Huncwot

inteligencja.gif

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 50160
  • Dzisiaj wizyt: 14
  • Wszystkich komentarzy: 129

Witam!

Ja, Kasia Kariatyda

Kasia-Kariatyda.jpg

Czas do szkoły! Brr...

sysło-szkoła1.jpg

free counters

12.08.2013 – od 8420

Ach 1

 

 

Świątynia Opatrzności Bożej otrzymuje dotacje od państwa. A jak jest z innymi obiektami kultu w Europie?

Sprawa dofinansowania budowy Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, znajdującego się w Centrum Opatrzności Bożej, kwotą 6 milionów złotych z funduszy Ministerstwa Kultury wywołała wielkie oburzenie. W ciągu kilku dni grupa „Nie dla budowy Świątyni Opatrzności Bożej z pieniędzy podatników” zebrała prawie 10 tysięcy polubień na Facebooku. My z kolei postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest w innych krajach. Kto płaci za budowę obiektów kultu religijnego: państwo czy wierni?

 

[url=http://tinyurl.com/plq2per]Sagrada Familia[/url] w Barcelonie powstaje za pieniądze od prywatnych fundatorów
Sagrada Familia w Barcelonie powstaje za pieniądze od prywatnych fundatorów • Fot: Shutterstock.com

Ministerstwo Kultury wsparło kwotą 6 milionów złotych budowę Ekspozycji Głównej Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego (o dotację wnioskowała archidiecezja warszawska). Muzeum stoi na terenie Centrum Opatrzności Bożej, a przyznanie mu środków publicznych wywołało wiele kontrowersji. Z tego względu sprawdziliśmy, jak jest z budowlami religijnymi w innych krajach. I jeśli państwo się do nich dokłada, czy społeczeństwo jest oburzone?

Sagrada Familia

BARCELONA, HISZPANIA
Sagrada Familia
Sagrada Familia

Sagrada Familia w Barcelonie to aktualnie najbardziej znany na świecie „obiekt kultu” w budowie. Pierwszą łopatę pod zaprojektowana przez Antonio Gaudiego bazylikę wbito jeszcze w XIX wieku. Budowana od 130 lat Sagrada Familia już teraz jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów turystycznych stolicy Katalonii. Choć budynek jeszcze nie został ukończony, to znajduje się on na liście światowego dziedzictwa. Czy to oznacza, że Sagrada Familia otrzymuje jakieś dotacje rządowe na budowę?

Nie. Bazylika jest budowana tylko i wyłącznie dzięki datkom fundatorów i pielgrzymów. Ani rząd Hiszpanii, czy Katalonii, ani nawet Kościół nie dokładają się do Sagrady Familii. Większość pieniędzy na budowę pochodzi ze sprzedaży biletów na zwiedzanie bazyliki, a resztą dają prywatni fundatorzy.

Katedra Zbawienia Narodu Rumuńskiego

BUKARESZT, RUMUNIA
Tak wygląda projekt powstającej katedry w Bukareszcie
Tak wygląda projekt powstającej katedry w Bukareszcie•Fot: Bucharestlife.net

Historia tej budowli jest porównywalna do Świątyni Opatrzności Bożej. Pierwszy pomysł stworzenia katedry narodził się tuż po rumuńskiej wojny o niepodległość (lata 1877-1878). Budowla miała symbolizować zwycięstwo prawosławia nad osmańskimi muzułmanami z Turcji. Jednak mimo olbrzymiego poparcia społecznego nigdy nie zaczęto realizować projektu.

Lata mijały i dopiero w 2007 roku udało się rozpocząć budowę. Nie obyło się bez kontrowersji, gdyż katedra powstaje na miejscu dawnego Mauzoleum Bohaterów Komunizmu i Grobu Nieznanego Żołnierza. Jednak to nie koniec kontrowersji wokół budowli, która będzie najwyższą cerkwią świata i drugim co do wysokości budynkiem w Rumunii.

Koszt budowy Katedry Zbawienia Narodu Rumuńskiego szacuje się na pół miliarda euro. Skąd zatem pochodzą fundusze na budowę? Część będzie pochodziła z prywatnych datków, cerkiew prawosławna wyda kilka milionów. Parlament obiecał 8 milionów, ale na tym aktywność polityków się nie kończy. Następnie parlamentarzyści zagłosowali za tym, by to państwo opłaciło 50% kosztów budowy katedry. Społeczeństwo nie jest zadowolone z tej decyzji. Od lat trwają protesty.

Meczet

ATENY, GRECJA
Protesty przeciwko budowie meczetu w Atenach
Protesty przeciwko budowie meczetu w Atenach

Od 13 lat muzułmanie walczyli o to, by w Atenach mógł powstać dla nich meczet. Dotychczas jedyny oficjalny obiekt kultu wiary Mahometańskiej znajduje się w Komotini, miasteczku położonym we wschodniej Tracji. Tak więc greccy muzułmanie muszą modlić się w prowizorycznych meczetach, które mieszczą się w piwnicach ich domów.

Pod koniec minionego roku rozpoczęła się budowa meczetu w Atenach. Zajmujący powierzchnię 600 metrów kwadratowych budynek według planów ma pomieścić 500 wiernych i kosztować 950 tysięcy euro. Kto opłaci budowę? grecki podatnik. Całą sumę opłaci ministerstwo infrastruktury. I to pomimo licznych protestów mieszkańców Aten, którzy twierdzą, że to haracz w zamian za spokój ze strony muzułmanów.

Program 200

MOSKWA, ROSJA
Cerkiew Ścięcia Głowy św Jana Chrzciciela to pierwszy ukończony budynek w ramach "Programu 200"
Cerkiew Ścięcia Głowy św Jana Chrzciciela to pierwszy ukończony budynek w ramach „Programu 200″•Fot: A.Savin/WikiCommons

W przypadku Moskwy mówimy nie o jednej budowli, ale o dwustu. Właśnie tyle cerkwi ma powstać w przeciągu 10 lat w stolicy Rosji w ramach „Programu 200”. Dzięki temu projektowi jedna cerkiew ma przypaść na 10 tysięcy mieszkańców. Na razie ukończono 13 budynków, które powstały z prefabrykowanych elementów, a kolejne 36 jest w budowie. Projekt ma się zakończyć w 2021 roku.

Kto płaci za to olbrzymie przedsięwzięcie? Przecież nie tylko cerkiew prawosławna. Jednym z głównych fundatorów tego przedsięwzięcia to miasto Moskwa, która między innymi podarowała cerkwi grunty. Tymczasem ten ruch nie spodobał się innym grupom religijnym, ale te wydają się być ignorowane.

Catedral de Santa Maria

VITORIA-GASTEIZ, HISZPANIA
Katedra w Vitorii-Gasteiz
Katedra w Vitorii-Gasteiz

Wspomniana katedra powstała w czternastym wieku. Dlaczego więc znajduje się w naszym zestawieniu? 12 lat temu rozpoczęła się restauracja budynku. Okazało się, że wzgórze, na którym stoi katedra, zaczyna się osuwać i zaczęły pękać mury. Do akcji wkroczyli budowniczy, ale także architekci, inżynierowie, archeolodzy. Budynek został wybebeszony. Zostały same gołe ściany. Oprócz tego, do stolicy Kraju Basków przyjechał Ken Follet. Dla pisarza Catedral de Santa Maria posłużyła za pierwowzór katedry Kingsbridge, której powstanie opisał w książce „Świat bez końca”.

Pytanie tylko, kto opłaca odbudowę budynku? Przyglądając się strukturze finansowania katedry w Vitorii-Gasteiz, widzimy, że funduszami zarządza Fundacja. Jednak wśród darczyńców są nie tylko osoby prywatne i kościół, ale także rząd Kraju Basków, rząd Hiszpanii oraz Unia Europejska. Jednak w wypadku tej budowli to zrozumiałe. To dlatego, że budynek jest częścią naszego dziedzictwa kulturowego, a także oknem historii przez które możemy zajrzeć.

naTemat.pl

 

 

Okrągły Stół – lekcja dialogu

Renata Grochal, 07.02.2014
Debata Debata „Okrągły Stół ćwierć wieku później” przy zrekonstruowanym okrągłym stole w Pałacu Prezydenckim (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)
Dla prezydenta Komorowskiego porozumienie z 1989 r. jest wzorem kompromisu. Tymczasem Sejm nie uzgodnił wspólnej uchwały w 25. rocznicę Okrągłego Stołu.
Tegoroczne obchody ćwierćwiecza rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu nie wypadły okazale. Sam zrekonstruowany mebel został przeniesiony do Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego, gdzie stał w lutym 1989 r. Prezydent, który inaugurował spotkanie młodych przy Okrągłym Stole, podkreślał, że warto pamiętać o nim także z punktu widzenia następnych 25 lat: – Bo Okrągły Stół oznacza umiejętność rozwiązywania problemów, a kompromis jest zawsze rzeczą cenną. Prezydent był przeciwnikiem idei okrągłego stołu i po latach uznał swój błąd.Ówcześni uczestnicy obrad zebrali się wczoraj na sesji „Okrągły stół – doświadczenie polskie, czy uniwersalna metoda na demokrację” zorganizowanej przez wicemarszałka Jerzego Wenderlicha (SLD). Były prezydent Aleksander Kwaśniewski podkreślał, że było to unikatowe wydarzenie, które zapoczątkowało ciąg zdarzeń prowadzących do demokratyzacji i modernizacji kraju. Uczestniczący w dyskusji naczelny „Wyborczej” Adam Michnik zwrócił uwagę, że ostatnim akordem tej pokojowej rewolucji było referendum akcesyjne w 2004 r., w którym te same siły, które osiągnęły porozumienie przy Okrągłym Stole, oraz Kościół poparły wejście do Unii Europejskiej.

W czwartek okazało się, że o ile 25 lat temu możliwe było osiągnięcie porozumienia między PZPR a „Solidarnością”, o tyle współczesny polski Sejm nie był w stanie wypracować wspólnej rocznicowej uchwały. Jej tekst ustaliły kluby PO i SLD. Poparły je także inne kluby, w tym PiS. Sprzeciwiała się Solidarna Polska.

Domaga się, by dołączyć stwierdzenie, że Okrągły Stół przyczynił się do rabunkowej prywatyzacji, braku dekomunizacji, bezrobocia, ubóstwa i emigracji milionów Polaków. Rzecznik partii Patryk Jaki stwierdził, że było to „ordynarne lądowanie zbrodniczego aparatu na cztery łapy przy uśmiechach opozycji”.

- Okrągły Stół pomógł Polsce zbudować demokrację bez przelewu krwi i bez przemocy – mówił premier Donald Tusk, który przebywa w Mołdawii. Dziennikarze pytali go o sytuację na Ukrainie i czy możliwe jest tam rozwiązanie na wzór polskiego. Według Tuska z polskiego doświadczenia płynie lekcja bezdyskusyjna: nawet gdy konflikt polityczny wydaje się trudny do rozwiązania, to dialog i rozmowa są zawsze lepsze od przemocy.

 

Wyborcza.pl

Embedded image permalink

Makowski u Olejnik: Odmawiam Macierewiczowi prawa do ujawniania mnie jako agenta obcym wywiadom

Michał Gostkiewicz, 06.02.2014
- Ujawnienie agentów było złamaniem standardów NATO. Wiceminister obrony Macierewicz skompromitował stanowisko i swoje państwo. Nie interesuje mnie jego opinia, znam opinię żołnierzy z Afganistanu, mówią co innego – powiedział w Radiu ZET były oficer polskiego wywiadu Aleksander Makowski.
Aleksander Makowski zdradza tajniki pracy polskich szpiegów. Przeczytaj >>Pytany przez Monikę Olejnik, czy chce komisji śledczej ds. działań Antoniego Macierewicza w związku z likwidacją WSI, Makowski odparł, że „rozliczenie Macierewicza powinno było nastąpić po wyborach w 2007 r.”

- Raport z likwidacji WSI i ujawnienie agentów operacyjnych były złamaniem standardów NATO – powiedział były wysoki oficer wywiadu PRL i współpracownik służb specjalnych III RP. – Dopóki ta sprawa nie zostanie jakoś załatwiona, to będziemy imitacją państwa natowskiego. Jeżeli wiceminister obrony narodowej i szef SKW ujawnia agentów, których ma pilnować, to kompromituje stanowisko i swoje państwo – dodał.

„Odmawiam Macierewiczowi prawa do ujawniania mnie”

Odmawiam Macierewiczowi prawa do ujawniania mnie jako agenta wywiadu cywilnego i wojskowego, obcym wywiadom, w tym wywiadowi al-Kaidy, przeciwko któremu prowadziłem działania operacyjne. Czułem się zagrożony – al-Kaida to organizacja morderców – podkreślił Makowski. Podkreślał, że „nigdy nie współpracował na rzecz Moskwy, a mógłby co najwyżej dla USA, którego jest wychowankiem i uczniem”. (Makowski, syn szpiega, wychował się na placówkach w Wielkiej Brytanii i USA, później sam pracował jako szpieg w Stanach Zjednoczonych – M.G.). – Ja nie miałem żadnego związku z Moskwą – zapewniał.

Gdy prowadząca program Monika Olejnik stwierdziła, że według Macierewicza ma te związki, były szpieg odparł: – Nie interesuje mnie wykaz nazwisk ludzi, którzy byli w Moskwie, mnie interesuje Aleksander Makowski, który realizował zadania w Afganistanie. Znam opinię żołnierzy, którzy przeszli przez Afganistan, bo z nimi rozmawiam. To jest inna opinia i jest dla mnie miarodajna – podkreślił.

Makowski o Kuklińskim: USA narzucają nam bohatera

Olejnik pytała też byłego szpiega o jego ocenę pułkownika Kuklińskiego. „Zdrajca czy bohater?” – zapytała. – A Edward Snowden? Zdrajca czy bohater? – odparł pytaniem szpieg. – Ja panu zadaję pytania – nie dawała za wygraną Olejnik. – Ja tez mam taki przywilej – odciął się Makowski.

-Wybór zdrajca, czy bohater, narzuca nam moje ulubione imperium, którego jestem wychowankiem, czy uczniem, imperium amerykańskie. Mówi nam tak: bracia Polacy, macie tu nowego bohatera. Jest to dobry bohater, bo również nasz. Dajemy wam także film mistrza Pasikowskiego o tym bohaterze. Macie go zaakceptować i budować mu pomniki – kpił szpieg. Jak podkreślił, „każdy Polak musi rozstrzygnąć w swoim sumieniu, czy chcemy mieć obcego agenta jako bohatera”.

„Mam wysoką ocenę operacji Kuklińskiego”

Makowski, który w latach 80. szefem osławionego Wydziału XI kontrwywiadu, zwalczającego opozycję demokratyczną w Polsce, stwierdził, że jego zdaniem działania Ryszarda Kuklińskiego osłabiały obronność Polski. – Duża część materiałów, które dawał Amerykanom, dotyczyła zabezpieczeń Polski przed atakiem chemicznym. A gdyby doszło do konfliktu, to najpierw konwencjonalnego. Jednym z jego elementów byłby atak chemiczny na Polskę – ocenił.

Krytyka działań Kuklińskiego nie przeszkadza jednak byłemu szpiegowi w ocenie jego pracy. – Czy był odważny? Oczywiście. Agent, który pracuje tyle lat, w trudnych warunkach, musi być odważny, bo inaczej nic nie zdziała. Dopytywany, co czuje, media „robią z innego szpiega bohatera”, odparł: – My szpiedzy mamy taką… solidarność szpiegowską. Nawzajem się cenimy. Mogę mieć swoje zdanie o Kuklińskim, ale mam wysoką opinię o jego operacji. (…) Nie zazdroszczę mu, bo miał ciężkie życie, pracując jako agent wywiadu amerykańskiego. Nie jest to proste życie.

Próba generalna z ceremonii otwarcia IO w Soczi. Foto: pikabu.ru pic.twitter.com/kvTVvQEMYH

Embedded image permalink

Czyli,ten… pic.twitter.com/JEQMPDEtFS

Embedded image permalink
Embedded image permalink

 

PiS chce więcej demokracji w Sejmie. Zlikwidują „zamrażarkę” i wprowadzą 3h debatę? „W Sejmie jest deficyt demokracji”

PiS postuluje zmiany w Sejmie, które miałyby uczynić go bardziej demokratycznym. Plan to między innymi wprowadzenie 3-godzinnej debaty na każdym posiedzeniu Sejmu i zlikwidowanie tzw. „zamrażarki” – czyli możliwości blokowania projektów ustaw i trzymania ich w szufladzie. – Zamrażarka to największa patologia procesu legislacji – komentuje poseł Łukasz Gibała z Ruchu Palikota.

 

PiS chce "pakietu demokratycznego": m.in. likwidacji sejmowej zamrażarki i wprowadzenia 3-godzinnej debaty na każdym posiedzeniu
PiS chce „pakietu demokratycznego”: m.in. likwidacji sejmowej zamrażarki i wprowadzenia 3-godzinnej debaty na każdym posiedzeniu • Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

„Pakiet demokratyczny” to pomysły PiS na to, by Sejm stał się bardziej demokratyczny, a opozycja miała większy realny wpływ na to, co dzieje się w polityce. W zasadzie „pakiet”, który dziś proponuje PiS, to odgrzewany, 3-letni kotlet. Poseł Kazimierz Ujazdowski z PiS zaprezentował te zmiany już w październiku 2010 roku. Wówczas jednak nie udało się wprowadzić żadnej z nich.

We wtorek 4 lutego Ujazdowski podczas konferencji prasowej w Sejmie przypomniał o „pakiecie demokratycznym”. Wśród zmian dla obywateli najważniejsze zapewne będą trzy z proponowanych zmian: likwidacja tzw. „zamrażarki” sejmowej, zakaz odrzucania projektów obywatelskich w pierwszym czytaniu i wprowadzenie 3-godzinnej debaty, bez cenzury, gdzie opozycja mogłaby zadawać rządowi pytania na dowolny temat.

Zdaniem Patryka Jakiego z Solidarnej Polski, pakiet PiS to sensowna propozycja. – Znam ten projekt i uważam go za dobry i potrzebny. W polskim parlamencie jest deficyt demokracji – twierdzi Jaki. Ale posłowie wykazują też sporo wad, które ma PiS-owski pomysł.

Likwidacja zamrażarki potrzebna?
„Zamrażarka” polega na tym, że po wniesieniu projektu ustawy do marszałka Sejmu, ten może skierować projekt do pierwszego czytania, gdy uzna, że jest on zgodny z wymogami formalnymi. Problem polega na tym, że marszałek nie ma żadnego określonego czasu, w którym musi sprawdzić zgodność z wymogami. W ten sposób wiele projektów po prostu ginie w niebycie Sejmu, nazywanym właśnie „zamrażarką”.

PiS chce, by pierwsze czytanie projektów ustaw odbywało się nie później, niż 6 miesięcy od ich złożenia. Patryk Jaki z SP chwali likwidację zamrażarki i porównuje to do działania samorządów, gdzie przewodniczący rady nie ma możliwości zamrożenia projektu – jeśli radni złożą go z odpowiednią liczbą podpisów, rada musi się tym zająć.

Cała zamrażarka sprawia, że opozycja jest wykluczona z debaty publicznej. Jeśli rząd nie chce na posiedzeniu plenarnym czegoś omawiać, to wykorzystuje zamrażarkę. A potem się mówi, że opozycja nie przedstawia konstruktywnych wniosków i projektów ustaw. Tu polski parlament jest zacofany nawet w stosunku do samorządów – ocenia Jaki. Również Łukasz Gibała z Twojego Ruchu popiera tę inicjatywę, nazywając zamrażarkę „największą patologią procesu legislacyjnego”.

- Ona służy realizowaniu celów politycznych, do blokowania pomysłów opozycji, które są niewygodne dla rządu. Oczywiście, jeśli ktoś ma większość w Sejmie, to może i tak odrzucać wszystko, ale powinna być w parlamencie uczciwa debata, ludzie powinni wiedzieć, co jaka partia zgłasza – zauważa Gibała.

Bez zamrażarki koalicja i tak może blokować
Spore wątpliwości odnośnie tego ma jedynie poseł Stanisław Wziątek z SLD. Polityk Sojuszu wskazuje, że nawet jeśli projekty nie będą trafiały do zamrażarki i trzeba będzie je rozpatrzeć w jakimś czasie od złożenia, to i tak ustawa może być zablokowana na jakimkolwiek innym poziomie, na przykład komisji. Jeśli bowiem w komisji sejmowej rządzący mają większość, mogą po prostu zdecydować o nierozpatrywaniu danego projektu.

Tak czy inaczej, taki projekt bez dobrej woli polityków nie będzie miał racji bytu – podkreśla Wziątek. Poseł SLD ma jeszcze jedno, poważne zastrzeżenie: likwidacja zamrażarki mogłaby spowodować, że partie będą zgłaszać bardzo dużo projektów, które Sejm będzie musiał tak czy siak rozpatrzeć. – Coś takiego mogłoby sparaliżować planową pracę Sejmu. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której posłowie muszą zajmować się inicjatywami poselskimi, a działalność planowa legnie w gruzach – ostrzega Wziątek.

I dodaje: – Patrzę na to zdroworozsądkowo, a nie przez pryzmat interesu partyjnego. Mając świadomość potrzeby, by te inicjatywy opozycji były uwzględniane, trzeba mieć jednak pewne wyczucie, że ta planowa działalność też nie może być nadzwyczajnie naruszana.

Polityk Sojuszu podkreśla przy tym, że bardziej potrzebne jest lepsze planowanie prac nad legislacjami. – Dzisiaj często działa się ad hoc. Wprowadzamy nowe projekty ustaw, proceduje się je na jednym posiedzeniu Sejmu, są 3 czytania z rzędu. To ani dobra technika legislacyjna, ani dobre prawodawstwo, bo potem w tych projektach pojawią się liczne słabości czy błędy merytoryczne i ustawa musi wracać do Sejmu, bo była pisana na kolanie – wyjaśnia.

Projektów obywatelskich nie można odrzucać
Zdecydowanie bardziej przychylnym okiem Stanisław Wziątek patrzy już na pomysł zakazu odrzucania w pierwszym czytaniu obywatelskich projektów ustaw. – Rozpatrzenia tej propozycji wymaga szacunek dla inicjatyw obywatelskich. Ja chciałbym się z takim szacunkiem do nich odnosić, ale wiem, że czasem też pojawiają się obłędne propozycje, mieliśmy tego przykłady – przypomina Wziątek i zaznacza, że w tej kwestii trzeba znaleźć kompromis.

Swoje zdecydowane poparcie wyrażają dla tego pomysłu zarówno Patryk Jaki z SP, jak i Łukasz Gibała z TR. Ten pierwszy przypomina, że sam zajmował się obywatelskim projektem przywrócenia do szkół lekcji historii, który został od razu odrzucony w pierwszym czytaniu. Drugi wskazuje, że odrzucanie inicjatyw obywatelskich to zwykły brak szacunku dla obywateli, którzy się pod nimi podpisują.

- To zniechęca ludzi do postawy obywatelskiej. Widzą, że projekt jest odrzucany nawet bez żadnej dyskusji. To niepoważne traktowanie – twierdzi Gibała. Jak jednak zaznacza, taki zakaz byłby tylko małym krokiem na drodze do zwiększenia roli inicjatyw obywatelskich w procesie stanowienia prawa.

3 godziny debaty? Raczej niepotrzebne
O ile jednak wszystkie partie opozycyjne przyznają, że coś z zamrażarką i odrzucaniem projektów obywateli trzeba zrobić, to pomysł wpisania w każde posiedzenie Sejmu 3-godzinnej debaty bez cenzury już nie znajduje aż takiego poparcia. – Nie czuję, by w Sejmie było za mało czasu na debatę. Można by go najwyżej nieznacznie wydłużyć – ocenia Patryk Jaki.

Łukasz Gibała mówi z kolei wprost, że to najmniej potrzebna zmiana proponowana przez PiS. – Pewnie nie zaszkodziłoby, gdybyśmy uchwalili coś takiego, ale też nie ma na to potrzeby. Zgadzam się z posłem Jakim, że w Sejmie debaty jest sporo i są możliwości wyrażania swoich stanowisk – podkreśla poseł Twojego Ruchu.

Hydepark, a nie debata
Jedynie Stanisław Wziątek – ponownie – ma zastrzeżenia do tego pomysłu. I to poważne zastrzeżenia. – To, co oni proponują, to trybuna do walenia w rząd, która nie będzie zajmować się sprawami merytorycznie. Nie może być tak, że Sejm zamieni się w hydepark i każdy będzie gadał, co chce, na każdym posiedzeniu – krytykuje poseł Sojuszu.

Jednocześnie polityk SLD wskazuje, że Sejm pełni też funkcję kontrolną, nie tylko ustawodawczą, i w kontekście tej kontroli należałoby się „zastanowić nad formułą dyskusji” w parlamencie. – Nie na każdym posiedzeniu, ale np. raz na trzy miesiące, można by organizować dłuższą dyskusję. Posłowie mogliby podnosić wtedy ważne problemy, które nie są procedowane w Sejmie, zadawać pytania premierowi w różnych sprawach. Ogólnie propozycja, by lepiej pełnić tę funkcję kontrolną, uważam za interesującą, zwiększenie tej funkcji jest potrzebne, ale pomysł ten trzeba dopracować – przestrzega Wziątek.

Pakiet, który nigdzie nie przejdzie?
Niestety, niezależnie od tego, jakie rozsądne byłyby propozycje zmiany regulaminu Sejmu, moi rozmówcy są dość zgodni co do jednego: pakiet demokratyczny PiS raczej nie wejdzie w życie. Rzecznik SLD w rozmowie z PAP stwierdził, że jego partia ma wątpliwości co do pakietu i dopiero ustali swoje oficjalne stanowisko w tej sprawie. Solidarna Polska i Twój Ruch mają zamiar poprzeć projekt PiS, ale nawet gdyby pomogło im SLD, będzie to za mało do wprowadzenia zmian.

PO i PSL, póki co, mają dopiero ustalić swoje stanowiska, ale Łukasz Gibała nie ma wątpliwości, jakie ono będzie. – Według informacji kuluarowych od posłów z PO wiem, że klub Platformy będzie przeciwko. Wszystko więc zależałoby w tej sytuacji od PSL, ale koalicja zazwyczaj głosuje razem i prawdopodobieństwo wprowadzenia zmian jest znikome – ocenia poseł. Jego prognoza wydaje się tym bardziej prawdopodobna, że zamrażanie projektów opozycji stało się jedną z charakterystycznych cech rządów PO.

naTemat.pl

Szuflandia

Joachim Brudziński ujawnił rzecz niesłychaną. „Nikt nie wie lepiej od Donalda Tuska, Tomasza Siemoniaka czy Bronisława Komorowskiego, że gdyby taka komisja powstała, to Antoni Macierewicz ma możliwości i instrumenty do własnej obrony, a wtedy możemy być pewni, że niejedna aureola spadnie. Jeśli premier tego chce, to mówimy (PiS – red.) proszę bardzo [TVN24]. Tak powiedział w programie telewizyjnym.

Porażająca konstatacja. Idzie dokładnie z tymi z przeciwników PiS, którzy posądzają partię o gromadzenie haków na przeciwników. Niegdyś potwierdzeniem takiej hipotezy był „gwóźdź do trumny politycznej kariery Andrzeja Leppera”, jaki na specjalnej konferencji prasowej zaprezentował Zbigniew Ziobro. Zdumiony świat się wtedy dowiedział, że w pisowskiej koalicji członkowie gabinetu nagrywali potajemnie swoje rozmowy. Kolejną przesłankę wysnuwano z faktu mechanicznego uszkodzenia twardych dysków w służbowych laptopach, pozostawionych następcom przez członków pisowskiego rządu, odchodzącego po przegranych wyborach. Także nieudana prowokacja wobec wicepremiera tego składu i inwigilacja własnego ministra spraw wewnętrznych dostarczały wtedy krytykom PiS powodów do podobnych przypuszczeń.
Na identycznych domysłach niektórzy z komentatorów jeszcze teraz opierają twierdzenie o specjalnej pozycji Antoniego Macierewicza w Prawie i Sprawiedliwości, któremu niewątpliwie szkodzą rewelacje dochodzące z Zespołu Parlamentarnego do badania katastrofy smoleńskiej. Tym również tłumaczono protekcjonalny ton wobec samego prezesa partii i instrukcje, jakich mu poseł Macierewicz udzielał a które się stały powszechnie znane, w wyniku niezręcznego obsługiwania mikrofonów przez obu panów, wymieniających między sobą uwagi na konferencji prasowej.
Teraz się otworzyło nowe pole do zapomnianych już nieco dywagacji tego typu. Jeżeliby poważnie brać słowa posła Brudzińskiego to istnieje nowa „szafa Lesiaka” i od nowa by trzeba rozpocząć batalię o jej ujawnienie. Tym razem jednak informacja o istnieniu tajnego zbioru informacji, niewygodnych dla polityków, nie pochodzi od adwersarzy a od jednego z członków partii rzekomo posiadającej przysłowiową szafę, który się rozpędził i mówi co wie zamiast wiedzieć co mówi. Bo przecież na pewno nie należy on do jakiegoś spisku, działającego na szkodę swego ugrupowania.
Przeciwnicy PiS dostali nowe paliwo dla swego „przemysłu nienawiści”. Ich bowiem liderzy i wyraziciele są już tak przez pisowców spostponowani, że nic im nie może zaszkodzić. Powiedziano o nich wszystko co najgorsze, co dyskredytuje człowieka, Polaka, polityka. Łącznie z przypisywaniem im krwi na rękach.
PiS znowu ucierpi a najbardziej bolą ciosy własnej broni.

stary.salon24.pl

Polki na Wyspach rodzą 60 proc. więcej dzieci niż w kraju. Pierwsze tego typu wyliczenie

wg, PAP, 06.02.2014
Oddział noworodków w szpitaluOddział noworodków w szpitalu (Fot. Łukasz Giza/AG)
Wskaźnik dzietności statystycznych Polek mieszkających w Anglii i Walii wynosi 2,13, a w Polsce to zaledwie 1,3 – wynika z pierwszych tego rodzaju wyliczeń przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii, a informuje o tym „Rzeczpospolita”.
Każda z Polek rodzi na Wyspach 60 proc. więcej dzieci niż w kraju. Ostatni raz tak wysoki wskaźnik urodzeń w Polsce odnotowaliśmy w latach 80.Zdaniem ekspertów oznacza to, że w Polsce istnieją bariery, które je do tego zniechęcają. – Polki realizują tzw. odroczone porody - wskazuje w dzienniku prof. Irena E. Kotowska. Ale podkreśla rolę bezpieczeństwa. – Niestabilność zatrudnienia, trudności z umieszczeniem dziecka w żłobku czy przedszkolu, niewielkie wsparcie rodziców ze strony państwa zniechęcają do posiadania potomstwa – mówi prof. Kotowska.

- Skoro w Wielkiej Brytanii na naszych rodaków działa tamtejsza polityka rodzinna, to warto podpatrzyć tamtejsze rozwiązania, by wprowadzić je u nas – mówi w rozmowie z „Rz” Michał Kot, ekspert Fundacji Republikańskiej.

Poli boli

Maciej Wesołowski, ilustracje Joanna Rusinek, 05.02.2014
 Ilustracja Joanna Rusinek
Teraz jestem w związku z facetem, który od dziesięciu lat ma żonę i dwoje dzieci. Ona związana jest z inną dziewczyną. A ja mam jeszcze kochanka. Jak nazwać całą tę konstelację? Mnie się to kojarzy z Wielkim Wozem

INNE ZDANIE
Poliamoria to bzdura – uważa prof. Wiesław Łukaszewski, psycholog: „Jeśli rozumieć poliamorię jako zaangażowanie w autentyczne, a nie tylko deklaratywne, związki uczuciowe, miłosne, którym towarzyszą zakochanie, namiętność, intymność i inne przynależne im fazy, to na podstawie wiedzy psychologicznej uznać należy, że jest ona fikcją. Zbożną, bo zbożną, ale fikcją.

Proszę wybaczyć, że trochę trywializuję: poliamoria wymaga sporych zasobów ekonomicznych oraz dużej ilości wolnego czasu. Kto ma jedno i drugie? Przede wszystkim zamożni przedstawiciele wolnych zawodów. Także ludzie o wysokim statusie społecznym. Powiedziałbym nie bez pewnej złośliwości, że to ideologia niszowa, a nawet salonowa”.

Całą rozmowę Doroty Wodeckiej „Poliamoria to bzdura” przeczytasz tutaj

Helena, 32 lata 

Farbowane blond włosy, kolorowa kurtka i spodnie, ostry makijaż. Działaczka społeczna. Wścieka się, kiedy pytam, czy poliamoria to jedynie salonowa moda.

- Czuję zażenowanie, kiedy słyszę, że kochać można najwyżej jedną osobę. A jeśli ktoś się upiera, że kocha więcej, jest to jedynie przejaw salonowej mody. Profesor Wiesław Łukaszewski („Poliamoria to bzdura”, 1.02.14, „Gazeta Wyborcza”) powołuje się na ogólne badania dotyczące natury ludzkiej, a nie związków poli. To nieprofesjonalne krytycznie wypowiadać się jako ekspert na temat zjawiska, o którym ma się mgliste pojęcie. Poliamoryści robią to, co pewnie wielu chciałoby robić, ale boi się społecznej reakcji. Wciąż żyjemy w kraju, gdzie nie ma porządnej edukacji seksualnej! A to, że do poli przyznają się ludzie wolnych zawodów, jest dość naturalne; w tych środowiskach jest na to przyzwolenie. To samo było przecież z coming outami gejów czy lesbijek. Początkowo mówili o tym tylko artyści, a jak się trochę zmienił społeczny klimat, okazało się, że homoseksualiści są wszędzie. I wśród rolników, i wśród księży.

Helena właściwie zawsze kochała więcej niż jedną osobę naraz. Bo w życiu wszystkiego trzeba spróbować. Bo w życiu trzeba dać z siebie tyle miłości, ile tylko się da. Eksperymentowała. Doświadczała. Był więc związek typu „Don’t ask, don’t tell” (Nie pytaj, nie mów), gdzie wyłączność seksualna nie jest żadną podstawą. Były najdziwniejsze romanse. W monogamii jedynie bywała. Trzy-cztery miesiące. To oni odchodzili. Zbyt duży ruch, zbyt dużo bodźców. Poza tym zwykle wybierała chłopaków podobnych do siebie: niezależnych, wolnych, ale ze skłonnościami do depresji. Dwie depresje w jednym związku? To nigdy dobrze nie wróży.

A potem dobry kolega, Maks, ogłosił, że otwiera swój związek, i zapytał, czy nie byłaby zainteresowana. Pierwsze tygodnie były jak obrazki z hipisowskich filmów. Cieszyli się sobą bez opamiętania. Szalony seks, randki, imprezy. I błoga świadomość, że grają na nosie konserwatywnemu, patriarchalnemu społeczeństwu, które wstydzi się mówić głośno o swoim życiu erotycznym. Mieszkali trochę u nich, trochę u niej.

Moi rodzice przyjęli to do wiadomości, choć z pewnym trudem. Akceptują, że to moje życie, nie ich. Część z moich partnerów poznali, część nie. Im trudno zrozumieć, że czasy się zmieniły, obyczaje. Oni są taką typową miejską parą z klasy średniej. Ojciec przedsiębiorca, matka lingwistka. Kiedyś głosowali na UW, teraz na PO i moje radykalnie lewicowe poglądy ich drażnią. Nie bardzo więc możemy rozmawiać przy stole o polityce. Ale o związkach już tak. I o seksie. Mama jest raczej wyluzowana. Tata czasem mnie pyta: „Kiedy znajdziesz sobie chłopaka?”. Odpowiadam: „Już mam, nawet dwóch”, wtedy się trochę denerwuje. Im się wydaje, że mnie to kiedyś przejdzie i założę „porządną, monogamiczną rodzinę”, więc nie przejmują się. Nie wyprowadzam ich z błędu.

Czy poliamoria jest normalna? Rozmowa z seksuologiem Danielem Cysarzem

Któregoś wieczoru Maks zadzwonił i zapytał, czy może przyjechać na noc. Miała mnóstwo pracy, nie mogła sobie pozwolić na żadne opóźnienie. Powiedział, że jego dziewczyna idzie na randkę, a że chłopak nie ma własnego mieszkania, prawdopodobnie wylądują u nich. A on nie chce im przeszkadzać. Zgodziła się.

Kiedy już po wszystkim Helena zrobiła bilans zysków i strat, zdała sobie sprawę, że dla niej była to najlepsza możliwa terapia jedynaczki. W dzieciństwie nikt jej nie uczył, jak żyć w grupie, jak współpracować. Jako jedyne dziecko w domu od przedszkola była w centrum uwagi. Kiedy dorosła, przyznała: „Tak, jestem egotyczką”. Chciała to zmienić.

Związek z Maksem i jego dziewczyną ją otworzył. Ale nie trwało to długo. Trzy miesiące związku, potem przyjaźń. Już po wszystkim on pokazał jej sześciopunktową listę kobiet, z którymi chciałby mieć romans. Ułożył ją wspólnie ze swoją dziewczyną. Helena była na pozycji czwartej. Trzy pierwsze były już odhaczone.

Niedługo potem zakochała się kolejny raz. Najpierw w Norbercie, a chwilę później także w jego dziewczynie. Po pierwszym wspólnym wieczorze była w lekkim – pozytywnym – szoku, gdy obudziła się przytulona do dziecka. Mały, jak co noc, przyszedł do rodziców, a więc i do niej. Świetnie funkcjonowali jako trójkąt. Spali razem, wychodzili razem na imprezy. Tak jak oni Helena miała domowe obowiązki, odbierała dziecko z przedszkola, wyprowadzała psa. Przedszkolak mówił o niej „moja Helcia”. W trójkącie starali się być dla siebie tak samo ważni. By nikogo nie zostawiać samego.

I znów przez pierwsze trzy miesiące było fantastycznie. Adrenalina, emocje, zainteresowanie znajomych. Ale potem zaczęły wyłazić problemy.

Oni jechali z synem na kinderbal do babci, ona nie mogła. Ich rodzina nie wiedziała o jej istnieniu. Byłby skandal. A po co dziecku taki stres fundować? Poczuła, że jest „nielegalna”. Siedziała skulona w ich mieszkaniu i płakała. Całe kilka godzin.

Okazało się, że nie zawsze umie zmieścić się w systemie komunikacji, który oni sobie przez lata wypracowali: – Mnie było więcej w ich życiu niż ich w moim. Jak spaliśmy we trójkę w jednym miejscu, wiadomo było, że u nich. Jak trzeba było coś załatwić, to ich sprawy były priorytetem. Kochałam Norberta, ale po pół roku wymiksowałam się z tego związku. Nie dałam rady. Tak wyszło, nie mam o to pretensji. Jedyne, co w poliamorii jest stałe, to ciągła zmiana. I ja to akceptuję.

Teraz jest w związku z Markiem, facetem, który od dziesięciu lat ma żonę i dwoje dzieci: – Relacja może wydawać się dość skomplikowana, jego żona związana jest z inną dziewczyną, a ja mam jeszcze kochanka. Kiedy o tym rozmawiamy, pojawia się np. taka pozycja: „dziewczyna dziewczyny żony mojego chłopaka”. Jak nazwać całą tę konstelację? Mnie się to kojarzy z Wielkim Wozem.

Emigranci eksperymentują z seksem: ”Polacy na Wyspach swingują częściej”
Dyskusja o poliamorystkach 

W monogamii jest ciągłe myślenie: „przyjdzie i mi zabierze”. Dla mnie to absurd. Nigdy nie miałam problemu z tym, że ktoś, kogo kocham, kocha inną osobę albo że w wolnym czasie uprawia seks z kimś innym. Znaczenie seksu w naszym życiu jest zresztą przereklamowane. Dla mnie na jedno wychodzi, czy mój chłopak uprawia z kimś seks, czy gra w piłkę z kolegami. W mono jest związek z drugą osobą, potem długo, długo nic i wreszcie relacje przyjacielskie. W poliamorii nie ma tej przepaści. Jestem z kimś blisko, a gdy ktoś jeszcze mi się podoba, mogę go przyciągnąć równie blisko. Mam na to przyzwolenie. Wszyscy o wszystkim wiedzą, akceptują to. To nie jest monogamiczny plebiscyt, w którym ktoś wygrywa. Tu wygrywają wszyscy. Ale też żeby była jasność: do poliamorii potrzebna jest specyficzna konstrukcja psychiczna.

Puszczalscy z zasadami Według definicji poliamoria to związek miłosny z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie, oparty na zgodzie wszystkich zainteresowanych. Falę zainteresowania poliamorią w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej wywołała książka Dossie Easton i Janet Hardy ”Ethical slut” (w Polsce przetłumaczona jako „Puszczalscy z zasadami”) z 1997 roku, gdzie nowy model relacji doczekał się dokładnej analizy. Jednak zdaniem dr Katarzyny Grunt-Mejer z katedry psychologii Uniwersytetu Zielonogórskiego idea poliamorii, choć wydaje się nowa, ma dużo dłuższą tradycję: – W USA już w latach 70. badano tzw. małżeństwa grupowe, nieoparte na doktrynach religijnych i oczywiście niezalegalizowane. Wiele opisów podstaw takich związków: zgoda wszystkich partnerów, chęć i akceptacja do tworzenia wielopartnerskiego układu, miłość do więcej niż jednej osoby jako podstawa relacji, są w zasadzie tożsame z podstawami, na jakich opierają się obecnie związki poliamoryczne.Kim są polscy poliamoryści? Zdaniem dr Grunt-Mejer to przeważnie osoby dobrze wykształcone, o wysokiej świadomości społecznej, niekonformistyczne. Za tym idzie zazwyczaj nieco wyższy standard życia: – Nie jest to duża grupa. Co nie znaczy, że osób zdolnych kochać prawdziwie więcej niż jedną osobę jest mało. Po prostu jeszcze nie trafili na termin, który opisywałby ich doświadczenia. Szereg badań wskazuje, że zdolność do kochania kilku osób naraz posiada większość z nas.Badania potwierdzają, że wśród poliamorystów jest zwykle liczna grupa kobiet o skłonnościach biseksualnych. Dużo rzadziej mężczyzn. Wbrew obiegowej opinii nie zawsze są to ludzie młodzi. – Do mnie zwykle zgłaszają się osoby w czwartej czy piątej dekadzie życia. To są ludzie, którzy nierzadko odchowali już dzieci, doświadczyli życia w monogamii i dochodzą do wniosku, że nie spełniła ona wszystkich ich oczekiwań. Szukają czegoś nowego, świeżego. To są np. pary z 20-letnim stażem, które przed pięćdziesiątką chcą uczynić swój związek bardziej otwartym, by przeżyć wspólnie coś pięknego – przyznaje psychoterapeuta Daniel Jabłoński.Zazdrość w związkach poliamorycznychDuży problem poliamoryści mają wciąż z publicznym przyznaniem się do życia w takiej relacji. – Przeważnie są to osoby ze środowisk niestygmatyzujących: artyści, naukowcy, twórcy, osoby w niehierarchicznej pracy, gdzie coming out nie spowoduje negatywnych konsekwencji zawodowych. Jeszcze silniejszym stresem jest otwarte mówienie o życiu z kilkoma partnerami w sytuacji, gdy w związku są dzieci. W USA głośny był przypadek odebrania dziecka rodzicom, którzy publicznie opowiedzieli o swym poliamorycznym życiu – mówi Katarzyna Grunt-Mejer.Podobne obserwacje miała Katarzyna Michalczak, socjolożka, autorka pracy doktorskiej na ten temat, która przez cztery lata (2009-2013) badała zwyczaje polskich poliamorystów. Badani obawę przez reakcją społeczeństwa na ich styl życia niejednokrotnie łączyli z poczucia bycia w awangardzie społecznej rewolucji. – Często czują satysfakcję, że robią coś, co burzy zastany porządek. To dla nich ważny element poliamorii. Nierzadko traktują to jako rodzaj misji. Osoby poliamoryczne, które udało się objąć badaniem, przeważnie mają poglądy lewicowe i pochodzą z wielkich miast.Ewelina (32) i Piotr (33) 

Ewelina pracuje w branży reklamowej, Piotr jest menedżerem z sektora nowoczesnych technologii. W związku partnerskim są od ośmiu lat, mają czteroletnią córkę. Uważają się za poliamorystów, ale słowa „poliamoria” nie znoszą. 

Spieszyli się do pracy, Piotr brał prysznic. Rzucił, że skłamałby, gdyby swoją relację z Iwoną nazwał jedynie koleżeńską. Spędzają ze sobą dużo czasu, lubią się od dawna. Coś zaiskrzyło. Tak więc Piotr nie chce Eweliny okłamywać, że jest inaczej, ale przecież nadal ją kocha i chce z nią być. Tu nic się nie zmieniło. A zresztą przecież oboje świetnie znają temat. Wielokrotnie rozmawiali o modelach skandynawskich, w których tworzy się wieloosobowe rodziny. Zastanawiali się, jak by to było z nimi. Podobało im się.

A mimo to Ewelina zesztywniała. Bo co innego teoria, a co innego życie. Pojechali do pracy, zasiedli przy biurkach w korporacjach. Ona przez osiem godzin siedziała jak mumia przed komputerem. On, coraz bardziej zaniepokojony, bombardował ją SMS-ami i wpisami na czatach. Że kocha. Że nie może bez niej żyć. Nie odpowiadała. Czuła się, jakby jej ktoś serce bez znieczulenia wyrywał. – Nie byłam na to gotowa emocjonalnie. Masz coś przeciwko ufoludkom w mieszkaniu? Nie masz. Ale jak ci ufoludek ląduje w mieszkaniu, nie zawsze masz ochotę go ugościć. Początkowo wyszły ze mnie wszystkie schematy i stereotypy wpojone w domu. Mimo że jeszcze do niczego między nimi nie doszło, czułam się zdradzona i oszukana. Niekochana, odtrącona. Egoista – myślałam o nim! Myślałam kategoriami, które dobrze znałam.

Wieczorem poszła na spacer z psem. – Styczeń, -12 na dworze. A ja przez godzinę stałam w miejscu i wyłam.

Kiedy seks nie jest ”na poważnie”: ”Badania terenowe nad seksem grupowym”
Jadą razem na imprezę. Główny temat: jakiś wywiad w gazecie, jakaś sesja zdjęciowa. Wszyscy zachwyceni. Nie bardzo wiedziała, o co, o kogo chodzi. Po godzinie zapytała. Jak to? Nie wiesz?! I pokazał jej wielkie zdjęcie uśmiechniętej od ucha do ucha Iwony. – To było jak uderzenie pioruna. Chciało mi się wymiotować. Uciekliśmy stamtąd natychmiast.

Wcześnie rano – jak zawsze, kiedy muszą poważnie porozmawiać – nalewają gorącą wodę do wanny. Tam zapadały wszystkie najważniejsze decyzje w ich życiu. – To już się stało, nic tego nie zmieni – stwierdziła ona. – Chcę nadal z tobą być. – Zdecyduj, czy mam z nią zerwać – on.

Iwona przyjechała trzy dni później. Wieczorem. Wyglądała całkiem inaczej niż na zdjęciu w gazecie. Ewelina spodziewała się wampa i potwora z horroru. Drzwi otworzyła zwyczajna, skromna dziewczyna bez odrobiny makijażu. Prosty granatowy płaszcz, ciemne spodnie i buty, proste włosy – to pamięta. Była ciepła, empatyczna, często się uśmiechała. Otworzyli wino, usiedli przy stole. Ale nie dało się rozmawiać. Było drętwo, nienaturalnie. Szybko przenieśli się na łóżko.

Ewelina: – Tam wreszcie byliśmy blisko. Byłam roztrzęsiona. Ona złapała mnie za rękę i nie chciała puścić. Powiedziała, że jeśli nasz związek ma się przez nią rozpaść, odejdzie. A ja już wiedziałam, że nie chcę tego. To dzięki niej Piotr się bardzo zmienił. Na nowo stał się tym chłopakiem, którego poznałam na studiach. Aktywnym, zabawnym, romantycznym.

Następne 40 dni byli niczym Jezus na pustyni. Przewalali całe swoje wspólne życie. Przedefiniowywali.

Były wizyty u terapeutów („sytuacja ich przerastała”) i kolejne sesje w wannie. Ewelina policzy potem, że gdyby te ich rozmowy przełożyć na godziny terapii, musiałaby ona trwać dziesięć lat.

Okazało się, że przez te wszystkie lata oszukiwali siebie nawzajem, udawali. Przestali interesować się, kim naprawdę są i jak bardzo się od siebie oddalają. Kiedy skończyli, ona ważyła siedem kilo mniej, on – cztery. Ale mieli rozwiązanie.

Ewelina: – Dzięki tym rozmowom przeżyliśmy katharsis. To był nowy początek naszego związku. Byliśmy fizycznie wyczerpani, ale szczęśliwi.

Piotr: – Nie chcieliśmy się rozstawać. Mieliśmy wspólny dom, dziecko, rachunki, przyzwyczajenia i mimo wszystko wciąż się kochaliśmy. Nie chcesz porzucać ludzi, których kochasz. Nasz związek wciąż nie był pusty, wypalony.Ewelina: – Gigantycznego wsparcia w tym momencie udzielili nam przyjaciele. Bardzo nam zależało, by nie dowiadywali się o naszej sytuacji pocztą pantoflową. Nie chciałam być w tym wszystkim postrzegana jako ofiara. Wybraliśmy trzy najbardziej zaufane osoby i opowiedzieliśmy im o tym.Po jakimś czas Ewelina weszła w erotyczny związek z przyjacielem. Była to forma rewanżu – mówi, ale zaraz poprawia się: nie, raczej chęć spróbowania niż odegrania się. Piotr ją w tym wspierał. Tak już jest wychowany, że nigdy nie rozumiał zazdrości o partnera. – Przerośnięte ego, sporo narcyzmu – ironizuje Ewelina. – To wszystko wyszło w naszej terapeutycznej rozmowie.Dawniej ”to” się robiło, ale się o tym nie mówiło: ”Seks na widoku”
Stworzyli nowy model, musiały pojawić się i nowe zasady. Po pierwsze, kiedy noc spędzają osobno, rano zawsze wysyłają sobie SMS-a na dzień dobry. Po drugie, zawsze mają włączone telefony i mają prawo do siebie zadzwonić o każdej porze, niezależnie od sytuacji. Z czasem doszedł jeszcze jeden punkt: jeśli tylko mogę, wracam na noc do domu.Ewelina stopniowo wyzbywała się zazdrości. Wcale nie o seks, ale o trzymanie się za rękę i głębokie spojrzenia w oczy. – To wynikało z mojej niepewności – powie. Miała z tym problem do momentu, gdy zrozumiała, że jest to walka z samą sobą, z osobistym demonem, jaki funduje nam kultura i wychowanie.Wytłumaczyli sobie, że zaangażowanie emocjonalne w kolejną osobę jest niczym innym tylko kompensacją. Bo przecież nigdy nie jest tak, że jedna osoba jest w stanie zaspokoić wszystkie twoje potrzeby. I im wcześniej zdasz sobie z tego sprawę, tym lepiej. Zamiast trzaskać drzwiami i tłuc talerze, Ewelina dzwoni do drugiego chłopaka. Zamiast karmić potwora w głowie, może pójść na randkę i potrzymać kogoś za kolano.Dla Piotra od początku najważniejsza była bliskość, budowanie relacji: – To, że z kilkoma osobami mogę bezkarnie chodzić do łóżka, być może byłoby zaletą jeszcze kilka lat temu, ale teraz chodzi o coś innego. Mówienie o poliamorii jedynie w kontekście seksu jest banalizowaniem tematu. Takie rzeczy oczywiście zdarzają się ludziom na studiach, w akademikach, ale nie mają z poli nic wspólnego. Tu wszystko opiera się na uczuciu, a wypracowanie takiego modelu wymaga ciężkiej harówki.Ich pierwszy poliamoryczny związek rozpadł się po pięciu miesiącach. Iwona była singielką, bardzo aktywną osobą. Oni mieli masę obowiązków: pracę, opiekę nad dzieckiem, oporządzanie domu. Ona, jako ta dochodząca, potrzebowała większej, szczególnej uwagi. Oni nie mieli czasu i sił, by jej to zapewnić. Odeszła. Była frustracja, wyobcowanie, zniechęcenie.

Potem było kilka dość luźnych relacji, przygód. Teraz są w drugim poważnym związku, w którym funkcjonują razem z jeszcze jedną parą heteroseksualną. Łącznikiem jest Piotr. To on ma relację erotyczną ze swoją dawną miłością, która jest częścią tej drugiej pary. Mieszkają osobno, ale często spędzają czas we czwórkę. Na spacerach, w restauracji.

Muszą się dobrze poznać. Ufać sobie. Bo inaczej demony mogą wrócić i znów będą musieli się zmagać ze strachem i zazdrością. Od razu ustalili sobie, że w tej relacji istnieje hierarchia. Jest podział na związek główny i poboczny. Według kolejnej zasady: w sytuacjach spornych interesy związku głównego zawsze biorą górę. To zapewnia poczucie bezpieczeństwa.

Dla Eweliny problemem jest niesymetryczność relacji. To już nie jest ten dawny trójkąt, w którym każdy miał równe prawa, a wspólny seks oczyszczał, likwidował napięcia. Teraz, kiedy Piotra nie ma, a ona cały wieczór siedzi sama nad książką, powoli dociera do niej, że scenariusze są dwa. Albo kogoś sobie znajdzie i relacja zyska równowagę, albo się rozstaną. – Poliamoria wciąga i uzależnia. Adrenalina, adoracja, motyle w brzuchu. Nie wymażesz tego gumką. Ale wszystko ma swoją cenę.

Rozmowa z Andrzejem Depką: ”Norma a seks”

Przyjaciele domu 

Jak skonstruowany jest polizwiązek? Według socjolożki Katarzyny Michalczak poliamoryści mają wdrukowane mnóstwo wzorów zachowań z kultury monogamicznej: – Wiele osób nie lubi używać określeń typu: związek główny i satelity, bo nie chcą hierarchizować. Często jednak te hierarchie siłą rzeczy się pojawiają. Dość typowy model to: para mieszka ze sobą, a pozostałe osoby jedynie u nich pomieszkują. Proces powstawania i trwania związków jest bardzo dynamiczny. Powstają przeróżne konstelacje i sieci, które cały czas się zmieniają. Wiele z tych relacji kończy się na romansie właśnie dlatego, że partnerzy nie mieszkają razem. Nie ma budowania codziennego życia, podziału obowiązków, robienia sobie herbaty, wynoszenia śmieci.

Katarzyna Michalczak przyznaje, że niemonogamiczni rodzice rzadko tłumaczą wprost swoim dzieciom, co łączy ich z poszczególnymi partnerami czy partnerkami. Ale też niczego nie kryją: – Dziecko widzi osoby, które przychodzą do domu i miło spędzają czas, ale nie musi wiedzieć, że rodziców łączy z nimi miłość. Przy tym rodzice nie ukrywają, że raz śpią ze sobą, a raz – z kimś innym.

Ci „przyjaciele domu” wychodzą z dziećmi na plac zabaw, gotują zupę. Rzadko jednak biorą udział w procesie wychowywania. Mało jest aktywności, w których musieliby się zderzać ze światem zewnętrznym, w którym panują zasady ze świata kultury monogamicznej. Z badań Amerykanki Elisabeth Sheff wynika, że dzieci z rodzin poli największy problem mają z otoczeniem. Często mówią: „Mamo, bardzo fajnie, że jesteś w związku z Margot i Markiem, ale nie mów tego mojej nauczycielce”. Albo: „Możecie się całować, ale nie pod przedszkolem”.

Innym problemem w relacjach poliamorycznych jest definicja i stosunek do pojęcia zdrady: – Zdradę oznacza np. wyjawienie przed jedną z osób jakiejś tajemnicy albo nocna wyprawa do lasu we dwoje zamiast we troje. Osoby poliamoryczne mają we krwi kulturę monogamiczną i często reagują tak jak monogamiści. Jedną rzeczą jest deklaratywność, a drugą nasze przyzwyczajenia, stereotypy, wydeptane ścieżki. Niby dajemy sobie przyzwolenie na seks z innym, ale też jesteśmy od dziecka uczeni, że to powinno powodować w nas zazdrość. Poliamoryści nie zawsze radzą sobie z rozziewem pomiędzy tym, co by chcieli, a tym, na co ich stać.

Marcin, 30-latek z Warszawy 

Wysoki, szczupły, z wypielęgnowaną, nieco hipsterską brodą. Mówi szybko, dużo dygresji. Pracuje jako nauczyciel akademicki. Jest związany z kobietą będącą jednocześnie w związku. Zarówno on, jak i oni, mają kochanków, których wszyscy akceptują. 

Śmieszy go, gdy ktoś ex cathedra ogłasza, że poliamoria jest kaprysem znudzonych dobrobytem artystów, którzy mają zbyt wiele wolnego czasu, i ludzi o wysokim społecznym statusie w ten sposób wyrażających własne pożądanie powszechnego uwielbienia. – Poliamorycy, których znam, nie są ani przesadnie bogaci, ani znudzeni, ani przesadnie narcystyczni. A już na pewno nie mają zbyt wiele wolnego czasu. To, że decydują się na to ludzie lepiej wykształceni, też łatwo wytłumaczyć: mają większą świadomość własnych potrzeb i odwagę podejmowania trudnych wyborów.

”Polamoria” – widowisko Krakowskiego Teatru TańcaW takich głosach Marcin wyczuwa pogardę i niezrozumienie poliamorycznego stylu życia. A przecież sieciowa, niehierarchiczna struktura związku, jak sądzi, bardziej odpowiada duchowi naszych czasów: – Z natury chcielibyśmy, by drugi człowiek realizował wszystkie nasze potrzeby. Żeby rozmawiał z nami o literaturze, pojechał z nami na żagle, a na co dzień był erotycznie pociągający. Tak się nie da. Może więc większy sens ma rozłożenie realizacji naszych potrzeb na wiele osób?Uśmiecha się, gdy wspomina swoją poliamoryczną inicjację.Wieczór. Przedweekendowy bifor. W tle ciche techno. Na stole piwo i czipsy. Atmosfera studenckiej domówki. Podchodzi Jurek, obejmuje go ramieniem i mówi, że nie mógłby wyobrazić sobie lepszego kochanka dla swojej dziewczyny. Lody pękają. Ona jest zachwycona. To był jej pomysł, by sprowadzić tu Marcina. Potem wszyscy razem jadą na imprezę. Już jako polirodzina. Bo tak będą siebie nazywać.To Jurek i Ola wprowadzają go w poli. Powoli, bez nerwów. Oni od dawna prowadzą dom otwarty, w którym jest zawsze mnóstwo ludzi. Od ponad roku mają też poliamoryczny związek. W ich domu i łóżku pojawiają się nowe osoby. Marcin jest zachwycony. Zawsze chciał żyć w takiej komunie. Nie są erotycznym trójkątem. Marcin uprawia seks tylko z Olą („w tym względzie jestem dość prostacki, czyli hetero”), ale nie ma też większych oporów, by przytulić się do Jurka. Często razem kładą się spać. Są w końcu przyjaciółmi. A przyjaźń dla Marcina jest relacją wzorcową.Zasady gry muszą być klarowne. Już na początku ustalają wzajemne oczekiwania i dzielą je na słuszne i niesłuszne. Tym drugim jest zazdrość i potrzeba kontroli. Ma być równość i wzajemne wsparcie. Nie ma podejścia na zasadzie: chcę być dla ciebie najważniejszy na świecie. Po stronie oczekiwań słusznych wpisują: „wyrażanie poczucia osamotnienia i wymóg lojalności”.W tej relacji wszyscy korzystają z otwartości. One-night-standy, krótsze i dłuższe romanse, są na porządku dziennym. Marcin nie ma wątpliwości, że to zdrowe: – W poliamorii seks przestaje być fetyszem. Seks to seks i nic więcej. Nie zawsze oznacza miłość. W związku mono żyjesz w ciągłym szantażu emocjonalnym: masz obowiązek mnie nie zdradzać, nie powinieneś nawet ciepło myśleć o innej kobiecie czy mężczyźnie. Są zakazy i nakazy. W poli możesz przyciągać jedynie dobrymi emocjami. Ale oczywiście mówię tu o sytuacji idealnej.W praktyce czasem do ideału daleko. Wzajemne pretensje, wygórowane oczekiwania. Niespełnione pragnienia. Coś jak zazdrość. Coś jak żal o brak zaangażowania. Kiedy tych napięć robi się zbyt wiele, idą na spacer po parku. Wyciągają kredki; na murze malują pola zielonej trawy i gwiazdy. Na nowo definiują kilka spraw.

Nie jest to duża grupa. Co nie znaczy, że osób zdolnych kochać więcej niż jedną osobę jest mało. Badania pokazują, że zdolność do kochania kilku osób naraz ma większość z nas
Marcin ma problem z dzieleniem się. Ma siostrę i od dziecka był uczony przez rodziców, że nie wolno być egoistą: „Podziel się zabawką, podziel się słodyczami”. To wie, ale już nikt go nie nauczył, że trzeba się dzielić także drugim człowiekiem. Związek poli to dla niego mały uniwersytet życia i kozetka psychoterapeuty w jednym. Kiedy czuje zazdrość, widząc Olę z nowym facetem (o Jurka nie jest zazdrosny), wie, że wyłazi z niego egoista. Ma już pewność, że zazdrość jest oparta na strachu o własne ego, no i że jest wyuczona. A co za tym idzie – można z niej wyrosnąć.

O zdradzie często myślał, będąc jeszcze monogamistą (dwa kilkuletnie związki w dorosłym życiu). Podkreśla, że mimo pokus żadnej ze swoich dziewczyn nigdy nie zdradził. Ale zaraz dodaje, że nierzadko powątpiewał w sens tej walki z samym sobą: – Wierzę w miłość do wielu osób jednocześnie, a nie wierzę w seryjną monogamię. Nie można mieć przecież nowego projektu życiowego co trzy lata! Rozstanie zawsze jest tragedią. Zawsze jest żal, że tak dużo już się zbudowało i to wszystko trzeba wyrzucić do kosza.

To, że jest w tym związku satelitą, mu nie przeszkadza. Jest w stanie zaakceptować, że relacja Jurka i Oli związana jest z życiowym zabezpieczeniem, odpowiedzialnością za materialną stronę tego układu. To silny łącznik. To daje poczucie bezpieczeństwa; pewność, że „kiedy zachoruję, ktoś mi ten rosół ugotuje”.

Ale z drugiej strony myślenie o sobie jako o satelicie, który z gruntu stoi na straconej pozycji, jest myśleniem na zasadzie: „Zostanę porzucony przez stado”. To wiąże się z atawistycznym strachem. Ważne, by umieć w sobie ten strach przełamać i zacząć myśleć: „To ja jestem osobą stadotwórczą”. Tu zasady są całkiem inne. Sam stajesz się swoim centrum poliamorycznym. W książce „Ethical Slut” Marcin znalazł fajne zdanie: „Ty, czytelniku, jesteś seksualną całością kompletną”. To jest złamanie tej romantycznej wizji związku, w której przez całe życie szukasz swojej drugiej połówki pomarańczy, rozciętej kiedyś przez bogów. Musisz zrozumieć, że kiedy umieszczasz gwarant swojego bytu czy też miłosnego szczęścia w drugiej osobie, tak naprawdę nie bierzesz odpowiedzialności za swoje życie.

Bardzo chciałby mieć dzieci. Choć jeszcze nie teraz. Za pięć-sześć lat. Czy to wypali w polizwiązku? Nie ma pojęcia. Być może będzie to największa patologia świata. Ale ma nadzieję, że nie. Że będzie świetnie. Zresztą monogamia też przecież przed patologiami nie chroni.

Ma pełną świadomość, że utrzymanie polizwiązku przez lata wymaga ogromnej pracy, wielkiego emocjonalnego wysiłku: – Jest nawet takie hasło w środowisku: „Poli boli”. Taka trochę droga przez mękę. Ale warto ją przejść, bo zyskuje się dużo więcej, niż się traci.

Niektóre imiona i dane bohaterów na ich prośbę zostały zmienione

W nowym numerze ”Dużego Formatu” czytaj też: 

Kot na igrzyska 
Ktoś kiedyś nazwał mnie „Mańkiem”, potem pojawił się „Kocur”. Rozmowa ze skoczkiem Maciejem Kotem

Kawałek jasny, kawałek ciemny 
Mój ojciec był w SB. Dowiedziałam się o tym przez przypadek. Rozmowa z Anną K. Kłys, autorką książki „Brudne serca”

O wyrzeczeniu się rozumu
Co słynni filozofowie powiedzieliby o likwidacji kierunków filozoficznych na polskich uczelniach?

Motory rewolucji 
Mamy drogie mercedesy, stare toyoty, nowe chevrolety. Tysiąc ludzi łatwo rozgonisz. A tysiąc samochodów? Reportaż z Automajdanu

Dzień Apokalipsy 
Nie bałam się o życie, bałam się, że nas wywiozą, zwiążą sznurami i zgwałcą. Polscy misjonarze w Republice Środkowoafrykańskiej

Miasto Forsa, tu każdy ma pracę i to dobrze płatną 
Fotoreportaż z Fort McMurray na północy Alberty w Kanadzie

U nas nie ma księży, którzy się jąkają 
Ekke Overbeek rozmawia z ofiarami księży pedofilów

W oku okizmu 
”Ateiści mają tylko wartości erotyczne i fizjologiczne”. Co przeczytał Mariusz Szczygieł

Ojczyzna w odcinkach, czyli gdzie polski serial polityczny? 
Felieton Krzysztofa Vargi

Wyborcza.pl

 

 

Jak wyhodować nazistę? Koniec świata i fantazja Dawida Grosmana

05-02-2014 

ZOBACZ ZDJĘCIA »Dawid Grosman Patrz pod: Miłość

 źródło: Materiały prasowe

Mistrzostwo świata! Dawid Grosman napisał powieść, w której na przykład Bruno Schulz zamienia się w rybę, a żydowski pisarz wychodzi żywy z komory gazowej… Fantastyka? Surrealizm? Nie, to poważny utwór o tym, jak wyobraźnia może pomóc w przezwyciężeniu najstraszniejszej traumy dzisiejszego świata – Holocaustu.

Ta powieść nosi tytuł „Patrz pod: Miłość” i ukazała się już w Polsce kilka lat temu, a teraz została wznowiona, bo wydawnictwo Świat Książki postanowiło wydać najważniejsze utwory Dawida Grosmana, pisarza wybitnego, a u nas zdecydowanie zbyt słabo znanego. Kilkanaście tygodni temu ukazała się jego znakomita powieść „Tam, gdzie kończy się kraj”, w maju otrzymamy najnowszą powieść tego izraelskiego pisarza „Poza czasem”, jeszcze w tym roku następną – „Jej ciało”, a 2015 roku kolejne dwie.

Nie o śmierci, tylko o życiu

Nie pozostaje nic innego, jak tylko przyklasnąć tej inicjatywie i żałować, że dopiero teraz ją podjęto, bo powieść „Patrz pod: Miłość” powstała blisko trzydzieści lat temu i już od dawna jest znana i ceniona na szerokim świecie.

Dawid Grosman to pisarz wybitny, ale u nas zdecydowanie zbyt słabo znany.

Na przykład recenzji renomowanego magazynu „The New York Times Book Review” zobaczył w niej kontynuację „Wściekłości i wrzasku” Faulknera, „Blaszanego bębenka” Grassa i na dodatek „Stu lat samotności” Garcii Marqueza. Trzeba przyznać, że to mocna rekomendacja.

Powieść Grosmana wpisuje się w ciąg zmagań literatury z tym, jak poradzić sobie z wiedzą o skłonności człowieka do okrucieństwa, którą ujawniła II wojna światowa. Problem już pod koniec lat 40. postawił Theodor W. Adorno, zmagał się z nim Tadeusz Różewicz i wielu innych pisarzy, którzy byli świadkami zdarzeń. Potem przyszła kolej na przedstawicieli młodszej generacji, znającej Holocaust tylko z opowieści i opisów. Urodzony w 1954 roku w Izraelu Grosmana krąży wokół tematu z uwagą i delikatnością, broni się przed dosłownością używając wyobraźni, fantazji, próbując w ten sposób odreagować czy nawet przezwyciężyć wielką traumę ocalałej części swojego narodu. W obszernym wystąpieniu w San Francisco w 2001 roku na sympozjum „Holocaust, Storytelling, Memory, Identity” mówił wprost, że „Patrz pod: Miłość” jest wprawdzie powieścią o Zagładzie, ale w żaden sposób nie jest opowieścią o śmierci, tylko próbą zrozumienia życia.

 

Jak wyhodować nazistowską bestię

Nic w tym dziwnego. Jest on przecież przedstawicielem pokolenia dzieci tych, którzy ocaleli z Holocaustu, więc cień przeżyć rodziców ciążył na całej jego młodości. Przez lata musiała u niego i jego rówieśników narastać potrzeba wyrwania się z tego kręgu obsesyjnych wspomnień i strachu. Nie bez znaczenia jest fakt, że „Patrz pod: Miłość” napisał, gdy miał trzydzieści lat, a więc wtedy, gdy człowiek ostatecznie uwalnia się od swoich rodziców, odrzuca ich świat i wchodzi na własną drogę życia. Można uznać, że powstanie tej powieści było gestem symbolicznym, choć nie da się w żaden sposób uwierzyć, że wraz z jej napisaniem zrzucił z siebie ciężar nałożony przez historię. On jest większy niż nawet najbardziej wymyślny gest symboliczny.

Grosman jest przedstawicielem pokolenia dzieci tych, którzy ocaleli z Holocaustu

Jak on spadał na barki dziecka pokazuje pierwsza część powieści Grosmana. Jest rok 1959, rodzice dziewięcioletniego Momika – którzy dotarli do Izraela po wojnie – robią wszystko, by chłopiec nie dowiedział się prawdy o Holocauście. W domu nie mówi się na ten temat, bo to zbyt straszne wspomnienie, by wywoływać je z pamięci. Chłopiec jednak jest bystry i ma detektywistyczne upodobania – wyczuwa, że jest jakaś tajemnica, którą dorośli ukrywają. Z drobiazgów, strzępków zdań, z fragmentów podsłuchanych rozmów, jak archeolog, tworzy sobie obraz „krainy TAM” (tak pisana jest jej nazwa w powieści), która prawdopodobnie była piękna i w której prawdopodobnie życie było piękne, a z której rodzice musieli wyjechać.

Z upływem czasu zaczyna się domyślać, że winna temu była „nazistowska bestia” – usłyszał gdzieś takie sformułowanie i docieka, co to może być. Próbuje ją nawet wyhodować, a raczej uwolnić z więzionych w piwnicy zwierząt (kot, kruk). Jedynym źródłem jego wiedzy jest właścicielka kawiarenki Bela, którą zadręcza pytaniami a to o pociągi śmierci, to znów o to, co czują ludzie kopiący sobie grób lub czy da się myć mydłem z ludzi. Bala odpowiada na nie, a chłopak coraz głębiej wchodzi w temat. W tajemnicy przed rodzicami odwiedza bibliotekę i czyta książki o Holocauście, ogląda przerażające zdjęcia z obozów koncentracyjnych. Rodzicielski plan legł w gruzach, ale efekt tego samokształcenia jest opłakany.

Zabiłem twojego Żyda

W drugiej części powieści Momik jest już dorosłym mężczyzną, Szlomą, pisarzem, ma żonę i dziecko, ale ma też w sobie wielki strach – kontynuację strachu rodziców. Niby żyje normalnym życiem, ale jak sam o sobie mówi, jest pechowcem, który widzi „prawie wyłącznie to, co się dzieje za kulisami życia”, a więc widzi wciąż czynną „machinę zagłady” i przygotowuje się – jak inni np. na przyjście Mesjasza – na to, że będzie nowy Holocaust. Ćwiczy się w wyobraźni by nie cierpieć z powodu spodziewanej śmierci żony i dziecka, gdyby się zdarzyło, że to on ocaleje. Wierzy, że ma już dość siły, by nie czuć bólu w żadnych okolicznościach. Przypadkowo styka się z twórczością Brunona Schulza, ulega jej urokowi i odkrywa siłę wyobraźni, dzięki której wszystko może się zmienić – pokój może w jego „Traktacie o manekinach” rozkwitać roślinnością, jak dżungla z obrazu Celnika Rousseau, a „przestrzeń sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior i dali” („Noc wielkiego sezonu”).

Przerażony życiem i spodziewaną przyszłością Szloma zaczyna rozumieć, że fantazja może być ratunkiem – tworzy opowieść o Brunonie Schulzu, który (wbrew naszej wiedzy) nie został zamordowany w 1942 roku w getcie Drohobyczu, tylko ucieka do Gdańska i tam ścigany rzuca się do morza. Nie tonie jednak, lecz staje się rybą. Oszołomiony tą wizją Szloma jedzie do Gdańska i spotyka Brunona-rybę. Rozmawiają o nadejściu Mesjasza z zaginionej powieści Schulza, o „zepsutym ścierwie kultury” i o tym, że śmierć pojedynczego człowieka jest jednocześnie zabiciem sztuki, którą mógłby jeszcze stworzyć i której już nigdy nie da się odtworzyć. Wiadomo, że choć autor „Sklepów cynamonowych” żyje jako powieściowa postać, to ten fragment rozmowy dotyczy przede wszystkim jego śmierci.

Kiedy Niemcy zajęli Drohobycz Schulz trafił do getta, ale jako nauczyciel rysunków został zaangażowany przez komendanta do udekorowania jego mieszkania. Stał się kimś w rodzaju „domowego Żyda”, a ponieważ komendant popadł w konflikt z innym oficerem SS, ten zastrzelił go na ulicy. Gdy doszło do spotkania obu Niemców, zabójca miał podobno powiedzieć: „Zabiłem twojego Żyda”. Zagadnięty w ten sposób komendant spokojnie odpowiedział: „To wkrótce ja zabiję twojego”.

 

Zemsta się dokonała

Opis tej sceny poraził Grosmana oszołomionego wielkością literatury Schulza. Nie mieści mu się w głowie jej zdawkowość, obojętność z jaką SS-mani potraktowali śmierć jednego z najwybitniejszych pisarzy. Kiedy opowiadał o tej scenie i swojej na nią reakcji w czasie wspomnianego sympozjum w San Fransico dodał, że jednym z powodów napisania powieści „Patrz pod: Miłość” była chęć pomszczenia śmierci Schulza. Tej zemsty dokonuje oczywiście tylko przy pomocy literatury.

Grosmanowi nie mieści mu się w głowie obojętność z jaką SS-mani potraktowali śmierć Schulza.

Jest to opowieść o obozowym losie Anszele Wassermana, pojawiającego się jako wrak człowieka w pierwszej części powieści Grosmana, ciotecznego wujka Momika. Trafił on wraz z żoną i córeczką do obozu zagłady – dziecko zostaje zastrzelone przez komendanta obozu zaraz po wyjściu z pociągu, sam Wasserman w tajemniczy sposób nie umiera w komorze gazowej i staje się „domowym Żydem” SS-mana. Powód jest prosty: komendant odkrywa, że Wasserman to znany w latach 20. ubiegłego wieku autor opowiadań dla dzieci, które kiedyś bardzo lubił. Ten prosty człowiek sumiennie wykonuje swoje obowiązki, bardzo dbając o podnoszenie „wydajności” kierowanego przez siebie obozu, a edukacyjne opowiastki o Dzieciach Serca to najprawdopodobniej jedyna literatura, z jaką zetknął się w życiu. Teraz chce, by Wasserman – jak jakaś tragiczna Szecherezada czasu Holocaustu – co wieczór opowiadał mu o ich dalszych losach.

Zaczyna się subtelna gra prowadzona przez byłego pisarza, który odzyskuje wiarę w siłę literackiego słowa i tak snuje opowieść, by stopniowo skruszyć skorupę chroniącą niemieckiego oficera przed wyrzutami sumienia. Gdy mu się to udaje – Neigel popełnia samobójstwo. Zemsta się dokonała.

Holocaust był „obłąkanym laboratorium”

Jest jeszcze czwarta część powieści Grosmana. W zamierzeniu narratora „Patrz pod: Miłość” miała to być encyklopedia Holocaustu dla młodych czytelników, by nie musieli zdobywać wiedzy o nim tak, jak Momik z pierwszej części powieści. Ale siła materiału, który powinien się w niej znaleźć rozsadza sztywne struktury encyklopedycznej kompozycji – jej hasła układają się ostatecznie w linearną opowieść o wojennym losie starych już bohaterów opowiadań Wassermana – w okupowanej Warszawie ukrywają się w ogrodzie zoologicznym jako jego obsługa. W getcie wybucha powstanie, a u nich rodzi się dziecko. Po chwili okazuje się, że chłopiec dorośleje w przyspieszonym tempie i, jak szybko obliczają, całe jego życie – od narodzin do naturalnej śmierci – zamknie się w 24. godzinach.

 

Chłopiec jest wytworem Holocaustu, a Holocaust „był obłąkanym laboratorium, które zwiększyło stokrotnie prędkość i intensywność procesów, zachodzących między ludźmi…”. Jego opiekunowie robią jednak wszystko, by nie dowiedział się niczego o tym, co dzieje się za ogrodzeniem zoo. A mimo tego, że chłopiec nie wie, a jedynie się domyśla i czyta grozę z zachowania swoich opiekunów, mimo że nie rośnie, jak bohater „Blaszanego bębenka” manifestujący w ten sposób odmowę udziału w sprawach świata, zanim upływa jego biologiczny czas popełnia samobójstwo nie mogąc znieść ciężaru życia w takich warunkach.

Życie po Holocauście odarte jest ze wszystkich złudzeń

Mimo wysiłków bohaterów tej części powieści, by na świecie był „jeden człowiek, który przeżyje życie od początku do końca, nie wiedząc nic o wojnie” (to ostatnie zdanie „Patrz pod: Miłość”), chłopiec nie unosi ciężaru życia na jakie skazany jest każdy człowiek. Po Holocauście to życie odarte jest ze wszystkich złudzeń, człowiek nie ma się już za czym ukryć, nie ma żadnych postaw do wiary w jakąkolwiek szlachetność, w humanizm. Istotę tego Wasserman wyjaśnia komendantowi obozu zagłady w najbardziej wstrząsającej rozmowie, jaką relacjonuje powieść: „Bóg wygnał nas z raju, ale wy wygnaliście człowieka nawet z piekła. (…) nawet w tym człowiek potrzebuje iluzji, odrobiny niepewności i tajemnicy… bo tylko wtedy istnieje nadzieja, że może wszystko nie wygląda aż tak źle… zawsze malowaliśmy w wyobraźni piekło, wie pan, pełne gorącej lawy i smoły wrzącej w kotłach, a wy pokazaliście nam, jak słabe są nasze wyobrażenia…”.

Dramat pisarza

I w tym zawarty jest główny problem tej wieloznacznej i formalnie skomplikowanej powieści: jak żyć po Holocauście? Jakie znaczenie ma życie po nim? Dzieło Grosmana ma ambicję oczyszczające, chce zrzucić z naszych barków ciężar całej dramatycznej wiedzy, jakiej dostarcza pamięć o Holocauście i wprowadzić nas w świat fantazji, bo tylko w niej jest ratunek, tylko ona pozwoli zbudować nowy ład świata. Świat broni się jednak przed tym i życie tworzy dramatyczne puenty. W 2006 roku Grosman zaangażował się w proces zawieszenia broni w wojnie pomiędzy Izraelem i Hezbollahem, pisał artykuły, występował z apelami. Na kilka godzin przed podpisaniem porozumienia w tej sprawie zginął na froncie odbywający służbę wojskową syn autora „Patrz pod: Miłość”.

Newsweek.pl

Linkin Park zagra na Stadionie Wrocław

 

Linkin Park zagra na Stadionie Wrocław
Foto: Stadion WrocławLinkin Park zagra na na Stadionie Wrocław

 

Amerykański zespół nu-metalowy Linkin Park wystąpi 5 czerwca na Stadionie Miejskim we Wrocławiu. Jedyny koncert w Polsce odbędzie się w ramach europejskiej trasy zespołu.

 

 

- Z największą przyjemnością ogłaszamy koncert Linkin Park w Polsce. Wiemy, jak bardzo polscy fani czekają na ten koncert, tym bardziej jest nam miło, że możemy nagrodzić ich cierpliwość – informuje Sławomir Nowaczewski, promotor koncertu. Na wrocławskim stadionie czeka nas masa rockowej energii i emocji – dodaje.

 

 

Zespół wystąpi 5 czerwca na stadionie we Wrocławiu. Przedsprzedaż biletów dla fanów zrzeszonych w oficjalnym fan clubie rozpocznie się w piątek 7 lutego o godz 10.00. Regularna sprzedaż ruszy w najbliższy poniedziałek, 10 lutego o tej samej godzinie.

Trzeci koncert w Polsce

Linkin Park to jedna z najpopularniejszych grup muzyki nu-metalowej, łączącej wpływy heavy-metalu z hip-hopem. Zespół zdobył światową sławę, korzystając z popularności takich grup jak Limp Bizkit, Rage Against the Machine czy Korn, które także wiązały stylistykę rockową z muzyką elektroniczną i agresywnym hip-hopem.

 

 

Zespół powstał w połowie lat 90. w Los Angeles, założony przez kolegów ze szkolnej ławki – perkusistę Roba Bourdona, gitarzystę Brada Delsona i wokalistę Mike’a Shinoda. Wkrótce do grupy dołączył także basista Dave „Phoenix” Farrel, wokalista Mark Wakefield i DJ Joseph Hahn. W 1998 r. Wakefielda zastąpił wokalista Chester Bennington.

 

 

Pierwsza płyta zespołu „Hybrid Theory” ukazała się w 2000 r., a kolejna „Meteora” trzy lata później. Na krążkach znalazły się takie przeboje jak: „In the end”, „Somewhere I belong”, „Numb” i „Breaking the habit“. Grupa cieszyła się światową popularnością, którą podtrzymywała dzięki występom u boku takich zespołów jak Metallica i Cypress Hill a także rapera Jaya-Z.

Pierwszy koncert od dwóch lat

Linkin Park wydał pięć płyt, ostatnią „Living Things” w 2012 r. Albumy grupy rozeszły się łącznie w nakładzie 50 mln egzemplarzy. Zespół zdobył wiele nagród muzycznych, w tym dwukrotnie nagrodę Grammy. W 2013 r. Bannington związał się z grupą Stone Temple Pilots, zastępując w jej składzie zwolnionego wokalistę Scotta Weilanda. Nie opuścił jednak Linkin Park. Do dziś symultanicznie występuje w obu zespołach.

W Polsce do tej pory grupa koncertowała dwukrotnie: w 2007 r. w Chorzowie oraz w 2012 r. w Warszawie podczas Orange Warsaw Festival.

 

 

Źródło: Stadion WrocławLinkin Park zagra na na Stadionie Wrocław

Autor: balu / Źródło: PAP, TVN24 Wrocław

TVN24.pl

Mini przewodnik po Sztokholmie, cz.3 miejsca niezwykłe

W poniedziałek czytaliśmy o ciekawych hotelach, we wtorek zrobiłam listę restauracji wartych odwiedzenia, a dziś ostatnia część mini przewodnika: miejsca niezwykłe. Wśród nich będą delikatesy, kino i galeria sztuki. Pozornie zupełnie zwyczajne, a w istocie naprawdę wyjątkowe.

 

http://www.boredpanda.com/

Największa galeria sztuki w Sztokholmie znajduje się pod ziemią.

A dokładniej w metrze. To najwygodniejszy środek transportu, najczęściej wybierany także przez turystów. Nie tylko dlatego, że taksówki są tam skandalicznie drogie. Sztokholmskie metro uważane jest za jedno z najpiękniejszych na świecie. Pierwsze linie powstały już bardzo dawno, bo ponad 50 lat temu. Już wtedy miasto zaprosiło do współpracy przeróżnych artystów, malarzy, rzeźbiarzy i grafików.

Moja ulubiona stacja to Kungsträdgarden, pomalowana przez Ulrika Samuelsona w 1977 roku (wyjście Arsenalsgatan). Wykupienie karty miejskiej na czas pobytu pozwala bez ograniczeń podróżować wszystkimi środkami transportu, a także uprawnia do darmowego wstępu do niektórych muzeów.

Jeżeli zdecydujemy się odwiedzić Sztokholm latem, najlepiej będzie wybrać kartę rowerową. W całym mieście rozsiane są liczne miejskie wypożyczalnie. Za 225 SEK można wykupić kartę sezonową, dzięki której można korzystać z nich wszystkich od kwietnia do października.

http://www.boredpanda.com/
http://www.boredpanda.com/
http://www.boredpanda.com/

Śniadanie w delikatesach

Połączenie delikatesów i śniadaniowej kawiarni. Możemy tutaj kupić mnóstwo organicznych i pochodzących z lokalnych hodowli produktów. Oprócz świeżych owoców i warzyw, mamy do wyboru przeróżne (i z tego co pamiętam bardzo ciekawe) sery.

To coś jak takie lokalne targowisko w pigułce. Spróbujemy wszystkich najbardziej znanych szwedzkich smakołyków. I zagryziemy francuskim rogalikiem w kawiarnianym gwarze. Przyjemna alternatywa dla wyjścia do spożywczaka, prawda? Serwują naprawdę niezłe wina.

Szwedzi mają pewien bardzo miły obyczaj.Fika to zwyczajowa przerwa w pracy, której celem jest wypicie kawy i przegryzienie ciastka (najczęściej słynnej cynamonowej bułeczki). Wiele szwedzkich zakładów pracy ma nawet zinstytucjonalizowane przed – i popołudniowe przerwy fika. Szczególnie wtedy, w Urban Deli może być naprawdę pełno!

Urban Deli, Nytorget 4, Sztokholm

www.urbandeli.org/‎
www.urbandeli.org/‎
www.urbandeli.org/‎

Bio Rio Cinema

W 2008 roku stare i już zamknięte kino z lat 40. zostało przejęte przez inwestora, który dobrze wiedział, co chce z nim zrobić. Eleganckie, staroświeckie kino trzeba było przystosować do nowoczesnych warunków, ale jednocześnie należało zrobić wszystko, żeby zachować jego staroświecki czar. Udało się brawurowo. To chyba najlepsze miejsce w Sztokholmie na wypad do kina.

Odbywają się tutaj także przeróżne konferencje, seminaria i instalacje artystyczne. Wnętrze zostało zaprojektowane przez biuro projektowe 1:2:3 iKristofera Sundina.

http://www.kristoffersundin.se/
http://www.kristoffersundin.se/

naTemat.pl

Białe lwiątka z Polski podbijają świat. Piszą o nich „The New York Times” i „The Guardian”

Od kilku dni Polska przewija się przez artykuły niemal wszystkich największych serwisów internetowych. Bohaterami tekstów nie są jednak politycy, biznesmeni czy sportowcy. W głównych rolach występują białe lwiątka, które pod koniec stycznia przyszły na świat w Borysewie.

 

O białych lwiątkach z Polski pisze cały świat
O białych lwiątkach z Polski pisze cały świat • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta  

O trzech lwiątkach, które urodziły się w zoo w Borysewie, napisały już na swoich internetowych łamach takie tytuły jak: Huffington Post„The New York Times”,„The Washington Post”„The Guardian”„Daily Mail” i Fox News.

Rodzicami małych lwów są 3,5-letni Sahim i 2,5-letnia Azira, która opiekuje się potomstwem. Świeżo upieczony tata trzymany jest w sąsiedniej klatce. Zaraz po narodzinach nie sposób było ustalić płci lwiątek, więc władze ogrodu wstrzymują się z nadaniem im imion. Lwiątka będą mogły wyjść na wybieg już w kwietniu.

Andrzej Pabich, właściciel Zoo Safari Borysew, powiedział, że obecnie na całym świecie żyje około 90 białych lwów. Na wolności występują one w południowoafrykańskim Parku Narodowym Krugera.

Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

źródło: Zoo Safari Borysew

NaTemat.pl

Wczesne filmy Kieślowskiego, Osieckiej, Wajdy – za darmo w sieci

jś, 03.02.2014
Agnieszka Osiecka - reżyserkaAgnieszka Osiecka – reżyserka (materiały prasowe)
Serwis FilmPolski.pl należący do łódzkiej Filmówki opublikował sto etiud swoich studentów – fabularnych, dokumentalnych i animowanych – z archiwum szkoły. To przekrój przez cały okres działania Filmówki. Obok dzieł tak znanych twórców, jak Roman Polański, Jerzy Skolimowski czy Krzysztof Zanussi, można obejrzeć etiudy Agnieszki Osieckiej
Przegląd dzieł studentów Filmówki obejmuje zarówno rarytasy sprzed pół wieku, pierwsze filmy dziś bardzo znanych reżyserów, jak i zarejestrowane już w XXI wieku etiudy Jana Komasy, Anny Kazejak czy Filipa Marczewskiego. Atrakcją Filmoteki (tak nazywa się serwis z filmami online) jest też „Męska sprawa” w 2001 r. nominowana do Oscara. Jej reżyser Sławomir Fabicki w 2012 r. święcił sukcesy ze swoim kinowym filmem fabularnym „Miłość” z Marcinem Dorocińskim i Julią Kijowską. Lata 90. reprezentują produkcje Małgorzaty Szumowskiej czy Łukasza Barczyka.Co warto obejrzeć?Z dzieł twórców, którzy weszli do historii nie tylko polskiego kina, warto obejrzeć „Uśmiech zębiczny” (1957) mało znaną „Lampę” (1959) i kultowych „Dwóch ludzi z szafą” (1958) Romana Polańskiego, a to nie wszystkie tu zamieszczone etiudy reżysera „Noża w wodzie”. Filmoteka pokazuje także niemego „Złego chłopca” (1951) Andrzeja Wajdy na podstawie Czechowa; „Hamlesia”, „Erotyk” i „Pieniądze albo życie” Jerzego Skolimowskiego (1961-62); „Holdena” Krzysztofa Zanussiego na podstawie fragmentu „Buszującego w zbożu” (1961); „Koncert życzeń”, Tramwaj” i „Urząd” Krzysztofa Kieślowskiego (1966-67); a także „Ech” Marka Koterskiego (1972) będący zapowiedzią jego alkoholowego tematu spełnionego na kinowym ekranie we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” 34 lata później.

To wszystko razem stanowi przekrojową historię łódzkiej Szkoły Filmowej. Twórcom Filmoteki zależało na pokazaniu różnych rodzajów filmów realizowanych w szkole: fabularnych, dokumentalnych, animowanych. W tym zbiorze znalazło się miejsce zarówno dla filmów reżyserskich, jak i dla ćwiczeń operatorskich. Wśród animacji są m.in. „Kwadrat” laureata Oscara Zbigniewa Rybczyńskiego, „Konflikty” Daniela Szczechury i „Film, że mucha nie siada” Michała Poniedzielskiego. W setce Filmówki znalazły się też dokumenty, m.in. ojca polskiego dokumentu Kazimierza Karabasza („Jak co dzień…” z 1955 r.) czy Wojciecha Wiszniewskiego („Wilkasy ’70″ z 1971 r.). Interesujący jest „Dzień pracy” Andrzeja Barańskiego (1971) – autorem zdjęć do niego jest Rybczyński. Wśród kilku umieszczonych w serwisie filmów Doroty Kędzierzawskiej też jest dokument – „Agnieszka” (1981).

Aż setka filmów! Jak doszło do publikacji?

Każde z udostępnionych na FilmPolski.pl dzieł zostało opisane przez filmoznawców z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dr Katarzyna Mąka-Malatyńska nie tylko przygotowała część opisów filmów, ale też wybrała całą setkę z archiwów Filmówki. W opisywaniu wybranych etiud brał udział także dr Piotr Pławuszewski.

Jak doszło do publikacji aż setki krótkich filmów o dużej wartości nie tylko historycznej, ale też artystycznej?

- Zasady prawa autorskiego pozwalają na w miarę prostą publikację. Serwis jest własnością szkoły filmowej i przez nią jest prowadzony. Ograniczeniem były licencje na dystrybucję, jakich szkoła udziela różnym instytucjom. Filmy funkcjonujące w wymiarze komercyjnym nie powinny być udostępniane za darmo w internecie. Film taki jak „Męska sprawa” może zostać pokazany na festiwalach, zdobyć nagrody, zyskać dystrybucję, zostać wydany na DVD - dziś opublikowanie tego filmu w sieci już mu nie zaszkodzi – tłumaczy Jarosław Czembrowski, redaktor serwisu FilmPolski.pl prowadzącego Filmotekę.

Z czego szczególnie dumni są twórcy Filmoteki? – Cieszymy się, że udało się umieścić w Filmotece film Józefa Robakowskiego – jeden z pierwszych, jakie powstały w Warsztacie Formy Filmowej, grupie działającej w latach 70. tworzącej filmy eksperymentalne. Atrakcją są też filmy Agnieszki Osieckiej, która nie kojarzy się nam z reżyserią filmową. Tymczasem jej etiudy z przełomu lat 50. i 60. nadal bardzo dobrze się ogląda – mówi Jarosław Czembrowski.

Filmoteka będzie rozbudowywana

Filmoteka jest udostępniona internautom już na stałe. Powstała dzięki dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i wszystko wskazuje na to, że będzie rozbudowywana. Może się nawet wzbogacić o filmy nakręcone w innych uczelniach. – W naszych zbiorach jest jeszcze mnóstwo flmów, które mogą i powinny być dystrybuowane. Filmoteka jest też otwarta na publikację, jeżeli będą chętni z innych uczelni – zapewnia Czembrowski.

Wszystkie te filmy można oglądać na stronie FilmPolski.pl, w zakładce Filmoteka.

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi została założona w 1948 r. Obecnie jej rektorem jest Mariusz Grzegorzek.

 

Wyborcza.pl

PiS przedstawia program dla kultury. Kaczyński: jest sztuka dobra i jest sztuka zła

Roman Pawłowski, 04.02.2014
Prof. Piotr Gliński, prezes PiS Jarosław Kaczyński i aktor Jerzy Zelnik podczas poniedziałkowej konferencji Prof. Piotr Gliński, prezes PiS Jarosław Kaczyński i aktor Jerzy Zelnik podczas poniedziałkowej konferencji (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
W sferze kultury przegrywamy z opcją lewicowo-liberalną, instytucje kultury są opanowane przez lewicę, która realizuje plan „długiego marszu przez instytucje” włoskiego filozofa i komunisty Antonia Gramsciego. Ze środków publicznych finansowane są dzieła, które niszczą wspólnotę narodową i atakują wartości chrześcijańskie. Należy to zmienić.
Takie wnioski formułowano na poniedziałkowej konferencji w Sejmie poświęconej programowi Prawa i Sprawiedliwości w dziedzinie kultury.Jej negatywnymi bohaterami byli artyści i instytucje, które podpadły w ostatnim czasie środowiskom prawicowym. Obok już znanych placówek krytykowanych przez narodową prawicę, takich jak Stary Teatr w Krakowie czy Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie (piętnowane za pracę Jacka Markiewicza „Adoracja”), pojawiły się nowe. Jerzy Zelnik skrytykował najnowszą premierę warszawskiego Teatru Narodowego – „Lód” wg powieści Władimira Sorokina. „Oglądając ten spektakl, miałem wrażenie, jakbym zdradzał moją partnerkę” – wyznał aktor, dodając, że opuścił widownię po kilkunastu minutach. Z kolei plastyk Jacek Lilpop piętnował książki Jana Tomasza Grossa, wystawę „Polska über alles” w Narodowej Galerii „Zachęta” (na której prezentowano m.in. „bluźnierczą” pracę Maurizia Catellana „Amen”) oraz „antypolski” film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego.

Politycy PiS zapewniali, że po przejęciu władzy przywrócą pluralizm w instytucjach kultury, dopuszczając do głosu prawicowych artystów. Jarosław Kaczyński podkreślił, że wolność sztuki jest fundamentalna, zarazem jednak przeprowadził podział sztuki na dobrą, która wzmacnia wspólnotę, oraz złą, destrukcyjną, która ją osłabia. Według polityka tylko ta pierwsza jest warta wsparcia publicznego. „Nie będziemy zakazywać sztuki destrukcyjnej, ale powinna ona pozostać w sferze prywatnej” – zapowiedział prezes Kaczyński. Czyli wolność tak, ale nie za publiczne pieniądze.

Czego mamy się spodziewać w razie wygranej PiS? Przede wszystkim powrotu do starych pomysłów z lat 2005-07, czyli polityki historycznej i wychowania patriotycznego. Były wiceminister Jarosław Sellin zapowiedział budowę Muzeum Historii Polski na 100. rocznicę odzyskania niepodległości w 2018 r., utworzenie Muzeum Ziem Zachodnich i Muzeum Kresów w jednym z miast na wschodzie kraju. PiS chce wysyłać polską młodzież na wycieczki na Kresy: do Lwowa, na Podole lub Wołyń, finansować grupy rekonstrukcyjne i wydawać polską klasykę. Celem partii jest także ostateczne usunięcie z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych, co ma umożliwić ustawa o miejscach pamięci narodowej.

Jedyną nową propozycją była deklaracja większego wsparcia socjalnego dla twórców. Prezes Kaczyński obiecał zatrudnienie dla pracowników sztuki i zakupy dzieł, nie przedstawił jednak konkretnych rozwiązań. PiS chciałby też zmienić status Telewizji Publicznej ze spółki na instytucję kultury lub instytucję użyteczności publicznej, tak aby jej głównym celem było pełnienie misji publicznej, a nie zarabianie pieniędzy. Myśl godna poparcia, jednak politycy nie potrafili wyjaśnić, skąd wezmą pieniądze na finansowanie misji mediów publicznych

Potrzeba skrytykowania rządu i bluźnierczej sztuki przeważała nad merytorycznym przygotowaniem mówców. Jarosław Sellin zapowiedział utworzenie narodowego instytutu promującego współczesną muzykę polską, chociaż taki instytut już istnieje od trzech lat – to Instytut Muzyki i Tańca. Z kolei Kazimierz Michał Ujazdowski, minister kultury w rządzie AWS i PiS, obiecywał darmowe bilety do muzeów narodowych dla młodzieży, podczas gdy taki program już funkcjonuje od zeszłego roku: dzieci i młodzież wchodzą za symboliczną złotówkę m.in. do Zamku Królewskiego czy Łazienek.

Kandydat na premiera prof. Piotr Gliński podsumował, że PiS „nie pójdzie śladem obecnie rządzącej ekipy i nie zmonopolizuje kultury po przejęciu władzy”. W świetle krytyki „sztuki destrukcyjnej” i zapowiedzi powrotu do prawicowej polityki historycznej trudno uwierzyć w te obietnice.

 

Wyborcza.pl

Nastoletnie matki u Tomasza Lisa: Najgorsze były reakcje otoczenia. Ludzie mówili, że jesteśmy zdemoralizowane

Kobiety, które zostały matkami jako nastolatki opowiadały o swoim wczesnym rodzicielstwie w programie „Tomasz Lis na żywo”. O przyczynach powszechności wczesnego macierzyństwa rozmawiali eksperci i politycy, upatrując ich w niedostatecznym poziomie edukacji seksualnej. W drugiej części programu o sytuacji na Ukrainie mówił Radosław Sikorski.

 

Nastoletnie matki opowiadały w "Tomasz Lis na żywo" o problemach wczesnego macierzyństwa.
Nastoletnie matki opowiadały w „Tomasz Lis na żywo” o problemach wczesnego macierzyństwa. • Fot. TVP2

Karolina Sosna z Radzionkowa o ciązy dowiedziała się jako 16-latka. – Totalne załamanie, wszystko legło w gruzach. Z jednej strony szkoła, a z drugiej dziecko, które trzeba urodzić i wychować – opowiadała o swojej reakcji. Mówiła, że chociaż zabezpieczała się, to nie stosowała antykoncepcji regularnie. – Zaraz po porodzie wszystko szło dobrze, ale kilka miesięcy temu mój chłopak popełnił samobójstwo – relacjonowała.

Anna zaszła w ciążę w wieku 15 lat. – Nie dowierzałam, mówiłam sobie, że nie jestem w ciąży. Kiedy się tego domyślałam, powiedziałam koleżance. Poszłam na badania i powiedziałam babci – relacjonowała. To babcia została prawną opiekunką dziecka. Dużą pomoc stanowiły dla niej wychowawczynie z Ośrodka Nieletniej Matki. Jej zdaniem najtrudniejsze było jednak poradzenie sobie z komentarzami – zaczynając od czasu ciąży, przez pobyt na porodówce, aż do powrót do domu.

Karolina Sosna przeszła to samo – negatywne komentarze pojawiały się często na porodówce, także ze strony personelu medycznego i lekarzy. Prawdziwym piekłem był dla niej powrót do miejscowości. – Ludzie, którzy mnie nie znali, mówili, że jestem zdemoralizowana – relacjonowała. Przekonywała jednak, że nastoletnie matki powinny robić wszystko, by zatrzymać dziecko.

Młode matki, które wypowiadały się w programie Tomasza Lisa oceniały, że niezadowalający jest poziom edukacji seksualnej w Polsce. – Odpowiadamy, jako dorośli, za brak wiedzy, edukacji seksualnej – mówiła Agnieszka Sikora z fundacji „Po drugie”. – Poza tym duża część, to dzieci z rodzin dysfunkcjonalnych. Tam jest opieka społeczna, ale często dzieje się tak, że tam dziewczyna zachodzi w ciążę – oceniała.

– Program wychowania seksualnego jest znakomity, ma dużo elementów wiedzy seksualnej – mówiła Marzena Wróbel z Solidarnej Polski. – Dzisiejszy program namawia do wstrzemięźliwości, zachęca do współżycia w związku małżeńskim, kiedy to jest efekt miłości – chwaliła program wychowania do życia w rodzinie.

Z posłanką Wróbel nie zgodził się prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog. – Nie zgodzę się z tym, że program edukacji seksualnej w Polsce działa dobrze. Może jego założenia są dobre, ale on na pewno nie działa dobrze – oceniał. – Proszę nam nie wmawiać, że mówimy, że dzieci mogą rodzić dzieci. To nie jest norma – dodał.

Zdaniem Katarzyny Piekarskiej z SLD wiedza na temat antykoncepcji powinna iść ze zwiększeniem jej dostępności. – Dzieci boją się rozmawiać o tym z rodzicami. Sama jestem matką 14-latka wiem, że trudno o tym rozmawiać – mówiła. Jej zdaniem dorośli powinni uczyć dzieci samodzielności, a nie służy temu prawo, które nie daje młodocianym matkom opiek nad dziećmi.

Sikorski o Ukrainie
W drugiej części programu Radosław Sikorski mówił o działaniach polskiego rządu w sprawie Ukrainy. – Jest wąska ścieżka, po której może kroczyć Ukraina. Ale więcej jest scenariuszy złych, a nawet apokaliptycznych – przestrzegał minister spraw zagranicznych. – Ukraina musi pokazać, że chce zmian – dodał.

– Radzimy, aby Ukraina poszła naszą drogą z 1989 roku, a nie 1981 – mówił Sikorski. Pozytywnie ocenił też wycofanie się z ograniczających demokrację ustaw. – Bardzo się obawiam, że szanse na realizację pozytywnego scenariusza mogą być mniejsze, niż byśmy sobie życzyli. Trzymajmy kciuki za Ukrainę, bo jak powiedział Herman van Rompuy jej miejsce jest przy Unii Europejskiej – dodał minister spraw zagranicznych.

naTemat.pl

 

Nie bójmy się narzekać – w odpowiedzi dziennikarkom „Gazety Wyborczej”

Artykuł, który napisałem w piątek zainspirowany dyskusją wokół tekstu Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz z “Gazety Wyborczej”, doczekał się odpowiedzi ze strony obu pań. Mają do mnie pretensję, że uważam je za kogoś, kto skarży się na swój los. Ale nawet jeśli tak jest, to co w tym złego?

 

Dziennikarki "GW" odpowiadają naTemat, więc naTemat odpowiada "GW".
Dziennikarki „GW” odpowiadają naTemat, więc naTemat odpowiada „GW”. • Fot. zrzut ekranu Wyborcza.pl

Mój piątkowy artykuł, który poświęciłem sprawie rocznych urlopów rodzicielskich, powstał z inspiracji bardzo ciekawego tekstu Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz. Dziennikarki “Gazety Wyborczej” piszą w nim o swoich rozterkach związanych z wzięciem rocznego urlopu macierzyńskiego, który mimo swoich niewątpliwych zalet może sprawić, że wypadną z zawodowego obiegu.

Ich tekst wywołał gwałtowny protest ze strony blogerki ukrywającej się pod pseudonimem Boska Matka – oskarżyła ona obie dziennikarki o to, że zupełnie niepotrzebnie publicznie tłumaczą się przed czytelnikami i pracodawcą z tego, że chcą na 12 miesięcy zniknąć z miejsca pracy.

“Nikt nie powinien robić kobietom (ani mężczyznom) łaski, że mogą z [urlopów rodzicielskich] korzystać” – pisała Boska Matka, rozpętując w internecie sporą dyskusję, w której brali udział nie tylko internauci, ale i dziennikarze „Gościa Niedzielnego” oraz „Frondy”.

Swoje trzy grosze starałem się dorzucić i ja, nie zajmując zresztą wyraźnego stanowiska w całej kwestii (bo rozumiem, jak skomplikowana jest to sprawa), a starając się raczej pokazać różne punkty widzenia na problem. I mój tekst, co jest samo w sobie bardzo miłe, doczekał się odpowiedzi ze strony Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz.

W swoim poniedziałkowym tekście obie panie zarzucają mi, że niesłusznie doszukałem się w ich tekście skargi na ich los – bo rzeczywiście, dwukrotnie napisałem, że “dziennikarki się skarżą”.

NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ
Wyborcza.pl

Muszę rozczarować kolegę po piórze – ja też nie mam potrzeby się skarżyć. Jestem w tym miejscu, w tym punkcie życia, w którym chcę być, niczego bym w nim nie zmieniła. Wiem, że skarżenie się to nasz sport narodowy i wypada znaleźć choćby niewielką rysę, nad którą można pobiadolić, ale naprawdę osobiście lepiej relaksuję się, grając w darta. CZYTAJ WIĘCEJ

Przyznam szczerze, że dziwi mnie ten zarzut. Bo chyba nie było szczególnym nadużyciem z mojej strony, gdy ich tekst w całości poświęcony rozterkom związanym z trudnym wyborem między karierą a dzieckiem, nazwałem “skargą”. Chciałem w ten dać wyraz ich dość jasno (i publicznie) artykułowanej trosce: że jak tu sobie z tym dzieckiem poradzić, gdy pracodawca czeka, państwo nie pomaga, czas płynie, itd.

Może użyłem słowa, które zdenerwowało obie panie: bo uskarżanie się uznają za “nasz sport narodowy” i starają się od niego dystansować? Ale szczerze mówiąc, nie wiem, co w tym konkretnym przypadku jest w narzekaniu i skarżeniu się złego. I dlaczego nie można się do niego otwarcie przyznać?

Nazywajmy rzeczy po imieniu: warunki panujące na współczesnym, elastycznym rynku pracy (zwłaszcza w Polsce) nie sprzyjają kobietom. Państwo niewystarczająco wspiera matki. Pracodawcy niechętnie patrzą na długie urlopy. I należy o tym głośno mówić. Nie bójmy się narzekać.

naTemat.pl

Kobiecej „walki w kisielu” nikt serio nie potraktuje – odpowiadają dziennikarki „Wyborczej”

Katarzyna Staszak, Natalia Waloch-Matlakiewicz, 03.02.2014
Kasia Staszak i Natalia WalochKasia Staszak i Natalia Waloch (Fot. Kinga Kenig i Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta)
DZIEŃ MATKI. „Wyborcza” to nie obóz pracy, a my nie pouczamy, jak spędzić urlop rodzicielski – dziennikarki „Wyborczej” odpowiadają na reakcje po swoim tekście zamieszczone w „Gościu Niedzielnym”, „Frondzie”, serwisie Natemat i blogu Boska Matka.
W zeszłym tygodniu w tekście „Ty? Rok z dzieckiem w domu?!” , Kasia Staszak i Natalia Waloch-Matlakiewicz opisały, jak po latach pracy w „Wyborczej” zostały matkami i postanowiły iść na roczny urlop rodzicielski.Kasia przyznała, że obawia się „wypaść z obiegu” i już piątego dnia po porodzie zaczęła na odległość współpracować z redakcją. Natalia przeciwnie: – Pewnie, że się boję, że po roku o mnie zapomną. Ale odmawiam bania się bycia matką.Tekst wywołał lawinę komentarzy, polemik i listów. Dziś odpowiedź autorek:Żadna z nas się nie skarży. Gdzie to wyczytał Michał Fal z Natemat.pl?Natalia : Okazało się, że w tekście o naszych osobistych doświadczeniach każdy zobaczył to, co dla niego istotne – potwierdzenie jakiejś tezy. Mnogość interpretacji przeszła nasze oczekiwania. Za wszystkie komentarze dziękujemy – zależy nam, by o macierzyństwie/rodzicielstwie i godzeniu go z pracą, mówiło się jak najwięcej.Kasia : Nie wiem, czemu Michał Fal z portalu NaTemat napisał, że skarżymy się na swoją sytuację, na trudny wybór między macierzyństwem a karierą, na środowiskowe naciski, na kolegów niechętnych rocznemu urlopowi rodzicielskiemu.Nie, panie Michale, nie skarżę się. Za to dostrzegam, że osoby, które lubię, szanuję i z którymi zazwyczaj się zgadzam, jak Magdalena Środa, mają krytyczny stosunek do rocznego urlopu. I widać nie potrafię tych głosów zignorować, skoro zdecydowałam się pracować z domu. Nie ma tu żadnej presji redakcji, powodem tej decyzji jest moje przywiązanie do miejsca pracy. Czuję się jak córka prymuska, która ma ochotę wyrwać się z domu, a jednocześnie nie chce zawieść ukochanych rodziców.Natalia: Muszę rozczarować kolegę po piórze – ja też nie mam potrzeby się skarżyć. Jestem w tym miejscu, w tym punkcie życia, w którym chcę być, niczego bym w nim nie zmieniła. Wiem, że skarżenie się to nasz sport narodowy i wypada znaleźć choćby niewielką rysę, nad którą można pobiadolić, ale naprawdę osobiście lepiej relaksuję się, grając w darta.Boska Matka znalazła w naszym tekście nawet to, czego w nim nie maNatalia : Jeszcze dalej w szukaniu znaczeń w naszym tekście idzie blogerka Boska Matka: „Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jaka atmosfera panuje w redakcji „Wyborczej”, skoro dziennikarki uznały za stosowne wytłumaczenie się przed czytelnikami (a może bardziej pracodawcą) z faktu skorzystania z rocznego urlopu macierzyńskiego. [...] Coście nagadali Natalii Waloch-Matlakiewicz, która co prawda ucieszyła się, że będzie miała prawo do rocznego urlopu, bo chciała być matką na sto procent. Ale zaraz potem [...] wpadła w wir niekończących się rozterek”.Cóż, Boska Matko, tak już mam, że lubię poddać się czasem refleksji, a nie żyć z dnia na dzień tylko zjadaniem chleba i sprawdzaniem niusów na fejsie. Z tego jednak wynika kilka niedogodności. Taka na przykład, że jeśli jestem w ciąży, a dookoła masa ludzi – od ekonomistów począwszy, przez pracodawców, po feministki – mówią, że urlop macierzyński to „wujek samo zło”, to zaczynam się – wiem, wiem, to takie staromodne – zastanawiać. I to, bywa, powoduje rozterki. Wybór urlopu był dla mnie oczywisty, ale nie był to wybór łatwy.Kasia : To mój ulubiony tekst w reakcji na nasz tekst. Serio. Odpowiedź na wszystkie zarzuty Boskiej Matki mam jedną: chcę być jak najdłużej z dzieckiem, ale jednocześnie nie mogę przestać myśleć, że w pracy coś mi umknie; że projekt, na który czekam od lat, dostanie kolega, tylko dlatego, że akurat nie urodził dziecka; że może Magdalena Środa ma rację; że trzeba być odpowiedzialną, bo dziecko to nowe wydatki… Może mam coś z głową. Dziecko jest na pierwszym miejscu, jednak nie potrafię się zupełnie odłączyć od redakcji. Pracuję wieczorem, gdy już nie śpiewam córce kołysanek i wstawiłam pieluchy do prania.

Nie darłabym szat, Boska Matko, mogą się jeszcze przydać

Natalia: Ja dziecko urodziłam w momencie, kiedy moje sprawy zawodowe szły świetnie, bo zostałam redaktorką „Wysokich Obcasów Extra”, wydawanych – tak jak „Wyborcza” – przez Agorę. Uwielbiałam pisać reportaże, redagować teksty, współtworzyć ten magazyn. Trudno choćby raz się nie zastanowić, ile mnie ominie przez rok. Nawet jeśli wybór jest oczywisty.

Boska Matka ciągnie dramatycznie: „Każda linijka tego tekstu jest jak strzał w ryj, a przy okazji gwóźdź do trumny feminizmu rozumianego jako lata starań o poszanowanie odmienności kobiet i walkę z ich dyskryminacją właśnie ze względu na tę odmienność. To, co zaprezentowały autorki, to jakiś cholerny, chory genderowy neokolonializm – do końca swoich dni będą udowadniać, że są dość dobre, równie dobre. I przepraszać, że nie są facetami. Że mają macice. Że urodziły dzieci.”

Hmm, z tego co mgliście kojarzę, feministki walczyły również o to, by kobiety mogły realizować się nie tylko za sprawą macicy. O uznanie, że ich odmienność od pasa w dół nie sprawia, że ich mózgi są tak znów odmienne od męskich, by mogły, dajmy na to, kończyć uniwersytety czy być dziennikarkami.

Nie darłabym więc specjalnie szat – mogą się jeszcze przydać.

Boska Matka zapowiada, że nie będzie przepraszała za swój roczny urlop z dzieckiem. Ja nie będę przepraszała ani za urlop, ani za swoje zawodowe ambicje, ani za dylemat, jak pogodzić jedno z drugim. Kto wie, czy tolerancja dla takich dylematów to nie największe wyzwanie dla dzisiejszego polskiego feminizmu.

Adam Michnik nie trzyma mi pistoletu przy skroni, gdy to piszę. Słowo honoru

Natalia: Nikt nie osiągnął takiego mistrzostwa w wyciąganiu ukrytych znaczeń spomiędzy wierszy jak Wojciech Teister z „Gościa Niedzielnego” . Utrzymuje, że z naszego tekstu „bije dramatyczny opis obozu pracy, w którym dużo mówi się o prawach kobiet, ale kiedy przychodzi co do czego, to nie szanuje się tak podstawowego z nich jak urlop macierzyński.” Przyznaję: początkowo chciałyśmy nadać S.O.S. morse’em. Potem chciałyśmy się poskarżyć Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ale wszystkie linie były zajęte. Ostatecznie postanowiłyśmy więc: skargę na „Wyborczą” niepostrzeżenie umieścimy na portalu Wyborcza.pl!

Panie Redaktorze, proszę wybaczyć ironię, ale naprawdę nie jestem w stanie serio polemizować z Pańską wizją. I daję słowo honoru, że Adam Michnik nie trzyma mi pistoletu przy skroni, kiedy to piszę.

Kasia: Napisałyśmy o swoich decyzjach, by pokazać, że nawet w środowisku przyjaznym kobietom, w redakcji, która stale współpracuje z feministkami, nie są to decyzje łatwe i oczywiste. Nie mówimy, że nasz sposób na roczny urlop jest najlepszy czy uniwersalny.

Naszej „walki w kisielu” nikt serio nie potraktuje – ani pracodawcy, ani politycy

Kasia: Na nasz tekst nadzwyczaj empatycznie zareagowała „Fronda” , której redaktor z radością odkrył, że dziennikarki z „Wyborczej” to nie cyborgi bez uczuć, ale kobiety z instynktem macierzyńskim.

Natalia: Napisał: „Dzięki, dziewczyny, za te wyznania. Dały mi więcej do myślenia o kobiecości, niż setki feministycznych elaboratów.” Proszę bardzo.

Mówiąc poważnie, przyznałyśmy się do swoich rozterek, bo uważamy, że o sytuacji matek w Polsce trzeba rozmawiać. Jak widać po komentarzach, jest o czym.

Mnie najbardziej porusza, jak my, kobiety, odnosimy się do siebie nawzajem. Wiele wypowiedzi na forum było rzeczowych, ale z wielu zionęło złością, zazdrością, zgorzknieniem.

Dopiero, kiedy zaczniemy traktować siebie nawzajem z szacunkiem, bez względu na osobiste wybory i poglądy, dopiero wtedy zagadnienia takie jak macierzyństwo czy łączenie go (lub nie) z karierą zawodową, zyskają należny im status. Dyskusji przypominającej walkę w kisielu nikt – ani pracodawcy, ani politycy – nigdy nie potraktuje poważnie.

Kasia: Rodzenie i opieka nad dziećmi (a także nad osobami starszymi czy niepełnosprawnymi), to nie są małe, babskie sprawki niewarte debaty. Tylko rozmawianie o tym przy każdej możliwej okazji może uczynić temat na tyle „seksownym”, że na poważnie zajmą się nim rządzący. Roczne urlopy to już coś, ale same nie zadziałają, potrzeba wielu zmian. Żeby za kilka lat nasze młodsze koleżanki i koledzy nie bali się mieć dzieci. I żeby przerwa w karierze, ojcowie na rodzicielskim, dzieci w publicznych żłobkach, były tak zwykłymi tematami, że nie będzie sensu pisać takich tekstów.

 

Wyborcza.pl

Axe, Microsoft, Budweiser. Zobacz 9 najciekawszych reklam Super Bowl

js, 03.02.2014
Reklama Coca-Coli wyświetlana podczas Super BowlReklama Coca-Coli wyświetlana podczas Super Bowl (Fot. YouTube)
Super Bowl to nie tylko wielkie wydarzenie sportowe, to też wielka bitwa reklamodawców. Przed telewizorami zasiadają miliony widzów, a o emitowanych w tym czasie reklamach dyskutuje się tygodniami. Na całym świecie.
W niedzielny wieczór odbył się 48. finał Super Bowl. Mecz w New Jersey zakończył się zwycięstwem Seattle Seahawks, którzy 43 do 8 pokonali Denver Broncos. Finał Super Bowl jest jednym z najchętniej oglądanych wydarzeń na świecie – w zeszłym roku obejrzało go ponad 108 milionów widzów. To o nich biją się reklamodawcy, którzy na ten czas zawsze szykują specjalne kampanie. To droga zabawa – spot długości raptem trzydziestu sekund kosztował w tym roku aż 4 miliony dolarów, tak, 130 tys. za jedną sekundę!W ostatnich pięciu latach najwięcej, bo aż 145 mln dolarów, na reklamy w czasie Super Bowl wydał gigant browarniczy Anheuser-Busch, właściciel marki Budweiser.Co przejdzie do historii tegorocznego finału?Jak pies z koniemHistoria przyjaźni szczeniaka i konia, czyli opatrzona hashtagiem reklama #BestBuds reklama piwa Budweiser. od 31 stycznia obejrzało ją już ponad 37 milionów widzów.W tej reklamie wojnaCzy można połączyć wojnę i reklamę dezodorantu? Axe udowadnia, że tak. W tym spocie zamiast bomby wybuchają fajerwerki, a hasło „Make Love Not War” odkrywamy zupełnie na nowo.
Samochodowy Muppet ShowKoncerny do reklam w czasie Super Bowl chętnie zatrudniają gwiazdy kina i muzyki. Toyota wybrała nietypowych celebrytów – animowane Muppety. Czy się udało? Reklamę na Youtube obejrzało ponad 6 milionów widzów.Chwytają za serceMicrosoft zdecydował się pokazać widzom, do czego służą nowoczesne technologie. Żołnierz na misji może oglądać narodziny swojego dziecka, każdy z nas zajrzeć w przestrzeń kosmiczną, a były gracz NFL Steve Gleason (chory na stwardnienie zanikowe boczne) komunikować się ze swoim synem.To był skok!Pamiętacie Felixa Baumgartnera i jego skok z kosmosu? Możecie go sobie przypomnieć – a nawet zobaczyć jego oczami – dzięki kamerze GoPro i cóż… jej reklamie.Coś za darmo i dla innychZa każde ściągnięcie z iTunes utworu „Invisible” zespołu U2, Bank of America zapłaci dolara organizacji walczącej z AIDS. Tę wspólną akcję artyści zareklamowali właśnie w czasie finału Super Bowl. Jeśli chcecie wziąć w niej udział macie na to jeszcze czas -ale już tylko do wtorku rano.

Nie tylko ojcowie

Hyndai w reklamie postanowił wykorzystać „ojcowski sztuczny zmysł”, który ratuje dzieci od upadków i innych problemów. Pozostaje tylko pytanie, ilu ojców stać na takie auto?

Brytyjczycy Amerykanom

Brytyjski akcent w amerykańskiej telewizji? Chyba się udało, bo reklamę Jaguara wyświetlono na Youtube już ponad 8 milionów razy.

I ten patriotyzm

Na Super Bowl nie mogło zabraknąć Coca-Coli. W tym roku koncern przygotował spot, którym mógł kupić Amerykanów: „jest tylko jedna rzecz piękniejsza niż ten kraj, ludzie, którzy w nim żyją”.

 

Wyborcza.pl

http://www.youtube.com/watch?v=qEpNIWT7QM8

http://www.youtube.com/watch?v=-RHYwPWKhp0

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>