Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 49001
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 118

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Ach, Łabędź

 

 

Już w tym roku Donald Tusk rozpocznie karierę w Brukseli? „Teka szefa Komisji Europejskiej jest primus inter pares”

Europoseł Jacek Protasiewicz sugeruje, że premier Donald Tusk może zacząć pracę szefa Komisji Europejskiej jeszcze w 2014 roku. – Wszystkie funkcje są ważne, ale teka szefa Komisji Europejskiej jest primus inter pares. Jeśli przywódcy największych państw zwrócą się z prośbą o objęcie funkcji szefa KE, będzie miał dylemat do rozstrzygnięcia – stwierdził wpływowy polityk Platformy.

 

Donald Tusk może objąć stanowisko szefa KE w Brukseli już w tym roku?
Donald Tusk może objąć stanowisko szefa KE w Brukseli już w tym roku? • Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Czy Tusk wyjedzie do Brukseli w 2015 roku? – takie pytanie zadała Jackowi Protasiewiczowi Agnieszka Burzyńska z „Wprost”. – Może wcześniej. Czas na podejmowanie decyzji będzie po wyborach do europarlamentu – odpowiedział szczerze polityk. Protasiewicz przyznał, że jeżeli przywódcy UE zgodzą się, by to Donald Tusk przejął funkcję szefa Komisji Europejskiej, to premier będzie miał twardy orzech do zgryzienia.

– Los Polski zależy od losu Europy. To będzie trudna decyzja. Do rozstrzygnięcia za pół roku – mówił. Przyznał jednocześnie, że premier czuje się zobowiązany „dokończyć swoją misję w fotelu polskiego szefa rządu”. Na pytanie, kto zastąpi Tuska w polskim rządzie odpowiedział wymijająco i doradził Polakom cierpliwość. Polityk zaznaczył, że wie, jak ważny byłby „kompetentny Polak” na stanowisku szefa KE. – Będę go do tego namawiał – przyznał.

Premier nie dotrzyma słowa?
W czerwcu zeszłego roku Donald Tusk deklarował tymczasem, że nie zamierza ubiegać się o stanowiska szefa KE. W programie programie „Tomasz Lis na żywo” powiedział: –Mój wybór jest jednoznaczny, dyskutowałem o tym ważąc racje i podjąłem decyzję, że chcę być dalej polskim premierem.

Szef rządu dodał wówczas, że co najmniej do roku 2015 będzie interesował się tylko polskimi sprawami i będzie robił wszystko, by przybliżyć marzenia Polaków do rzeczywistości. – Większego zaszczytu, satysfakcji i determinacji nie będę miał w życiu niż bycie premierem Polski. Być polskim premierem to stokrotnie ważniejsza rzecz dla mnie niż europejskie awanse – mówił w czerwcu Donald Tusk.

Źródło: „Wprost

naTemat.pl

Materializm kontra totalitaryzm, czyli co biskupom ślina na język przynosi

Jarosław Mikołajewski, 02.02.2014
Papież Franciszek pozdrawia biskupów podczas spotkania w Watykanie,
6 lipca 2013 r.Papież Franciszek pozdrawia biskupów podczas spotkania w Watykanie, 6 lipca 2013 r. (Fot. Riccardo De Luca ASSOCIATED PRESS)

Jak donosi Katolicka Agencja Informacyjna, papież spotkał się z grupą polskich biskupów. W komunikacie agencji pojawiły się relacje kilku z nich, a niektórzy wyciągnęli z nich wniosek, że papież poparł postępowanie episkopatu Polski.
Tych, którzy do mnie dzwonią i pytają, czy wiem, co kto powiedział dokładnie, zapewniam, że nie wiem, ale odsyłam do wspomnianego komunikatu i jego szczególnych punktów. Na przykład do takiego fragmentu: „Papież pytał także polskich biskupów o stosunek Kościoła do mediów. Jak mówił bp Jędraszewski, Franciszek powiedział o trzech największych grzechach mediów. Po pierwsze mówią tylko połowę prawdy, a więc wprowadzają dezinformację, po drugie rzucają na ludzi kalumnie, i po trzecie atakują tych, którzy zasługują na szacunek po to, aby odebrać im autorytet. A to, jak relacjonował bp Jędraszewski, stwarza chaos życia międzynarodowego ale także w poszczególnych społeczeństwach, narodach czy państwach”.

U ludzi, którzy czytają nie dość uważnie, niefortunne zestawienie słów „papież pytał” i „Franciszek powiedział” może wytworzyć (i wytworzyło) wrażenie, że papież jest złego zdania o mediach w Polsce i o tym, co piszą o polskim Kościele. Także i tym zaniepokojeni byli moi rozmówcy, a przecież nic nie wiemy o takiej ocenie Franciszka.

Tym, co jeszcze bardziej daje do myślenia, są dwie wypowiedzi abpa prymasa Józefa Kowalczyka. Mówię o dwóch, choć uwiera mnie wiele fragmentów, w tym natrętne utożsamianie życia bez Boga z życiem „łatwym, przyjemnym i bez zasad”.

Najbardziej jednak uwiódł mnie taki fragment relacji Prymasa ze spotkania z papieżem: „Nie było języka nienawiści, dostrzegaliśmy pozytywy i słabości”. Jeszcze by tego brakowało. Jak niby miałaby wyglądać mowa nienawiści podczas spotkania papieża z biskupami? Kto do kogo miałby skierować nienawistne słowa? Równie dobrze moglibyśmy sobie wyobrazić, że po spotkaniu Donalda Tuska z Elżbietą Bieńkowską rzecznik prasowy rządu ogłasza komunikat: „premier z wicepremierką nie dali sobie po twarzy”…

I drugi fragment, który – jak wszystko – podaję za KAI, tym razem z wystąpienia Prymasa do Papieża: „Materializm praktyczny wydaje się niekiedy groźniejszy od systemów totalitarnych, z którymi zmierzyliśmy się w przeszłości. Skutkuje to zbyt łatwym porzucaniem praktyk religijnych, zwłaszcza niedzielnej Mszy św. W mentalność wiernych wkrada się także zobojętnienie religijne, relatywizm moralny, korupcja, przestępczość, selektywne traktowanie prawd wiary, zanika poczucie grzechu i prawego sumienia…”

Calkiem niedawno zastanawialiśmy się wszyscy, czy polscy biskupi mówią to, co mówią, ponieważ tak właśnie myślą, czy dlatego, że są językowo nieporadni. Jako człek dobroduszny, w skrytości ducha uważam, że pewnych rzeczy nie da się po prostu pomyśleć, za to w słabości czy tremie można je powiedzieć, w wielu przypadkach byłbym więc skłonny obwiniać nie umysłowość, lecz język biskupów. I oto mamy kolejny dowód. „Materializm groźniejszy od systemów totalitarnych”?! Bo część ludzi przestaje chodzić na Mszę?!… Jestem tylko ciekawy, jak na te słowa zareagował papież. Tłumił śmiech czy gniew? Opadły mu ręce?

Wyborcza.pl

Ryszard Kukliński: bohater polski czy amerykański?

Marek Wąs, 31.01.2014
„Złoty chłopiec”. Tak o Kuklińskim miał mówić Wojciech Jaruzelski. Na zdjęciu: Moskwa, luty 1980 r., posiedzenie Układu Warszawskiego. Płk Ryszard Kukliński stoi przy gen. Jaruzelskim (Archiwum prof.Józefa Szaniawskiego)

„Drogi Ser. Przepraszam za mój angielski. Jestem zagraniczny MAF z Communistische Kantry. Chcę się spotkać (potajemnie) z oficerem armii USA (podpułkownikiem, pułkownikiem) 17, 18 albo 19 sierpnia w Amsterdamie lub 21, 22 w Ostendzie. Mam niedużo czasu. Jestem z moim towarzyszem i oni nie mogą wiedzieć”. Podpis – „P.V.”
To był zwykły list, wrzucony do skrzynki pocztowej 11 sierpnia 1972 r. w Wilhelmshaven, niemieckim porcie nad Morzem Północnym, znanym z tego, że w czasie wojny był główną bazą Kriegsmarine. Trzy dni później leżał na biurku 52-letniego Johna Dimmera, szefa placówki CIA w Bonn. Ten błyskawicznie, tajnymi kanałami, przekazał go do centrali CIA w Langley w Wirginii. David Blee, 55-letni szef sekcji sowieckiej i jego zespół mieli mało czasu. Tajemniczy „P.V” pisał, że zadzwoni do ambasady amerykańskiej w Holandii, czyli pewnie płynie statkiem na trasie z Wilhelmshaven do Amsterdamu. Nie napisał nic o sobie. Co znaczy MAF? Może to angielskie „man”, autor najwyraźniej kaleczy angielski. Zaznaczył, że może rozmawiać tylko po rosyjsku albo po polsku.

Zespół uznał, że najpewniej to marynarz zza żelaznej kurtyny. Nic wielkiego, ale David Blee zdecydował, że trzeba spróbować nawiązać z nim kontakt. Dwóch agentów CIA wyruszyło z Niemiec do Holandii i rozpoczęli dyżur przy dwóch telefonach – w amsterdamskim konsulacie i w ambasadzie w Hadze. W czwartek 17 sierpnia telefon milczał. Następnego dnia o 16.30 zadzwonił w Hadze. Męski głos zapytał: „Czy list dotarł do Bonn?”. Agent: „Czy to P.V.?”. Mężczyzna odłożył słuchawkę, ale po pięciu minutach znów zadzwonił: „Proszę o pilne spotkanie. Żadnych mundurów”. Mówił łamaną angielszczyzną, głos brzmiał oficjalnie i obojętnie. Umówili się między dziewiątą a dziesiątą wieczór na dworcu kolejowym w Hadze. Agent CIA miał trzymać pod pachą magazyn „Time”.

Minęła już 22. gdy niepozorny mężczyzna w jasnobrązowym garniturze nawiązał kontakt wzrokowy z agentem stojącym w głównym wejściu do dworca. Wokół tłum pasażerów, ale obaj nie mieli wątpliwości. Mężczyzna skinął głową i ruszyli z dworca w kierunku parkingu. Nieznajomy kilka metrów za człowiekiem z gazetą pod pachą. Po dwustu metrach, za rogiem dworca mężczyzna bez wahania usiadł na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie czekał na niego drugi agent. Akcję ubezpieczał jeszcze jeden pracownik CIA, który nie znał szczegółów i drugi samochód. Od kilku godzin wypatrywali na dworcu ewentualnych szpiegów zza żelaznej kurtyny. „Wyprawa się opłaciła” – to było hasło oznaczające, że wszystko poszło zgodnie z planem i można opuścić dworzec.

W samochodzie podali sobie tylko dłonie. W milczeniu pojechali do hotelu Central. Dopiero w hotelowym pokoju mężczyźni przedstawili się: Walter Lang, to ten, który czekał na niego na dworcu, agent CIA działający pod przykrywką oficera armii USA i podpułkownik Henry Morton – tyle powiedzieli o sobie Amerykanie. W rzeczywistości, Morton posługiwał się imieniem Wally, był estońskim oficerem, który w czasie wojny zdezerterował i przeszedł na stronę Niemców a wreszcie został agentem CIA. Znalazł się w hotelu Central, gdyż mówił biegle po rosyjsku, jego prawdziwe nazwisko do dzisiaj jest tajne. Legendę pułkownika z wydziału planowania amerykańskiej armii we Frankfurcie przyjął dlatego, że „P.V” wyraźnie zażyczył sobie spotkania z przedstawicielem armii a nie agencji wywiadu. Obaj agenci ubrani byli jak turyści. Na koniec przedstawił się mężczyzna w garniturze: „Ryszard Kukliński, urodzony 13 czerwca 1930 w Warszawie, podpułkownik w polskim Sztabie Generalnym”.

Agenci CIA Razem z Henrym usiedli w fotelach, Lang na łóżku. Mieli przed sobą 42-letniego faceta, przystojnego, szczupłego, wysportowanego. Typ „twardziela” – ocenili potem w raporcie. Ale niski, ledwie 167 cm wzrostu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że chce wyglądać na pewnego siebie, choć wyraźnie tłumi napięcie. Odmówił kawy i koniaku, ale często kaszląc palił papierosa za papierosem. Amerykanów dziwiły drobiazgi – papierosa trzymał na wschodnioeuropejską modłę, między kciukiem a serdecznym palcem.

>> W jaki sposób Ryszard Kukliński nawiązał kontakt z CIA, choć był pod okiem oficera wywiadu Ludowego Wojska Polskiego?

>> A może nawiązał współpracę z CIA już w latach 60. podczas misji w Wietnamie?

>> Co oznaczają litery P.V., którymi podpisał wysłany z portowego miasta Wilhemshaven list do Amerykanów?

Czytaj od jutra w „Gazecie Wyborczej” w historycznej opowieści o najsłynniejszym polskim szpiegu!

Wyborcza.pl

 

Poliamoria to bzdura

Dorota Wodecka, 31.01.2014
 rys. Jacek Gawłowski
Im wyżej jesteśmy na drabinie społecznej, tym większej liczby deklaracji miłosnych potrzebujemy. Mają nas kochać tłumy. To istota poliamorii

Najpierw W. poprosił żonę o wolne w piątkowe wieczory. Chciał się spotykać z inną kobietą. Po kilku tygodniach negocjowali z żoną, by mógł wracać w sobotę rano, bo niezręcznie wychodzić po seksie do domu. Gdyby był w liceum, to tak, ale nie z czterema dychami na karku. Po kilkunastu tygodniach sobotni poranek wydłużył się do pełnego weekendu. W. ma dwa domy, w których żyje w cyklu zmianowym – trzy dni na cztery. Twierdzi, że kocha dwie kobiety. Czy poliamoria jest alternatywą dla monogamii i wyzwaniem rzuconym tradycyjnej rodzinie? Trendem, z którego korzyści wykraczają poza życie prywatne i ”posiadają moc przekształcenia całej naszej kultury”, jak utrzymuje Deborah Anapol, która od prawie 30 lat pracuje z osobami ”zgłębiającymi poliamorię”? W książce pt. ”Poliamoria. Miłość i intymność z wieloma partnerami i partnerkami” (wyd. Czarna Owca) przekonuje, że przełamuje ona ”kulturowe wzorce kontroli, posiadania i prawa własności pomiędzy ludźmi, zastępując je rodzinnym środowiskiem bezwarunkowej miłości, zaufania i szacunku, dzięki czemu wytycza drogę ku bardziej sprawiedliwemu i pokojowemu światu”. Czy związki oparte na „wielomiłości” wpłyną na nasze relacje społeczne?

Dorota Wodecka: Panie profesorze, czy ludzkość wchodzi w erę miłości?

Prof. Wiesław Łukaszewski: Gdyby zadała mi pani to pytanie pod koniec lat 60., pomyślałbym, że napaliła się pani haszyszu.

Bynajmniej. Orędownicy poliamorii twierdzą, że czeka nas zmiana globalnej wizji świata: od separatyzmu do miłości.

- Ideologii nigdy dość. Tymczasem jeśli rozumieć poliamorię jako zaangażowanie w autentyczne, a nie tylko deklaratywne, związki uczuciowe, miłosne, którym towarzyszą zakochanie, namiętność, intymność i inne przynależne im fazy, to na podstawie wiedzy psychologicznej uznać należy, że jest ona fikcją. Zbożną, bo zbożną, ale fikcją. Można by ją jako tako rozumieć w kontekście czysto hedonistycznych pragnień ludzi, ale scenariusz zakładający miłosną relację w kilkuosobowych związkach nie jest zgodny z wiedzą o ludzkich emocjach. To, o czym pani mówi, to posthipisowskie wyobrażenia na temat ”Make love, not war”, wczesnokomunistyczne mrzonki na temat związków międzyludzkich czy też nieco anachroniczne francuskie filmy o miłości dla młodzieży.

Dlaczego „wielomiłość” nie jest możliwa?

- Trzeba zacząć od pewnej ważnej uwagi. Kiedy mowa o zjawiskach natury psychologicznej, wielu z nas odwołuje się do indywidualnych przypadków, podaje przykłady, wspomina jakiegoś Stefana dobrze sobie znanego i tym podobne. Tymczasem mowa jest o prawidłowościach natury statystycznej, o regularnościach. Inaczej mówiąc, w indywidualnym przypadku wszystko jest możliwe, ale przecież pojedyncze przypadki w żadnym sensie nie są reprezentatywne. Kiedy mówimy – nazwijmy to pompatycznie – o naturze ludzkiej, mówimy o prawidłowościach statystycznych. I z takiego punktu widzenia poliamoria jest i może być raczej wyjątkiem niż regułą.

Po pierwsze, można przeżywać tylko jedną emocję naraz. Po drugie, o ile można się złościć czy bać bez powodu, o tyle w przypadku miłości konieczny jest obiekt, do którego skierowane są uczucia. I tu przed orędownikami ideologii poliamorii pojawia się poważny kłopot. Bo jeśli uczucia są zawsze do kogoś adresowane, to ile można mieć tych adresów jednocześnie?

Rozumiem, że kilku nie można?

- Można, ale to przypomina trochę zbiorowe, a ściślej – poszerzone samobójstwo.

Aż tak dramatycznie?

- Jeśli prawdziwe uczucia polegają na działaniu na rzecz dobrostanu innych ludzi, to musimy się liczyć ze swoimi zasobami. Czujność, troska, wsparcie pochłaniają mnóstwo energii. Skąd ją brać?

Poza tym już samo dzielenie uczuć wydaje się wątpliwe. W fazie zakochania to wręcz niemożliwe. W fazie pustego związku, która jest ostatnim stadium przed jego rozpadem, miłość do innego partnera jest wysoce prawdopodobna, ale związek pusty to raczej gra pozorów, a więc raczej nie dzielenie uczuć.

Czy warto wołać: ”to oburzające!”: ”Norma a seks”

”Poliamoria – czy jest normalna?” – rozmowa portalu Gazeta.pl

Według definicji poliamoria jest poglądem zakorzenionym w koncepcjach równościowych, samostanowienia, wolnego wyboru dla wszystkich zainteresowanych, wzajemnego zaufania i szacunku pomiędzy partnerami.

- Wyznawcy równości, co samo w sobie jest interesujące, mają dziwną tendencję do lekceważenia tego, że wszelka równość jest zarazem ograniczeniem wolności. Wybór zawsze oznacza nierówność, a równość zawsze oznacza jakieś ograniczenie. Wszelka równość jest prawem, ale pociąga za sobą obowiązki, tak zręcznie pomijane. W żadnym razie nie lekceważyłbym pragnienia równości, ale w życiu zbiorowym, także zbiorowych związkach miłosnych, kluczową sprawą wydaje się działanie na rzecz wspólnego interesu i szacunek dla drugiego człowieka.

Kurt Vonnegut w swoim dzienniku wspomina dzień, w którym żona powiedziała mu, że go nie kocha. I bardzo się zdziwiła, że się tym nie przejął. Tymczasem – pisze Vonnegut – bardzo by się przejął, gdyby mu powiedziała, że go nie szanuje. Doskonale to rozumiem. Bo związek między ludźmi to nie tylko eksplozje namiętności, dorodnych emocji, jakaś gra lub gierka interesów osobistych, ale też umiejętność rzeczywistego szanowania drugiego człowieka. A szacunek oznacza traktowanie go jako autonomiczną wartość. Nie jako obiekt seksualny, nie jako wygodę towarzyską, nie jako instrument do załatwiania egoistycznych interesów. Zastanawiam się, czy w związkach poliamorycznych te elementy szacunku w ogóle są istotne i czy jest możliwe, aby rzeczywiście były.

Dlaczego nie miałyby być? Trudno mi się zgodzić z tym, że nie można szanować kilku osób naraz.

- Można, ale proszę się zastanowić: szanować, kochać, troszczyć się i wszystko to po równo. Wszystko z myślą o jednakowym dobrostanie partnera czy partnerów. Wiem, że to skrajne ujęcie sprawy, ale ta skrajność coś ważnego pokazuje.

Powiada się, że istotą poliamorii jest miłość jako wartość sama w sobie. Czy to jest możliwe? Czy można wyekstrahować uczucie bez związku z osobą?

- Jak wspomniałem, istotą uczuć jest przypisanie do obiektu. Kocha się kogoś, nienawidzi kogoś, jest się o kogoś zazdrosnym i tak dalej. Możliwe jest natomiast przeżywanie emocji prostych, takich jak strach, wstyd, gniew, bez związku z jakimś obiektem. To właśnie skłania mnie do wątpliwości, czy poliamoria to poszerzone uczucie, czy też niepowiązana z obiektem emocja. Czy ktoś widział na murze napis ”Kocham”? Nie. Ale widział ”Kocham Zochę”, ”Kocham Kasię”, że nie wspomnę o dobrze znanych napisach dotyczących policji czy drużyn futbolowych.

Postulat miłości samej w sobie, oderwanej od obiektu, to pozostałość po europejskim romantyzmie i powieści wiktoriańskiej. Ma on swój urok, ale daleki jest od prawdy psychologicznej.

No dobrze, poliamoria raczej nie jest normą, ale przecież może się zdarzyć. Są tacy, którzy deklarują jej przeżywanie. Kogo to może dotyczyć? Komu może się zdarzyć? Kiedy? W jakich warunkach?

- Jeśli serio potraktować opisy zjawiska, to narzuca się coś bardzo interesującego (proszę wybaczyć, że trochę trywializuję): poliamoria wymaga sporych zasobów ekonomicznych oraz dużej ilości wolnego czasu. Kto ma jedno i drugie? Kto ma choć jedno? Przede wszystkim zamożni przedstawiciele wolnych zawodów, np. twórcy. Także ludzie o wysokim statusie społecznym. Powiedziałbym nie bez pewnej złośliwości, że to ideologia niszowa, a nawet salonowa. I tu pojawiają się naprawdę ciekawe kwestie. Ciekawe, bo dotyczące zjawisk społecznych. Ciekawe, bo mniej tu miłości, a więcej potrzeby adoracji, potrzeby zachwytu czy społecznej aprobaty.

A poza tym w Magazynie: 

Był to człowiek prawy 
Pewnie niczym niewinne dziecko tęsknię za światem, w którym dobro jest po jednej stronie, a zło po drugiej. A może taki świat powinien być nie tylko chłopięcymi fantasmagoriami? Rozmowa z Władysławem Pasikowskim, autorem filmu o Ryszardzie Kuklińskim ”Jack Strong”
Szpiegowanie jest niemoralne 
Tak pisał 16 lat temu Adam Michnik o pułkowniku Kuklińskim
W górach wolno więcej 
Jeżeli sukces zależy od tego, czy złamię zasadę, to ją łamię – mówi Janusz Onyszkiewicz, himalaista, szef Polskiego Związku Alpinizmu
Miasto przeklęte 
Śmierć pijanej kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, która z kijem bejsbolowym zatrzymywała auta. Pijany motorniczy zabijający przechodniów. Poćwiartowane i ukryte w beczkach dzieci… To nie przypadek, że zdarzyło się to w Łodzi
Zdrada naiwnych krzyżowców 
Katastrofalne szkody wyrządzone przez Snowdena przyćmiewają wszystkie dokonania zdrajców i donosicieli z czasów zimnej wojny
Emeryt na łasce hazardu 
Nikt poza ZUS-em nie ma prawa dysponować pieniędzmi z naszych emerytur: ani rząd, ani prywatne firmy, ani nawet my sami
Tropił Żydów, wytropił siebie. Podwójne życie lidera węgierskich nacjonalistów
Csanád Szegedi, działacz Jobbiku, głosił, że pochodzi ze starej węgierskiej rodziny, żadnych obcych wpływów. Walczył o Wielkie Węgry. Skończyło się. Szokiem
Prowadził ich Pete Seeger 
Dziennik ”Guardian” nazwał go człowiekiem, który nauczył Amerykanów śpiewać. Był jednak kimś więcej – sumieniem i duchowym liderem postępowej Ameryki

Wyborcza.pl

 

Wydarzenie roku – Pożar w Burdelu. Niezwykły kabaret o Warszawie

Izabela Szymańska, 02.02.2014
KASIA CHMURA-CEGIEŁKOWSKA/TEATRALNA.COMKASIA CHMURA-CEGIEŁKOWSKA/TEATRALNA.COM (Fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska / Teatralna.com)
Wczoraj w Tatrze Studio w Warszawie twórcy kabaretu odebrali Wdechę – kulturalną nagrodę „Gazety Co Jest Grane” – w kategorii Wydarzenie Roku 2013. Izabela Szymańska wieściła ten sukces już na początku roku. Przypominamy jej marcowy reportaż o fenomenie Pożaru w Burdelu.
„Ra-jan! Ra-jan!” – skanduje publika w nabitej do ostatniego miejsca widowni Klubu Komediowego Chłodna. Ludzie chcą, by Anna Smołowik zaśpiewała jeszcze wyznanie miłości do aktora Ryana Goslinga. Ania wychyla się zza czerwonej kurtyny i intonuje: „Spotkałam cię w kinie któregoś wieczora…”. A publika szaleje.

Na początku był kryzys. Rok temu wiosną klubokawiarni Chłodna 25 skończyło się pozwolenie na sprzedaż alkoholu. Sąsiedzi z kamienicy, w której mieści się lokal, nie zgodzili się na jego odnowienie. Klubowi groziły poważne problemy finansowe. A przecież to Chłodna 25 pod koniec 2004 roku rozpoczęła nową erę niezależnej kultury w mieście. Szybko stała się centrum życia młodej Warszawy: można tu było spotkać i muzyków z wytwórni Lado ABC, i lokalnych polityków, i działaczy organizacji pozarządowych. Grzegorz Lewandowski, założyciel klubokawiarni, wykreował modę na interesowanie się sprawami miasta, dzielnicy. Miejsce stało się marką – jeśli ktoś tam debiutował, wiadomo było, że wart jest uwagi. No i w końcu wszyscy w Warszawie dowiedzieli się, gdzie jest ulica Chłodna.

Kiedy jednak zabrakło alkoholu, miejsce z dnia na dzień opustoszało. Wtedy Grzegorz Lewandowski razem z aktorem Rafałem Rutkowskim i Michałem Sufinem z teatru Klancyk zdjęli szyld „Chłodna 25″ i powiesili nowy: „Klub Komediowy Chłodna”. I znowu, żeby tam wejść, trzeba używać łokci.

ŚWIĄTYNIA OPATRZNOŚCI: – Czuję niepokój, kiedy się tak wijesz wokół mnie, Traso Toruńska.
TRASA TORUŃSKA: – Bo mnie kręcisz, szelmo.
ŚWIĄTYNIA OPATRZNOŚCI: – Au, au, nie drażnij mojej kopuły. A wy kurduple czego?
DOMKI FIŃSKIE: – To my, domki fińskie z Jazdowa.
ŚWIĄTYNIA OPATRZNOŚCI: – Dlaczego jesteście gołe, małe zboki?
DOMKI FIŃSKIE: – Burmistrz Śródmieścia nas rozbiera!
Cytaty pochodzą z kabaretu „Pożar w burdelu” Macieja Łubieńskiego i Michała Walczaka.

Dziś Klub Komediowy Chłodna to jedna z prężniej działających scen teatralno-rozrywkowych w Warszawie – czytelnicy „Gazety Co Jest Grane” przyznali mu Wdechę w kategorii „Miejsce Roku”. W małej sali w piwnicy prawie co wieczór coś się dzieje. Program układa Michał Sufin z Teatru Improwizowanego Klancyk. Udało mu się zgromadzić grono stałych współpracowników.

Raz w miesiącu nowe odcinki kabaretu „Pożar w burdelu” piszą Michał Walczak i Maciej Łubieński. Michał także spektakle reżyseruje, a Maciej jest jednym z aktorów – gra prof. Maxa Hardkora. „Pożar…” to współczesny Kabaret Dudek. Walczak, jeden z najciekawszych dramatopisarzy i reżyserów młodego pokolenia, którego sztuki można było zobaczyć m.in. w Teatrze Powszechnym, świadomie odsunął się od teatru instytucjonalnego. Na Chłodnej zebrał grupę aktorów, którzy na co dzień grają na scenach prywatnych, ale też w Teatrze Narodowym czy Lalce. Świetnie do siebie pasują i tworzą szalony burdelzespół. Ich spektakle to kontrolowany chaos pełen surrealistycznych skeczy i piosenek.

Teksty są osadzone w naszej, stołecznej codzienności. Burdel to Warszawa. Dzieli się na charakterystyczne burdelkrainy, jak plac Zbawiciela z kawiarnią Charlotte czy Miasteczko Wilanów, w którym rozgrywają się sceny z życia młodego małżeństwa „Szepty i krzyki spod bazyliki”. Występują również stołeczne symbole – Syrenka z depresją, którą leczy psychoterapeuta miasta dr Janusz Fak, albo też wykluci ostatnio rainbowwarriors, czyli obrońcy tęczy na placu Zbawiciela.

Michał Walczak: – Przedwojenna Warszawa była miastem karnawału. Dziś brakuje nowoczesnej rozrywki. Mamy patetyczny główny nurt sztuki i kolejne wystawienia „Zemsty”, a zdrowemu miastu potrzebna jest też alternatywa, krzywe zwierciadło. Nie wiem, czy kogoś bierze oglądanie idoli naszych rodziców? Rozrywka nie jest czymś nostalgicznym, każde pokolenie musi mieć swoją.

Maciej Łubieński: – Warszawa jest miastem poważnym, nadąsanym – to jest jakiś błąd tej epoki! Trzeba się otworzyć, wyluzować, przypajacować trochę.

Postaci i kolejne scenariusze „Pożaru…” wymyślają, obserwując znajomych, pracujących z nimi aktorów i siebie samych. Łubieński – zanim trafił do „Pożaru” – był redaktorem, pisał przewodniki historyczne i skecze komediowe dla Rafała Rutkowskiego.

Maciej Łubieński: – Profesor Max wziął się stąd, że mam w sobie taką inteligencką, pretensjonalną pozę. Chciałbym być Maxem, lubię go, kobiety zwracają teraz na mnie uwagę. Czuję, że w życiu nie przeżyję tego, co przeżywam jako mój bohater, więc coraz bardziej zamierzam stawać się nim. Czytam po nocach te Don Kiszoty i Fausty, żeby sprostać. Presja jest duża.

Michał Walczak: – Ogromną siłą naszego kabaretu są aktorzy, którzy – jak wszyscy młodzi warszawiacy – bardzo się zmieniają. Z biernych osobowości, które marzą o etacie i chcą, żeby pan dyrektor ich przytulił, robią się odważni ludzie, wolni strzelcy, którzy potrafią poruszać się w niepewnej rzeczywistości.

JANUSZ FAK:
Jakie twarde, spięte plecy
Mój masażyk cię uleczy
Rękę, łydkę, szyję, brzuch
Nie za mocno? Powiedz?
SYRENKA: Uuuch!
JANUSZ FAK: W brzuchu kredyt, rozwód w nodze,
Zaufaj mej seksualnej jodze
Chłód w kolanach, w piersiach lęki
Czego chce ciało syrenki?
Masaż song, masaż song.

Na Chłodnej występuje też zespół Betty Q & Crew, pionierki burleski w Warszawie. Jego show zawiera elementy kabaretu, są przerysowane, uwodzą widza, a stojąca na scenie Betty – rozbiera się. Czy to jeszcze sztuka, czy już striptiz? – Nie interesuje mnie rozbieranie się dla samego rozbierania. Każdy nasz występ ma teatralną formę, wszystko w nim czemuś służy: zdjęcie rękawiczki, rekwizyt. Musi to nieść jakiś sens – wyjaśnia Betty Q. W odcinku „Odleć z Betty Q” dziewczyny w czerwonych strojach stewardes zabierają widzów w podróż: odgrywają dwuznaczne sceny pokładowe czy zrzucającą szatę Statuę Wolności – na koniec Betty zostaje w jeansowych szortach, z nalepionymi na nagich sutkach dolarami.

Betty Q: – Dostaję zaproszenia, żeby występować na firmowych eventach. Organizatorzy zastrzegają czasem, że np. nie mogę pokazać gołych piersi. Na Chłodnej mogę wszystko. To miejsce na eksperyment i dyskusję o modelach kobiecości. Dziewczyny z mojego zespołu mają bardzo różne figury, ja mam wyraźnie zarysowane biodra, pupę, a mogę zrobić pociągający show. Grunt, żeby umieć to rozegrać. Przez lata trenowałam wiele technik tańca, np. taniec brzucha, i występowałam w teatrze amatorskim w Piasecznie. Nauczyłam się, jak być świadomym swojego ciała. Czasami wystarczy obszyć stanik lamówką, nałożyć brokat, cekiny i już jest show! Poznanie siebie przydaje się też w życiu. Całą noc denerwowałam się zgubionym telefonem, więc dziś rano mocno pomalowałam usta na czerwono, żeby nikt nie zwracał uwagi na moje zapłakane oczy.

Na Chłodnej występuje bardzo blisko widzów. Jednym spojrzeniem jest w stanie ośmielić ich do odważniejszych reakcji na pozbywanie się kolejnych części garderoby. Betty Q: – Numer trwa pięć minut, więc żeby publiczność cię zapamiętała, musisz stworzyć wyrazistą postać, obrazek, mieć charakterystyczny kostium. Na spektakle przychodzą osoby 30-, 40-letnie, więcej jest dziewczyn, i to one częściej piszczą. Faceci się wstydzą. Może boją się, że ktoś pomyśli: pewnie się podniecił.

Prof. Max Hardkor (śpiewa)

Kochałem cię strasznie mała
Twój dzióbek no i pióra
Teraz gdy leżysz martwa
W mym sercu rośnie dziura
Huhu, huhu, huhu
Today I’m very sad
Because sowa z parku
Krasińskich is dead

Największe doświadczenie komediowe wśród twórców pracujących na Chłodnej ma Rafał Rutkowski. Aktor związany z teatrem Montownia występuje tu z one-man show, zwanym też stand-up comedy. To trudny rodzaj występów, bo nie można, jak w teatrze, schować się za postacią. Wieczór składa się z serii skeczy, dowcipów, które aktor wypowiada niejako prywatnie, w swoim imieniu.

- Uwielbiam tę zatęchłą piwnicę. Jest syfek, troszeczkę zasmarkana kurtynka, plastikowe niewygodne krzesła, wszystko jak trzeba. Atmosfera undergroundowa w dobrym tego słowa znaczeniu – mówi Rafał Rutkowski. – Na początku myśleliśmy: to za mała powierzchnia, mieści się tu maksymalnie 80 osób, z biletów nie zarobimy. Ale Chłodna jest autentyczna, tego się nie kupi za żadne pieniądze. Nawet jak jestem totalnie zmęczony i o 21.30 idę tam z nosem przy ziemi zagrać „Tańczącego z myślami”, to kiedy wychodzę naprzeciw ludzi i zaczyna się między nami rodzaj flirtu – nagle siły wracają. Chyba kradnę energię od widzów.

Jakie żarty się sprawdzają? Z czego ludzie się śmieją? Rutkowski: – Działają te, które są w interesujący sposób śmieszne. Zawsze seks i wszystkie tematy wokół niego. Teksty obyczajowe, stosunki międzyludzkie, rodzina. Wszystko, co związane z Kościołem, religią – ludzie chcą słuchać na ten temat. Słabo działa polityka – nie przebijemy tego kabaretu, który jest w realnym świecie.

Maniek (śpiewa)
Wiem, że jestem smętny
Piękny i ponętny
Lecz miłości nie chcę, o nie
Bo ja lubię być na dnie, oł je
Warszawa mnie męczy
Jam podpalacz tęczy.

Na Chłodnej Rutkowski dzieli scenę z całą grupą najmłodszych komików. Występują z teatrem Klancyk, prezentują swoje stand-upy.

- Komediowy występ jest dobry, kiedy uda się nawiązać kontakt z ludźmi: wtedy to jest orgia ego. Siedząc na widowni, lubię mieć poczucie, że spotkałem kogoś, kto powiedział mi coś o swoim świecie i częścią tego świata jest poczucie humoru. Nasz Klancyk nie zawsze jest śmieszny. Z improwizacją jest trochę jak z jazzem: ciekawe jest, jak wykonawcy zagrają ze sobą, co tym razem uda się zrobić – mówi Michał Sufin.

Fenomenem klubu są wieczory anegdot „Nawijak”. Pomysł wydaje się banalnie prosty: wokół stołu siada kilkanaście lub kilkadziesiąt osób i opowiadają historie. Jeśli któraś spodoba się słuchaczom, występujący dostaje kieliszek zimnej wódki, jeśli nie – ciepłej. Michał Sufin: – Na początku jest stres, nieśmiałość, a na koniec już taki poziom fraternizacji, że zdarza się, że ktoś poprawia: „mówi się wziąłem, a nie wzięłem”. To nie jest konkurs na najlepsze opowiedzenie kawału. Najgoręcej przyjmowane są prawdziwe historie: o cioci, pierwszej randce, dziewczynie, która rzuciła. Sensem jest spotkanie przy stole.

ŚNIEŻYNKA (śpiewa)
Śniadanie na Chłodnej
Nie jesteś mnie głodny
Odwracasz swój wzrok
Grzesiu, skąd ten mrok?
MIKOŁAJ: – Kim jest Grzegorz?
ŚNIEŻYNKA: – Kochałam go skrycie. Ale zombie go porwały, jak wielu cennych aktywistów.
DZIKA AGNES: – Musimy odbić naszych braci. Przywrócić dawną Warszawę!
BURDELTATA: – Przepraszam państwa, jeśli akcja chwilami się rozłazi. Nie wiadomo, o co chodzi. Takie czasy, rozedrgane, pełne niepokoju. Właśnie dostałem wiadomość, że coś złego dzieje się w nocnym metrze. Tłumione instynkty wybuchają!

Grzegorz Lewandowski: – Chłodna 25 chciała zmieniać rzeczywistość. Za nowym szyldem Klub Komediowy Chłodna stoi to samo. Przychodzę na stand-up i on mówi mi coś o moim świecie. Sufin robi na przykład wieczór „Chłodna z ostatniej chwili”, w którym wyśmiewa się z mediów. Komicy na luzie podejmują aktualne sprawy, możesz uczestniczyć w czymś, co nie jest prymitywnym kabaretem, tylko rozrywką na poziomie. Dziś to są młodzi ludzie. Ale za 20, 30 lat będziemy wspominać Klub Komediowy z łezką w oku, bo jego twórcy będą już klasykami.

 

Wyborcza.pl

 

Manifestyn

Sławomir Mizerski mój idol, pióro wybitnie satyryczne, nieosiągalne w swej finezji i precyzji obnażania głupoty i farsy polityczno-obyczajowej to raz. Dwa to niedościgniona kreska kpiarza Mleczki Andrzeja, który z chirurgiczną precyzją tnie polski zabobon (podglądałem go ileż to razy na krakowskim rynku jako wyświechtany redaktor pisma ambitnego, naznaczonego jednak odium przeszłości współcześnie twórczo analizowanej).

 

Premiera ksiażki "Resortowe dzieci. Media".
Premiera ksiażki „Resortowe dzieci. Media”. • Fot. Kamil Sikora / naTemat

I może jeszcze Stasiu Mancewicz, umysł wyzwolony, wyposażony w kpinę i ironię bezpardonowo smagającą polski banał. Na zagrychę zawsze był Stanisław MISTRZ Tym i Jerzy CHWIEJNĄ LITERATURĄ RZECZYWISTOŚCI OBDARZAJĄCY Pilch. Sosem, zasmażką, cudowną bejcą na tej pieczeni dopełnia obraz Marek DEGUSTACJI CELEBRANT Raczkowski.

Co ich w dzisiejszych czasach łączy? Że mimo tylu kalorii nie tyję i trawię tę Polskę, dystrykt uzurpatorów, ludzi często pozbawionych pierwotnego wstydu, politycznych troglodytów i medialnych bardów, co na swej dziennikarskiej mandolinie pier… coś w stylu „zazuzi zazuza”.

Proklamuję tedy, aby wzorem tych „esdepowskich” zajazdów, które w swej misji nie ustają w krzewieniu nowej niepokornej misji paprania polskiego dziennikarstwa, stworzyć byt odmienny, otoczony fiołem pozytywnym, którego żaden betonowy kichoł nie poczuje. I pojechać z mizerią na całego, przekłuć ten balon, dać odpór tej napuszonej i durnej retoryce. Po prostu powiedzieć – jesteśmy i będziemy. Pierdoły nas nie dotyczą, choć szczerze jesteśmy zainteresowani tą produkcją, bo nie ma to jak tłuc w klawiaturę czy krzywić kreskę natchnionym będąc tą Kaniowo/Targalską fuchą.

A tak w ogóle to kochajmy się z ograniczonym zaufaniem i durexowską odpowiedzialnością, bracia niepokorni!

naTemat.pl 

 

Dr Monika kilka razy w tygodniu leczy bezdomnych. I co wy na to? Nic.

Opamiętajmy się w ocenach polskich lekarzy. Neurochirurg w USA przeszedł do pacjenta 10 kilometrów przez śnieg i rozeszło się to po świecie jako przykład heroizmu lekarskiego. Takich lekarzy jest wiele. Zaryzykuję, że w Polsce może być ich więcej niż w USA. Wszystko zależy od tego gdzie medialne ucho zostanie przyłożone.

 

Dr Monika M. przyjmuje bezinteresownie pacjentów w poradni dla bezdomnych

Dr Monika przyjmuje BEZINTERESOWNIE pacjentów w Przychodni dla bezdomnych w Warszawie. Każdego dnia, gdy przyjmuje, ma ok. 15 pacjentów. Jest pulmonologiem. Jest wyczulona na choroby płuc i na gruźlicę. Zorganizowała na Facebooku akcję zbiórki pieniędzy na zdjęcia rentgenowskie dla bezdomnych, żeby zapobiegać szerzeniu się chorób płuc i gruźlicy. Pośrednio taka akcja chroni nas wszystkich.

Każdy dzień dr Moniki w Przychodni dla bezdomnych w Polsce jest większym wyczynem niż 10 km marszu amerykańskiego neurochirurga przez śnieg.

Przykładowe informacje od Moniki:

„Wtorek, wieczór bardzo późny ale dzień był w Poradni dla Bezdomnych bardzo ciężki z powodu bardzo chorego pacjenta z ogromnymi uszkodzeniami skóry. Wymagał hospitalizacji. Dziękuję serdecznie zespołowi Pogotowia Ratunkowego 026 P za pomoc!”

„Myślę o powodzeniu mojej akcji małej walki z gruźlicą, mamy już środki na 70 badań!”

Zamiast nagonki na polskich lekarzy nagłaśniajmy postawy lekarzy, którzy wbrew warunkom (ekonomicznym, systemowym i Bóg wie jakim jeszcze) są heroiczni lub choćby robią swoje nie oglądając się na system, okoliczności ani na media.

Jako lekarz rzucam rękawicę. Czekam na informacje o następnych takich lekarzach.

naTemat.pl

 

Violetta Rymszewicz – Witajcie w świecie bez kariery

Masz kiepską, źle płatną pracę bez szans na awans? Co zrobisz, żeby wyjść z potrzasku?

 

http://cyberpr.com/assets/bigstock-businessman-with-hat-in-front-42328192.jpg

Piszecie do mnie regularnie. Dziękuję za wszystkie maile i każdy kontakt na FB. Od pewnego czasu, we wszystkich wiadomościach od Was, jeden temat i jedno pytanie wraca jak bumerang. Wygląda mniej więcej tak:

„Właśnie skończyłem (łam) 30 lat i nadal szukam swojego miejsca w życiu. Szukam celu, zwłaszcza zawodowego. Mam skończone studia i nie mam pracy. Wszystkie drzwi do których pukam są dla mnie zamknięte. A muszę przecież za coś żyć, muszę zarabiać. Co mam zrobić ze swoją karierą?”

Dzisiejsi trzydziestolatkowie odziedziczyli po nas, nieco starszych, nieaktualną wizję kariery. Młodsi pamiętają jeszcze, że kiedy 20 lat temu wchodziliśmy na rynek pracy biły się o nas zachodnie banki, firmy doradcze, agencje reklamy i franchising. Wystarczyło skończyć studia, znać angielski, być wygadanym ekstrawertykiem i kariera stała otworem. Zarabialiśmy spore pieniądze. Nie mieszkaliśmy z rodzicami. Własne mieszkania tuż przed trzydziestką nie należały do rzadkości. Wy – nieco młodsi – też o tym marzycie, prawda?

Problem w tym, że macie pecha…

Nie ponosicie przecież odpowiedzialności za kolejne krachy na giełdach. To nie Wasza wina, że kryzys z 2008 roku przeorał dotychczasowy kształt i porządek rynku pracy. Nie jest Waszą winą, że co czwarty młody mieszkaniec Europy nie ma pracy.

Co macie wspólnego z faktem, że młodzi w Europie i Stanach pracują za marne pieniądze, na śmieciówkach i poniżej kwalifikacji? I Wy i my – nieco starsi – próbujemy przetrwać w warunkach rynku pracy, których nikt się nie spodziewał i nie mógł przewidzieć.

Ze starych norm i zasad zostało niewiele. Zauważcie, że jeszcze do niedawna pracowało się w biurach, w ramach stałych godzin. Dzisiaj biuro nosimy w teczce i kieszeni płaszcza. Mamy telepracę i nieograniczone godziny jej wykonywania.

Jeszcze niedawno zespołem rządził szef, który niepodzielnie decydował o tym co i ile wie pracownik. Królowała idea liderskości i kontroli opartej na strachu przed zwolnieniem. Dzisiaj pracujemy w zespołach projektowych. Każdy odpowiada za swój zakres prac i bez ograniczeń dzielimy się informacjami. Nikt nie kontroluje ile i jak szybko pracujemy – projekt ma być zamknięty na czas.

Tak zwani „skuteczni liderzy” powoli wymierają jak dinozaury, zastępują ich nowe narzędzia zarządzania – inspirowanie do zmian, angażowanie i awans przez dodawanie uprawnień.

Jeszcze niedawno podstawowym narzędziem komunikacji był mail. Dzisiaj – mail jest dodatkiem do SMS-ów, MMS-ów i videokonferencji.

Do pełnego obrazu zmian dodajmy jeszcze, tzw. cloud technology. W miejsce tradycyjnych serwerowni i biur administratorów powstają „wirtualne” centra obsługi i ochrony danych. Można mieć świetnie działającą firmę informatyczną, pracować we własnym łóżku i nie przejmować się serwerami, gromadzeniem i ochroną danych.

Jeśli dobrze się nad tym wszystkim zastanowić jesteśmy świadkami prawdziwej rewolucji.

Witamy w świecie bez kariery

Rzecz w tym, że każda rewolucja dostarcza ofiar i zmiata z powierzchni stary porządek. Ofiarami rewolucji na rynku pracy jesteśmy wszyscy, a nowy porządek dopiero się tworzy.

Podam Wam przykład. Często pytam osoby, które proszą mnie o poradę: „Wyobraź sobie, że masz kiepską, źle płatną, mało rozwojową pracę bez szans na awans. Co zrobisz, żeby wyjść z potrzasku?”

Zdecydowana większość odpowiada – zmienię pracę. Ale jak, skoro pracy nie ma? Ściślej mówiąc – jest, ale poszukujący często nie mają kompetencji, żeby ją zdobyć. W świecie zachodnim szaleje, tzw. luka kompetencyjna. Pracodawcy oferują pracę, której nie ma kto wykonywać, bo kandydatom brakuje odpowiednich umiejętności i wykształcenia.

W Polsce luka kompetencyjna jest szczególnie dotkliwa. Młodzi, bezskutecznie poszukujący zajęcia, płacą wysoką cenę za to, że uwierzyli w mit ogólnego wykształcenia, które rzekomo gwarantuje elastyczność na rynku pracy. Po kryzysie z 2008 roku, wykształcenie typu „brak zawodu” gwarantuje tylko długotrwałe bezrobocie.

Przygnębiająco rzadko słyszę od Was odpowiedzi w stylu – „założę własną działalność. Zmierzę się z rynkiem, który nagradza i płaci za kreatywność i przedsiębiorczość.”

Dojmująca większość z Was marzy o pracy w XX-wiecznym stylu. Ze stałą pensją, ubezpieczeniem i świętym spokojem w roli bonusu. Równocześnie marzą się Wam szybkie kariery i wielkie pieniądze. Zła wiadomość jest taka, że żadne z tych oczekiwań prawdopodobnie nigdy się nie spełni.

Przede wszystkim dlatego, że stary porządek rynku pracy jest już nieaktualny. Stała praca na etacie będzie dobrem dla wybranych. Normą w świecie zachodu są wszelkie odmiany prac na kontraktach. Nie ma co marzyć o wieloletnim zatrudnieniu dla tego samego pracodawcy. Kariera w starym stylu – krok po kroku w górę – też należy już do przeszłości.

Skazani na przekładanie paczek w magazynach Amazona

Przyszłość nie jest różowa. Młodzi po studiach ogólnych będą skazani na przekładanie paczek w magazynach Amazona, pracę w Call Centres i na najniższych stanowiskach w handlu. O karierze możecie zapomnieć, chyba że podejmiecie ryzyko pracy na własny rachunek. Na arcytrudnym pokryzysowym rynku jak nigdy liczą się oryginalne pomysły, kreatywność, innowacyjność, przedsiębiorczość i wąskie, niszowe umiejętności. Żadnej z tych kompetencji nie nauczy Was szkoła ani studia.

Zresztą te niedobory wyraźnie widać w statystykach. Według raportu Global . Entrepreneurship Monitor – Polska 2012 aż 64% kobiet i 53% mężczyzn w Polsce boi się pracy na własny rachunek, pomimo posiadanej wiedzy teoretycznej i kompetencji.

Najodważniejsi młodzi wyjadą z kraju. I to nie dlatego, że Polska jest kiepskim miejscem do życia. Raczej po to, by zaspokoić ambicje i sięgnąć po więcej niż ma do zaoferowania ułomny, polski rynek pracy.

Prosicie o radę więc ośmielę się jej udzielić.

1. Nie sądźcie o rynku i współczesnych warunkach pracy tylko na podstawie Polski. U nas, w wielu obszarach (innowacyjność, kreatywność biznesowa, nowoczesne zarządzanie, nowe formy zatrudnienia) nadal panuje XIX-wieczny kapitalizm.
2. Zastanówcie się. Dobrze się zastanówcie zanim…. pójdziecie na studia. Nie chodzi o to, żeby nie studiować. Rzecz w tym, żeby studiować z głową. Wybierzcie studia, które uczą wymiernych kompetencji – języków obcych, programowania, przepisów prawa, medycyny, ekonomii. Koniecznie uczcie się konkretów.
3. Z dystansem podchodźcie do rad, że studiowanie filozofii, historii lub nauk politycznych da Wam pracę. Rynek co prawda szuka kreatywnych i innowacyjnych, ale rzecz w tym, że każda kreatywność musi być poparta solidną wiedzą teoretyczną i techniczną.
4. Na międzynarodowym rynku pracy liczą się bardzo wąskie specjalizacje i niszowe zawody.
5. Uczcie się wielu języków obcych. Mamy globalizację i otwarte rynki pracy. Jeśli umiecie się porozumieć możecie znaleźć pracodawcę na drugiej półkuli, komunikować się przez sieć i nigdy nie poznać go osobiście.
6. Jeśli już studiujecie – koniecznie skorzystajcie z programu Erasmus – zmienicie środowisko, nauczycie się języka. Ale przede wszystkim wrócicie do kraju z zachodnim dyplomem Master.
7. Obniżcie oczekiwania wobec kariery i zarobków. CV absolwenta bez doświadczenia zawodowego to tylko CV absolwenta bez doświadczenia zawodowego. Doświadczenie ma wartość – już na studiach szukajcie praktyk i pracy w zawodzie.
8. Zapomnijcie o drabinie kariery. Ten model rozwoju zawodowego minął razem z kryzysem w 2008 roku.
9. I wreszcie – nie bójcie się własnej działalności i zakładania start-upów. Polacy są sprytni, bystrzy i pracowici. Kto wie – może chowa się wśród Was polski Steve Jobs?

_______________________________

Do poczytania:

Jaki jest Twój potencjał zawodowy?

Jak wybrać ścieżkę kariery?

Raport z badania Global Entrepreneurship Monitor – Polska 2012. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości

Czasopismo Startup Magazine

Marta Piątkowska: O robieniu kariery nawet nie myślę. Zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie”. Cyfrowy tayloryzm – koniec ciekawych posad?

naTemat.pl

 

Woody Allen i wyznanie córki o gwałcie na strychu

Mariusz Zawadzki (Waszyngton), 03.02.2014
Dylan FarrowDylan Farrow (Fot. kristof.blogs.nytimes.com)
„Jaki jest wasz ulubiony film Woody’ego Allena? Zanim odpowiecie, dobrze by było, żebyście wiedzieli: kiedy miałam siedem lat, Woody Allen wziął mnie za rękę i zaprowadził do ciemnego pokoju na strychu. Kazał mi położyć się na brzuchu i bawić kolejką elektryczną brata. I wtedy wykorzystał mnie seksualnie. Szeptał, że jestem dobrą dziewczynką i że to będzie nasz sekret. Że zabierze mnie do Paryża i będę gwiazdą w jego filmach”.
Autorką tych słów jest Dylan Farrow, adoptowana córka Allena, która obecnie ma 28 lat i pod zmienionym nazwiskiem mieszka gdzieś na Florydzie. Jej wyznanie ukazało się w sobotę na blogu Nicholasa Kristofa w „New York Timesie”. To jeden z najlepszych i najrozsądniejszych dziennikarzy tej gazety.Jak słusznie zauważa Kristof, o skandalu powiedziano i napisano już prawie wszystko, ale oto po raz pierwszy – sama, z nieprzymuszonej woli – zgłasza się do tablicy jego córka. Po długich 22 latach, bo słynny tata zabrał ją na strych w sierpniu 1992 r. Czas publikacji jest nieprzypadkowy. Dwa tygodnie temu Woody dostał Złoty Glob za „całokształt twórczości” i odżyła nieśmiertelna dyskusja, czy ktoś, kto ma takiego trupa w szafie – molestowanie siedmioletniej córki – zasługuje na zaszczyty i nagrody. Jak zwykle rytualnie narzeka się na moralnie upadłe Hollywood, czy szerzej – całe środowisko artystyczne, które zamiast bojkotować zboczeńca, zachowuje się, jakby nic się nie stało.

Córka Woody’ego nie może się z tym pogodzić i pyta: „A gdyby to było twoje dziecko, Cate Blanchett? Albo twoje, Scarlett Johansson? Wyobraźcie sobie, że Woody Allen zabiera waszą siedmioletnią córeczkę na strych. Wyobraźcie sobie, że przez całe życie będzie ją mdliło na wspomnienie tego nazwiska. Wyobraźcie sobie, że cały świat będzie wychwalał jej prześladowcę. Możecie sobie to wyobrazić? To teraz powiedzcie mi, jaki jest wasz ulubiony film Woody’ego Allena?”.

Artyście wolno więcej niż zwykłemu śmiertelnikowi? Takie przeświadczenie – wyjątkowo irytujące i idiotyczne – pobrzmiewało w głosach niektórych obrońców Romana Polańskiego, kiedy kilka lat temu został aresztowany w Szwajcarii i groziła mu deportacja do USA. Historie obydwu reżyserów wydają się podobne, z tym że Woody wypada gorzej, chodzi bowiem o siedmioletnią córkę, a nie o 13-letnią nimfetkę, z którą Polański zażywał rozkoszy w basenie Jacka Nicholsona, wcześniej odurzywszy ją szampanem i pigułkami.

Jednak podobieństwo jest pozorne. W sprawie Polańskiego fakty zostały ustalone ponad wszelką wątpliwość. A w sprawie Woody’ego nie sposób stwierdzić, kto mówi prawdę.

Przypomnijmy: latem 1992 r. aktorka Mia Farrow, która od 12 lat pozostawała w nieformalnym związku z Woodym, odkryła w jego rzeczach nagie zdjęcia swojej 20-letniej córki Soon-Yi, adoptowanej kiedyś w Korei. I natychmiast – co zupełnie zrozumiałe – zapałała do swojego partnera czystą, piękną nienawiścią, która trwa do dzisiaj. Tabloidy pisały, że Woody ma romans z własną córką (tzn. pasierbicą), co wszakże było grubą przesadą. Woody i Farrow nigdy nie żyli razem. Mieli osobne mieszkania, on u niej nie nocował, nie zajmował się jej dziećmi poza trójką, którą mieli wspólnie (adoptowali Dylan i Mosesa, a spłodzili Ronana).

Cztery miesiące po odkryciu romansu Woody przyjechał z wizytą do domu Farrow. Nie byli już wtedy parą i przez prawników negocjowali, kto będzie wychował trójkę wspólnych dzieci. Woody bardzo chciał pozostać ich ojcem. I wtedy rzekomo zabrał córkę na strych, co – biorąc pod uwagę okoliczności i zabiegi o ojcostwo – wydaje się bezsensowne (choć z drugiej strony zboczeńcy nie są racjonalni).

Dowiedziawszy się o strychu, Farrow nagrała wyznanie córki na wideo. Ale nie jednym ciągiem – wielokrotnie uruchamiała i zatrzymywała kamerę. Niania zeznała, że nagrywanie trwało kilka dni. Lekarze ze szpitala Yale-New Haven, którzy dokonali obdukcji dziewczynki i przeprowadzili z nią wywiad, po pół roku orzekli: molestowania nie było. Stwierdzili u niej tendencję do konfabulacji; sama wielokrotnie przeczyła sobie w zeznaniach. Prokuratura nie postawiła Allenowi żadnych oskarżeń.

Po lekturze „New York Timesa” mało kto oskarży Dylan o kłamstwo. Jej wyznanie jest zbyt mocne, żeby było zmyślone. Jej trauma jest prawdziwa. Ale niestety, nie wiemy, kto ją wywołał – ojciec zboczeniec czy oślepiona nienawiścią matka, która zrobiła pranie mózgu dziewczynce i wszystko jej wmówiła?

Powtórzmy, nienawiść była zrozumiała. Woody Allen nie jest wzorem dla młodzieży. Ale czy jest zboczeńcem – tego nie wiemy.

 

Wyborcza.pl

Jak żyć z dala od PiS

Jacek Żakowski, 03.02.2014
Donald TuskDonald Tusk (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)
- Jak żyć, panie premierze? – pytał słynny Paprykarz. – Z dala od PiS – odparł premier. Bardzo dobra rada. Ale proszę nas lepiej przekonywać. Kiedy sześć lat temu PO zaczynała rządzić, większość wyborców wiedziała, dlaczego trzeba odsunąć PiS od władzy. Potem ta pewność zaczęła zanikać. I dalej zanika.
Po pierwsze, żadne PiS-owskie ekscesy nie zostały potwierdzone wyrokiem. Nikt nie siedzi za skierowaną przeciw parlamentarnej partii prowokację, która zniszczyła Samoobronę i Andrzeja Leppera. Nikt nie odpowiedział za śmierć Barbary Blidy ani za bezpodstawne represje i oszczerstwa pod adresem uniewinnianych później lekarzy, prawników, biznesmenów. Zdewastowanie wywiadu też pozostało bezkarne. Tak Platforma sama zdezawuowała zarzuty, które uzasadniały odsunięcie PiS.Dlaczego więc zwyczajny wyborca ma się trzymać daleko od PiS? Dlatego, że jeśli PiS wygra, to Macierewicz pod byle pretekstem wsadzi do więzienia Tuska i jego kolegów? Dlatego, że Lipiński zmieni zarządy i rady nadzorcze państwowych spółek i agencji? Dlatego, że do mediów publicznych gremialnie wrócą rozhisteryzowani „niepokorni”? Co to obchodzi zwykłego człowieka?

Normalnemu wyborcy wszystko jedno, który polityk będzie siedział w kiciu, a który w fotelu władzy. Ważne jest, jak władza urządza nam życie. A w najważniejszych dziedzinach koalicja wiele robi, by nas do siebie nie przekonać.

W zdrowiu PO spartoliła, co mogła. Nie potrafiła usensownić wycen w NFZ, nie wprowadziła systemu oceny usług z punktu widzenia pacjentów, nie wdrożyła sieci szpitali ani koszyka usług, nie ucywilizowała relacji sektora prywatnego z publicznym ani zatrudniania lekarzy, nie zadbała o kształcenie tylu lekarzy, ilu nam potrzeba.

Doprowadziła do eksplozji kosztów i pogorszenia usług, zdewastowała relacje lekarz – pacjent, zwiększyła dystans do innych krajów Unii. A teraz skutki swojej nieudolności chce przerzucić na słabszych, wprowadzając „dodatkowe ubezpieczenia”. Uprzywilejowuje silniejszych i da zarobić firmom ubezpieczeniowym, które straciły na ograniczeniu OFE, choć międzynarodowa empiria pokazuje, że takie różnicowanie napędza koszty, obniża długość życia, pogarsza stan zdrowia społeczeństwa i radykalizuje postawy polityczne. Na forum w Krynicy był prof. Richard Wilkinson, który to opisał. Nikt z Ministerstwa Zdrowia się nie pofatygował, by go posłuchać. Olewka.

Lokatorów też rząd olewa równo. Kiedy śnieg odetnie od świata kilkanaście domów pod wschodnią granicą, premier rusza z ostentacyjną odsieczą. A kiedy „czyściciele” jak na Dzikim Zachodzie odcinają mieszkańców kamienic w wielkich miastach od cywilizacji: wody, prądu, ciepła – premierowi, wojewodom, ministrom, ABW, CBA i prokuraturze jest tam za daleko.

W oświacie podobnie. Najpierw MEN koncertowo schrzanił posłanie sześciolatków do szkoły. Teraz premier wyskrobał żenujące 10 mln zł na darmowy podręcznik. Rząd chce pierwszakom dać książkę za 20 zł brutto. Tyle kosztuje broszurka. I ma to być broszurka wieloletniego użytku. Tylko ktoś, kto nie widział sześciolatka, da się na to nabrać. I kto nie wie, że w pierwszej klasie ważne i kosztowne są zeszyty ćwiczeń – nie książka.

Oczywiście PiS nie jest odpowiedzią na słabości PO. Gdy rządził, nic dobrego nie zrobił. Znów skupi się na zemście i zastraszaniu, nie na sensownych rozwiązaniach. Ale to nie znaczy, że ludzie oburzeni beztroską i arogancją rządu w sprawach im najbliższych nie zagłosują na wyraźną alternatywę.

Jeśli coś się istotnie nie zmieni, dla wielu wyborców siła odpychania Platformy może być zbyt duża, by się trzymali daleko od PiS. Nawet jeżeli PiS jeszcze ich trochę przeraża.

Premier ma rację, że lepiej być daleko od PiS. Ale musi nam w tym pomóc.

 

Wyborcza.pl

Dlaczego w Dębicy nie chcą pomnika Lecha Kaczyńskiego?

Marcin Kobiałka, 03.02.2014
Plac Mikołajkowów w Dębicy. 17 Dębów Katyńskich upamiętnia ofiary NKWDPlac Mikołajkowów w Dębicy. 17 Dębów Katyńskich upamiętnia ofiary NKWD (Fot. Artur Barwacz)
- Jak można porównywać ofiary katastrofy smoleńskiej, z całym dla nich szacunkiem, z polskimi oficerami rozstrzelanymi w Katyniu czy Charkowie?
Nie pojmuje tego 75-letnia Maria Aktyl, prezes dębickiego koła Związku Sybiraków.Podkreśla, że związek nie ma nic przeciwko stawianiu pomnika prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który zginął w Smoleńsku. – Ale nie w tym miejscu – zaznacza Aktyl.

To miejsce to plac Mikołajkowów w centrum Dębicy. Plac nosi nazwisko rodziny, która podczas II wojny światowej ukrywała kilkunastu Żydów. Jest na nim także 17 Dębów Katyńskich, które upamiętniają ofiary NKWD. Związek Sybiraków w liście do „Wyborczej” apeluje o „poszanowanie słów Adama Mickiewicza”: „Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie zapomnij o mnie”. Związek Sybiraków uważa, że plac Mikołajkowów z Dębami Katyńskimi nie powinien być „skażony” przez politykę.

Na czele stowarzyszenia budującego pomnik Lecha Kaczyńskiego stoi poseł PiS Jan Warzecha.

Sybiracy w kolejnym liście, tym razem do radnych i mieszkańców, napisali, że w Dębicy jest „wiele miejsc godnych pomnika Lecha Kaczyńskiego”, ale nie plac Mikołajkowów. „Ma dla nas i wielu osób szczególne znaczenie i nie wiążemy politycznych działań z tym miejscem. Pozostawmy to miejsce pamięci tych, którzy już z tym placem są związani” – podkreśla w liście Związek Sybiraków. Zaproponował, że jeżeli poseł PiS chce uczcić na placu ofiary katastrofy smoleńskiej, to wystarczy symboliczny krzyż. Pod listem podpisało się ponad 20 działaczy Związku Sybiraków. – Jesteśmy zbulwersowani pomysłem budowy pomnika w tym miejscu. Nikt z nami tego wcześniej nie konsultował – twierdzi Maria Aktyl.

Działkę pod budowę pomnika przekazał urząd miasta. Wylano na niej już fundamenty pod pomnik, który ma mieć 5 m wysokości i symbolizować ogon Tu-154 odwrócony statecznikiem do góry. Będzie ze stali nierdzewnej, a na nim wykonane z brązu popiersie Lecha Kaczyńskiego i flaga państwowa. Znajdzie się na nim również orzeł i szachownica. Przy pomniku zostaną umieszczone granitowe tablice z nazwiskami pozostałych ofiar.

Wiadomo, że pomnik ma być odsłonięty 12 kwietnia. Zaproszenie wysłano już prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Poseł Warzecha pisemnie tłumaczy nam historię pomnika. Że pierwotnie miał powstać w innej części miasta niedaleko pomnika Jana Pawła II na placu „Solidarności”, ale nie było na to zgody. W wybór nowego miejsca zaangażowali się nawet duchowni na czele z ks. Ryszardem Piaseckim, proboszczem parafii pw. świętej Jadwigi. Włączył się także Edward Brzostowski, były burmistrz Dębicy i legenda miasta. – Jestem przeciwny stawianiu pomnika Kaczyńskiemu. Jeśli ma być pomnik, to upamiętniający wszystkie ofiary – mówi Brzostowski.

W Dębicy rządzi PiS. Mariusz Trojan, wiceburmistrz miasta: – List związku jest ostry. Jestem zaskoczony. Ofiary w niebie pewnie kiwają głowami z politowaniem na to, co się dzieje. Będę rozmawiał ze związkiem, by uspokoić atmosferę – zapowiada Trojan.

A Warzecha twierdzi, że inicjatorem listu Związku Sybiraków jest „były aktywista PZPR”. Ale jego nazwiska poseł PiS nie zdradza.

- To nieprawda. Wszyscy nasi działacze zdecydowali na opłatku, że podpiszemy list. A poza tym, czy w PiS są sami ludzie z idealnymi życiorysami? – odpowiada Maria Aktyl.

„Zamiast dzielić, powinniśmy łączyć, co się da, bo uważam, że akurat ta inicjatywa nikogo nie obraża ani nie umniejsza godności i czci Sybirakom. Są nam wszystkim bardzo bliscy. Uczcijmy więc w ciszy i w spokoju pamięć tragicznie zmarłych ofiar, nie szukajmy konfliktów tam, gdzie nie powinno ich być” – pisze w e-mailu do „Wyborczej” poseł Warzecha.

Sybiraków popiera Solidarna Polska. Szef dębickich struktur partii Roman Iwasieczko: – Nie to miejsce, nie ten czas na pomnik. Podjęto głupią decyzję, która skonfliktowała środowiska kombatanckie.

Gdy zainteresowaliśmy się „pomnikowym konfliktem”, poseł Warzecha zaczął wydzwaniać do Sybiraków. – Namawiał mnie do wycofania listu. Nie zrobimy tego. Wyszlibyśmy na niepoważnych ludzi – mówi Maria Aktyl.

A Warzecha nam zagroził: – Jeżeli napisze pan nierzetelny artykuł, podam was do sądu.

 

Wyborcza.pl 

Psychiatra: Opętanie to znana medycynie choroba, ale nie leczy się jej spowiedzią. To zagrożenie dla ludzkiego życia

- Choroby psychiczne to zbyt poważne problemy, by oddawać zmagających się z nimi pacjentów w ręce takich osób. To przecież może skończyć się śmiercią chorego – mówi psychiatra dr Dariusz Wasilewski o sprawie lekarki ze szpitala w Świeciu, która na radiowej antenie chwaliła się, iż większość jej pacjentów to ludzie opętani, więc leczy ich nabożeństwami, spowiedzią lub kieruje do egzorcysty.

 

Tego typu narzędzia egzorcyzmów nie mogą być stosowane w gabinetach psychiatrycznych.
Tego typu narzędzia egzorcyzmów nie mogą być stosowane w gabinetach psychiatrycznych. • Fot. Shutterstock.com

Depresja, schizofrenia, uzależnienia i inne problemy psychiczne, to zdaniem dr Dominiki Skrok-Wolskiej ze Szpitala Wojewódzkiego w Świeciu efekt… działania demona. Swe kuriozalne tezy na temat psychiatrii lekarka wygłaszała niedawno na antenie Radia Plus. „Przez dwie godziny perorowała, z naukową swadą o tym, że większość jej pacjentów to ludzie opętani lub dręczeni, bądź też zniewoleni przez szatana i inne złe duchy” - napisała na blogu w naTemat Paulina Młynarska, która przypadkiem trafiła na tę zaskakującą audycję.

Czy w karcie choroby już wpisuje się w Polsce „opętanie przez diabła”?

Rozumiem, że jeśli jutro zgłoszę się z omamami do szpitala, funkcjonującego w świeckim państwie w ramach NFZ, może się okazać, że i ja zostanę skierowana na egzorcyzmy. (…)

Chciałabym wiedzieć, czy NFZ podpisuje umowy z egzorcystami? I co znajdę w wypisie, kiedy już mnie uwolnią w szpitalu od złego ducha? Na ogół, obok diagnozy jest tam opis zastosowanej terapii i zalecenia. Spodziewam się, że jednym z nich będzie regularne uczęszczanie na mszę i zaprzestanie życia w grzechu.CZYTAJ WIĘCEJ

Dziennikarka i blogerka naTemat postanowiła jeszcz sprawdzić, czy program w Radiu Plus przypadkiem nie był jakiegoś rodzaju pomyłką. Niestety. Sama dr Dominika Skrok-Wolska stwierdziła, że nie widzi problemu w tym, by prywatne poglądy przekładać na leczenie pacjentów. Wielkiego problemu z samozwańczą demonolożką na etacie psychiatry nie widzi również dyrekcja świeckiego (nomen omen…) szpitala. „Treści prezentowane przez dr Dominikę Skrok-Wolską w audycji Radia Plus ‚Nocne Światła’ w dniu 30.01.2014 roku są poglądami całkowicie prywatnymi” - ocenił dyrektor placówki.

Opętanie to choroba, ale…
Spory problem w rozmowie z naTemat dostrzega tymczasem dr Dariusz Wasilewski – przewodniczący Zespołu ds. Walki z Depresją przy Ministrze Zdrowia i wykładowca akademicki z wieloletnim doświadczeniem. – To opinie po prostu kuriozalne. Na pewno nie można ich traktować, jak przykładu standardów leczenia w nowoczesnej psychiatrii. Teorie demonologiczne popularne były w średniowieczu i tam nich pozostaną. – mówi.

„Chciałabym wiedzieć, czy w karcie choroby już wpisuje się w Polsce ‚opętanie przez diabła’?” – pytała retorycznie Paulina Młynarska. Tu jednak wielu może czekać zaskoczenie. Dr Dariusz Wasilewski tłumaczy bowiem, iż opętanie rzeczywiście bywa diagnozowane przez psychiatrów. W przeciwieństwie do lekarki ze Świecia, jej koledzy po fachu zostawiający światopogląd poza gabinetem, pacjentów z objawiam opętania leczą w szpitalu, a nie w konfesjonale.

Na listę Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 zaburzenie transowe i opętaniowe wpisano bowiem nie w XIX wieku, a dopiero 1994 roku. Dopiero wówczas potwierdzono, iż nawet, gdy pacjent przemawia obcymi głosami lub językami, czy wykazuję siłę nieadekwatną do budowy ciała, profesjonalista nie powinien biec po wodę święconą. Opętanie w ujęciu psychiatrycznym to bowiem rodzaj zaburzenia lękowego, w którym nikt nie może dopatrywać się działania jakichkolwiek demonów.

Ze skierowaniem do szpitala, a nie konfesjonału
W przełamaniu opętania od skierowania do egzorcysty znacznie lepiej pomaga nowoczesna farmakologia. W medycynie posługuje się tym pojęciem, ponieważ to sami chorych psychicznie uskarżają się właśnie na to, iż ich życie zatruwa obecność złych mocy, duchów lub samego szatana. Dr Wasilewski podkreśla też, iż tylu opętanych, co lekarka ze Świecia, większość psychiatrów nigdy w życiu nie spotyka. Opętanie w sensie medycznym to jeden z najrzadszych przypadków.

DR DARIUSZ WASILEWSKI
psychiatra, wykładowca akademicki

To opinie po prostu kuriozalne. Na pewno nikt nie może ich traktować, jak przykładu oficjalnego nauczania w nowoczesnej psychiatrii. Tylko sama depresja jest zbyt poważną chorobą, by oddawać ją w ręce takich osób. To przecież może skończyć się dla chorego śmiercią.

Przewodniczący Zespołu ds. Walki z Depresją przy Ministrze Zdrowia przyznaje też, że obawia się o bezpieczeństwo chorych, którzy przewijają się przez gabinet dr Dominiki Skrok-Wolskiej. – Już tylko depresja jest zbyt poważną chorobą, by proponować takie rozwiązania. Proszę pamiętać, że konsekwencją depresji może być samobójstwo. To nawet gorzej niż dawać choremu Deprim – stwierdza. Psychiatra ma nadzieję, iż więcej zdrowego rozsądku od opętanych takim światopoglądem lekarzy wykazują egzorcyści, do których trafiają ludzie tak naprawdę bardzo poważnie chorzy.

Specjalista przypomina też, że psychiatria jest stosunkowo młodą dziedziną medycyny i każdy praktyk nadal dodaje do jej dorobku coś od siebie. Gdy poważne problemy psychiczne stają się już wyzwaniem cywilizacyjnym, nie ma w nauce jednak czasu na krzewienie zabobonów. – Zajmujemy się psychiką, bardzo ważnym elementem ludzkiego zdrowia. Nie możemy więc odwoływać się do sposobów postępowania, które nie mają z medycyną absolutnie nic wspólnego. Sprawa powinna się oprzeć o wojewódzkiego konsultanta w dziedzinie psychiatrii – podkreśla dr Dariusz Wasilewski.

naTemat.pl

Białe lwy urodziły się w zoo w Borysewie [ZDJĘCIA]

Tomasz Stańczak, 01.02.2014
W ZOO Safari w Borysewie (wioska pod Poddębicami) na świat przyszły w tym tygodniu trzy białe lwy. W ZOO Safari w Borysewie (wioska pod Poddębicami) na świat przyszły w tym tygodniu trzy białe lwy. (Fot. Tomasz StaA?czak / Agencja Gazeta)
W Zoo Safari w Borysewie (koło Poddębic) na świat przyszły w tym tygodniu trzy białe lwy. To pierwsze młode 3,5-letniego Sahima i półtorarocznej Aziry. Nie wiadomo jeszcze jakiej są płci.
- Obawialiśmy się, czy Azira nie odrzuci młodych i czy będzie karmić – opowiada Andrzej Pabich, właściciel Zoo Safari w Borysewie. – Okazała się jednak świetną matką i czule opiekuje się potomstwem.Młode lwy będzie można oglądać na żywo od połowy kwietnia, a już za kilka dni uruchomiony zostanie podgląd online.

Białe lwy afrykańskie są niezwykle rzadkie, na świecie jest tylko około 90 osobników (w 2011 r. Sahim był pierwszym przedstawicielem tego gatunku w Polsce).

Od wieków były przedmiotem afrykańskich mitów i legend. Dopóki w 1928 r. nie schwytano pierwszego osobnika tego podgatunku, zwierzę to było uznawane za wytwór ludzkiej wyobraźni. Wszystkie obecnie żyjące na wolności białe lwy pochodzą z okolic Narodowego Parku Krugera w Republice Południowej Afryki. Ze względu na swoją wyjątkowość stanowią łakomy kąsek zarówno dla kłusowników, jak i myśliwych. Zabicie białego lwa w niektórych kręgach biznesowych uchodzi za symbol odwagi i szczególny powód do dumy.

Zoo Safari w Borysewie oprócz białych lwów może pochwalić się jeszcze innymi niezwykłymi osobnikami. – Mamy trzy białe tygrysice i tygrysa, a oprócz kotów też białe wielbłądzice i wilki. Staramy się sprowadzać takie zwierzęta, których nie można oglądać nigdzie indziej – przekonuje Pabich.

Wyborcza.pl

Indie uznały delfiny za „osoby niebędące ludźmi” [WIDEO]

Jacek Krywko, 01.02.2014
Delfin, który polubił słynnego tenisistę Novaka Djokovica. Dubaj, 21 lutego 2011 r.Delfin, który polubił słynnego tenisistę Novaka Djokovica. Dubaj, 21 lutego 2011 r. (Fot. AP/Jorge Ferrari)
- U orek część mózgu odpowiedzialna za język i emocje jest rozwinięta bardziej niż u jakichkolwiek innych ssaków, w tym ludzi – twierdzi prof. Lori Marino, neurobiolog z Uniwersytetu Emory w USA. – Patrząc na mózg orki i na mózg człowieka, bardzo trudno byłoby uznać, że mamy głębsze życie emocjonalne od nich – dodaje. Rząd Indii wyciągnął właśnie z tego wnioski. Delfin przestał być w tym kraju „czymś”. Stał się „kimś”.
Stosowne zarządzenie wydało ministerstwo lasów i środowiska. Od tej pory w Indiach nie wolno już przetrzymywać delfinów w niewoli w celach rozrywkowych. Kraj pożegnał się zatem z delfinariami, gdzie można było obserwować te zwierzęta (czy już zgodnie z nomenklaturą indyjską – „osoby”) skaczące przez obręcze i wykonujące szereg innych sztuczek. Prawo objęło wszystkie delfiny, w tym te największe, czyli orki (należące do rodziny delfinowatych).W załączonym uzasadnieniu ministerstwa można przeczytać, że „wielu naukowców badających delfiny zwracało uwagę na ich niezwykłą, w porównaniu z innymi ssakami, inteligencję. Dlatego delfiny powinny być postrzegane jako osoby niebędące ludźmi i jako takie posiadać swoje własne, odrębne prawa”.

Tym bardziej że – jak pokazano w filmie „Blackfish”, przygotowanym przez CNN dokumencie wyświetlanym w zeszłym roku na festiwalu Sundance – delfin potrafi się o swoje prawa upomnieć. Film opowiada o orce, która zabiła w delfinarium trzy osoby, w tym dwoje trenerów. Obrońcy zwierząt komentowali na antenie CNN: „Gdyby was przez 20 lat trzymano w wannie, też mielibyście problemy z głową”. Zwiastun można zobaczyć poniżej:

Pytanie, czy delfin faktycznie jest „osobą”, pozostaje jednak otwarte. W „Blackfish” wypowiadają się m.in. wspomniana już prof. Lori Marino oraz specjalista od orek Howard Garrett.

Uczucia

Zdaniem tej pierwszej za „osobowością” delfinów ma przemawiać właśnie część mózgu odpowiedzialna za emocje, relacje społeczne i komunikację. Swój filmowy komentarz Marino rozwinęła w wywiadzie, jakiego udzieliła dla poświęconego nauce bloga ”The Raptor Lab”. – Niektóre elementy układu limbicznego delfinów są mniejsze niż u ludzi, ale mają też część nazywaną układem paralimbicznym, znacznie większą i bardziej skomplikowaną niż u ludzi. Układ paralimbiczny sąsiaduje u nich z układem limbicznym i korą nową. Jest czymś w rodzaju dodatkowego płata mózgu. Wiemy, że ma coś wspólnego z emocjami i z myśleniem. Patrząc na mózg orki i na mózg człowieka, bardzo trudno byłoby uznać, że mamy głębsze życie emocjonalne od orek. One mają do tego znacznie bardziej wyrafinowane narzędzie – dowodzi prof. Marino.

Tożsamość

Układ paralimbiczny zdaniem badaczki odpowiada też za relacje społeczne. – Zbiorowa tożsamość to idea, która zyskała sporo popularności wśród ludzi zajmujących się orkami. Stado łączą potężne więzi, niekiedy silniejsze od tych w ludzkich rodzinach. Kiedy w Japonii i Tajlandii poluje się na orki, stado jest otaczane siecią. Każda z nich mogłaby bez problemu ją przeskoczyć, ale nigdy tego nie robią, nawet kiedy inni członkowie stada właśnie są mordowani – opowiada prof. Marino. – Najbliższym lądowym krewnym orek są zwierzęta kopytne, które też żyją w stadach. Niemniej kiedy, powiedzmy, stado antylop znajdzie się w potrzasku, a jedna lub kilka ma możliwość uciec – uciekną. Orki zawsze zostają do końca. Niektóre z nich, kiedy umiera ich matka, przestają jeść i także umierają. Z głodu. Jak silna jest ta więź? Czy możemy powiedzieć, że one postrzegają siebie jako część grupy bardziej niż jako jednostki? Wiele na to wskazuje. A wiemy, że mają też samoświadomość. Orki bez problemu zdają test lustra [badanie polegające na stwierdzeniu, czy zwierzę potrafi rozpoznać się w lustrze, czy uznaje odbicie za inną istotę - przyp. red.] – mówi prof. Marino.

Orki podczas stadnego polowania „zmywają” fokę z kry lodowej:

Język

Jej zdaniem orki posiadają też obszar mózgu, który u ludzi odpowiada za mowę. Tu nas co prawda nie przewyższają, ale po prostu nam dorównują. Kwestię mowy w „Blackfish” poruszył Garrett. – Stada tworzą własne języki, które różnią się w zależności od obszaru geograficznego. Język, tak jak u ludzi, nie jest instynktownym zestawem wydawanych dźwięków. Jest wyuczony. Matki uczą potomstwo języka stada. Stąd różne dialekty w różnych stadach. Im dalej od siebie mieszkają stada, tym bardziej ich języki się różnią – opowiadał naukowiec.

W stosunku do reszty zajmujących się tą kwestią badaczy posunął się jednak dość daleko. Faktem jest, że różne stada delfinów komunikują się różnymi zestawami dźwięków. Faktem jest też, że delfiny nadają sobie imiona (sekwencje dźwięków, na które reagują konkretne osobniki, wiedząc, że to o nim mowa). Język, w ludzkim rozumieniu tego słowa, pozostaje mimo to pod znakiem zapytania.

„Nasz język ma składnię leksykalną. Wyraz składa się z sylab. Poszczególne wyrazy muszą mieć przypisane sobie znaczenie. Składnia natomiast ustala treść komunikatu w zależności od tego, w jakiej kolejności występują poszczególne wyrazy. Komunikaty orek mają ogromną złożoność. Ale nikt nie potwierdził, że mają znaczenie w sensie leksykalnym” – pisze w swojej pracy na ten temat dr Harald Yurk z British Columbia University.

Odpowiedź na pytanie, czy delfiny rzeczywiście komunikują się za pomocą języka, mogą natomiast przynieść badania zespołu Marca Timme z Instytutu Maksa Plancka w Niemczech. Badacze chcą stworzyć nowe algorytmy pozwalające analizować długie fragmenty komunikacji prowadzonej przez orki i niektóre wieloryby.

Na razie rząd Indii zabronił jedynie trzymania delfinów w niewoli dla zysku. Nie zrównał ich statusu z ludźmi. Ale ministerialne uzasadnienie może służyć w sądach za wskazówkę do interpretacji istniejących przepisów. Dlatego całe „uosobowienie” powinno wyjść delfinom na zdrowie, bo prawo uznało je za zdolne do ludzkich myśli i uczuć, a to znaczy, że nie wolno ich traktować, jak się komu podoba. Czy faktycznie mają podobne do naszych myśli i uczucia, jeszcze nie jesteśmy pewni. Jest to jednak bardzo prawdopodobne.

Wyborcza.pl

 

Tusk ws. „Pana Paprykarza”. „Kolejna osoba przekonała się, że specjalnością PiS jest kłamstwo”

mm, 01.02.2014
Premier Donald TuskPremier Donald Tusk (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
- Jakby pan dziś odpowiedział na pytanie „Pana Paprykarza”: Jak żyć, panie premierze? Czy powinien żyć z dala od polityków? – takie pytanie usłyszał na konferencji Donald Tusk. – Raczej „żyć z dala od PiS”. Kolejna osoba się przekonała, że specjalnością PiS jest kłamstwo – dodał.
„Jak żyć, panie premierze” – to pytanie poszkodowanego podczas huraganu hodowcy papryki, które zadał Donaldowi Tuskowi podczas kampanii wyborczej, było na ustach całej Polski. Stanisław Kowalczyk – rolnik, który je zadał – kilka tygodni później pojawił się na konferencji PiS, gdzie swoim przemówieniem przyćmił nawet Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja obiecywała rolnikowi pomoc i krytykowała działalność rządu.Dziś Stanisław Kowalczyk mówi, że został wykorzystany. – To są Himalaje obłudy – ocenił w rozmowie ze stacją Polsat News. Słynny „pan Paprykarz” uważa, że opozycja wykorzystała jego wizerunek i wypowiedzi, a PiS, mówiąc o braku pomocy dla rolników, mija się z prawdą.

„Żyć z dala od PiS-u”

- Jak pan dziś odpowiedziałby na pytanie, które wtedy zadawał pan Kowalczyk: „Jak żyć?”. „Jak żyć? Z dala od polityków?” – pytała dziennikarka premiera Tuska.

- Jak rozumiem, to pan Kowalczyk nie jest rozczarowany wszystkimi politykami, tylko tymi z PiS. Więc raczej „żyć z dala od PiS” – odparł premier.

- Ja nie wykorzystuje ludzi wtedy, gdy mają problem. Staram się pomóc. Widziałem rozmowę z tym panem i to, co dla mnie było najistotniejsze, to nie rozżalenie wobec pis. Bo ja nie mam żadnych oczekiwań wobec PiS i nie dziwię się, że ludzie, którzy przypadkowo mają coś bliżej do czynienia z tym środowiskiem czują się rozczarowani. Ja się już bardzo dawno rozczarowałem – mówił Tusk. I dodaje, że istota sytuacji było kłamstwo PiS ws. pomocy dla poszkodowanych.

„Kolejna osoba się przekonała”

- Podczas kampanii klęska spowodowała duże starty w uprawach, m.in. papryki. Pan Kowalczyk był oburzony, bo usłyszał od panów Kaczyńskiego i Suskiego, że nikt nie dosta pomocy. A to była nieprawda, osobiście wtedy tego pilnowałem – powiedział premier.

- W sytuacjach klęsk szczególnie dbamy o poszkodowanych. Państwo polskie w sytuacjach jak trąba powietrzna, powódź, pożar na wielką skalę, pomaga ludziom w wymiarze największym w porównaniu do innych państw europejskich. W tamtym konkretnym przypadku pomoc tez przyszła szybko i skutecznie – zapewnił.

- Cieszę się, że kolejna osoba przekonała się, że specjalnością PiS jest kłamstwo – dodał.

Seremet: Antysemityzm u mnie nie przejdzie

Rozmawiali Wojciech Czuchnowski, Mariusz Jałoszewski, 01.02.2014
Akcja zamalowywania rasistowskich haseł na murach w ŁodziAkcja zamalowywania rasistowskich haseł na murach w Łodzi (Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)
Poznańscy kibice, krzycząc: „Jazda z Żydami!”, „Do gazu!”, wyrażają pogardliwy stosunek do Żydów. Solidaryzują się jakby z tymi, którzy dokonali Holocaustu. Dlatego może to być przestępstwo z zamiarem znieważenia narodu żydowskiego.
Wojciech Czuchnowski, Mariusz Jałoszewski: Czy prokuratorzy mają problem ze ściganiem przestępstw na tle rasistowskim i wyznaniowym? Pół roku temu szumnie wyznaczył pan prokuratorów, którzy mają się tym zajmować. Ale niedawno taka „specjalna” prokurator z Poznania uznała, że kibolskie śpiewanie: „Waszym domem Auschwitz jest, cała Polska o tym wie, że czerwona armia ta cała pójdzie do pieca!”, „Jazda z Żydami!” i „Do gazu!”, nie obraża osób pochodzenia żydowskiego, tylko kibiców Widzewa Łódź, i umorzyła śledztwo. Warszawska prokuratura umorzyła śledztwo ws. antysemickich wpisów o szefie MSZ w internecie. Znaleziono komputery, na których dokonano wpisów, ale ich właściciele się nie przyznali.Andrzej Seremet, prokurator generalny: – Nie zgadzam się, że świadczy to o niepowodzeniu podjętych przeze mnie działań. Wyznaczyłem ok. 90 prokuratorów do takich spraw. Jeśli się wczytamy w uzasadnienie prokurator z Poznania, to ona jednoznacznie potępiła te zachowania. Sprzeciwiam się głosom, że pokrętnie zinterpretowała przyśpiewki, żeby tylko nie oskarżyć kibiców.Nawoływać do nienawiści, czyli odpowiadać na podstawie art. 256 kodeksu karnego, może tylko ten, kto czyni to z zamiarem bezpośrednim, niektórzy twierdzą – szczególnie zabarwionym, np. krzyczy na ulicy „Żydzi precz!”. Ważny jest właśnie kontekst wypowiedzi, okoliczności, w jakich ona pada.„Jazda z Żydami” nie ma mocnego zabarwienia? Nie jest zamiarem siania nienawiści?- Hasła są mocne. Prokurator z Poznania napisała jednak, że ci ludzie, dopingując swoich, dążyli do poniżenia przeciwnika, a nie Żydów. Nie mieli zamiaru nawoływania do nienawiści przeciwko Żydom, w ogóle ich to nie interesowało. Ich zamiarem było to, żeby zrównać sytuację przeciwników z sytuacją Żydów w czasie II wojny światowej. Dokonali swoistej identyfikacji – gardzimy przeciwnikiem tak jak Żydami.

I pan zgadza się z tym? Prokuratura apelacyjna uchyliła umorzenie.

- W moim przekonaniu można aprobować sposób interpretacji pani prokurator, bo okrzyki były z zamiarem ewentualnym, a nie bezpośrednim. To znaczy: ja się godzę z tym, że moje krzyki mogą spowodować nienawiść, ale ja nie dążę do siania nienawiści.

W podjętym na nowo śledztwie, co nastąpiło 29 stycznia, trzeba rozważyć inny aspekt tej sprawy, który może spowodować pociągnięcie kibiców do odpowiedzialności na podstawie artykułu 257 [znieważanie na tle przynależności do narodu, grupy wyznaniowej]. Bo jeżeli oni formułują takie okrzyki, choćby niebezpośrednio, wobec osób narodowości żydowskiej, to jednak wyrażają pogardliwy, lekceważący stosunek do nich. Solidaryzują się jakby z tymi, którzy dokonali Holocaustu. Dlatego może to być przestępstwo z zamiarem ewentualnym, tj. godząc się na znieważenie tych osób.

Sędzia z Warszawy Wojciech Łączewski nie miał wątpliwości, że hasła kibiców Legii: „Hamas, Hamas – Juden auf den Gas” nawołują do nienawiści do narodu żydowskiego i skazał kiboli m.in. na oglądanie filmu „Cud purymowy”.

- Wszyscy uczymy się takich spraw. Zobaczymy, co orzeknie sąd odwoławczy.

Szef białostockiej prokuratury, który umorzył sprawę swastyk, stracił stanowisko. A co z prokurator z Poznania?

- Swastyka to było coś innego. Nie widzę potrzeby karania pani prokurator za to, że przeprowadziła wywód prawny, który okazuje się, w moim mniemaniu, niepełny.

Sam pan mówił, że mogła to inaczej ocenić.

- Mogła. Prowadzimy warsztaty dla prokuratorów.

Błędy robią wyznaczeni do takich spraw prokuratorzy, którzy powinni być wyczuleni.

- Cały czas się uczymy. Każda sprawa ma inny stan faktyczny, są trudności w ocenie karnej niektórych czynów. Zbieramy rozstrzygnięcia w tych sprawach i za kilkanaście dni wydam wytyczne, które będą służyć prokuratorom.

Ta sama prokurator z Poznania umorzyła wznowienie antysemickiej publikacji z 1926 r., w której nie było komentarza tłumaczącego charakter książki i cel ponownego druku. Przeważyła wolność słowa. Można więc bezkarnie wznawiać antysemickie publikacje. Robi to wydawnictwo, które ma na koncie takie serie.

- To interesujący problem prawny. O ile wspomniane okrzyki nie pozostawiają wielkiego pola, żeby zastanawiać się, jaka jest różnica pomiędzy ich znaczeniem a wolnością słowa, o tyle tutaj wchodzimy w delikatną materię. Rzecz jest w ocenie zamiaru. Z jakim zamiarem się taką książkę wznawia. Jeżeli wydawnictwo znane jest wyłącznie z tego rodzaju działalności, to trudno przyjąć, że było to motywowane względami dydaktycznymi czy historycznymi. Można by tu przypisać odpowiedzialność karną. Taką publikację trzeba opatrzyć właściwym komentarzem.

Sprawy przestępstw na tle rasistowskim monitoruję, odkąd zostałem prokuratorem generalnym. I zapewniam, że nie ma już umorzeń z powodu niskiej szkodliwości czynu. Owszem, można mieć różną ocenę decyzji prokuratorów, ale z tym walczymy.

Czy można obrażać kogoś w internecie, używając jako wyzwiska słowa „Żyd”? Prokuratura w Warszawie nie znalazła sprawców antysemickich wyzwisk pod adresem Radosława Sikorskiego i jego rodziny.- Przeczytałem to postanowienie. Czytam wszystko, co dotyczy takich spraw. Powiem tak. To umorzenie nie jest przykładem olśniewającej myśli prawniczej ani dowodem wybitnego warsztatu profesjonalnego prowadzącego tę sprawę prokuratora.Analizujemy to umorzenie. Mam wiele krytycznych uwag. Myślę, że doprowadzę do tego, że śledztwo zostanie podjęte. To postanowienie jest przykładem tego, co chcę wyeliminować w prokuraturze. Prokurator nie podszedł do sprawy w sposób taki, jakiego oczekuję od prokuratora.Co zrobił źle? Co mógł zrobić, gdy właściciele komputerów zeznali, że dostęp do nich miały też inne osoby?- Czy rzeczywiście nie da się ustalić po logowaniu, kto korzystał z komputera? Internauta zostawia wiele śladów, po których można go zidentyfikować. W Prokuraturze Generalnej przystępujemy do opracowania metodyki postępowania prokuratorów w sprawach przestępstw, w tym także przestępstw popełnianych z nienawiści w sieci.Chcemy też przyjrzeć się całości uregulowań prawnych związanych ze świadczeniem usług elektronicznych. Być może zaproponujemy jakieś zmiany w tym zakresie. Moją intencją jest też rozpoznanie możliwości interwencji prokuratury za pomocą instrumentów pozakarnych wobec administratorów stron, którzy nie usuwają takich wpisów pomimo możliwości.Wracając do sprawy ministra Sikorskiego, prokurator błędnie powołał trzech biegłych językoznawców do analizy 2500 wpisów, by ocenili, czy wypełniają znamiona przestępstwa. A to obowiązek prokuratora. Nie może zlecić biegłemu badania, czy dane zachowanie spełnia, czy nie spełnia znamion przestępstwa. Prokurator ma to ocenić.Biegli uznali, że większość wpisów kwalifikuje się jako przestępstwo znieważenia.- I to jest kolejne zastrzeżenie do tego umorzenia. Prokurator nie dostrzegł moich wytycznych. Odstąpił od oskarżenia jednej osoby [starszego pana], która się przyznała. Uznał, że interes społeczny nie przemawia za tym, by go ścigać. Że minister może sam go oskarżyć z prywatnego aktu oskarżenia.To nie jest tak, że mamy pomagać tylko niedołężnej babci, a minister da sobie radę, bo jest wykształcony, może wynająć prawnika. Istnieje kategoria przestępstw, kiedy interes społeczny nakazuje wystąpić prokuraturze z oskarżeniem, bo jest organem ochrony praworządności. Przemawiają za tym wartości ogólnospołeczne.Jaka to wartość ogólnospołeczna?- Eliminowanie i reagowanie na wypowiedzi, które nawołują do nienawiści pomiędzy ludźmi. Szczególnie wypowiedzi antysemickie. To jest dla mnie najzupełniej oczywiste.

 

Wyborcza.pl

Co jest w tej „Teorii wielkiego podrywu”?! [ORLIŃSKI]

Wojciech Orliński, 01.02.2014
Teoria wielkiego podrywuTeoria wielkiego podrywu (Fot. Comedy Central)
Fenomen – siedem sezonów, cztery lata z rzędu nominacje do Złotych Globów, w tym trzy razy dla Jima Parsonsa, wierna 20-milionowa widownia (tylko w USA).
Ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią się przyznać do tego, że niezręcznie się czują w towarzystwie i często nie wiedzą, jak się zachować, oraz na tych, którzy nie potrafią. Do jednych i drugich przemawia „Teoria wielkiego podrywu”.OK, gdy tylko napisałem polski tytuł, przynajmniej wiem, jak bym się zachował w towarzystwie osoby odpowiedzialnej za jego wymyślenie. Gdybyśmy byli razem na bezludnej wyspie, a ja miałbym pistolet, piłę łańcuchową i trochę sznura…

Oryginalny tytuł to oczywiście „The Big Bang Theory”. Teoria wielkiego wybuchu, standardowy model historii Wszechświata. Choć wydarzył się niewyobrażalnie dawno temu (13,8 mld lat temu), wiemy o nim dość dużo dzięki potędze współczesnej fizyki.

Potrafimy nie tylko wyznaczyć chwilę tego wydarzenia (no, z dokładnością do parudziesięciu milionów lat), ale mniej więcej wiemy, jak to wyglądało. W liceum pochłonąłem książkę „Pierwsze trzy minuty” Weinberga, która – jak sam tytuł sugeruje – opowiada o pierwszych chwilach Wszechświata. Z zupy kwarkowo-gluonowej wyłoniły się pierwsze hadrony, potem leptony i antyleptony zanihilowały, generując mnóstwo fotonów, a niedobitki leptonów z niedobitkami hadronów stworzyły wodór. Grawitacja zrobiła z wodoru gwiazdy, gwiazdy zsyntetyzowały cięższe pierwiastki, z czego w końcu wzięła się planeta Ziemia z jej tablicą Mendelejewa. A po kolejnych miliardach lat z tej tablicy wzięliśmy się my (co opisywała inna moja nastoletnia lektura – „Na początku był wodór” Ditfurtha).

Czytając takie książki jako nastolatek, wiedziałem więc dużo o tym, jaki jest skład atmosfery Wenus. Ale nie miałem pojęcia, jak się zachować na randce. Co łączy mnie z doktorem Sheldonem Cooperem.

Sheldon Cooper to uniwersalny pocieszyciel osób, które mają problemy z dostosowywaniem się do społecznych norm zachowania. Czyli wszystkich, bo każdy ma z tym jakiś problem. Dorosłość po prostu polega na tym, że uczymy się to maskować.

Na tle dr. Coopera każdy wypada lepiej. Zapewne dlatego przyjaźnią się z nim dr Hofstadter, dr Koothrappali i inż. Wolowitz. Wprawdzie przyjaźń z Cooperem wymaga znoszenia jego… jak to ująć… irytujących cooperyzmów, ale dostarcza tej radości, że można sobie powiedzieć: „Ze mną nie jest tak źle”.

Poza osiągnięciami takimi jak udowodnienie, że topologia algebraiczna nie może być niesprzeczna, dr Cooper dokonał odkrycia, za które osoby o zahamowaniach społecznych będą mu dozgonnie wdzięczne. Dla nas wszystkich największym problemem jest to, że gdy w towarzystwie opowiemy dowcip, który nam się wydaje znakomity, zamiast wybuchu rzęsistego śmiechu dostajemy zdumione spojrzenia i przedwczesne pożegnania.

Jak wybrnąć z takiej sytuacji? Czekałem dobre czterdzieści lat na odpowiedź. Dostarczyła mi ją dopiero „Teoria…”. Należy wtedy powiedzieć: „Bazinga!”, jak zwykł to robić Sheldon Cooper. Genialne w swojej prostocie, jak równania Maxwella albo bozony cechowania.

Teoria wielkiego podrywu *** – serial komediowy USA 2007-2013
Maraton VI sezonu – sobota, niedziela od 13.50 Comedy Central
Premiera sezonu VII, odc. 1. i 2. – niedziela 21.05 Comedy Central 

Wyborcza.pl

 

 

NIK wykrył gender. Kobiety zarabiają mniej, bo wybierają inne studia

Ewa Siedlecka, 01.02.2014
Manifa na rzecz równości w Krakowie, marzec 2012 r.Manifa na rzecz równości w Krakowie, marzec 2012 r. (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
To nie dyskryminacja przez pracodawcę. To gender decyduje, że w instytucjach państwowych kobiety zarabiają o blisko 11 proc. mniej od mężczyzn.
Takie wnioski płyną z niepublikowanego jeszcze raportu. Na wniosek pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz NIK przebadał płace 120 tys. osób we wszystkich ministerstwach, urzędach marszałkowskich i wojewódzkich, w 15 wylosowanych urzędach centralnych, 124 urzędach gmin, miast na prawach powiatu i starostw powiatowych, 202 spółkach komunalnych i 91 spółkach skarbu państwa.Potem szczegółowo zbadał płace 891 osób (w tym 56 proc. kobiet), zestawiając ich zarobki na porównywalnych stanowiskach (dyrektor, kierownik, referent, specjalista). Z tego badania wynikło, że różnica płac – 10, 82 proc. – na porównywalnych stanowiskach wypada na korzyść mężczyzn. Kobiety częściej zatrudniane są w działach obsługujących, tj. kadry, finanse czy logistyka, gdzie płace są niższe i mniej jest stanowisk kierowniczych. Mężczyźni zaś – w działach specjalistycznych, czyli zajmujących się tym, co jest celem działania danej instytucji, gdzie płace są wyższe i stanowisk kierowniczych jest więcej.

Zdaniem NIK nie jest to wynik dyskryminacyjnej polityki przy zatrudnieniu. Winien jest efekt gender, czyli społeczno-kulturowych ról związanych z płcią, występujący przy wyborze wykształcenia.

Kobiety rzadziej mają tzw. wykształcenie kierunkowe, potrzebne w działach specjalistycznych. Tu NIK powołuje się na dane GUS, że kobiety najchętniej wybierają studia humanistyczne, pedagogiczne, dające wykształcenie ogólne, a nie specjalistyczne.

Np. na pedagogice było w 2011 r. 76 proc. kobiet, na kierunkach związanych z opieką społeczną – 85 proc. Za to na kierunkach dających konkretne, specjalistyczne wykształcenie dominują mężczyźni: informatyka – 88 proc., inżynieryjno-techniczne – 79 proc., usługi transportowe - 80 proc.

To, że różnica w wynagrodzeniu to nie dyskryminacja ze strony pracodawcy, ale kwestia różnicy typu wykształcenia między kobietami a mężczyznami, potwierdza inne zestawienie. NIK porównał 59 par kobieta – mężczyzna zatrudnionych na równorzędnych stanowiskach, podobnych pod względem przynajmniej jednego z kryteriów: zakresu pracy, kwalifikacji, stażu pracy albo kompetencji. Tu różnica płacy na korzyść mężczyzn wynosiła już tylko 3,4 proc.

Wnioski, które NIK wyciąga ze swoich badań: tylko w 3,4 proc. różnice płacowe to dyskryminacja. Reszta – 7,4 proc. – to wynik wyboru wykształcenia.

Krytykuje je socjolożka i feministka z UW prof. Małgorzata Fuszara: – Wyjaśnienie, które daje NIK, jest jednym z możliwych. To wyjaśnienie z rodzaju neutralizujących problem. Kobiety rzeczywiście wybierają inny typ wykształcenia. I to ma związek z wychowaniem do określonej roli, z oczekiwaniami i stereotypami społecznej roli kobiety i mężczyzny, z przekonaniem, że są zawody „męskie” i „kobiece”. Ale przecież NIK nie zbadał, jakie wykształcenie mają osoby zatrudniane w działach obsługowych, a jakie w specjalistycznych. Może kobieta informatyk kierowana jest do działu obsługi, a mężczyzna informatyk do działu specjalistycznego? Wykształcenie nie jest kluczem do zrozumienia problemu. W polskim rządzie jest nadreprezentacja historyków – a to przecież wykształcenie mało specjalistyczne. Zresztą historię studiuje znacznie więcej kobiet niż mężczyzn, a kobiet historyczek w rządzie nie ma.

Prof. Fuszara zauważa, że z badania wyszło, iż mężczyźni częściej dostają od pracodawców nagrody, bonusy i służbowe gadżety. W spółkach komunalnych – o 18 proc. więcej niż kobiety, w ministerstwach – o 2 proc. A w samorządach terytorialnych dostają aż o 10 proc. wyższe nagrody. To już bezpośrednio sugeruje dyskryminację.

Kontrola NIK pokazała, że różnica w płacach na niekorzyść kobiet występuje w 80 proc. ze 109 zbadanych rodzajów stanowisk. Największa wynosi 30 proc. Są też różnice na korzyść kobiet – największa: 15 proc.

Mężczyźni częściej zajmują stano wiska kierownicze. W ministerstwach średnio jest 38 proc. kobiet dyrektorów, w urzędach centralnych – 17 proc., w marszałkowskich – 41 proc. Na niższych szczeblach władzy kobiety częściej są dyrektorami: w urzędach wojewódzkich jest ich 50 proc., w samorządzie terytorialnym – 51 proc. Wśród prezesów spółek komunalnych – 12 proc., a w spółkach skarbu państwa – tylko 3 proc.

Gdybyśmy znali wykształcenie osób na tych stanowiskach, moglibyśmy ocenić, czy mężczyźni dostają je z powodu przygotowania, czy dlatego, że w społecznym wyobrażeniu lepiej się nadają.

Częściej kobiety można spotkać na niższych stanowiskach kierowniczych, np. zastępcy dyrektora czy kierownika. To może świadczyć o genderowym i dyskryminacyjnym doborze osób na to stanowisko: pracodawca uważa, że kobiety nadają się do pracy konkretnej, a mężczyźni – do reprezentacji i ponoszenia ogólnej odpowiedzialności.

W ministerstwach, urzędach centralnych i wojewódzkich wśród zatrudnionych z wyższym wykształceniem jest o 10 proc. więcej mężczyzn. Odwrotnie jest w samorządzie terytorialnym.

W ministerstwach mężczyźni z wyższym wykształceniem średnio zarabiają 5166 zł, a kobiety – 4628 zł. W urzędach centralnych odpowiednio: 4871 zł i 4074 zł, w wojewódzkich: 3232 zł i 2976 zł, w marszałkowskich: 3476 zł i 3263 zł, w powiatach i gminach: 3202 zł i 2845 zł, w spółkach komunalnych: 4050 zł i 3332 zł, w spółkach skarbu państwa: 5319 i 4295 zł. Podobnie jest ze stażem pracy: mężczyźni o tym samym stażu pracy co kobiety zarabiają więcej.

Tylko 16 proc. zbadanych instytucji prowadziło u siebie – obowiązkowy, według zaleceń rządu – monitoring równego wynagrodzenia za pracę równej wartości. NIK zaleca stworzenie narzędzi, których każda instytucja mogłaby używać do monitorowania płac kobiet i mężczyzn, biorąc pod uwagę wpływ poszczególnych czynników, w tym rodzaju wykształcenia czy doświadczenia zawodowego.

 

Wyborcza.pl

Lokator bez wody? PO: Nie demonizujmy

Piotr Żytnicki,01.02.2014
Eksmisja lokatorki z kamienicy przy pl. Trzech KrzyżyEksmisja lokatorki z kamienicy przy pl. Trzech Krzyży (Fot. Dariusz Borowicz / Agencja)
Posłowie chcą walczyć z „czyścicielami” kamienic. Ale urzędniczka ministerstwa obawia się, że ucierpią kamienicznicy, którzy za karę odcinają wodę dłużnikom. Wsparł ją ekspert sejmowy i poseł Jarmuziewicz z PO.
Właściciele kamienic wynajmują „czyścicieli”, by nękaniem lokatorów zmuszali ich do wyprowadzki. Jedną z metod jest odcinanie wody. Państwo jest bezradne, lokatorzy sami uciekają.W ten sposób właściciele obchodzą prawo, które daje lokatorom trzy lata na wyprowadzkę. I pozbywają się dłużników, którzy mają wyrok eksmisyjny, ale od lat czekają na mieszkanie socjalne.

Tadeusz Dziuba, poznański poseł PiS, chce zmienić przepisy. Jego projekt przewiduje, że jeśli w budynku mieszkalnym odcięto celowo wodę i może to zagrażać zdrowiu lub życiu lokatorów, prokuratura będzie występować do sądu z pozwem o przywrócenie wody. – Sąd może wydać wyrok w ciągu tygodnia, a właściciele musieliby go wykonać – mówi Dziuba.

Nad projektem pracuje już w Sejmie specjalna podkomisja. Ministerstwo Infrastruktury reprezentuje Anna Bajurska, wicedyrektorka departamentu gospodarki przestrzennej i budownictwa.

Na stronie internetowej Sejmu dostępne jest nagranie wideo z posiedzenia podkomisji sprzed tygodnia. Bajurska przekonuje posłów, że obecne przepisy pozwalają inspektorom budowlanym reagować na odcinanie wody, choć nie wiadomo, na ile są skuteczne. Zastrzega, że nie wypowiada się w imieniu rządu, który nie ma jeszcze zdania na temat projektu: – Możemy wypowiadać się jedynie jako resort.

Bajurska niespodziewanie oświadcza: – Ten projekt uderzy również w tych właścicieli, którzy stosują sankcję odcięcia wody w stosunku do lokatorów zalegających z czynszem. Być może trzeba więc w jakiś sposób te przepisy przebudować.

- Oglądałem to nagranie i nie mogłem uwierzyć – mówi szef poznańskiego nadzoru budowlanego Paweł Łukaszewski. – Przedstawicielka ministerstwa usprawiedliwia bandyckie metody? Twierdzi, że jeśli ktoś zalega z czynszem, to można ukarać go odcięciem wody? Takie słowa nie powinny paść z ust urzędnika państwowego.

Łukaszewski od ponad półtora roku próbuje pomóc lokatorom kamienicy przy ul. Stolarskiej w Poznaniu. „Czyściciele” wycięli tam rury wodociągowe. Łukaszewski zmusił w końcu właścicieli kamienicy, by je naprawili. Ale nie może ich zmusić, by rurami popłynęła woda.

- W kamienicy mieszkali zarówno lokatorzy płacący czynsz regularnie, jak i dłużnicy. Jeśli właściciele kamienic chcą się pozbyć lokatorów, muszą działać zgodnie z prawem. Nie możemy akceptować bandytyzmu – mówi Łukaszewski.

- To pierwsza taka opinia wygłoszona publicznie, choć władze państwowe podobne podejście reprezentują od dawna. Wychodzą z założenia, że prawo własności jest święte i właścicielowi wolno wszystko. A to nieprawda. Właściciel nie może nikogo karać odcinaniem wody, nawet jeśli uważa, że lokator na to zasłużył – mówi Jarosław Urbański z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

RPO: Woda to obowiązek

Zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich właściciele kamienicy mają obowiązek zapewnić w niej dostęp do wody. Odciąć może ją jedynie przedsiębiorstwo wodociągowe, jeśli woda pobierana jest nielegalnie, uszkodzony został wodomierz bądź właściciel budynku zalega z opłatami. Ale nawet w tym ostatnim przypadku wodociągi muszą udostępnić lokatorom „zastępczy punkt poboru wody”.

Zapytaliśmy dyrektor Annę Bajurską, dlaczego uważa, że lokatorom zalegającym z czynszem, wolno za karę odcinać wodę. Nie odpowiedziała. Odpisał nam rzecznik ministerstwa Piotr Popa: „Wypowiedź pani Anny Bajurskiej była dalece nieprecyzyjna”.

Nieprecyzyjna? – pytamy.

„Była niefortunna, należy potraktować ją jak lapsus językowy – odpowiada Popa. – To nie było oficjalne stanowisko ministerstwa. Rozumiem wzburzenie, które mogła wywołać pani dyrektor”.

Rzecznik nie umiał odpowiedzieć, czy wobec Bajurskiej wyciągnięte zostaną konsekwencje.

Biuro analiz też przeciw

Przeciwko projektowi posła Dziuby był też prawnik biura analiz sejmowych Paweł Kościelny. Uznał, że zmiany są niepotrzebne, a bez wody da się żyć, bo mieszkańcy „mogą przynieść wodę do picia z zewnątrz”, „dla zachowania higieny mogą udać się do znajomych lub rodziny”, a w ostateczności mogą się wyprowadzić.

Posłowie nie wzięli tej opinii pod uwagę, skierowali projekt do prac w podkomisji. Ale i tam zdają się nie dostrzegać wagi problemu.

Tadeusz Jarmuziewicz, poseł PO, przewodniczący podkomisji, stwierdził na ostatnim posiedzeniu, że gdyby odcinanie wody było takim problemem, to program o tym zrobiłaby już dawno Elżbieta Jaworowicz. – Może trochę to demonizujemy? – stwierdził Jarmuziewicz.

 

Wyborcza.pl

Żona jak marzenie

Anna Śmigulec, 29.01.2014
 Ilustracja Anna Reinert
Między ciągami chodziła ze mną na mecze i przepraszała za chlanie

Tomek – pod czterdziestkę, zawadiacko uśmiechnięty czaruś otoczony wianuszkiem kobiet. Od młodych do dojrzałych.Tomka cieszy ich towarzystwo. Chociaż wolałby ich nigdy nie spotkać.- Jak poderwałem Patrycję? – prycha. – Jak to jak? Bajerowaniem!Cóż, lubię być między babkami. Lubię zagadać, pożartować. Taki mam styl bycia. Potrafię też wszystko zorganizować.
Przeciwko światuPoznaliśmy się w mojej knajpie. Miałem 25 lat, ona 18. Jaki byłem? Bajerant, kozaczek, lovestorant. A ona? Krótkie blond włosy, zadziorna fryzura i charakter. Drobna, bardzo ładna. I niedostępna.Koło mnie kręciło się sporo dziewczyn. Wiesz, byłem nowy we wsi. A Patrycja jako jedyna nie zwracała na mnie uwagi. Jak masz pięć ładnych dziewczyn i jedna nie jest tobą zainteresowana, to ją właśnie chcesz zdobyć. Adorowałem ją przez pół roku.Jej rodzina najpierw była mi przeciwna. Ale walczyliśmy o siebie nawzajem. Ona potrafiła postawić się matce i przyjechać do mnie samochodem, choć bała się wtedy prowadzić. Nie potrafiła się przytulać i mówić „kocham cię”, więc robiłem to za nas dwoje. Aż w końcu mnie zaakceptowali.Nieszczęsne trzyNigdy nie uważałem, że miejsce kobiety jest w domu. Że mógłbym partnerce czegoś zabraniać. Ale ta sytuacja mnie zaskoczyła. Wpadł do nas wujek Patrycji. Siedzimy, gadamy, a on nagle:- Napijemy się?Jak to na wsi. Facet z facetem nie będzie siedział nad kawką. Poprosiłem:- Patrycja, przyniesiesz kieliszki?Przyniosła trzy. I usiadła z nami. To mnie zaniepokoiło. Moje wyobrażenie o kobiecie zaczęło się sypać. Pije wódkę przed południem? Nawet ja nie miałem ochoty, ale wujkowi nie odmówię.A potem ten ciąg zdarzeń. Najpierw Patrycji zmarła mama, następnie odziedziczyliśmy jej firmę, później wzięliśmy ślub.Miało być „żyli długo i szczęśliwie”, a było „wpadli w szambo”.Po drugiej stronie granicy


Jak wyszliśmy od mamy, Patrycja wypiła 0,7 z gwinta już w samochodzie. Nie powstrzymywałem jej, bo śmierć matki to jednak dobry powód do picia. Tym bardziej że zmarła tragicznie i niespodziewanie.

Ale to był tylko dodatkowy pretekst. Patrycja już w tym tkwiła, a mnie powoli otwierały się oczy. Jak imprezujesz, to wracasz do domu, zasypiasz, ale rano wstajesz do swoich obowiązków. Wiesz, że jest pewna granica: po jednej stronie zabawa, po drugiej codzienne życie.

I Patrycja tę granicę przekroczyła. Wstawałem do pracy, patrzyłem, a jej nie ma. Jeszcze w nocy wymykała się do sąsiadki. Dziwna zażyłość, bo sąsiadka Irena była matką jej koleżanki. Czyli starsza od Patrycji o jakieś 25 lat. Ale połączyło je jedno: głęboka miłość do wódki.ObłędPo siedmiu latach udało się Patrycję przypilnować przez dwa dni, żeby nie piła. To, co zobaczyłem następnego ranka, naprawdę mnie przeraziło.Budzę się, a moja żona rozwiązuje zadania matematyczne na firance. Siedzi na łóżku i dodaje, podkreśla, zlicza… Myślałem, że mnie wkręca. Ale potem w rogu pokoju zobaczyła człowieka ze srebrną rurką. Jeszcze później włączyła odkurzacz i grała muzyka. Wyłączyła – przestawała grać. To trwało kilka godzin. Spanikowany zadzwoniłem po familię. Przyszli, spojrzeli, stwierdzili:- E, wymyśla.A to była psychoza poalkoholowa. Pojechaliśmy do psychiatry, a lekarka tłumaczy:- Pana żona widzi rzeczy, których my nie widzimy.- No przecież widzę!- To efekt nagłego odstawienia alkoholu. Może się skończyć tak, że żona dźgnie pana nożem, bo zobaczy w panu diabła. Albo wyskoczy przez okno, bo będzie chciała sięgnąć po coś, czego nie ma. Musi zostać na oddziale psychiatrycznym.W kręguDopiero drugi odwyk okazał się skuteczniejszy. Miesiąc w prywatnym ośrodku, 9 tys. zł, ale było warto. Zacząłem tam chodzić z Patrycją na mityngi AA i aż się zachłysnąłem. Bo patrzę: wszyscy tacy szczęśliwi! Jedna osoba nie pije od roku, druga od sześciu lat, trzecia od 20… Da się? Da się! Emanowało od nich ciepło i nadzieja. Spodobało mi się. Zacząłem pilnować żony, żeby nie opuszczała żadnego mityngu. Widziałem, jak się śmieje, że jest szczęśliwa i ma nowych znajomych – wreszcie nie od wódki. Zaczęliśmy jeździć w góry i na baseny. I starać się o dziecko.Tymczasem mnie wysłali na mityng Al-Anon (taka grupa wsparcia dla współuzależnionych jak AA dla alkoholików). A tam niewesoło. Siedzą ludzie, płaczą i leczą rany. Bo na przykład mąż od dekady nie pije (i jest zadowolony), a jego żona ma zrytą psychikę i do dziś nie może się pozbierać. Przeżywa, jak ją wtedy bił i zdradzał, i do tej pory w siebie nie wierzy.I najważniejsze: same kobiety. Tak jakby alkoholikami byli tylko faceci. Pomyślałem, że może źle trafiłem, więc zapytałem prowadzącą:- Ilu mężczyzn przychodzi do Al-Anon?- 0,02 proc.Zyski i straty

No i jestem rodzynkiem. Od sześciu lat chodzę na mityngi i nie spotkałem tam innego faceta. Zawsze tylko ja i wianuszek kobiet. Ale dopiero jak pojechałem na weekendowe warsztaty Al-Anon całego regionu, zobaczyłem tę przepaść: wielka sala, w kręgu 97 kobiet i ja.

Ciekawe, bo dziś wśród alkoholików jest tyle samo kobiet, co mężczyzn. Ale już wśród współuzależnionych nie, bo jak kobieta pije, to mężczyzna raczej się rozwiedzie, niż wytrwa z żoną w chorobie.

Ja

Trzynaście lat. Żyłem jej piciem i żyję jej trzeźwieniem.

Najpierw oczekiwałem, że żona postawi mi pomnik. Później, że może chociaż popiersie. Jeszcze później, że powie „dziękuję”. W końcu nic nie dostałem.Czasem, jak się kłócimy, zdarza mi się wypomnieć:- Przez ciebie nie spałem jedenaście nocy!- Gówno mnie to obchodzi – mówi niewzruszona. – Mogłeś spać.Im więcej oczekiwań, tym więcej rozczarowań.W czwartek w ”Dużym Formacie” czytaj też: 

Seks na wyspach 
Polacy eksperymentują. Anglia to morze nowych możliwościE-Przekręt za 20 mln 
Sprzedali tysiące nieistniejących butów. Pewnie otworzą kolejny sklepWieś w mieście to nie obciach 
Na świecie to wiedzą, a Warszawa się wstydziUkraina. Polowanie na Tetianę 
Dlaczego Tetiana Czornowił włamała się do prezydenta JanukowyczaMarek Kubala kąsa za 40 baniek 
Miał 38 lat i salon samochodowy w Wałbrzychu, kiedy aresztowali go pod zarzutem uszczuplania podatku. Kiedy został uniewinniony, miał już lat 49 i 14 milionów długów. Właśnie pozywa sędziego

Wyborcza.pl

KSIĄDZ UCHO: ZNAM TAJNY PLAN GENDERYSTÓW. TO MASTURBACJA DZIECI NIEPOCZĘTYCH

Ksiądz Oko to ich agent!

Tomasz Stawiszyński: Jest ksiądz jednym z najbardziej bezkompromisowych kapłanów walczących z zarazą gender, wytrawnym badaczem tropiącym spisek genderystów, który sięga – jak wynika z księdza publikacji – dalekiej prehistorii, a zarazem praktycznie nie widać księdza w mediach. Nasza rozmowa to bodaj pierwszy wywiad, jaki trafi być może do szerszej publiczności. Czy to efekt działalności sił zainteresowanych w uciszeniu księdza? Komuś zależy, żeby ksiądz milczał?

 

Ks. Mariusz Ucho: Cóż, to oczywiste. Zarówno ośrodki koordynujące działania międzynarodówki genderystowskiej, jak i rozmaite farbowane lisy działające w jej służbie, a udające tylko bojowników lepszej sprawy, robią wszystko, żeby mój przekaz nie trafił do opinii publicznej. Próbują mnie dyskredytować, odsądzać od czci i wiary, nazywać szaleńcem, albo – o ironio – człowiekiem niedouczonym [śmiech]. Tymczasem jestem bez wątpienia najlepiej wykształconym człowiekiem w Polsce, z ogromnym prawdopodobieństwem – w Europie oraz z istotnym prawdopodobieństwem – na świecie. Jeszcze będąc niemowlęciem, ujawniałem niezwykłe talenty; w wieku dwóch tygodni dość swobodnie operowałem tabliczką mnożenia i tablicą Mendelejewa, potrafiłem całkiem nieźle komunikować się w języku polskim, angielskim, francuskim i niemieckim, zaś w wieku dwóch miesięcy mój poziom wykształcenia szacowano na odpowiadający poziomowi wykształcenia absolwenta Harvardu. Jako trzylatek opublikowałem sześciusetstronicową dysertację doktorską – bardzo pozytywnie ocenianą przez tak różne osoby, jak Stephen Hawking, Allan Bloom, Karol Wojtyła i Alain Delon – w której przekonująco dowodziłem, że teoria względności Alberta Einsteina jest przesiąknięta genderystowską ideologią i odpowiada w dużej mierze za współczesną plagę promiskuityzmu, rozpasania, lewactwa, leseferyzmu i gloryfikacji najohydniejszych płciowych zboczeń. Można ją zatem postawić w jednym rzędzie z dziełami Lenina, Stalina, Kim Ir Sena, Pol Pota i Mao Tse-tunga – czyli głównych przedstawicieli ideologii gender w XX wieku.

 

Już słyszę ten chór oburzonych przedstawicieli środowisk uniwersyteckich, którzy zakrzykną, że teoria względności to sprawa naukowa i z ideologią nic wspólnego nie ma…

 

A niech sobie krzyczą. Krzykiem i rzekomym oburzeniem – w gruncie rzeczy będącym wyrazem zwykłego lęku o stołki i pieniądze z grantów – nie uda im się zakryć elementarnych faktów. Ta cała rzekoma „teoria”… Zresztą, proszę pana, wystarczy, że pan sobie uświadomi, jak się owa „teoria” nazywa. Względności. Czyli relatywizmu. To jest po prostu teoria relatywizmu, która uczy, że wszystko jest takie, jakie się chce, żeby było, a nie takie, jakie Pan Bóg stworzył. Absurdalność tego pomysłu jest tak oczywista, że już w wieku trzech lat była dla mnie uderzająca.

 

Czemu to ma służyć? Dlaczego oni to robią?

 

To oczywiste zaprzeczenie naturze, w której naturze naturalnie leży to, że jeśli zgodnie z naturą coś jest jakieś, to nie może być inne.

Podobnie jak tłok silnika nie może poruszać się w rurze wydechowej, ponieważ z natury przeznaczony jest mu cylinder. Jeżeli wszystko jest względne – a do tego, jak powiedzieliśmy, prowadzą dewiacyjne wnioski względościowców-genderystów – mogę wybierać, czy jestem kobietą czy mężczyzną, mogę odbywać stosunki płciowe z dowolną liczbą dowolnie dobranych partnerów, mogę swobodnie przemieszczać strefy erogenne na swoim ciele albo nawet całe ciało uczynić jedną wielką strefą erogenną. Genderystowskie ośrodki „badawcze” prowadzą zresztą szeroko zakrojone eksperymenty mające na celu rozszerzenie stref erogennych na całe ciało, a także na przedmioty codziennego użytku, a nawet całe miasta.

 

Miasta?!

 

Nie słyszał pan nigdy o masturbowaniu miast?

 

Nigdy. Mówi się, że masturbować można wyłącznie… hm…

 

Chce pan powiedzieć: organy płciowe? Mój Boże, ależ pan naiwny [śmiech]. Masturbować można wszystko. Dosłownie wszystko. Masturbowanie całych miast, a nawet całych państw, stanie się wkrótce powszechną praktyką, jeśli oczywiście ludzie się w porę nie obudzą.

 

Genderyści mają skądinąd ambicję przeprowadzenia masturbacji całego globu.

 

Przygotowania do tej operacji trwają już od dawna, a jej elementami są loty w kosmos, rozmieszczanie satelitów i wszystkie rzekome programy „podboju” przestrzeni kosmicznej. W gruncie rzeczy nie chodzi jednak o żaden podbój – a o przygotowanie do gigantycznego planetarnego samogwałtu. Będzie on przebiegał prawdopodobnie na dwa sposoby. Po pierwsze, chodzi o to, żeby w odpowiednim dniu wszystkie dzieci na świecie – w wieku od zera do kilkunastu lat – rozpoczęły symultaniczną masturbację. Ich masturbacja ma być swoistym przygotowaniem do głównego punktu programu, o którym za chwilę powiem. Genderyści są perfekcjonistami, wiedzą, że wszystko musi przebiegać absolutnie bezbłędnie. To właśnie dlatego wprowadza się do żłobków i przedszkoli obowiązkowe lekcje onanizmu. Żeby zresztą tylko do przedszkoli i żłobków… Onanizmu uczy się już zarodki. Masturbowanie zarodków – pod niewinnie brzmiącymi nazwami „USG” albo „badania prenatalne” (to jest forma masturbacji bardziej inwazyjnej) – odbywa się już na poziomie gabinetów ginekologicznych. Niczego nieświadome, omamione pseudomedyczną ideologią kobiety w ciąży wchodzą do tych gabinetów jak do jaskini lwa. Jest to dokładnie to samo, jakby dorosły zdrowy człowiek wstrzykiwał sobie wirus HIV albo zarażał się dobrowolnie pałeczkami najohydniejszych wenerycznych chorób. Chodzi jednak o seksualizację zarodków, seksualizację embrionów – posługując się ich językiem. Mówiąc zaś zgodnie z prawdą – o seksualizację dzieci nienarodzonych.

 

Przy okazji, genderyści prowadzą także specjalny program seksualizacji i masturbacji dzieci niepoczętych. Tych ostatnich jest bowiem znacznie więcej niż dzieci poczętych oraz dzieci narodzonych.

 

Proszę sobie wyobrazić, z jaką skalą problemu będziemy się mierzyć, jeżeli genderystom uda się przeciągnąć na swoją stronę te niezliczone rzesze masturbujących się dzieci niepoczętych!

 

 

To przekracza moje wyobrażenie…

 

A to się, proszę pana, dzieje na naszych oczach! I to dopiero wstęp. Jak powiedziałem, w przededniu głównej genderystowskiej operacji wszystkie poczęte i niepoczęte dzieci rozpoczną gremialną orgiastyczną masturbację, transmitowaną przez wszystkie podporządkowane genderystom stacje telewizyjne na świecie. Dziewczynki ubrane będą w stroje męskie, chłopcy w dziewczęce – do tego wskutek zaawansowanych manipulacji biogenetycznych i odrażających zabiegów operacyjnych w miarę przyrostu pobudzenia seksualnego ich płcie będą się błyskawicznie zmieniać. Niczym w kalejdoskopie…

 

Wszystkie dzieci? To się ma szansę udać?

 

Wie pan z pewnością, że dziecko z natury lgnie, ono szuka, chce być zaspokojonym. Genderyści doskonale potrafią to wykorzystać.

 

Ale po co?

 

To ma być dopiero preludium do masturbacji globalnej. Strefa erogenna zostanie równomiernie rozprowadzona po powierzchni kuli ziemskiej, a specjalne elektroniczne urządzenia – pod postacią niewinnie brzmiących „stacji badawczych”, „odwiertów”, „kopalni” i innych „platform” – w odpowiednim momencie rozpoczną intensywną stymulację całej planety.

 

Czym to się skończy?

 

Tym, czym kończy się masturbacja ludzka. Tyle że w tym przypadku skutki będą znacznie bardziej przerażające. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, a wiem, co mówię, bo mam wiele dyplomów i podążam drogą Wszystkich Świętych – genderyści dążą do jednej, wielkiej, globalnej, kosmicznej ejakulacji. Ten gigantyczny kosmiczny wytrysk ma zniszczyć całą ziemię. Orgazm – jak wiadomo – to mała śmierć. Ten orgazm ma być jednak orgazmem absolutnym, orgazmem, w którym cała planeta raz na zawsze się zatraci, spuści, zniknie. I to jest właściwy cel wszelkiej maści genderystów. Zresztą podobną akcję próbowali przeprowadzić już 68,5 milionów lat temu, na przełomie kredy i paloegenu, kiedy to wyginęły wszystkie dinozaury. Wtedy globalnej ejakulacji nie udało się przeprowadzić, ale tradycyjne, oparte na hierarchii i płciowym zróżnicowaniu społeczności dinozaurów zostały skutecznie zniszczone.

 

A zaczynało się równie niewinnie – najpierw tyranozaur przestawał polować, tracił zainteresowanie samicą, wydawało mu się, że może sobie wybierać, czy chce być dinozaurem czy dinozaurzycą.

 

Seksualizacja dinozaurów również przybierała coraz bardziej zaawansowane formy – z masturbacją jaj, czyli dinozaurów nienarodzonych, włącznie. Skutki tego wszyscy znamy, dinozaurów nie ma już dzisiaj z nami. Jeśli się w odpowiednim momencie nie przebudzimy, spotka nas niestety ten sam los.

 

W sposób bezkompromisowy i otwarty ujawnia ksiądz plany genderystów. Nie boi się ksiądz odwetu?

 

Jestem przede wszystkim po stronie prawdy, lewackie brednie, których potok po publikacji naszej rozmowy wyleje się zapewne na moją głowę, zupełnie mnie nie ruszają. Przyzwyczaiłem się także do życia w ukryciu. Od lat jestem tropiony przez genderystowskich agentów, którzy podstępnie próbują zmienić mi płeć. Często zdarza się, że ktoś po kryjomu przyszywa mi falbany do sutanny, w zawoalowany sposób zachęca do masturbacji. Ale, jak powiedziałem, jestem do tego przyzwyczajony. Nie obawiam się niczego, zależy mi wyłącznie na losie bliźnich – i naszej planety.

 

Ma ksiądz wielu sojuszników?

 

Niestety, nie. Nawet w obrębie Kościoła działają genderystowscy agenci. Przykładem jest – mówię to z ciężkim sercem, bo wiem, że jest to prawda niewygodna dla wielu – mój niegdyś serdeczny kolega Darek Oko. Już dawno został skaptowany przez genderystowską siatkę wpływów, choć udaje wielkiego przeciwnika gender. W gruncie rzeczy działa dokładnie odwrotnie. Proszę popatrzeć, jaką on ma fantazję. Te wszystkie jego opowieści o dwunastolatkach ssących sztuczne penisy opakowane w prezerwatywę pobudzą niejedną niezdrową wyobraźnię… I te wizje przedszkolaków uprawiających seks… Darek robi dla genderystów świetną robotę.

 

Jestem pewien, że jeśli tylko plan planetarnego wytrysku dojdzie do skutku, Darek Oko osobiście da sygnał do jego rozpoczęcia.

 

Podobnie posłanka Kempa – sterowana przecież przez te same środowiska. Tak to niestety wygląda, ale trzeba o tym mówić, bo inaczej wszyscy pójdziemy na zatracenie.

 

Dziękuję księdzu za rozmowę i trzymam kciuki, żeby misja ratowania naszej planety się księdzu udała.

 

Bóg zapłać za życzenia. Nie jest lekko, ale będziemy walczyć. Alleluja i do przodu! Aha – i niech pan pamięta, ręce na kołdrze!

 

Oczywiście, proszę księdza. Teraz i zawsze.

 

 

Ks. Mariusz Ucho – mężczyzna, posiada setki doktoratów we wszystkich możliwych dziedzinach wiedzy, studiował na wszystkich prestiżowych uniwersytetach, jest jedynym człowiekiem na świecie, który przeczytał wszystkie książki i – w sensie jak najbardziej dosłownym – wie wszystko. Od wielu lat ukrywa się przed bojownikami gender, którzy usiłują doprowadzić go do masturbacji, a następnie zmienić mu płeć. Prezentowana rozmowa jest pierwszym wywiadem, jaki ksiądz Ucho udzielił mediom. Mieszka w Warszawie, Krakowie, Nowym Jorku i Otwocku.

Dziennik Opinii KP

 

A to byli przebierańcy

Wojciech Karpieszuk, 30.01.2014
Rys. Piotr Socha
- Z tym fałszywym rozmawiało mi się lepiej niż z prawdziwymi. Człowiek się nie krępował. Ja to bym nawet chciała, żeby ten przebieraniec u nas został – deklaruje mieszkanka Mogielnicy. W jej parafii przez prawie miesiąc posługę duszpasterską pełniło dwóch nie do końca prawdziwych księży
Od dwóch tygodni Mogielnica, 2,5-tysięczne miasteczko niecałe 70 kilometrów na południe od Warszawy, żyje księżmi przebierańcami. Bo tak mieszkańcy określają dwóch mężczyzn, którzy przez prawie miesiąc, podając się za duchownych z Doniecka, służyli w tutejszej parafii pw. św. Floriana.18 grudnia do Mogielnicy przyjechał pierwszy z nich – 40-letni Jacek K. Przedstawił się, że należy do Bractwa Kapłańskiego św. Klemensa Rzymskiego. Proboszcz ks. prałat Henryk Trzaskowski serdecznie przyjął gościa, bo wcześniej odebrał telefon od kogoś, kto podawał się za przedstawiciela warszawskiej kurii metropolitalnej. Prosił, by zaopiekować się duchownym z Ukrainy, bo ten zbiera datki na budowę Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Doniecku. Proboszcz, który – jak mówią mieszkańcy – ma serce do Wschodu i nieraz już gościł duchownych stamtąd, pomocy nie odmówił. Kilka dni później do Jacka K. dołączył 65-letni Jan K.Obaj zadomowili się w parafii na dobre. Mieszkali na plebanii, odprawiali msze (w tym jedną pogrzebową), spowiadali, a Jacek K. obszedł nawet mieszkańców Mogielnicy i okolicznych wiosek z wizytą duszpasterską. 15 stycznia, po wieczornej koncelebrowanej przez nich mszy, obydwu zatrzymała policja.Kamil, który księdza udawał. Reportaż o 22-latku, który „najpiękniej opowiadał o śmierci, pogodzeniu się i miłosierdziu”.Sprawa rozdmuchanaKościół św. Floriana to XIX-wieczna piękna neogotycka, ceglana świątynia. Tuż obok plebania, prosty klocek. To tu wikt i opierunek znaleźli Jacek K. i Jan K.- Czy ksiądz mógłby opowiedzieć, jak to było z tymi przebierańcami? – pytam w drzwiach proboszcza Henryka Trzaskowskiego.- Wszystko już zostało powiedziane w prokuraturze. Nic nie mam do dodania – ucina proboszcz i zamyka ledwo uchylone drzwi.Kilkaset metrów dalej w klasycystycznym niewielkim ratuszu urzęduje władza świecka. O sytuację w gminie pytam burmistrza Stanisława Chmielewskiego, który zna tu wszystkich, bo urząd sprawuje od 1998 roku. Co sądzi o przebierańcach? Jak zareagowali mieszkańcy? Pytań jest wiele, ale burmistrz nabiera wody w usta. – U mnie jest rozdział państwa od Kościoła – oznajmia. A na dowód tego rozdziału wskazuje jedną ręką godło, a drugą wiszący na przeciwnej ścianie krzyż.Żali się, że sprawa z przebierańcami rozdmuchana, że jedna telewizja już była i przeinaczyła obraz Mogielnicy, bo same rozpadające się rudery w telewizorze pokazali. – A Mogielnica się zmienia – podkreśla burmistrz. O, choćby nowy kompleks sportowy im. Jana Pawła II. Basen, kort tenisowy, bieżnie, dwa boiska, plac zabaw. Gospodarz na pożegnanie wręcza kolorową broszurkę o tej dumie gminy, żeby dziennikarz poczytał. I tyle.Inaczej niż burmistrz i proboszcz zachowują się mieszkańcy. Kiedy zagaduję o ostatnie wydarzenia, chętnie opowiadają i komentują. Ale zastrzegają: anonimowo. Żeby później ksiądz proboszcz z ambony nie potępił.Pierwszy raz ksiądz koperty nie bierzeKsięży przebierańców było dwóch, ale parafianie zapamiętali zwłaszcza młodszego – Jacka K. Wspominają: taki ogóreczek, kluseczka. Niewysoki. Gaduła. Ciekawe kazania głosił. Wzruszające, o biedzie na Ukrainie, że niektórzy to aż płakali. I z tego współczucia – bo wiara w Mogielnicy współczująca – grubsze banknoty na tacę leciały. Mówił prosto, jak do swojego, tak że wszyscy rozumieli. To on chodził po kolędzie. Między innymi przy Wolskiej. Domy po jednej stronie ulicy odwiedzał ks. Marek, wikariusz ze św. Floriana, a po drugiej stronie – Jacek K.Chodzę na Wolskiej od domu do domu.- Taki dziwny był. Prosty, ale i uduchowiony. Umiał rozmawiać z ludźmi. Nie to co nasz proboszcz. Ja to się czułam tak, jakbym go od lat znała – opowiada młoda dziewczyna.- Wyglądał, jak Bóg przykazał. Wszystkie kościelne emblematy miał. Nikt nie pomyślał, że przebieraniec – dopowiada jej matka.Córka wybucha śmiechem: – To tak jakbym ja habit zakonnicy włożyła. Kto pozna, że fałszywa? I wspomina: – Wszedł, modlitwę zmówił, psa pogłaskał. Zapytał, jak sobie radzimy.Matka: – To mu opowiadam: że ciężko, mąż choruje. Aż łezka mu się w oku zakręciła. Naprawdę, mówię, jak było. Ksiądz, znaczy ten przebieraniec, posiedział z pół godziny. Ludzie z wcześniejszych domów to już go gonili, późno było. Nasz wikariusz dawno kolędę skończył, a on dopiero w połowie. Bo wszędzie usiądzie, porozmawia. A nie: raz-dwa, kopertę weźmie i Bóg zapłać.

Do rozmowy dołącza ojciec. – Wie pan, ja czegoś zrozumieć nie mogę. Niby złodziej, tak? A patrz pan, od nas koperty nie wziął. Czyli uczciwy też musi być trochę. Powiedział tak: „Widzę, że bieda u was, ludzie. Pieniądze wam się przydadzą. A ja sobie jakoś poradzę”.

Matka kręci głową z niedowierzaniem: – Pierwszy raz się zdarzyło, żeby ksiądz koperty nie wziął.

Poza tym w „Piątku Ekstra”:

Mały wałbrzyski zakład fryzjerski nie chce płacić ZAiKS-owi. Klienci dostają zatyczki do uszu. Ale ZAiKS wytoczył proces
Smog znad Chin nakręca cyklony, rozpuszcza lodowce, wylewa rzeki, zabija dzieci, skraca życie dorosłych
Czy „American Hustle” Davida O. Russella to najlepszy amerykański film o kanciarzach od czasów „Żądła”? Recenzja Jacka Szczerby
Dla porównania: najlepsze filmy gangsterskie wszech czasów
Najciekawsza postać w „American Hustle” jest tam zaledwie wspomniana w dialogach. Wojciech Orliński przedstawia Mayera Lansky’ego
Do czego przydaje się surrealizm? O wyższości „Alicji w krainie czarów” nad „Kubusiem Puchatkiem” opowiada Agnieszka Taborska

Facebook uruchomił własną gazetę. Co teraz? Nie wiem, czy mam dalej karmić tę bestię

Vadim Makarenko, 31.01.2014
Facebook jest wszędzieFacebook jest wszędzie (Fot. 123 RF)
- Już nie mogę wytrzymać. Szef zwariował i na każdym zebraniu rozprawia o mediach społecznościowych. Każdy program ma mieć profil na Facebooku ze zdjęciami i zwiastunami – pożalił mi się niedawno menedżer jednej ze stacji telewizyjnych w Polsce. Nie on jeden ma ten problem. Media społecznościowe stały się marketingowym Świętym Graalem. Teraz będzie jeszcze trudniej, bo Facebook uruchomił własną gazetę, czyli stał się pełnowymiarowym konkurentem dla mediów.
Niewątpliwie Facebook jest „kanałem promocji” i pozwala mediom dotrzeć do odbiorców. Czasem do takich, do których trudno jest dotrzeć inaczej. Moja koleżanka, Anne Achté z fińskiego radia publicznego YLE, opublikowała w Reuters Institute for the Study of Journalism na uniwersytecie oksfordzkim całą pracę o tym, jak różne rozgłośnie radiowe wykorzystują Facebook i Twitter. Redakcje na całym świecie na potęgę tworzą stylebooki, wytyczne i polityki dla działalności swoich dziennikarzy w mediach społecznościowych. W uproszczeniu, w tych opracowaniach chodzi o to, żeby przyciągać ludzi do produkowanych przez nas treści, unikając przy tym głupot albo kompromitacji. W redakcjach powstają całe zespoły, które pracują nad tym, żeby marka ich portalu, gazety, programu, dziennikarza, stacji telewizyjnej albo radiowej miała jak najwięcej fanów na Facebooku.Problem polega na tym, że teraz Facebook staje się „kanałem konsumpcji” i pozwala odbiorcom na miejscu spożyć to, co produkują media. Z hamburgerem taki numer by nie przeszedł. W czwartek największy serwis społecznościowy na świecie zaprezentował swoją nowa aplikację mobilną, która nazywa się „Paper” („Gazeta”).

„Jest płynna, lekka i wykonuje wiele funkcji obecnej aplikacji mobilnej Facebooka. Jednak Paper ma kilka nowych ważnych funkcji, jak np. interaktywny podgląd zdjęć (…), który pozwala użytkownikowi przełączać się między poszczególnymi zdjęciami, poruszając telefonem z boku na bok. Informacje Paper pokazuje w działach podobnych do gazetowych rubryk: Headlines, Pop Life, Score, Enterprise oraz Home. Kliknięcie w dział prowadzi do podglądu artykułów. Można przeciągnąć palcem przez nagłówek i pojawi się animacja przewracanej kartki” – informuje „Wall Street Journal”.

Podczas prezentacji reporterzy dziennika widzieli materiały z „New York Timesa”, „Washington Post” oraz „Time’u”. Za ich dobór odpowiada algorytm oraz tzw. curators, czyli po polsku „osoby opiekujące się informacjami” albo „ulepszacze”. Potrafią na podstawie opublikowanej gdzie indziej informacji napisać własną, z krzykliwym, prowokacyjnym albo zagadkowym tytułem i nagłówkiem.

Jasne jest, że Facebook zamierza na Paper zarabiać. Na razie nie jest jasne, jak będzie rozliczał się z mediami. Zapewne na podobnych zasadach co Google News, czyli najpierw wcale, a potem tylko tam, gdzie zostanie do tego zmuszony.

Mój redakcyjny kolega Wojtek Orliński już zadeklarował, że z Facebooka będzie odsyłał wyłączenie do tekstów znajdujących się w płatnej części serwisu „Gazety Wyborczej”. To też pomysł. Ale nie wszystko, co dziennikarze (łącznie z niżej podpisanym) publikują na Facebooku, prowadzi do mediów. Często są to błyskotliwe i mniej błyskotliwe komentarze na temat „Pop Life, Score i Enterprise” albo rekomendacje książek i filmów. Czy ilustrowana zdjęciami, krótka refleksja Adama Wajraka o żubrach też wyląduje w Paper? Jeśli tak, to jak, ile i kiedy Facebook zamierza za nią zapłacić? I czy na taką okoliczność wydawcy nie zrewidują swoich kodeksów, polityk i stylebooków poświęconych społecznościowym mediom? Może za chwilę wszyscy zaczniemy pisać o pierogach na obiad i wrzucać ich zdjęcia? A co z amatorami, którzy publikują jakościowe teksty, zdjęcia i filmy?

Pytań będzie jeszcze więcej, gdy Twitter uruchomi własną redakcję, która poskłada to, co my tam relacjonujemy. Trochę tego jest.

Tekst pochodzi z bloga Vadima Makarenki

Wyborcza.pl

Miał powstać „węglowy orlen”. A jest miliard zł strat, afera w prokuraturze i 60 tys. wściekłych górników

Minister chciał mieć sukces. Wysłał dwoje warszawiaków na Śląsk z misją stworzenia nowoczesnej korporacji w branży węglowej. Górnicze lobby wykończyło ich w 12 miesięcy.

 

Joanna Strzelec-Łobodzińska, ministerialna urzędniczka, która została prezesem Kompanii Węglowej. We wrześniu  złożyła dymisję
Joanna Strzelec-Łobodzińska, ministerialna urzędniczka, która została prezesem Kompanii Węglowej. We wrześniu złożyła dymisję • fot Barłomiej Barczyk Agencja Gazeta

Niesprzedany węgiel o wartości kilku miliardów złotych zalega na hałdach, brakuje na pensje, przygotowywane są zwolnienia ponad 800 osób i sprzedaż najbardziej dochodowej kopalni. – Jeśli Kompania Węglowa upadnie, Śląsk zostanie zdegradowany gospodarczo – mówi w rozmowie z dziennikarzami wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk.
Największa w Unii Europejskiej firma branży węglowej dwa lata temu miała 11 mld zł. przychodów i 160 mln zł zysku, a teraz chyli się ku upadkowi. Jak do tego doszło? Oto historia o chciwości, lenistwie i zawiści.

Dream team Piechocińskiego
- Może byś się ruszył, Polska potrzebuje – zażartował urzędnik ministerstwa gospodarki dzwoniąc do biura Wojciecha Kotlarka w Pradze. Kotlarek pracował dla Unipetrolu, czeskiej spółki należącej do Orlenu. Miał opinię zdolnego menedżera, przed laty brał udział w przemianie stacji CPN w Orlen. Podobny plan był teraz.

Rok temu w kontrolowanym przez PSL Ministerstwie Gospodarki organizowano menedżerski dream team, który największą w Europie firmę branży węglowej miał zmienić w nowoczesną korporację. Do prezes Joanny Strzelec-Łobodzińską, wieloletniego pracownika ministerstwa, która nadzorowała spółki górnicze dołączył Wojciech Kotlarek, wiceprezes do spraw handlowych. W spółce było jeszcze czterech „śląskich” wiceprezesów, wieloletnich pracowników kopalni.

Żeby bardziej zmotywować menedżerów do pracy ministerstwo zgodziło się na obejście tzw. Ustawy kominowej ograniczającej wynagrodzenie prezesów spółek skarbu państwa. W Kompanii Węglowej zamiast płacy ograniczonej do 15 tys. miesięcznie prezes miała dostawać 70 tys. a jej współpracownicy po 50 tys. zł. To płace porównywalne jak w częściowo sprywatyzowanej i notowanej na giełdzie Jastrzębskiej Spółce Węglowej.

Chłop śląski, szerszy w barach, na umyśle wąski
Wojciech Kotlarek przyzwyczajony do pracy w korporacji zwierzał się współpracownikom, że nie może dać sobie rady z górniczą mentalnością. Nie mógł zażądać wykonania czegoś ASAPem (skrót w korpomowie od as soon as possibile z ang. tak szybko jak się da), bo czterej wiceprezesi śląskiej części zarządu kompanii nie posługują się mailem. Całą korespondencję drukują im sekretarki i przynoszą do zapoznania się, ewentualnie podpisu.

Szykowano plan budowy firmowej sieci sprzedaży węgla – takiej na wzór paliwowych potentatów Orlenu, Lotosu czy BP. W Polsce około dwa miliony gospodarstw domowych pali w piecu węglem. To rynek szacowany na kilka milionów ton rocznie. – Jeśli jakiś facet bez doświadczenia z głupia frant reklamuje w całej Polsce swoje składy węglowe to dlaczego nie może tego zrobić największa firma w UE – mówi naTemat.pl jeden z menedżerów znających sprawę.

Sieć eleganckich punktów sprzedaży, takich, gdzie klient obsługiwany jest w cywilizowanych warunkach, ma gwarantowaną jakość produktu, transport, rozładunek i usługi dodatkowe miał pokryć całą Polskę. Koszty podobne jak w Orlenie – 50 mln zł może więcej. Słysząc takie kwoty, górnicy się sprzeciwiali. – My warszawskiego marketingu nie potrzebujemy. Na każdej kopalni jest nasze logo. Wystarczy. Jak trzeba coś załatwić politycznie w stolicy, to wysyła się górników i mamy załatwione – mówili menedżerowie i działacze.

Górnik z Kompanii Węglowej
Górnik z Kompanii Węglowej•materiały prasowe

Czarne złoto
Na jednym z inauguracyjnych wystąpień prezeska ubrana w galowy górniczy mundur też oświadczyła, że śląski skarb będzie sprzedawać drogo i też zgarnie 5 mld zł. To gwarantuje, ze barbórka będzie na bogato, wypłaci się 13. i 14. pensje. Innego zdania byli jej główni klienci, prezesi firm energetycznych. Na międzynarodowych giełdach węgla i w portach Amsterdamu i Rotterdamu węgiel był o jedna trzecią tańszy niż ten wydobywany w Polsce. Tak tani, że opłacało się zerwać kilkuletnie umowy z KW, zapłacić kare za nieodebrany surowiec i palić w elektrowniach tym importowanym.

Pierwsze miesiące 2013 roku roku minęły na przepychankach. Górnicy tanio sprzedawać nie chcieli. Problem w tym, że zapełniono 99,91 proc. przygotowanej powierzchni zwałowej. Pracownikom kilku kopalni polecono parkować samochody przed wjazdem, bo wszystkie place, parkingi, a nawet drogi pożarowe zasypane były hałdami niesprzedanego surowca. Im bliżej było do sezonu grzewczego, tym gorzej wyglądała sytuacja węglowego giganta. KW ze swoim drogim węglem przegrywała wszystkie przetargi, wreszcie Tauron, CEZ, elektrociepłownia Dalkia zmusiły ją obniżenia cen.

Kompania Węglowa miała tylko jednego klienta, który musiał tańczyć, jak mu górnicy zagrają. To Polska Grupa Energetyczna, której prezesem w zeszłym roku był Krzysztof Kilian, znany menedżer i przyjaciel Donalda Tuska. Kontrakt PGE zawierał zapis o 50 procentowej karze za nieodebrany węgiel. Producentowi prądu nie opłacało się skorzystać z alternatywnych źródeł zaopatrzenia.

- Jadę do sanktuarium w Fatimie, trzymamy Kiliana za jaja, grajcie na zwłokę – miał powiedzieć Wojciech Kotlarek współpracownikiem, wybierając się na urlop. Chodziło o to, że szef PGE musiał lada dzień przedstawić premierowi plan budowy dodatkowych bloków energetycznych w elektrowni Opole. W takim planie spółka musiała mieć zagwarantowane dostawy węgla do 2020 roku. Warszawscy prezesi wiedzieli, że PGE śpi na pieniądzach. Poprzednim roku spółka miała 784 mln zysku. Na negocjacje przewidziano tylko 3 dni, a Kilian miał zostać wyciśnięty jak cytryna.

Spisek śląski
Tyle, że Ślązacy nie trzymali ciśnienia. Krzysztof Kilian bombardował zarząd pismami ze stanowczym żądaniem podjęcia negocjacji. Dawał do zrozumienia, że wysokie pensje w systemie poza kominówkami szybko mogą się skończyć. Węglową umowę spisano za plecami dwójki warszawskich prezesów Kompani Węglowej. Na koniec rozmów, już przy sympatycznej kawie prezes PGE poprosił jeszcze o rabat za dostawy jesienią 2013 roku. I dostał w prezencie 124 mln zł.

Jak na tym wyszli górnicy? Wojciech Kotlarek napisał doniesienie do prokuratury, bo prezent dla PGE uznał za działanie na szkodę spółki. Prezes Joanna Strzelec-Łobodzińska zrezygnowała ze stanowiska. Strata Kompani Węglowej za 2013 rok wyniosła miliard. Aby odbyła się Barbórka i wypłacono pensje wyemitowano obligacje 1,2 mld złotych. Na placach wciąż leży ponad 4 mln ton węgla o wartości ok. 1 mld zł. Marek Uszko wiceprezes i koordynator prac naprawczych spółki tłumaczył, że to węgiel słabej jakości, którego nie da się wyeksportować. Aby przetrwać KW sprzeda najbardziej dochodową kopalnię Knurów-Szczygłowice, co oznacza koniec marzeń o „węglowym orlenie”.

 

naTemat.pl

10 filmów dla Beaty Kempy

- Niechęć Kempy do „genderu” dziwi tym bardziej, że pani poseł jest, można powiedzieć – uosobieniem i świadectwem gender. To dzięki idei równości kobieta z polityczną pasją ma prawo i możliwość wykonywać ten do niedawna wyłącznie męski zawód – napisała pełnomocniczka Rządu ds. Równego Traktowania do Beaty Kempy. Gdybym pisał o polityce dodałbym, że…

 

Kadr z filmu poszukiwany, Poszukiwana

… że posłanka powinna zająć się sprawami ważnymi. Choćby losem matek-Polek, które terroryzowane są ideologią AGD i trzeba im pomóc się z tego domowego terroru uwolnić. Napisałbym też, że żony znanych polityków powinny pisać listy do jej męża, aby ją powstrzymał. Pisząc jednak o kulturze mogę tylko zaproponować pani poseł listę filmów, które powinna obejrzeć, aby zrozumieć siebie, innych ludzi. Po prostu zrozumieć.

1. Sierpień w hrabstwie Osage, John Wells. Zacznijmy od nowości. Film o tradycyjnym modelu rodziny. „Tradycyjny” nie zawsze Pani poseł znaczy tyle samo, co „wzorowy”. Do tego genialna Julia Roberts i Meryl Streep.

2. Płynące Wieżowce Tomasza Wasilewskiego to rodzima produkcja i jednocześnie pierwszy (mainstreamowy) gejowski film. Z uwagi na wątek sportowy, zalecam obejrzeć film w towarzystwie posła Jana Tomaszewskiego.

3. Obywatel Milk, Gus Van Sant. Film o WIELKIEJ… polityce.

4. Tomboy, Celine Sciamma. Piękny film o tym, dlaczego 10-letnia Laura chce nosić spodnie. Film o miłości, otwierający oczy. Uczący akceptacji. - Od ilu lat można oglądać ten film? Mam 13-ście i bardzo chce zobaczyć – komentarz na Filmweb.pl. Pani poseł, a propos dzieci, które jak słusznie Pani zauważyła – są naszym najlepszym kapitałem. Proszę zobaczyć czym naprawdę się interesują dzieci i dlaczego to cholernie dobre zainteresowania.

5. Na zawsze Laurence Xaviera Dolana. Robi się poważnie. Film o tym, że na zmianę nigdy nie jest za późno. Dosłownie.

6. Chce się żyć, Maciej Pieprzyca. O prawdziwych problemach, dlatego dorzucam do listy. Gender przy tym to pikuś. Niech będzie to film-inspiracja do powołania przez Panią kiedyś komisji, chociaż jednej, która zajmie się naprawdę ważnymi sprawami.

7. Ciągle Wierzę Magdy Mosiewicz. To dokument o Ewie Hołuszko. W PRL-u jako Marek działała w Solidarności. W wolnej Polsce zdecydowała się zawalczyć o swoje prawdziwe JA. Poruszający dokument m.in. o samotności.

Do tego:

8. Komedia małżeńska Romana Załuskiego. Co prawda to komedia, ale jaka życiowa! O kobiecie (w tej roli świetna i piękna jak zawsze Ewa Kasprzyk) która ma dosyć gotowania, sprzątania i całej ideologii AGD. Już 20 lat temu temat równouprawnienia inspirował twórców. Niestety, w tej kwestii zmieniło się zbyt mało. Może tym się trzeba zająć?

9. Poszukiwany, Poszukiwana, Stanisław Bareja. Wiadomo.

10. Lejdis Tomasza Koneckiego. Nie przepadam za tym filmem, ale polecam na tzw. babski wieczór. Można zaprosić koleżanki z sejmu o zbliżonych gustach. Na przykład Krystynę Pawłowicz.

Na koniec apeluję. Pani poseł – na litość boską, jest tyle ważnych spraw, tyle problemów, które ukazane są na przykład w wyżej wymienionych filmach, którymi trzeba się zająć! Proszę wziąć się w końcu do poważnej roboty.

naTemat.pl

 

„Łabędź ” z „Karnawału Zwierząt” -Camille Saint-Saëns

 

 

RANKING NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH BLOGERÓW W 2013 ROKU

 27 stycznia 2014

 

Szósta edycja najważniejszego i najpopularniejszego rankingu prowadzonego od 2009 r.  Złota, srebrna i brązowa dziesiątka najbardziej wpływowych blogerów Polski oraz wielka galeria wschodzących gwiazd blogosfery.

Ten rok przyniósł bardzo duże zmiany w rankingu. Mamy 4 zmiany w pierwszej dziesiątce, aż 9 zmian w drugiej dziesiątce i 7 zmian w trzeciej. Pięć osób awansowało, pięć spadło. Debiutuje dziewięcioro blogerów.

Jeśli jesteś ciekaw, jak powstawał ten ranking i dlaczego te, a nie inne osoby są na danych pozycjach, na samym dole strony znajdziesz ukryty długi tekst. 

 

 

ZŁOTA DZIESIĄTKA NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH BLOGERÓW

kolejność alfabetyczna

 

gliniecka

Karolina Gliniecka

Pierwsza z czterech modowych dominatorek. Od 2009 r. zawsze w drugiej dziesiątce rankingu, ale udana zmiana stylu bloga, świetne kampanie reklamowe, kilkadziesiąt wystąpień w mediach i sto tysięcy czytelników na blogu składają się na wzór do naśladowania.

 

 

perea

Tamara Gonzalez Perea

Jedna z najbardziej charyzmatycznych blogerek i jedna z nielicznych modowych, mających nie tylko oryginalny styl, ale i świetne pióro.

 

 

 

hatalska

Natalia Hatalska

Jest swego rodzaju fenomenem, bo jako blogerka ma za sobą słabiutki rok, ale jako osoba wpływowa – najlepszy, bo choć od lat była w gronie osób, którymi trzeba się liczyć, to w 2013 r. najmocniej ugruntowała swoją pozycję

 

 

kedziora

Michał Kędziora

Z każdym rokiem coraz lepszy, konsekwentnie buduje wizerunek eksperta od mody męskiej, a przed trzema miesiącami umocnił swoją markę doskonałą i doskonale sprzedającą się książką.

 

 

kirschner

Jessica Mercedes Kirschner

Kolejna debiutantka w złotej dziesiątce. Jedna z najbardziej znanych, ale i najbardziej niedocenianych blogerek. Jej osiągnięcia na arenie krajowej i międzynarodowej w ogromnym stopniu wpływają na pozytywny wizerunek polskiej blogosfery.

 

 

kuczynska

Julia Kuczyńska

Złości, zadziwia, irytuje, zachwyca – Julia ku radości setek tysięcy czytelników i ku rozpaczy krytyków tworzy historię blogosfery, pokazując, jak dobrego bloga modowego przekuć na dobrze prosperującą firmę.

 

 

marczak

Grzegorz Marczak

Razem z Przemkiem Pająkiem tworzą parę nierozłączną, konkurującą ze sobą, ale absolutnie dominującą blogosferę technologiczną. Zgarnęli cały rynek i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tego pola nie oddadzą przez wiele kolejnych lat.

 

 

pajak

Przemysław Pająk

Razem z Grześkiem Marczakiem tworzą parę nierozłączną, konkurującą ze sobą, ale absolutnie dominującą blogosferę technologiczną. Zgarnęli cały rynek i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tego pola nie oddadzą przez wiele kolejnych lat.

 

 

tomczyk

Tomek Tomczyk

Wiem, że moja osoba w tym rankingu zawsze budzi kontrowersje i to jest jedyny powód, dla którego każdego roku się w nim umieszczam. Bo raczej nie po to, aby kogoś przekonać, że też zasługuję.

 

 

 

wydrych

Eliza Wydrych

Jedna z nielicznych blogerek, od których warto uczyć się nie tylko sztuki blogowania, budowania marki i zarabiania. Kiedyś ja byłem dla niej wsparciem, dziś coraz częściej sam przychodzę po radę. Pod każdym względem najlepsza blogerka lifestylowa.

 

 

 

SREBRNA DZIESIĄTKA NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH BLOGERÓW

kolejność alfabetyczna

 

 

budzich

Maciej Budzich

Pierwsza i największa ofiara blogerek modowych, które zdominowały złotą dziesiątkę. Ma za sobą słabszy rok, nie do końca udały mu się wszystkie plany i projekty, ale Maciek to człowiek instytucja, żywa historia blogosfery i żaden ranking tego nie zmieni.

 

 

gonciarz

Krzysztof Gonciarz

Tak naprawdę jedyny vloger, który udanie połączył tworzenie video i treści na blogach i serwisach społecznościowych, przekładając zasięg youtube na blog i doskonale realizując kilka głośnych kampanii reklamowych.

 

 

gornicki

Anna i Jakub Górniccy

Oni także padli ofiarą modowych domin. Świetnie prosperowali na blogu, z obiektywnych i pozytywnych  przyczyn znacznie mniej  poza nim i dopiero na początku obecnego, przejmując ster PSBV, Jakub pokazał, że w 2014 r. trzeba będzie się z nim liczyć.

 

 

kozakiewicz

Matylda Kozakiewicz

Spadła z pierwszej dziesiątki, ale tak naprawdę nie ma za sobą słabego roku. Wzięła udział w kilku dobrych kampaniach, trochę udzielała się w mediach, czytelnictwo ciągle rośnie, tylko brakowało jej mocnego przytupnięcia. Jakby trochę przycichła. Segritto, wróć!

 

 

kurasinski

Artur Kurasiński

Wykonał udany skręt w kierunku biznesu. Nie zrezygnował bloga, wręcz przeciwnie – chyba teraz publikuje więcej niż kiedykolwiek, może właśnie dlatego, że potrafi zarobić pieniądze gdzie indziej, a blog to po prostu hobby. Niemniej wciąż jeden z największych kreatorów opinii. Na każdy temat.

 

 

mazurek

Maciej Mazurek

Taki cichociemny. Niby nic nie robi, a jednak robi. Odruchowo i z przyzwyczajenia umieściłem go w trzeciej dziesiątce i skarciłem się za ten czyn, kiedy przestudiowałem jego dokonania w 2013 roku. A zrobił bardzo dużo, by wspierać, motywować i konsolidować blogosferę.

 

 

opydo

Paweł Opydo

W ubiegłym roku wschodząca gwiazda. W tym niewiele zabrakło mu do złotej dziesiątki. Niepokorny, pyskaty, lubi ganić, chwalić i co trzy dni zmienia szablon, ale wszystko to składa się na obraz jednego z najbardziej charyzmatycznych blogerów. Z Krakowa.

 

 

pasek

Maria i Jakub Paskowie

W 2012 r. byli kompletnie nieznani, ale charyzmatyczni i przebojowi. Wywróżyłem im, że będą pierwszym blogiem parentingowym, który zarobi milion. Dziś mają tysiące fanów, wrogów, stale są zapraszani do mediów i to sprawiło, że pierwszy raz od 5 lat w rankingu gości blog parentingowy.

 

 

tucholski

Andrzej Tucholski

Od ponad dwóch lat najlepszy w swoim gatunku. Należy do wąskiej grupy blogerów, których każdy zna i prawie każdy lubi, a z prywatnych rozmów z Andrzejem wiem, że na ten rok szykuje kilka bomb. Miejcie na niego oko.

 

 

zaczkiewicz

Roman Zaczkiewicz

Szarmant. Jedyny bloger, który wygląda tak jak się nazywa. Na dziś jeszcze zbyt wiele jest podobieństw między nim a Michałem Kędziorą. Kiedy mocniej zaznaczy swoją odrębność i swój styl, wespół będą dzierżyć miano największych ekspertów od mody męskiej.

 

 

 

BRĄZOWA DZIESIĄTKA NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH BLOGERÓW

kolejność alfabetyczna

 

 

Katarzyna Gorol

Gdyby srebrna dziesiątka miała 11 miejsc, Kasia na pewno by się w niej znalazła, bo miała za sobą kolejny bardzo udany rok, ale pozwoliła się wyprzedzić pozostałym blogerkom modowym. Gdyby tylko trochę popracowała nad charyzmą, a jej blog był trochę bardziej nastawiony na kreowanie opinii…

 

 

gorecki

Michał Górecki

Człowiek, którego przedstawiać nie trzeba. Przebojowy, charyzmatyczny, czasami powie szybciej niż pomyśli, ale ma talent do nierobienia sobie wrogów nawet wśród tych, których krytykuje. W końcu zaczął regularnie pisać i gołym okiem widać, że ma ochotę zamieszać w blogosferze. I dobrze.

 

 

kaluga

Agnieszka Kaluga

Przez 2 lata była jedną z najbardziej cenionych blogerek, zdobywając szereg  wyróżnień. W 2013 roku zbliżyła się do czołowych blogerów, wzbudzając ich sympatię, a tym samym uzmysłowiła nam, że bloger poruszający niepopularną, ale jakże potrzebną tematykę, może stać się dla innych inspiracją.

 

 

kielban

Łukasz Kielban

Jest gentlemanem w każdym calu i skutecznie zaraża tym innych. Spokojnie i konsekwentnie buduje swoją markę zarówno na blogu jak i w mediach, coraz odważniej zaznaczając przynależność do grupy najbardziej wpływowych blogerów i jestem przekonany, że najlepszy rok ma dopiero przed sobą.

 

 

monika

Monika Mikowska

Rok temu niespodziewanie debiutowała w rankingu. W tym roku o mały krok od srebrnej dziesiątki. Przebojowość i rozmach, z jakim ta dziewczyna działa w branży wprawia mnie w kompleksy. Jedna z trzech najbardziej charyzmatycznych kobiet tego zestawienia. Pozostałe dwie zachowam dla siebie.

 

 

ponimirski

Żorż Ponimirski

Rok temu wytypowałem go na wschodzącą gwiazdę, a dziś był blisko srebrnej dziesiątki. Ale jeszcze za wcześnie, mimo że rewelacyjnie sobie poczynia. Znalazł wybitnie niszową tematykę i z miesiąca na miesiąc stał się w niej ekspertem, co natychmiast wzbudziło zainteresowanie mediów i sponsorów.

 

 

proszynski

Jakub Prószyński

Nie jest najpopularniejszym, najbogatszym, ani nawet najprzystojniejszym blogerem, ale to znakomity rzemieślnik, typ blogera z krwi i kości. Wie, z kim trzymać sztamę, komu dać lajka, kiedy i na jaki temat wykreować opinię.

 

 

szfranski

Michał Szafrański

W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy przebił się do czołówki blogosfery, zdobywając przy tym sympatię, jakiej nawet ja mu zazdroszczę. Najczęściej rekomendowany debiutant do tego rankingu i choć powinien znaleźć się we wschodzących gwiazdach, to nie chciałem ryzykować gniewu jego fanów.

 

 

wnuk

Paulina Wnuk

Blogerka roku 2012, wyróżniona także na BFG 2013, spore zainteresowanie mediów, które przełożyło się na budowanie korzystnego wizerunku blogosfery. Wydana  książka tylko umocniła jej pozycję wśród najbardziej oryginalnych, wpływowych i kreatywnych blogerek kulinarnych.

 

 

wroblewska

Marlena Wróblewska

Determinacją i wiarą w możliwości może konkurować tylko ze swoją koleżanką Marią. Od pierwszego kontaktu wiedziałem, że jest skazana na sukces i szybko przebije się do czołówki. W niespełna pół roku jej blog stał się wzorcem piękna, stylu i przedsiębiorczości, w czym zasługi ma też jej mąż Wojtek.

 

 

 

 

30 NAJWIĘKSZYCH NADZIEI BLOGOSFERY NA 2014 ROK

Wyselekcjonowani z tysięcy blogów, choć tak naprawdę poważnych kandydatów miałem setkę. Z niej wybrałem tych, którzy ocierają się o głównych ranking, a także tych, którzy nie zasługują na to, by dłużej pozostawać w cieniu. To naprawdę doskonałe blogi. Wiele z nich już znacie, a całą resztę musicie poznać, bo tworzą je osoby, które są doskonałymi autorami, a wielu z nich ma szansę w niedalekiej przyszłości dołączyć do grona najpopularniejszych polskich blogerów. Każde zdjęcie prowadzi do bloga. Pukajcie!

 

ania maluje [320x200] azjatycki [320x200] beauty [320x200] blogerki zniszczyly [320x200] blond [320x200] design [320x200] anwen [320x200] gdzie wyjechac [320x200] halo ziemia [320x200] jadlonomia [320x200] klocek [320x200] ladne rzeczy [320x200] malvina [320x200] mamy gadzety [320x200] martekerka [320x200] matka jest tylko [320x200] matkojedyna [320x200] nishka [320x200] olfaktoria [320x200] one little [320x200] pani dyrektor [320x200] piwny garaz [320x200] rodzna bez granic [320x200] stay [320x200] tata [320x200] tata w pracy [320x200] tekstualna [320x200] warsaw [320x200]                      wiecej luzu [320x200]                      zycie jest [320x200]

 

Po wydaniu drugiej książki skupiłem się na pomocy i promowaniu mniej znanych, ale utalentowanych blogerów. Jeśli macie jakieś problemy, motywacyjne, techniczne, prawne, no jakiekolwiek, piszcie na blogway.it. Tam są świetni ludzie, którzy w przyjaznej atmosferze i oczywiście za darmo pomogą wam we wszystkich. Lub prawie wszystkim. A od przyszłego tygodnia rusza tam cykl, który szczególnie spodoba się blogerom chcącym zwiększyć zasięg swojego bloga.

 

 

 10 NAJWIĘKSZYCH NADZIEI POLSKIEJ VLOGOSFERY

O przygotowanie zestawienie poprosiłem Krzysztofa Gonciarza, który z nas wszystkich najdłużej i najgłębiej siedzi w szeroko pojętym vlogowaniu.

 

Olga Konieczyńska

Naturalna, szczera i niesamowicie sympatyczna. Olga jest najmłodszą osobą w całym tym rankingu, a mimo że mówi głównie do nastolatków, tworzy treści wyważone i z dużą dozą odpowiedzialności. Jest vlogerką w klasycznym rozumieniu tego słowa. Rówieśnicy ją doceniają, a starszym odbiorcom daje unikalny wgląd w młodsze pokolenie.

Paulina Lis

Paulina to światełko nadziei dla polskiej komedii internetowej w wydaniu damskim. Czerpiąca garściami ze sceny standupowej, jak mało kto obcykana we współczesnych serialach komediowych, tworzy filmy niebanalne  i wyrafinowane. W 2013 roku pozostawała w cieniu, powoli zdobywając zasięg i zaliczając pierwsze wspólne projekty – film we współpracy z Demem czy drobne cameo w moim „Świecie Ziemi“. Na początku tego roku w końcu, po występie u Abstrachujów, dosłużyła się dynamicznego wzrostu popularności własnego kanału.

Marco Kubiś

Marco od początku imponował wysoką jakością produkcyjną: tworzy jeden z najlepiej wyglądających vlogów w Polsce. Tworzy zróżnicowane treści, od komediowych aż po popularnonaukowe, sam o sobie pisze „vloger paranormalno-lifestylowy“. Próbuje różnych formatów, nie boi się eksperymentów z nadawaniem wideo na żywo, przeprowadził też ciekawy projekt, w którym przez miesiąc wstawał o 5 rano i tuż po przebudzeniu kręcił film.

Martin Stankiewicz

Martin działa w sieciowym wideo od lat, ale dopiero w 2013 roku opuścił serwis ToSieWytnie.pl i zaczął działać na własny rachunek. Jest niezwykle zdolnym, elastycznym prowadzącym, znakomicie sobie radzi w interakcjach z przechodniami w różnych formatach typu „wkręty“, do tego własną działalność ukierunkował na profesjonalnie wyprodukowane serie skeczów na chwytliwe tematy. To działa, bo jego główne produkcje oglądają setki tysięcy osób. Jeśli poszerzy działalność na treści bardziej osobiste i stanie się autorem równie dobrym co aktorem, 2014 będzie należał do niego.

Rafał Górecki i Maciej Wapiński

Działają razem i osobno. Stanowią duet „pranksterów“, czyli osadzają swoją działalność na ulicznych prowokacjach i wkrętach. Robią to przy tym z wielką dozą pozytywnej energii: ich twórczość nigdy nie zmierza do ośmieszania wkręconych osób, a raczej postawienia ich w dezorientującym, zabawnym kontekście i wspólnym śmiechu. Postępują z klasą, dzięki czemu w 2013 roku zdobyli sporą rozpoznawalność i są u progu najwyższej ligi twórców wideo na YouTube.

Klaudia Klara

Klaudia wygrywa osobowością: ma dystans do siebie i życia, swoją działalność bardzo mocno osadza na dostrzeganiu i wyśmiewaniu kobiecych stereotypów. Działa trochę komediowo, trochę vlogowo. Niestety publikuje dość rzadko.

Mateusz Olech

Mateusz jest konsekwentny: publikuje sporo treści o równym poziomie, stopniowo buduje swój zasięg bez pójścia na łatwiznę. Eksperymentuje z formatami, dba o oprawę audiowizualną, wchodzi też we współprace z innymi autorami (jak chociazby piosenka „Sądołów“ wykonana z Markiem Hoffmannem, czyli AdBusterem, która ma ponad milion wyświetleń). W ciągu roku poszerzył swoją grupę odbiorców o kilkaset procent.

Tomasz Kopyra

Tomek pokazał, że da się zrobić specjalistyczny, ekspercki kanał na YouTube i zbudować wokół niego spory zasięg. Kręci filmy o piwie: recenzuje, opowiada o nim w wideo felietonach, prowadzi kurs degustacji i kurs warzenia piwa w domu. Całość jest podana bardzo autorsko, bez przesadnej produkcji. Trzymam kciuki, żeby tego typu eksperckich treści było w 2014 roku jak najwięcej!

Marcy Shan

Vlog o życiu w Dubaju. Było już kilka prób stworzenia formatu opartego o stały pobyt w nietypowym miejscu, jednak niewielu udało się stworzyć tak funkcjonujący kanał na YouTube. Marcelina jest jedną z osób, które tego dokonały, a 2013 rok był dla niej przełomowy. Wysoka oglądalność jej materiałów kolejny raz dowodzi, że jakość produkcyjna to w internecie nie wszystko: czasami materiały kręcone domowym sprzętem, „z ręki“, dzięki swojej naturalności po prostu lepiej trafiają do widzów.

 

 

   Ikony polskiej blogosfery

To ludzie, którzy może i mają blogi, ale nie są one ich głównym narzędziem szerzenia opinii. Ba, nie wszyscy nawet mają potrzebę kreowania opinii. Są jednak osobami, które na stałe wpisały się w krajobraz blogosfery, robią dla niej wiele dobrego, a dzięki swojej pracy zyskali wśród nas szacunek i wdzięczność.To lista osobistości, bez których polska blogosfera nie istnieje. Za kilka lat chciałbym się na tej liście znaleźć.

ikony

W tym roku zestawienie jest bliźniaczo podobne do poprzedniego, a że i tak ich wszystkich doskonale znacie, pozwolę sobie dla formalności tylko wymienić nazwiska:Krystian Cieślak, Tomasz Fiedoruk, Piotr Konieczny, Tomasz Machała, Ida Mokwa, Ilona Patro, Michał Sadowski, Tomasz Sulewski, Paweł Tkaczyk i Piotr Waglowski.

 

 

NAJPOPULARNIEJSI NA YOUTUBE I W SOCIAL MEDIACH

 

Za przygotowanie poniższych zestawień i pomóc w uwiarygodnieniu rankingu przekazuję dozgonną miłość, wdzięczność i uwielbienie dla Brand24 i Sotrender.

 

blogi_dla_kominka__liczba_aktywnychblogi_dla_kominka__liczba_fanow

 

 

 

Doskonale zdaję sobie sprawę, że obecność niektórych nazwisk na wyższych miejscach, a innych na niższych, może wzbudzać kontrowersje, ale musimy sobie jedno powiedzieć wprost – przyszło nam żyć w czasach, w których blogowymi celebrytami oraz „znanymi blogerami” stają się osoby niewiele sobą reprezentujące i tak naprawdę posiadające umiejętność ustawienia się pod właściwym aparatem z właściwymi ludźmi. Przy tworzeniu rankingu zapominam o tym, że mam kolegów i koleżanki. Z nikim się nie liczę i dlatego też w pierwszej dziesiątce jest tylko jedna osoba, z którą mam stały kontakt (Eliza) a z resztą się nie znam lub widuję raz na sto lat. Najbliższe mi osoby są albo w drugiej dziesiątce albo poza rankingiem.
Pięć lat temu najważniejsze były statystyki i komentarze. Później udział w mediach. Następnie dużą wartością były głośne kampanie, mogące inspirować inne firmy i blogerów, bo przecież mało co jest tak dobrym motywatorem do pisania jak pieniądz. W tym roku nie patrzyłem na to, ile kto pisał na blogu, ile zrobił kampanii i ile razy stał na ściance. Studiowałem jakość tych materiałów, bo to, że o kimś napisze Vogue może mieć mniejszą wartość dla blogosfery niż artykuł w Tygodniku Niedzielnym.

Bezpowrotnie minęły czasy znakomitych blogerów, ale mających wpływ na swoje własne podwórko. To już nie wystarcza. Cała trzydziestka to osoby w pełni świadome wartości swojej marki, doskonale wiedzące jak ją rozwijać, mające jasno określone cele, których blog jest wciąż bardzo ważnym, ale nie jedynym elementem działalności. 80% wpływowych blogerów ma własną firmę, co trzeci napisał książkę lub regularnie publikuje w mediach prasowych. Dominacja blogerek modowych nie jest przypadkowa. Analizująć 5 stron(!) linków do publikacji prasowych Karoliny Glinieckiej, odsiewając bzdurne artykuły, budował mi się obraz blogerki, która w ogromnym stopniu przyczynia się do rozwoju blogosfery. Jest wielką inspiracją dla innych blogerów. Do takich samych wniosków można dojść analizując dokonania Jess, Elizy czy Julii. Grzesiek i Przemek mogliby z powodzeniem prowadzić najlepsze pisma branżowe, oni już nie są wzorem tylko dla blogerów, ale także dla profesjonalnych dziennikarzy.
Jedyną osobą ze złotej dziesiątki, przy której miałem największy ból głowy to Natalia Hatalska, bo – jak zresztą wiele osób mi sugerowało – ona już bardziej pasuje do grona ikon blogosfery, choćby z racji tego, że jej działalność na blogu jest znikoma. Innym bólem głowy był Maciej Budzich, dotychczas etatowiec w złotej dziesiątce, ale wierzcie mi na słowo – uczciwa weryfikacja dokonań osób ze złotej dziesiątki przekonała mnie, że tym razem powinien znaleźć się niżej.

Perspektywy na kolejne lata? Dalsza dominacja blogerek modowych, rewolucja wśród parentingowych i zmierzch blogów stricte lifestylowych, czyli takich o wszystkim i niczym. Ile ich widzicie w rankingu? Poza mną i Elizą Wydrych nie liczy się w kraju żaden blog lifestylowy, ale jakże mocno trzymają się blogi tematyczne i zarazem bliskie lifestylowi. Karolina, Matylda, Paweł, Andrzej i jeszcze kilkoro innych są drogowskazem dla „młodych” blogerów. Najszybciej i najtrwalej przebijesz się, jeśli poza chęcią pisania o wszystkim, będziesz się także na czymś znał. Nawet ja zmieniam profil i mocniej skupiam się teraz na recenzowaniu i testowaniu. Pisanie o czym się chce i kiedy chce już się nie sprawdza. Trzeba się znać. Na czymkolwiek, to może być nawet niszowa tematyka, bo jak pokazują przykłady Żorża, Moniki, a nawet Łukasza i Romana – z każdego, nawet pozornie mało popularnego tematu – można zrobić doskonałego bloga.

Źródło:
http://www.kominek.in/2014/01/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-w-2013-roku/

 

Bloger Kominek zdradza kulisy powstania Rankingu Najbardziej Wpływowych Blogerów 2013 r.

Aneta Bańkowska, 29.01.2014

Bloger Kominek Bloger Kominek (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)
Tomek Tomczyk, znany w sieci jako bloger Kominek, to jeden z najpopularniejszych polskich autorów. W rozmowie z portalem Gazeta.pl opowiada, jak powstawał jego ranking blogerów. Jak sam mówi: – Robię ten ranking od pięciu lat i gdyby to była jakaś kicha, już by dawno by go nie było – stwierdza.
W poniedziałek Kominek opublikował na swoim blogu ranking najbardziej wpływowych blogerów 2013 roku. Jak zawsze przy tego typu podsumowaniach i tym razem nie obyło się bez zgrzytów: jeden z wymienionych w zestawieniu autorów poczuł się urażony, część internautów przyznała mu rację, inni z kolei gratulowali wygranym i profesjonalnej roboty. Dziś opowiada nam o polskiej blogosferze i jej charakterystyce.Aneta Bańkowska, Gazeta.pl: Twój ranking został opublikowany przedwczoraj, a już wzbudził kontrowersje. Jedna z uwzględnionych w nim osób poczuła się urażona faktem znalezienia się w zestawieniu i chciała, żebyś ją z niego usunął, bo – jak uważa – „z jakiego powodu jakiś Kominek rości sobie prawo do pokładania we mnie jakichkolwiek nadziei” (autor wypowiedzi znalazł się poza rankingiem, ale wymieniony wśród 30 największych nadziei blogosfery na 2014 rok).*Tomek Tomczyk: Nie wiem, jaki jest sens komentowania jednej z 60 tys. osób, które obejrzały ten ranking, dla mnie to jest trochę takie babranie się w błocie, ale skoro musimy… Został usunięty nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że w chamski sposób wyrażał się o innych blogerach z tego rankingu. I tylko dlatego.Niektórzy internauci się z tobą nie zgadzają. Uważają, że bloger miał rację, że niesłusznie rościsz sobie prawo do oceniania innych.- Na tym właśnie polega prowadzenie bloga, że my na swoich blogach wyrażamy opinie na tematy, w których czujemy się kompetentni. To jest idea blogowania. Jeśli ludzie są zadowoleni z bycia w tym rankingu, a poza jedną osobą nie widziałem głosów sprzeciwu, to znaczy, że taki ranking może być potrzebny, bo pomaga blogerom.

Jak tworzysz ranking? Wiele danych i czynników analizujesz?

- Robienie tego rankingu opiera się na kryteriach, które są zresztą podane. To twarde fakty decydują o tym, kto jest na jakim miejscu. Te kryteria są niezmienne praktycznie od pięciu lat, podlegają jedynie niewielkim modyfikacjom. Kiedyś większą uwagę przykładałem do statystyk blogera, teraz trochę większą do jego dokonań.

Ty sam również znalazłeś się w rankingu, co może wzbudzać kontrowersje…

To zawsze dziwnie wygląda, kiedy ktoś, kto robi ranking, umieszcza w nim siebie (śmiech). Jest to jednak bardziej żart z ludzi, którzy są przeciwni czemuś takiemu. Puszczenie oczka do tych wszystkich hejterów, którym to nie pasuje. Ich sprzeciw jest całkowicie bezsensowny. Ja nie muszę udowadniać swojej pozycji w blogosferze, to nie ulega wątpliwości.

Dominacja blogerów modowych od razu rzuca się w oczy w twoim rankingu. Rzeczywiście mają oni aż taki wpływ na polską blogosferę i potrafią wykreować swoją markę?

To nie jest jeden czynnik. To, że ktoś jest blogerką modową, nie decyduje o tym, że wpływa na polską blogosferę. Tu chodzi o dokonania. Zadzwoń np. do Jessiki Mercedes i zapytaj, co konkretnie robiła w ubiegłym roku… Ja z nią rozmawiałem i byłem pod ogromnym wrażeniem. Wszystkie działania blogerek modowych z czołówki sprawiają, że nasza blogosfera rozwija się pod każdym względem, są inspiracją dla wielu osób.
Porównując ich dokonania z dokonaniami innych osób, musiałem umieścić w czołówce te, a nie inne osoby. Wolałbym, by blogosfera była bardziej różnorodna. Do rankingu nikogo nie wrzucam po znajomości, większości osób w ogóle nie znam.

Więc decydują tylko ich dokonania i kryteria rankingu?

Rozwój blogosfery w dużym stopniu jest uzależniony od tradycyjnych mediów. To właśnie ich zainteresowanie sprawiło, że blogerzy mają więcej czytelników, że zostali zauważeni przez społeczeństwo i przestali być liderami swoich hermetycznych środowisk. Dzięki temu w blogosferze pojawiło się więcej inwestycji.
Blogerki modowe wciąż wzbudzają największe zainteresowanie mediów. To nie jest jedyne kryterium, ale jedno z głównych. I nie mam na myśli publikacji w serwisach plotkarskich, ale poważniejsze publikacje. Takie, które pokazują blogowanie nie jako sposób na zarabianie, ale jako sztukę, styl życia.

To znaczy, że na obraz blogosfery mają wpływ głównie blogerki modowe?

Tylko teoretyczne. Natalia Hatalska nie prowadzi bloga z tematyką szczególnie popularną, a jej wpływ na blogosferę jest absolutnie niepodważalny. Michał Kędziora zajmuje się modą męską, a jest ona w naszym kraju tematem niszowym. Na wysokich miejscach jest i blog o kulturze, parentingowy czy doskonały rysownik Maciej Mazurek.
Wpływ i pozycja blogera nie zależą od tego, jaką tematykę porusza, ale czy ma faktycznie predyspozycje do tego, by być liderem jakiejś społeczności. Ta trzydziestka, którą wybrałem, to są osoby dobrze znane.
Mój ranking jest w pewien sposób nudny, bo to są osoby, które dobrze znamy, przez co potwierdza się jego wiarygodność. Tutaj nie może być zbyt wielu zaskoczeń, on by nie miał sensu, gdyby tam były osoby, których powszechnie nie znamy.

To, co mnie zdziwiło, to brak w zestawieniu blogów kulinarnych. Mówi się przecież, że są one coraz bardziej popularne?

Z blogami kulinarnymi miałem duży problem. One na pewno są wpływowe, ale trzeba sobie powiedzieć wprost, że one w bardzo dużym stopniu bazują na wejściach z wyszukiwarek. To, że ktoś znalazł w wyszukiwarce jakiś przepis, nie oznacza, że dany bloger ma na kogoś wpływ. Oni sami to przyznają, co mi się zresztą bardzo podoba.
Z tego właśnie powodu tylko Paulina Wnuk znalazła się w rankingu. Pokazała świetny pomysł na oryginalnego bloga, napisała doskonale sprzedającą się książkę. Dzięki temu była wyróżniania.

Czyli aby znaleźć się w rankingu, trzeba było przejść selekcję?

Przyznaję, nie biorę w ogóle pod uwagę blogów politycznych, bo dla mnie to jest osobna grupa blogów, na której się nie znam. One są jakby z boku tego trzonu blogosfery, tworzą odrębny byt – nie rozróżniam, lepszy czy gorszy. Tych blogów nie brałem pod uwagę, ale poza nimi nie było podziału na kategorie lepsze lub gorsze.
Te rankingi to jedyne miejsce, gdzie staram się być obiektywny, bo na samym moim blogu obiektywizm nigdy nie istnieje. Robię ten ranking od pięciu lat i gdyby to była jakaś kicha, już by dawno go nie było.

*Tomek Tomczyk – znany w sieci jako bloger Kominek – to jeden z najpopularniejszych polskich autorów. Jego bloga czyta miesięcznie 326 tys. osób, jednak – jak sam o sobie pisze – „w skali 40-milionowego narodu i 6-miliardowego świata to tyle, co nic”. 

Gazeta.pl

 

Jedna odpowiedź na Ach, Łabędź

  • ~CARO WHITE mówi:

    ŚWIADECTWO zabezpieczenia pożyczki od ostrożnego i Secret Service kredytowej, również może być uczestnikiem IT!

    Cześć każdy, jestem pani Caro White od nazwy, obywatel USA. I od razu chcesz używać tego medium do transmisji świadectwo, jak Pan doprowadził mnie do kredytodawcy i prawdziwe Legit pożyczki, która zmieniła moje życie z trawy do łaski, z poziomu nędzy do kobiety sukcesu, którzy mogą teraz pochwalić się bogatym, bogatych i zdrowe szczęśliwe życie bez stresu i trudności finansowych. Dziś jestem teraz traktowane jako kobieta honoru. Po miesiącach prób, aby uzyskać kredyt na internecie, to było bez skutku, a ja się wpaść w ręce oszustów, którzy scammed mi sumę 2000 dolarów A kiedy tak się dzieje, byłem tak zdezorientowany i zdesperowany i modląc się do Bóg, aby zlokalizować mnie do rzeczywistego, prawdziwego i legit pożyczkodawcy pożyczki online, które nie dodać do moich bólach. Więc postanowiłem zadzwonić do mojego przyjaciela, który niedawno dostał kredyt online dyskutować na ten temat, i dla naszego wniosku, powiedział mi o człowieku imieniem Russell Raymond, który jest CEO RAYMOND RUSSELL INTERCONTINENTAL FINANCE CAŁYM ŚWIECIE. Więc wniosek o pożyczkę w wysokości $ 506,000.00 () z oprocentowaniem tak niskie, jak 2% rocznie, i dałem im moje maksymalną korporacji i przestrzegać instrukcji udzielonych mi przez Zakład, a wkrótce, moja udzielenie kredytu łatwo bez stresu lub opóźnienia i wszystkich preparatów, które zostały dokonane w odniesieniu do kredytów transferowych w mniej niż dwóch (2) dni od pożyczki zdeponowanych na moje konto bankowe. Moi ludzie daleko i blisko, czy nie jest to wielkie świadectwo? To teraz sprawia mi uwierzyć, że tam, gdzie są źli wciąż istnieją dobre i rzetelny nich. Więc chciałbym doradzić, że są tam kto chce zapewnić realny i rzeczywisty kredytu, proszę skontaktować się z Russell Raymond Intercontinental Finance poprzez poniższy adres e-mail: (Russellintercontinentalfinance@gmail.com), zawsze modlić, aby Bóg w Niebie, aby Błogosławię go za dobre rzeczy uczynił w moim życiu. Po raz kolejny, należy zachować ostrożność podczas poszukiwania pożyczkodawcy pożyczki online, wiele jest oszustwa! Jedną z rzeczy, Zawsze mówię ludziom, że starając się o pożyczkę w tej instytucji, trzeba mieć dobrej wierze i godny zaufania. Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>