Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 51025
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 135

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Ach 3

 

 

JANKOWICZ, OLSZEWSKI: PODWÓJNE ŻYCIE PISARZY

GRZEGORZ JANKOWICZ, MICHAŁ OLSZEWSKI , 19.03.2014

CZYTAJ TAKŻE

NAOMI WOLF

BŁAŻEJ WARKOCKI

SUSAN SONTAG W ROZMOWIE Z JONATHANEM COTTEM

Dyskusja o sytuacji materialnej polskich pisarek i pisarzy jest nieodzowna.

„Tygodnik Powszechny” publikuje dwugłos na temat zarobków pisarzy. Głos w dyskusji wywołanej przez Kaję Malanowską zabrali Grzegorz Jankowicz i Michał Olszewski.

 

Grzegorz Jankowicz:
Że autor sonetów musi zarabiać, że twórca prozy wysokoartystycznej musi też opłacać rachunki, wydaje się oczywiste, a jednak ilekroć rozmowa schodzi na ten temat, zarówno pisarze, jak i czytelnicy zaczynają wykonywać nerwowe gesty. Zwłaszcza pisarze. Nie inaczej było po niedawnych wypowiedziach Kai Malanowskiej. (…)

 

Nie wiem, jakie były intencje Malanowskiej (czy chodziło tylko o świadectwo rozczarowania, czy autorka od razu myślała o akcji społecznej), ale jedno jest pewne: swoimi wypowiedziami zwróciła uwagę na poważny problem, który dotyczy wszystkich polskich (i nie tylko) pisarek i pisarzy. Piszący i publikujący nie są autonomicznymi podmiotami pola literackiego. Są uzależnieni od innych pól społecznych, a zwłaszcza od ekonomii i mediów. Gdy Krzysztof Varga mówi o powinnościach pisarza, to oczywiście ma rację. Zgadzam się z nim, że literatura jest najważniejszym językiem, za pomocą którego odnosimy się do rzeczywistości.

 

Ale by pisarze mogli realizować misję, muszą zadbać o swój byt. Jedni podejmują pracę w innym zawodzie, drudzy natomiast dzielą swe aktywności pisarskie na „literackie” i „użytkowe”. (…) Wpływ takiego sposobu funkcjonowania na pisanie jest bezdyskusyjny, a pogłębiająca się frustracja niektórych twórców (wciąż tabuizowana) to tylko pierwsza z długiej listy zawodowych „chorób”. (…)

 

Kilka lat temu podobna debata została zainicjowana przez środowisko artystów wizualnych, którzy podjęli wspólne działania: zorganizowali strajk i zaproponowali rozwiązania systemowe, słowem: zajęli się swoimi sprawami. Istotne jest to, że potrafili wykorzystać występującą w każdej grupie społecznej energię wywoływaną przez antagonizmy do walki o nowe regulacje dotyczące ekonomicznego aspektu ich pracy. Nie prowadzili wojen wewnętrznych, bezproduktywnych sporów między sobą, lecz razem szukali rozwiązań. Dlaczego zdecydowali się na taki krok? Pewnie dlatego, że sztuka jest dla nich najważniejsza, że wiedzą, jaką rolę może ona odegrać w przestrzeni społecznej. Zrozumieli, że podwójne życie, w którym działalność artystyczna jest dodatkiem, niszczy nie tylko ich samych, ale także sztukę.

 

***

Michał Olszewski: 

 

Rację ma Kaja Malanowska, skarżąc się na marne zarobki pisarzy. Niewiele ponad 6 tysięcy złotych za 16 miesięcy pracy to na pierwszy rzut oka mało – choć w realiach dzisiejszego rynku czytelniczego kwota wcale nie sprawia wrażenia niskiej. 6 tysięcy złotych za niszową prozę? Brałbym w ciemno, licząc oczywiście w skrytości ducha na więcej: na gigantyczny sukces, na to coś, co sprawi, że książka stanie się modna, czytana, dyskutowana, że przyjdzie wielki, godny samego Pilcha kontrakt, że znajdzie się upragniony Godot, który przełoży ją na język obcy (najlepiej niemiecki, bo to jedyny chyba na świecie naród, wyrażający choć minimalne zainteresowanie naszą prozą) lub kupi prawa do scenariusza.

 

Godot nie nadchodzi, mimo to warto miarkować swoją frustrację, a biczując Polskę, która nie chce godnie wynagradzać pisarzy, dobrze byłoby wspomnieć o okolicznościach łagodzących. Nie jest bowiem do końca tak, że pisarz w czasie (finansowo) marnym pozostaje bez szans. Sączą się przez polskie życie literackie strumyki życiodajnej gotówki. (…)

 

Ale co robić, gdy mimo największych wysiłków efekty nie przekładają się na satysfakcjonujące finansowo konkrety, a wciąż coś ciągnie nas do pracy literackiej? Odpowiedzi udzielił Dostojewski, porównując kiedyś wyrobników pióra do dorożkarskich szkap, i ta bezwzględna figura prześladuje mnie od lat. (…)

 

Całość czytaj w „Tygodniku Powszechnym nr 12/2014 z 23 marca (od dziś w kioskach).

 

Czytaj także:

Hanna Gill-Piątek, Malanowska, milcz, gdy mówią chłopcy

Eliza Szybowicz, Autokompromitacja agresywnych luzaków

Kaja Malanowska, Co wolno wojewodzie, to nie pisarzowi

Dziennik Opinii KP

 

BOŻEK: TO MIAŁ BYĆ TEKST O UPADŁYCH MUZYCZNYCH INNOWATORACH 

JAKUB BOŻEK, 19.03.2014

CZYTAJ TAKŻE

Ale GIRL, nowa płyta Pharella, to znakomity pop, wysmakowany, miejscami cudownie głupkowaty.

W sierpniu 2003 roku aż 43 procent hitów w amerykańskich radiostacjach było skomponowanych przez The Neptunes, złoty producencki duet Pharella Williamsa i Chada Hugo, dwóch chłopaków, którzy poznali się w szkolnej orkiestrze. Taka monokultura w amerykańskim popie nie jest może czymś zupełnie niespotykanym – całkiem niedawno listami przebojów trzęśli Norwegowie ze Stargate odpowiedzialni między innymi za Rude Boy Rihanny– ale w sukcesie The Neptunes było coś głęboko zdumiewającego. Ich kompozycje były minimalistyczne, nierzadko wręcz radośnie amatorskie.

 

Aż trudno uwierzyć, że w formule SuperThug Noreagi – ich pierwszego naprawdę dużego przeboju – tkwił potencjał na tuziny kolejnych. Surowe, niemal zawsze te same bębny, elektroniczny klawesyn albo gitara z Tritona, popularne klawisze Korga, czasem punktowe pochody jazzowych akordów oraz niewprawny wokal Pharella zawładnęły wyobraźnią popowego mainstreamu na wiele lat. Z takiej sztancy wytłoczyli Got Your Money, ostatni utwór Ol’ Dirty Bastarda, I Just Wanna Love (Give It 2 Me) Jaya Z, Pass the Courvoisier Part II Busty Rhymesa, Shake Ya Ass Mystikala,Caught Out There Kelis. Jeśli już te single wydawały się minimalistyczne, co powiedzieć o Grindin’ hip-hopowego duetu Clipse? To dosłownie dwa uderzenia brzmiące jak piłka do kosza odbita od parkietu, kilka oddechów, i melodyjka prostsza niż ta z pierwszych telefonów Nokii. A przecież to Grindin’ jest symbolicznym początkiem kolejnego, mniej sztampowego i jeszcze odważniej eksperymentalnego etapu w ich twórczości. Dla mnie jego ukoronowaniem jest pierwsza płyta psychodeliczno-soulowego tria NERD In Search Of…

 

I wszystkie świetne piosenki później.

 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ jestem fanem i z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy mainstream oszalał na punkcie dwóch dziwaków z Virginia Beach i ich spontanicznej magii, która sprawiła, że przestałem się bać muzyki popularnej (nie wiem, jak to możliwe, ale wygląda na to, że w liceum naprawdę wierzyłem w popowo-alternatywny manicheizm).

 

Kolejny coming out. Naprawdę chciałem nie lubić GIRL, nowej płyty Pharella. W głowie układałem sobie tekst o upadłych innowatorach, którzy osiągnęli sukces po podporządkowaniu się regułom gry (ładne piosenki do słuchania z mamą, znani goście, precyzyjna i wysokobudżetowa produkcja, koniecznie jakieś smyczki albo inne ozdobniki świadczące o wysokiej klasie i dojrzałości). To nie miało być o tym, że „zabrali mi Pharella”, ale o mechanizmach i takich tam.

 

W zeszłą sobotę puściliśmy sobie z żoną GIRL do śniadania. Przy otwierającej albumMarylin Monroe myślałem, że będzie łatwo. Zaczynało się od bardzo gustownych smyczków! Jednak już przy zaraźliwym, radosnym refrenie coś zaczęło mi się psuć. Drapana funkowa gitara rytmiczna, przeplatające się wokale Justina Timberlake’a i Pharella zmieszały mi się ze słońcem za oknem i jej uśmiechem. Przy Brand New – soulowym, cudownie monotonnym wspomnieniu po The Jackson 5 – wiedziałem, że z mojego planu nici.

 

Choć GIRL ma brzmienie bogatsze, a przy tym bardziej organiczne i zachowawcze niż czasem wręcz punkowy afrofuturyzm The Neptunes z początku dekady, oba mają ten sam genotyp. Kompozytorski warsztat Pharella wywodzi się z dwóch miłości – do hip-hopu i do mistrzów czarnego popu: Donny’ego Hathawaya, Steviego Wondera, Sly’a Stone’a, przede wszystkim do Michaela Jacksona. W 2003 roku ten ostatni przeprowadził wywiad z Pharellem, choć właściwie trudno o mniej właściwe określenie. Williams do dziś mówi, że dla niego było to jak spotkanie poddanego i króla.

 

Faktycznie Jackson zawsze był obecny w jego kompozycjach. To dla niego napisał piosenki, które potem trafiły na solowy debiut Justina Timberlake’a, również mój ulubiony numer Ushera U Don’t Have to Call powstał z myślą o królu popu. GIRL też jest pełne śladów po Michaelu. Poza Brand New można je znaleźć na przykład w bridge’u Gush zmieniającym tanie porno-przechwałki („Make that pussy just goosh!”) w coś intymnego i zmysłowego.

 

Inne inspiracje są równie wyraziste. W Hunter riff gitary rytmicznej przypominaUpside Down Dianny Ross (ale to z pewnością pośredni wpływ gitarzysty Chic, Nile’a Rodgersa), a w Gust of the Wind filadelfijskie disco miesza się z soft rockiem, wysokobudżetowym, „inteligentnym” popem, który powrócił do łask dzięki Daft Punk. Roboty zresztą pojawiają się w refrenie. Gust of Wind to znakomita robota, tu każdy element – charakterystyczne frazowanie Pharella, cyrkulujące instrumenty smyczkowe, septymowe klawisze pojawiające się przed refrenem – wznosi się jak balon z helem. To lekkość pierwszego zauroczenia.

 

GIRL to znakomity pop, uniwersalny, wysmakowany, miejscami cudownie głupkowaty – w Lost Queen Williams zagaja „What planet are you from, girl? / And are there others like you there? / And could you do that magic trick again? /Poppin’ up from nowhere”. Trudno mieć pretensje, bo płyta jest przyjemna jak tort bezowy.

 

A mnie pozostaje czekać na jakiegoś nowego Pharella, który odświeży mainstreamowy pop swoim dyletanctwem, odwagą, naiwnością, pasją i bezczelnym talentem.

Dziennik Opinii KP

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>