysłów. Jako argumenty służyły opozycji kolejne tragedie, do których doszło ostatnio w służbie zdrowia, m.in. śmierć bliźniaków we Włocławku.Największą uwagę posłów skupiło przemówienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który mówił: – Arłukowicz powinien odejść jak najszybciej. W centrum zdrowia musi być zawsze człowiek, a nie pieniądz.

Co powiedziałby Religa?

Po słowach Kaczyńskiego na sejmowym monitorze ukazał się film z fragmentem przemówienia prof. Religi. – Minister Arłukowicz został ministrem nie dlatego, że miał niezbędne doświadczenie, ale został wybrany z powodów wizerunkowych. Został wybrany dla prowadzenia manipulacji, bo niektórzy uważają, że jest sympatyczny – komentował Kaczyński.

Na to odpowiedział wreszcie Arłukowicz. – Mam prośbę do Jarosława Kaczyńskiego, żeby naprawdę przestał używać tych, których wśród nas nie ma, do robienia polityki. Ja bardzo szanuję dokonania medyczne prof. Religi i powiem szczerze, że pęka mi serce, że nawet profesora wciągacie w te swoje PiS-owskie gierki. Wciągnęliście już ludzi, którzy zginęli w strasznej katastrofie. Dziś profesora Religę. Nie wstyd wam?

W czasie wystąpienia Arłukowicza nieustannie pokrzykiwała poseł Pawłowicz. Niektórzy posłowie buczeli „Big Brother”, nawiązując do uczestnictwa ministra w reality show „Agent”.

Po odpowiedzi na zarzuty PiS, w szeregach którego minister „nie widzi” nawet kandydata na ministra zdrowia, Arłukowicz skupił się na SLD.

Ekspert od egzotycznych wyjazdów

Do Leszka Milera, który wcześniej go atakował, mówił. – Zastanawiałem się co robiliśmy, gdy mieliśmy 30 lat. Faktycznie jeździłem karetką, co mi pan wypominał. Leczyłem dzieci z białaczki, guzów mózgu. Co pan robił jako 30-letni chłopak? Pan sprawdzał długość pochodów pierwszomajowych i czy się ludzie uśmiechają. Powiem panu szczerze, że jeśli pan chciał mnie tym obrazić, to nie ma pan na to szans.

Arłukowicz miał też dla Millera radę: – Jeśli chce pan poznać służbę zdrowia, to powinien pan wziąć udział w specjalistycznym szkoleniu dla lekarzy. Pan ma eksperta w klubie, on takie szkolenia organizuje – podkreślał, a potem machał kartkami z ofertami zagranicznych, drogich wycieczek. I opisywał „specjalistyczne szkolenie lekarskie według eksperta SLD”: – Pierwszy dzień – przylot na Bali, drugi – rejs na wyspę, przeprawa łodzią ze szklanym dnem, potem wycieczka do małpiego gaju. Dalej szkolimy lekarzy. Wizyta na polu różowym, rano przedstawienie tańców, wieczór kończymy pokazem grających fontann.

W czasie i zaraz po przemówieniu ministra jego słowa były ostro komentowane w mediach społecznościowych. Wanda Nowicka z Ruchu Palikota pisała: „Żenada”

Ale byli i tacy, którym się podobało: „Godzilla 2!”, „aż się ziemia trzęsie”, „dobry mówca”, „wdeptuje ich w ziemie” – ekscytowali się internauci na Twitterze.

Arłukowicz swoje wystąpienie zamienił w kabaret. Zajął się głównie lustrowaniem innych. Żenada

Reklama jak prowadzenie ministerstwa

- Jeśli panu nie pasuje Bali, to może na Dominikanę 28 lutego – zwracał się znów do Millera Arłukowicz i odczytał kolejną ulotkę: „Raj na ziemi, pocztówkowe białe plaże z pudrowo miękkim piaskiem, leniwe dni i pełne zabawy nocy, egzotyczne drinki.”

„Ekspertem”, który ma organizować egzotyczne wyjazdy jest poseł Chmielowski. Polityk SLD najpierw pobladł, potem robił się coraz bardziej czerwony. – On jest też redaktorem, wydaje pewne pismo medyczne i wiceprezesem stowarzyszenia producentów produktów stomatologicznych – kontynuował omawianie „kariery” Chmielowskiego Arłukowicz.

W tym czasie poseł SLD wstał i powoli zaczął zbliżać się do ministra. Atmosfera tężała.

Wystąpienie Arłukowicz kończył, zwracając się właśnie do Chmielowskiego: – Dla kogo pan pracuje? Czego pan ich tam uczy na Bali? Jak traktować pacjenta czy które leki jakiej firmy w jakiej ilości przepisać?

Na zarzuty ministra Chmielowski odpowiadał krótko: – Minister dał reklamę mojej osobie, ale jej prawdziwość jest mniej więcej taka jak jego udolność w prowadzeniu ministerstwa. Wszystkie działalności gospodarcze zawiesiłem przed przyjęciem mandatu poselskiego. To forma pomówienia. Spotkamy się w sądzie.

Głosowanie nad wotum nieufności odbędzie się w piątek.

 

Wyborcza.pl

 

 

Eliza Michalik – Oko zamiast mózgu

Wykład księdza Oko w sejmie pokazuje, że edukacja i wiedza są tlenem demokracji, która bez nich zanika, a z nią postęp, tolerancja, prawa człowieka, a nawet zdrowy rozsądek. Jednak, dokładnie z tego właśnie powodu, powszechny brak wiedzy i edukacji jest kościołowi katolickiemu bardzo na rękę – bo niewykształconym społeczeństwem łatwo jest manipulować. Takiemu społeczeństwu można grać na uczuciach i wreszcie, takiemu społeczeństwu, wykorzystując jego rozbuchane emocje, łatwo jest wszystko wmówić. Ludzie wyedukowani nie poddają się łatwo manipulacji, znają swoje prawa i potrafią je egzekwować, a w razie potrzeby – ich bronić. Wiedzą, jak argumentować i jak uchronić się przed wykorzystaniem – w każdej dziedzinie. Znienawidzony przez kościół katolicki wielki filozof, Fryderyk Nietzsche, mawiał co prawda, że największym wrogiem prawdy nie są fakty, lecz przekonania – jednak i przekonania, zwłaszcza te urągające rozumowi – znacznie łatwiej powstają i utrwalają się w umysłach wyjałowionych, nie skażonych jakąkolwiek rzetelną informacją na jakikolwiek temat.

 

Świadomość własnych praw, świadomość, jak postępować, kiedy ktoś chce je nam odebrać, chce nas skrzywdzić, to ważna broń w walce o prawa człowieka i prawa obywatelskie, utrzymanie pozycji słabszych wobec natarcia silnych. Nie tak dawno kobiety dzięki wiedzy, że są równe mężczyznom, że są równie wartościowe jak oni, uwierzyły w siebie i sięgnęły też po prawa wyborcze, prawo studiowania na uniwersytecie i wykonywania – na równi z mężczyznami – zawodów dotąd zastrzeżonych tylko dla nich. Dziś są lekarkami, naukowczyniami, polityczkami, właścicielkami firm i (także dzięki gender) walczą o to, by sięgać dalej – po równe zarobki i wolność do decydowania o własnych ciałach.
Wiele oczywistych dziś osiągnięć prawnych, jak penalizacja gwałtów małżeńskich czy przemocy w rodzinie poprzedzało – po prostu – edukowanie kobiet o ich prawach, wzrost ich samoświadomości.Tak jak pomogła kobietom, edukacja mogłaby pomóc dzieciom. Polskie dzieci, na wzór zachodnich, mogłyby się przecież nauczyć, jak odróżnić dobry dotyk od złego, co zrobić, dokąd pójść i komu się poskarżyć, kiedy dorosły dotyka w niedozwolonym miejscu i które miejsca są – i dlaczego – no właśnie, niedozwolone.
Byłoby to z olbrzymią korzyścią dla nich, bo umożliwiłoby realną obronę przed pedofilami już na pierwszym, najbardziej groźnym poziomie, poziomie zaczepki, niedozwolonych słów i gestów. Dzięki edukacji – nie bójmy się to powiedzieć – seksualnej – dzieci uzyskałyby też szereg nie mniej ważnych korzyści ubocznych: wiedzę, że nie każdy dorosły jest dobry, że dzieci nie są podległe dorosłym z zasady, że mają własny rozum i mogą go używać do swojej oceny sytuacji i obrony – gdy zajdzie taka konieczność. Wreszcie, że mogą, mają prawo w określonych sytuacjach powiedzieć dorosłemu „nie”. Że ich ciało i samopoczucie jest ważne. Że są podmiotem, nie przedmiotem. Takie dzieci nie dadzą się wykorzystać pedofilowi bez krzyku, bez protestu, a nawet wykorzystane, powiedzą o tym, pójdą po pomoc. I mam wrażenie, że tego właśnie – końca uległości swoich ofiar, końca swojej bezkarności boją się pedofile i ich obrońcy. Księża atakujący gender prawdopodobnie boją się dokładnie tego samego: że wykorzystywane przez nie kobiety, dzięki sprawności katolickiej propagandy nieświadome dotąd jak skrajnie niska, służalcza i służebna jest ich pozycja, przejrzą na oczy. I – o zgrozo – pojmą – jak przez lata pasożytowali na ich pracy mężczyźni, roszczący sobie prawo do rządzenia nimi na podstawie ciemnoty wciskanej im w miejsce rzetelnej wiedzy i dla niepoznaki nazywanej uczenie „prawem naturalnym”.
I jak sądzę, właśnie dlatego wiedza i edukacja – zwłaszcza genderowa i seksualna są tym, czemu polski kler katolicki przeciwstawia się całym swoim jestestwem, rzucając na szalę swój autorytet.Przyznają Państwo, że śmieszna jest już sama idea przeciwstawiania się wiedzy? Że w całym cywilizowanym świecie wiedzę się krzewi, na badania naukowe wydaje się olbrzymie pieniądze, by potem wcielać w życie wnioski z nich płynące? Że to właśnie edukacja pozwala maluczkim zyskać świadomość własnych praw i bronić się przed wykorzystywaniem?Polska jest chyba jedynym krajem europejskim, w którym z edukacją, wiedzą i świadomością się walczy, zwalcza się ją wszelkimi dostępnymi metodami, próbując – jak słusznie napisali profesorowie w liście do biskupów – hamować wolność badań naukowych i postęp.
Sądzę jednak, że profesorowie, kierowani szlachetną intencją nie do końca pojmują powagę sytuacji: polski kler katolicki nie walczy z edukacją ot tak sobie, przez przypadek. Osobiście uważam, że to walka systemowa, prowadzona konsekwentnie, z rozmysłem i o dużą stawkę .Nie można było zabronić księdzu Oko wykładu w sejmie? Pewnie nie. Ale jest to zdarzenie bez precedensu, które daje do myślenia. O ile jesteśmy społeczeństwem które jeszcze myśleć potrafi. Bo gdy przypatruję się niektórym naszym przedstawicielom w sejmie i ludziom, których uznają za autorytety, mam co do tego poważne wątpliwości.

elizamichalik.natemat.pl

Kamil, który księdza udawał

Mateusz Pacewicz, ilustracja Mateusz Kołek, 22.01.2014
 Ilustracja Mateusz Kołek
Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy?
Stańcie i powiedzcie mi w oczy: czy ja was skrzywdziłem? Czy ja wam, kurwa, nie pomogłem? Nie potrafiłem was czegoś nauczyć, choćby na własnych błędach? Czy naprawdę tym, co wam przekazałem, uraziłem godność Boga?1. LUDZIE Z DOBRZYC Śledztwo wszystko wykazało, sprawa zamknięta. Po co przypominać i jeszcze propagować? Zresztą proboszcz Andrzej zakazał. Jak reporter po Dobrzycach chodził, to ludzie się plecami odwracali do kamery. Anonimowo? To co innego.Ksiądz proboszcz Andrzej to jest samotny, stary, schorowany na malarię, co ją przywiózł z misji w tropikaliach. Od tych Murzynów, no. Jak ksiądz Andrzej zemdlał na mszy, to ludzie łzy normalnie ronili. Drzwi otwarto dla przeciągu, na krześle usiadł i tak komunię dawał.No, w każdym razie proboszcz potrzebował kogo do pomocy. I nagle, tak na wiosnę w roku 2011, zjawił się wikariusz. Nazywało się go po prostu Nowy Ksiądz. Przystojny, bystry, wygadany. 26 lat, tuż po seminarium, zarost, brwi ciemne, błysk w oczach. Wziął się, nie wiadomo skąd. Dlaczego nas sobie wybrał? – żeśmy się zastanawiali.2. KAMIL Moja historia? Nie ona jest ważna, Mateusz. Ty szukasz Boga, bo zwątpiłeś. A ja mogę ci Go pokazać. Dlatego zgodziłem się tobie wszystko opowiedzieć. Urodziłem się w Pruszkowie, na Parafialnej, w 1992 roku. Blok jak wszystkie w tym kraju. Jestem piątym chłopakiem w domu, mam czterech starszych braci. Zawsze byłem inny. Miałem pomysły, na które niejeden dorosły by nie wpadł. Rodzina mnie nie rozumiała. Poza matką – wszyscy zbłądzili. Mama zabierała mnie za rączkę do parafialnego Matki Boskiej Bolesnej. Na zewnątrz potrafiłem być diabełek, ale w kościele się wyciszałem. Dreszcz. Radość. Modlitwa. Do dziś z Bogiem rozmawiam. Chociaż wiem, że On wie – wolę sam mu wszystko mówić. Mieć tę odwagę swoją słabość wypowiedzieć. Odpowiedzi nie słyszę, ale odczuwam je w ciele. Bóg mnie tu posłał, kiedyś się z Nim spotkam. Czy mnie rozgrzeszy, czy mi da pokutę, wybaczy? Już On jeden wie. Ludzie niech mnie nie osądzają. Osądzali Syna Człowieczego i na co im to wyszło?Byłem inny niż rówieśnicy, piłka mnie nie interesowała. Jednego przyjaciela miałem i do dziś mam – Owczara.OWCZAR: O Kamilu mógłbym napisać książkę w 13 tomach. Tylko nie zawsze wiem, co jest prawdą, bo on sporo fantazjuje. W to, że jest wierzący, nie wątpiłem i się z tego nie śmiałem. Bo każdy ma jakiś cel w życiu, prawda?KAMIL: Umarła, jak miałem 14 lat. Nowotwór. Cudowna kobieta, przykład prawdziwego chrześcijanina. Znała wiarę, nadzieję, cierpienie. Bardziej troszczyła się o mnie i o rodzeństwo niż o chorobę. Gotowała, robiła schabowe. Nie chciała środków przeciwbólowych, lekarze byli pod wrażeniem. Wolała drewniany różaniec, ufność w Bogu. Ściskała go w rękach, aż sine knykcie miała. Właśnie w mamie mogłem zobaczyć prawdziwego Chrystusa. Wiem, że mama mnie ogląda. Co powiedziała o tym, co zrobiłem? Zrozumiała. Zawsze mówiła: „Synku, błędy będę ci wybaczać, bo cię kocham. A jak ja cię kocham, to i Bóg cię kocha”.OWCZAR: Najpierw mój tata, zaraz potem Hubert, cioteczny Kamila. Potem Kamila mama. Wszystkie śmierci przeżywaliśmy we dwóch. Wiem, kim mama dla niego była. Dzień w dzień chodziliśmy na cmentarz spojrzeć, czy grób nie pękł, coś się nie przestawiło. To mama wbiła mu wiarę w głowę. Nie powiem, czy chciała, żeby Kamil zrobił to, co zrobił. Ale jeżeli tak, to dobrze chciała.

W gimnazjum nasze drogi się rozeszły, bo poszedłem w narkotyki. Po śmierci matki Kamil miał ciężki czas: nie wiem, co by z nim było, gdyby nie pani pedagog.

PANI PEDAGOG: Lądował u mnie na dywaniku pięć razy dziennie. Czasem myślę, że rozrabiał specjalnie, żeby do mnie trafić. U Kamila w domu było nieciekawie, więc po lekcjach zostawał do późna. Szalone miał pomysły, dziwaczne zachowania. W gimnazjum nie było kwiatów. Więc jednego lata posadziłam i od września było kolorowo. Ale któregoś dnia wpada Kamil i mówi: „Jakiś ch… wszystkie kwiatki pani powyrywał”. Wściekłam się, maksymalnie. Wyszłam z gabinetu – Kamil latał z miotłą, ziemię zamiatał, łodygi podnosił. Zorganizował dzieciaki do pomocy, radośnie było. Potem szukali winnego. A miesiąc później uczeń do mnie przyszedł i szeptem: „Pani wie, kto kwiatki powyrywał? Kamil”.

Gdy mama Kamila zmarła, chodził za mną non stop, taki był aż upierdliwy. „Teraz pani jest dla mnie jak mama”. W gimnazjum nie było po nim widać religijności. Czasami tylko przerwał kłótnię i mówił: „Bóg z tobą, siostro”, „Bóg z tobą, bracie”.

3. LUDZIE Z DOBRZYC 

Kazania Nowy Ksiądz miał normalnie lepsze od naszego. Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy? Niektórzy gadali, że przesadza. „Takie impulsywne, bez ciągłości te msze” – gadali. „Szczyl po seminarium, wątek traci, czytać nie umie”. Ale większości się podobało, a proboszcz Andrzej mniej odprawiał, więc wyboru nie było. Najpiękniej Nowy Ksiądz opowiadał o śmierci, pogodzeniu się i miłosierdziu. Językiem mówił swoim, naszym. Widać było, że z życia gada, nie z książek.

Zaczął spowiadać. Ja osobiście nie, ale tak to wszyscy u niego byli. Mówią, że rozumiał grzechy i wybaczał. „Męża kochasz, żonę kochasz, nie zdradzasz? O dzieci dbasz?”. „W alkohol, narkotyki nie idziesz?” – jak ktoś młodszy. Cząstkę różańca zadawał i już, odpuszczenie. Jednym się podobało, inni gadali, że „za mało surowy”. Ale czy ksiądz musi być surowy? Nowy Ksiądz poza konfesjonałem wolał gadać i wtedy wysłuchiwał wiernych, nawet przez parę godzin.

4. KAMIL 

W gimnazjum poznałem katechetę – księdza Tomasza. Takiego kapłana szukałem. Potrzebował przyrodniego dziecka, a ja – prawdziwego ojca.

OWCZAR: Tata Kamila od zawsze gdzieś w Warszawie mieszka. Wpadnie do Pruszkowa na urodziny któregoś z synów, złoży życzenia i spierdoli. Miałem 13 lat, gdy Kamil poznał mnie z księdzem Tomkiem. Jedyny kapłan, u którego się spowiadam. On jeden nie ucieka, jak mu grzechy mówię. W szkole, ośrodku od żadnego księdza nie słyszałem, że „trzeba żyć, bo życie to jest dar”. Mówili, żebym „zszedł ze złej drogi”, rzucali gromy. Ksiądz Tomek gada, jakby mu ktoś szeptał do ucha, a on tylko przekazywał. I ma poczucie humoru.KSIĄDZ TOMASZ: Praktycznie wszystko, co mi Kamil opowiedział, jest związane tajemnicą spowiedzi. Lubię tego chłopaka.Po pół roku przeniesiono mnie z gimnazjum pruszkowskiego do parafii w Wilkowyżu, małej wsi. Straciłem kontakt z uczniami, poza jednym. Kamil był uparty i mnie odwiedzał. Mam nadzieję, że przyjeżdżał do Boga.KAMIL: Ksiądz Tomasz dał mi nadzieję. Miałem ciężki czas, piłem, w Pruszkowie robiłem brudne interesy. On mnie z tego wyciągnął. Kłóciliśmy się całą noc, ale na koniec zawsze mówił: „Jesteś najukochańszym dzieckiem Boga”. Spowiedź? Parę godzin, twarzą w twarz, żadnych konfesjonałów. Alkohol? Non stop mi zabierał. „Chodź się razem napijemy. Ale nie pij sam”. Położył kieliszki. „Walimy”. Myślałem: „Ale przecież to jest ksiądz…”. Tak mnie rozbrajał.”Proszę księdza, jadę na Pruszków robić interesy. Będzie bójka, będzie broń”. Ksiądz Tomek: „Jadę z tobą”, i zakładał dres. Wycofywałem się.Nawet Owczara potrafił nawracać. Osiem godzin go spowiadał – dwa lata Owczar nie ćpał. Ksiądz Tomek pokazał mi, gdzie jest Bóg. Mam szczęście, że byłem u niego organistą.KSIĄDZ TOMASZ: Nie był organistą, bez przesady. Zastępował, od czasu do czasu.OWCZAR: Odkąd pamiętam, Kamil usiłował grać na keyboardzie. Wykonywał w domu mszalne rytmy. Do dzisiaj, jak z chłopakami pijemy, to Kamil nas męczy śpiewem. Zaczynamy od „Anielskiego orszaku”, a potem hosanny, nie hosanny.KAMIL: Już jako dziewięciolatek zacząłem się przyuczać w parafii pruszkowskiej. Organista zainteresował mnie muzyką. Kto śpiewa, ten się dwa razy modli.W Wilkowyżu, u księdza Tomasza, grałem samodzielnie. Pierwszy raz na pogrzebie. Usiadłem przy organach, włączyłem instrument. Stresa miałem. Dzwonki zabiły. Ksiądz wychodzi przed ołtarz. Jak to wyjdzie? Żeby było ładnie! Przy pierwszej pieśni ręka mi się trzęsła, ale przy psalmie już odeszło. Zamknąłem oczy, mówię: „Boże, w końcu ja to robię dobrze. Moje spełnienie”.KSIĄDZ TOMASZ: Kamil jechał w Wilkowyżu na moim autorytecie. Ale szybko zaufania nadużył. Wykryli, że buja, robi różne numery. Ja go rozumiem – jest poranionym dzieciakiem. Ale ludzie mają twardszy stosunek.KAMIL: Rzeczywiście, jak chcę, to potrafię zakręcić człowiekiem tak, że nie wie, gdzie góra, gdzie dół. Musiałem z Wilkowyża wyjechać. Tylko niech nikt nie mówi, że to, co później w życiu robiłem, to przez księdza Tomka. Dlaczego jego, kurwa, obwiniają? Przy księdzu Tomaszu zobaczyłem, kim może być kapłan. Kościół potrzebuje nowego orędownika, kogoś „do ludzi”. A nie kardynałów, którzy mają kasy full i jeżdżą drogimi samochodami. Oni są właśnie faryzeuszami!

Rozmowa z ks. Franciszkiem Kameckim: ”Być dobrym księdzem? Z ambony nie moralizować”

5. LUDZIE Z DOBRZYC 

Przychodził na boisko w dresie, bez koloratki. Chłopaki się śmiali. Średnio mu w gałę szło. A czasem, gdy się wchodziło do kościoła, Nowy Ksiądz już czekał z mikrofonem. Kazał złapać się za ręce i bujać. Starzy młodych, kobiety chłopów łapały i śpiewaliśmy.

U nas czegoś takiego nie było. Myślę, że on to robił, żeby nas pogodzić, zjednoczyć. Bo tutaj ludzie różnie. Był jak księża z pielgrzymek do Częstochowy: młody, zwariowany, ale uduchowiony. Jakby święty. Chociaż potem przesadzał.

Proboszcz Andrzej coraz częściej wyjeżdżał, a Nowy Ksiądz urzędował, i to jak! Na stacji paliw się zdarzyło. Z Jarkiem Sińcem Nowy Ksiądz przyszedł i piwa nabrali. A potem do Sińca przed telewizor. I jak to Polacy na meczu: „kurwy” latały. Żona Sińca aż się schowała i do teściowej: „Boże, żeby tak ksiądz, a jak normalny chłop?!”. U sąsiadów wypić lubił, zapalić. Kręcił przy kościele bączki samochodem, piski opon. Jednym to się nie podobało, ale inni mówili, że ksiądz też człowiek, tylko z powołaniem. Chociaż jak mu tak zwany pizzer na parafię pizzę przywiózł, to już nie wypadało. A potem był ogień, a w zasadzie dym, bo ognia nikt nie widział.

6. OWCZAR 

Jak Kamil miał 13 lat, to już sutannę dorwał. Czasem zachodziłem po niego, a on otwierał cały na czarno, z Ewangelią. „Dokończę mszę i wyjdę”. Czekałem z dziesięć minut, wychodził ubrany normalnie. Dla kogo to odprawiał? Dla siebie?

KAMIL: Pierwsza była Częstochowa, 2007 albo 2008 rok. Nie miałem nic poza koloratką. „Szczęść Boże, mówię, ksiądz Kamil, chciałbym koncelebrować”. Zakonnica daje mi albę, sutannę. Miałem 15 lat. Byłem przekonujący, wiedziałem, jakie są ruchy w trakcie mszy, jaka jest pokora w kapłanie. Stałem – jako ksiądz – wśród setek duchownych…Kiedy mam na przykład mówić kazanie, to po prostu płynie. Czytam Ewangelię – i od razu wiem, co mówić. Słyszę swoje słowa, które płyną skądś tam. Weźmy błogosławieństwa. Ile ich jest? Z Kazania na Górze wiemy, że osiem. Do każdego przytaczam słowa normalne, chamskie, jakie człowiek skuma. I tyle.OWCZAR: O Częstochowie nie słyszałem, ale pamiętam Kręciny. W 2009 opowiadał, że bywa tam księdzem. Szesnastolatek msze odprawia? Nie wierzyłem, aż któregoś dnia zobaczyłem. Kolega przywiózł na komórce film, jak Kamil kazanie głosi, w sutannie.PANI PEDAGOG: Ktoś go w Kręcinach rozpoznał. Proboszcz z Matki Boskiej Bolesnej przyszedł do mnie i mówi, żeby mu dać naganę. „To problem Kościoła” – odpowiedziałam. Sądziłam, że po tym fakcie oni go ukarzą, żeby odczuł, że nie powinien tak robić. Ale dalej kręcił się po parafiach.KAMIL: Musiałem napisać list z przeprosinami do biskupa i pochodzić tydzień do kościoła, dostawałem wpisy na kartkę. Żadna kara!Potem były inne kościoły, w całej Polsce. „Jestem księdzem, chciałbym odprawić mszę”. Zatrzymywałem się na kazanie, spowiedź. Tyle.Rozmowa z o. Wacławem Oszajcą: ”Kazanie za dychę z sieci”
PANI PEDAGOG: Jak on to robił?! Gadane ma, ale nie można tak stanąć przed ołtarzem i trzy po trzy paplać. Trzeba na jakiś temat zacząć i na ten sam skończyć. Chciałabym posłuchać kazania Kamila. Poprosiłam go, żeby jak tylko znów będzie księdzem, wysłał SMS-a. Ale gdy w 2011 Kamil został wikarym w Dobrzycach, to nic nie powiedział. Ani mnie, ani nikomu.7. LUDZIE Z DOBRZYC Któregoś ranka z kościoła poleciał dym. Wezwałam straż, ugasili. Ale co to było ten pożar? Jedni gadali, że od instalacji. Inni, że to Nowy Ksiądz rzucił na worki marlboro lighta. W piwniczce podobno znaleźli niedopałki, a po pożarze on podenerwowany chodził.Oficjalna wersja: zwarcie instalacji. Ogień Nowego Księdza nie zdradził. Ale niedługo po pożarze we wsi pojawiła się kobieta, jedna z tych letników. „To on jest księdzem?” – pyta. „Przecież dwudziestu lat nie ma”. I się zaczęło. Osoby, które miały z Nowym Księdzem styczność, zaczęły drążyć. Opowieści o rodzinie, przeszłości – podobno co chwila coś nie pasowało. On zaczął się motać na wiele stron. Jak stracił grunt, to uciekł, i pewnie uszłoby mu na sucho, gdyby nie to, że go dorwali.A jeszcze inni mówią, że Nowego Księdza nikt nie rozpracował, że był tu do końca wakacji. Zarobiony strasznie. Wyjechał na spokojnie na koniec sierpnia. Oszustwo wyszło później, nie wiadomo jak… W każdym razie sprawa trafiła do sądu.8. KAMIL 

Jakim byłem księdzem, ludzie z Dobrzyc powiedzieli. O wiernych mówić nie będę. Dochowam tajemnicy – jako ksiądz i jako człowiek. Powiem tylko, jak się skończyło. Prawda jest taka, że sam list napisałem w sierpniu, już jak wyjechałem ze wsi. Ksiądz Andrzej w Dobrzycach już nie odprawiał, wszystko na mojej głowie, miałem dosyć. Napisałem tak: „Nie byłem księdzem z papierami, ale ze szczerego serca”.

Wkrótce przyszli po mnie do Pruszkowa. 48 godzin na komisariacie przesiedziałem. Przez 24 nic mi do jedzenia nie dali. Policjanci kpili: „Taki ksiądz to pewnie pedał?”, „Nie bój nic, Bóg cię wyratuje”. A ja rozmawiałem z Ojcem. Czułem ciepło przede wszystkim, jasno. Wiedziałem, że zrobiłem dobrze i że Bóg mi pomoże. Parę miesięcy później był proces.

9. LUDZIE Z DOBRZYC 

Po pierwsze, świętokradztwo. Przecież to jest ogromny grzech! W kościele Kamil dawał Eucharystię, spowiadał. Teraz wszystko to nieważne! Jak jemy opłatek, to wierzymy, że jemy ciało Chrystusa. A jak ten gówniarz dawał? Bóg nam grzechy wybacza, jeżeli kapłan siedzi w konfesjonale. Druga rzecz to kradzież – pieniędzy nabrał, od kobiet starych, z emerytur. Na tacę zbierał i na stypendium mszalne. A trzecia rzecz – oszukał nas i proboszcza. Jak byś się czuł, gdyby ktoś mieszkał z tobą, mówił, że jest przyjacielem, a naprawdę cię okłamywał i czerpał korzyści?

W pierdlu powinien siedzieć!

KSIĄDZ TOMASZ: Kościół ma pewne prawa, które zostały nadane przez Pana Boga. I człowiek nie może tych praw przekraczać. A Kamil to zrobił.

”Oszuści w sutannach. Spowiadali, udzielali komunii i kradli”
SĄD: „Akt oskarżenia przeciwko Kamilowi (…) o czyn z art. 286 kk z dnia 22.12.2011

Oskarżam: Kamila (…) o to, że w dniu 16.07.2011 roku w Dobrzycach (…) w województwie mazowieckim, działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadził (imię i nazwisko) do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem, pobierając od niej 100 zł na stypendium mszalne w ten sposób, że wprowadził ją w błąd, podając, że wykonuje obowiązki księdza, co nie było zgodne z prawdą”.

LUDZIE Z DOBRZYC: Dlaczego nam to zrobił? Dla kasy?10. KAMIL Ludzi z Dobrzyc już później nie spotkałem. Pogoniliby mnie pewnie, zatłukli. Ale jeśli chcieliby porozmawiać, powiedziałbym tak.Przede wszystkim przepraszam. Zanim mnie jednak osądzicie, coś wam powiem. Od małego chciałem być księdzem. I zacząłem nim bywać już w wieku kilkunastu lat. Jeździłem po Polsce, zatrzymywałem się na kazanie, koncelebrowanie. Widziałem religijność – w wiernych, ale nie w księżach. Motywowała mnie jakaś siła. Jeżeli będąc gówniarzem, miałem taki dar do kaznodziejstwa, to musiałem to robić. Teologii nie czytałem, a pamiętacie, jak mówiłem? Nie miałem święceń, ale powołanie. Nie to, co niektórzy księża – udają świętych, a myślą, że kapłanami to muszą być tylko na mszy. Jak można być duchownym i powiedzieć: „A, nie mam czasu”? „Wszyscy jesteśmy kapłanami Boga”. Święty Piotr, święty Paweł – zaliczyli seminarium?! W seminarium ludzie stają się dzicy! Spędzają pięć lat w osobności i jak potem mają pomagać dziewczynie zdradzonej przez chłopaka czy wspierać umierających? Będąc księdzem, patrzyłem na Kościół polski i się zniechęcałem. Są wspaniali duchowni. Ale zazwyczaj to faryzeusze. I jeszcze nienawidzą, słychać to w kazaniach: „Ucz się, bo będziesz pracował u Żyda, Niemca”. Na parafiach różne rzeczy się zdarzają. Alkohol, baby. Nie będę wymieniał nazwisk, chociaż niektórym przydałoby się dostać po dupie.Pierwsza była Częstochowa. Nie miałem nic poza koloratką. „Szczęść Boże, mówię, ksiądz Kamil, chciałbym koncelebrować”. Potem były inne kościoły w całej Polsce
Pokazałem, że można być prawdziwym księdzem bez święceń i studiów, w wieku 18 lat. Nie byłem pazerny, chociaż mogłem być. Co to, kurwa, jest 50 złotych, które dostawałem trzy razy w tygodniu? A gdy chodziło o śluby, to się wycofywałem, podpisywał proboszcz Andrzej. Byłem takim księdzem, jakim się powinno być. Potrafiłem znaleźć jeden język z dwudziestolatkami, którzy pili, ćpali, mimo że uważali mnie za starszego. „Panowie, pomodlimy się przed meczem?”. Grając w piłkę, pokazywałem Boga. Innym razem przychodzi jeden z was, trzydziestoletni, niewierzący. Po rozmowie – zmienia się. Czasu w konfesjonale mało, gadaliśmy na plebanii, siedem godzin.Nie uznawałem i do dziś nie uznaję celibatu. Szkodzi Kościołowi. Ale jako ksiądz szanowałem przepisy. Miałem 18 lat, a Bóg mi zabrał chęć seksu. W konfesjonale mówiliście dużo rzeczy, aż serce bolało. Niedaleko Dobrzyc byłem przy śmierci dziewięcioletniej dziewczynki, zaraz po komunii. Pomagałem jej odejść do Boga. Płakałem.Oszukałem, błąd popełniłem. Ale stańcie przede mną i powiedzcie mi w oczy: czy ja was skrzywdziłem? Czy ja wam, kurwa, nie pomogłem? Nie potrafiłem was czegoś nauczyć, choćby na własnych błędach?11. LUDZIE Z DOBRZYC Pazerny nie był, rzeczywiście. Żaden ksiądz tak mało nie bierze, jak ten Kamil brał. Z tacy i stypendium – 1000 złotych na dwa miesiące? Na zapiekanki mu starczało i tigera blacka. Mógłby coś przecież ukraść, sam siedział na plebanii. Złodziejem nie był, tylko… kimś innym. Księdzem, fajnym, gdyby jeszcze prawdziwym, to wszystko by było w porządku. W naszej wierze 10 procent z powołania, a 90 to jest pieniądz. Kamil był, no, byłby w tych dziesięciu. Może się nie dostał, biedny, do seminarium? Słyszałem, że on bez matury? Może chciał iść na księdza, ale nie mógł? I uznał, że zrobi to tak czy siak?To cud, że 18-latek, a miał taki dar! Tym bardziej że chłopak był w ciężkich podobno warunkach chowany.Z Bogiem też nie wiadomo. Skorośmy wierzyli, że był w konfesjonale, to chyba był. Przecież to Bóg odpuszcza grzechy, a nie ksiądz. Jak z opłatkiem, to już nie wiem. Mniej taki lewy Kamil Kościół kaleczy jak niektórzy księża oficjalni.PANI PEDAGOG: Jakby patrzeć po ludzku, to Kamil dał Dobrzycom trochę wiary w Boga. Taki energiczny ksiądz, z charyzmą, jakim podobno był, to chwała dla Kościoła! Głupotą jest myśleć, że człowiek zostaje uświęcony dopiero, jak wyjdzie z seminarium. Każdy ksiądz by uznał, że herezje głoszę, ale tak uważam. Można go oskarżyć o jakieś małe pieniądze. Ale nie sądzę, żeby robił to dla kasy. Są lepsze sposoby.

OWCZAR: Kamil nie jest łasy na kasę. Jeszcze nie było tak, żeby mi nie pożyczył, jak ma. Ja bym Kamila nie skazywał.

KSIĄDZ TOMASZ: Kamil zrobił rzecz niewybaczalną z punktu widzenia Kościoła. Ale czy z perspektywy Boga? Nie wolno mówić, że Bóg Kamilowi nie wybaczy, że go odrzuca. Mówienie czegoś takiego to wielki grzech.

Debata ”Gazety” ”Chrześcijaństwo jak sól”: ”Pan Bóg nie jest kijem bejsbolowym”
SĄD. Postanowienie o częściowym umorzeniu dochodzenia: „Poza wszelką wątpliwością pozostaje fakt, że Kamil odprawiał msze święte w parafii w Dobrzycach mimo że nigdy nie posiadał uprawnień kapłańskich. Mając jednak na uwadze postawę mieszkanek parafii, stwierdzić należy, że brak jest dowodów na to, by mężczyzna wyzyskał ich błąd i pobrał od nich niezasadnie pieniądze”.

Protokół z rozprawy głównej: „Obrońca oskarżonego w ostatnim słowie wnosi o przyjęcie zmiany kwalifikacji prawnej czynu i wnosi o łagodny wymiar kary”.

LUDZIE Z DOBRZYC: Jak policja chodziła po wsi i chciała Kamilowi coś udowodnić, to mieszkańcy odmawiali zeznań. Powiedzieli, że nic złego nie zrobił, a na pieniądze zasłużył, bo był z niego dobry ksiądz. Nawet kobiety starsze, bogobojne nie chciały zeznawać. Poza jedną.

12. SĄD 

„W dniu 16 lipca 2011 roku w Dobrzycach (…) w woj. mazowieckim, działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadził osobę (…) do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem, pobierając od niej pieniądze w kwocie 100 zł na stypendium mszalne w ten sposób, że wyzyskał jej błąd co do pełnienia przez siebie obowiązków księdza, co nie było zgodne z prawdą, orzeka: oskarżonego Kamila (…) w ramach czynu zarzucanego mu w akcie oskarżenia uznaje za winnego, że pełniąc obowiązki księdza parafii Dobrzyce, do czego nie miał uprawnień, publicznie nosił strój, do którego nie miał prawa, tj. popełnienia czynu wyczerpującego dyspozycję art. 61, wymierza mu karę grzywny w wysokości 300 złotych”.

LUDZIE Z DOBRZYC: Nie dostał kary za pieniądze, tylko z artykułu sześćdziesiąt coś, za nieuprawnione noszenie sutanny. Z wyroku by wyszło, że kasa za msze mu się należała.

KAMIL: Wiedziałem, że Bóg jest ze mną.13. KOŚCIÓŁ Kodeks prawa kanonicznego jasno precyzuje karę:”Kapłan, który działa wbrew przepisowi kan. 977, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa, zarezerwowanej Stolicy Apostolskiej;Podlega wiążącej mocą samego prawa karze interdyktu lub, jeśli jest duchownym, suspensy:1 – kto nie mając święceń kapłańskich, usiłuje sprawować liturgiczną czynność Ofiary eucharystycznej;2 – kto oprócz wypadku, o jakim w par. 1, nie mogąc dać ważnie absolucji sakramentalnej, usiłuje jej udzielić albo słucha sakramentalnej spowiedzi”.Policjanci kpili: „Taki ksiądz to pewnie pedał?”, „Nie bój nic, Bóg cię wyratuje”. A ja rozmawiałem z Ojcem. Czułem ciepło przede wszystkim, jasno
Zatem Kamil jest w karze interdyktu. Polega ona zgodnie z „Kan. 1332 – Ukarany interdyktem jest związany zakazami, o których w kan. 1331, par. 1 n. 1 i 2″. „Kan. 1331- par. 1 – Ekskomunikowanemu zabrania się:1 – jakiegokolwiek udziału posługiwania w sprawowaniu Ofiary eucharystycznej lub w jakichkolwiek innych obrzędach kultu;2 – sprawować sakramenty i sakramentalia oraz przyjmować sakramenty”.Kamil nie może zatem, do chwili zwolnienia z kary, przyjmować żadnych sakramentów. Nie wolno korzystać z jakiejkolwiek jego pomocy/posługiwania. Kościół jest starszy i mądrzejszy od Kamila, ma na takie przypadki od dawna rozwiązania.KAMIL: Chrystus powiedział, żeby przebaczać nawet 77 razy. A oni, kurwa? Jak każdy młody robiłem głupstwa. To jest powód, żeby kogoś wykluczyć? Na zawsze?

PANI PEDAGOG: O niektórych księżach Kamil wyraża się strasznie. Ale też rozumiem jego żal, bo Kościół nie postąpił z nim uczciwie. Z jednej strony go zachęcali, z drugiej odrzucali.

LUDZIE Z DOBRZYC: Powinna go kuria przyjąć i podszkolić! Księża gadają, że „błądzi człowiek jak owieczka, a oni przygarną”. A jak ktoś zbłądzi za bardzo, to nie podać mu ręki, tylko przydeptać?! Bardziej u Świadków Jehowy by Kamil znalazł miejsce niż u nas. Powinni mu byli dać szansę, a nie go ekskomunikować do piekła. Widać, że ma dar.

KAMIL: Gdybym teraz zrobił maturę i poszedł grzecznie do seminarium, to za dwa lata byłbym legalnym księdzem. Ale to niemożliwe. Szkoda. Pokazałbym, jaki może być Kościół, co może dawać. Wątpię, żeby się coś beze mnie ruszyło, chociaż… Papież Franciszek – zobacz, jaki on skromny. Nie chciał złotego krzyża, czerwonych butów. Może on nas wreszcie wprowadzi w trzecie tysiąclecie? Tylko że Watykan to jest mafia większa jak Pruszków, więc papieżowi na wiele nie pozwolą.

”Rok Kościoła, rok Franciszka”

14. KAMIL 

Ludzie w Pruszkowie biorą mnie za oszusta, złodzieja albo się śmieją. Mało kto mnie poważnie traktuje. Jak wyszedłem z aresztu, bliscy się miesiąc nie odzywali. Bardziej jakimś bzdurom z gazet uwierzyli niż mnie. Ale jak to przemodliłem, to Bóg sprawił, że ludzie się odezwali. Próbowali zrozumieć, niektórym się udało. Inni wzięli to na śmiech.

OWCZAR: Młodzi podziwiają Kamila, że odważył się coś takiego zrobić. Jak przechodzi ulicą, to krzyczą: „Szczęść Boże!”. Większość na żarty, ale parę osób na poważnie.

KAMIL: Trochę mnie cieszy, że jestem gwiazdą. Chcę się zająć z Owczarem disco polo. Śpiewam w karaoke barach. Mam głos.

OWCZAR: Ustatkował się i już akcji z księdzem nie odwali. Robimy razem disco polo, ma normalną pracę. I dziewczynę.

15. ANETA 

Kamila poznałam w listopadzie 2012 w Kielcach, gdzie studiuję ekonomię. Od razu mi się spodobał. Czasem pochyla się z pokorą jak kapłan. Potrafi z ludźmi rozmawiać, wysłuchać, doradzić. Ale ksiądz to dla Kamila przeszłość. I dobrze, bo bym z nim zerwała. Nie wytrzymałabym bez bliskości, seksu. Do kościoła już nie wróci, a śpiewać potrafi. Gonię go w tym kierunku. Chciałabym, żeby się załapał do jakiegoś „Mam talent”. Może i jest to podobne do bycia księdzem? Występuje się przed ludźmi, z mikrofonem.

Dobra, powiem. Ostatnio Kamil był u mnie w Kielcach, dziwnie się zachowywał. W którymś momencie się odłączył. Powiedział, że musi coś załatwić. Wszedł do małego kościoła. Ja za nim. Stałam z ludźmi zamodlonymi. Wychodzi ksiądz na ambonę. W sutannie, z koloratką na szyi. Musiał mnie zauważyć, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie chciał się popisywać, nie robił tego dla kasy. Chciał, żebym choć raz zobaczyła, że to jego życie, którego nie może przeżyć – bo mu Kościół nie pozwoli i bo mnie kocha.

Skończył kazanie. Ludzie się modlą wzruszeni. A potem jeszcze komunię rozdawał. Kiedy brałam od Kamila opłatek, nie patrzyłam mu w oczy. Strasznie mi waliło w sercu. Trudno powiedzieć, co to było.

Imiona bohaterów i nazwy miejscowości zostały zmienione 


 

 

 

 

 

Gosiewska sugeruje, że Jaruzelski doradza Komorowskiemu

 

Mylą się ci, którzy sądzą, że Wojciech Jaruzelski leży chory w swoim domu i nie w głowie mu czynna polityka. Zdaniem Małgorzaty Gosiewskiej z PiS, generał doradza prezydentowi Komorowskiemu.

 

Małgorzata Gosiewska uważa, że gen. Jaruzelski jest znaczącym elementem polityki Pałacu Prezydenckiego.
Małgorzata Gosiewska uważa, że gen. Jaruzelski jest znaczącym elementem polityki Pałacu Prezydenckiego. • Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Małgorzata Gosiewska z Prawa i Sprawiedliwości w programie „Kropka nad i” rozmawiała z Moniką Olejnik na temat sytuacji na Ukrainie. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat polskiej reakcji na zajścia u naszych wschodnich sąsiadów. Posłanka wypowiadała się na temat scenariuszy, jakie powinny podjąć polskie władze. Jej zdaniem jako pierwsi powinniśmy wprowadzić sankcje, a potem działać na szczeblu Parlamentu Europejskiego.

Prowadząca spytała, dlaczego w takim razie prezes PiS konsekwentnie nie przychodzi na spotkania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. – Jakie ta rada ma znaczenie? Nie padają na niej żadne ważne słowa, a prezes Kaczyński nie przekonałby do niczego Komorowskiego – mówiła Gosiewska. I dodała, że to dlatego iż prezydent ma „doradców jakich ma, czyli m.in. pana Jaruzelskiego”.

Wyraźnie zaskoczona Monika Olejnik pytała w jaki sposób ciężko chory generał Jaruzelski miałby doradzać Bronisławowi Komorowskiemu. – Przecież wcześniej był zapraszany na spotkania z prezydentem – ripostowała posłanka PiS.

Co ma wspólnego Jaruzelski z Ukrainą? Tego już parlamentarzystka nie zdradziła. – On jest znaczącym elementem polityki Pałacu Prezydenckiego. Przykro mi, że pani redaktor pewnych rzeczy nie dostrzega – skwitowała Gosiewska. Może w takim razie Wy dostrzegacie te związki?

Małgorzata Gosiewska nie chciała się także szerzej odnosić do zarzutów rodziców Przemysława Gosiewskiego, którzy chcą, by pierwsza żona ich syna zrzekła się nazwiska. Posłanka mówiła, że nie chce sobie nawet wyobrażać, co musi czuć rodzic po stracie dziecka. A za nią mają świadczyć wyniki pracy w parlamencie, dlatego jeśli władze Prawa i Sprawiedliwości uznają, że ma startować w wyborach do PE, przyjmie tę ofertę.

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>